Prognoza pogody nie była optymistyczna. Miał padać deszcz, najpierw przelotny, a po południu ciągły, momentami intensywny. W takim przy[padku nie bardzo jest sens ruszać się w góry. Tylko po to, by jeśli nie przemoknąć, to utytłać się w błocie?
Poranek potwierdził nasze obawy. Padało. Poszliśmy więc niczym rasowi kuracjusze do inhalatorium, gdzie odbyliśmy dwudziestominutową inhalację górnych dróg oddechowych oparami roztworu soli bocheńskiej. Zdrowsi i gotowi mniej się zasapać poszliśmy następnie do pijalni wód. Mieści się ona odrestaurowanym niedawno budynku przy piekniejącym z dnia na dzień Placu Dietla. Ten zakątek Szczawnicy wygląda niczym przeniesiony wprost z XIX-wiecznych widokówek.
Ponieważ zanim wypiliśmy wodę przestało na padać, postanowiliśmy zaryzykować wypad w Małe Pieniny. Aby zyskać na czasie wjechaliśmy kolejką na Palenicę, a dalej już normalnie, pieszo w kierunku granicy i wiodącym wzdłuż niej niebieskim szlakiem na wschód.
Małe Pieniny to obszar gdzie przenikają się krajobrazy sąsiednich Beskidów oraz Pienin. Łagodne zbocza porośnięte lasem albo z rozległymi halami z jednej strony, a wyrastające nagle tu i ówdzie strome wapienne skały z drugiej. Było mokro i ślisko, więc wspinaczka, a zwłaszcza schodzenie stromymi zboczami po kamieniach nie należały do przyjemności. Trzeba bylo wciąż uważać by nie zjechać parę metrów na dół na tyłku. Nie wiadomo co bardziej zdradliwe: gładka, mokra powierzchnia kamieni, czy glina śliska jak diabli. Bo, że stąpanie po obślizłych korzeniach gwarantowało wywrotkę, wiedzieliśmy doskonale.
Na szczęście po kamieniach na samym początku dalsza droga przebiegała w iście beskidzkich krajobrazach. Nawet pomimo siąpiącego deszczu szło się przyjemnie.
Gdzieś z prawej od słowackiej strony usłyszeliśmy dzwoneczki owiec. Odruchowo zaczęliśmy rozglądać się w tamtym kierunku, lecz z zza pagórka wybiegło... pięć psów pasterskich. Biegły ku nam chyżo w niewiadomych zamiarach. Zatrzymaliśmy się więc by ich nie prowokować . Na szczęście okazało się, że owczarki spragnione były po prostu zwykłego pogłaskania i raz zaznawszy tej przyjemności nie zamierzały nas opuszczać.
Na nic zdało się nawoływanie juhasa (bo owieczki w końcu się pojawiły). Psy najwyraźniej wolały nasze towarzystwo. W końcu, gdy nawoływanie pasterza zaczynało kipieć złością, niechętnie wróciły do stada.
Zbliżaliśmy się powoli do Wysokiej – najwyższego szczytu Pienin (1050 m.n.p.m.) i znów zaczęły się skałki oraz kamienie. Zbocza momentalnie stały się bardzo strome, a różnica poziomów znaczna. I znów trzeba było się wspinać. Na śliskim podłożu podchodzenie pod górę nie było fajne. Stromizna była tak duża, że przy fałszywym ruchu spokojnie można było zjechać po glinie i kamieniach kilka metrów. Najgorsze jednak, że wchodzilismy jedynie po to, aby potesm stamtąd zejść. Nie ma lepszego momentu na służbowy telefon jak właśnie wtedy. Czekałem więc na Romka, by pogadał, bo i on czasem czekał na mnie. Ech gdzież ten świat bez telefonów komórkowych...
Zejście z Wysokiej podczas deszczu jest beznadziejne. Ścieżka, dawniej wzmocniona kamieniami i poręczami teraz jest zdewastowana. To co kiedyś miało służyć pomocą, teraz samo w sobie jest niebezpieczne. Schodziliśmy obok ścieżki, a gdy skończył się las, po trawie, po czyjejś łące. Kiedy zrobiło się mniej stromo, mogliśmy nasycić oczy intensywną zielenią hal. Taka świeża zieleń to chyba tylko w maju.
Następnie krętą ścieąką ruszylismy w stronę widocznego w oddali Wąwozu Homole.
Nie byłem tam już z dwadzieścia lat. Zmiana, jaka najbardziej rzuca się w oczy, to metalowe schody z poręczami zainstalowane w górnych partiach. Wzbudzały moje mieszane uczucia. Z jednej strony błogosławiłem je w taką pogodę, ale z drugiej trudno nie uznać ich za szpecenie krajobrazu. Raz jeszcze powtarzam, że nie ma obowiązku chodzenia w góry. Ci, którzy nie czuja się na siłach nie muszą wchodzić hen wysoko. Mi lęk wysokosci nie pozwala pchać się na Orlą Perć, lecz wcale nie oczekuję z tego powodu, by dyrekcja Tatrzańskiego Parku Narodowego budowała dla takich jak ja specjalne pomosty. Może i Wąwóz Homole należało zostawić w spokoju, dbając przede wszystkim o jakość istniejących, naturalnych ścieżek?
Wraz z potokiem wijącym się pomiędzy ścianami wąwozu przemieszczaliśmy się powoli ku jego wylotowi od dołu we wsi Jaworki.
Wąwóz jako rezerwat zaróśł lasem i krzewami. Wygląda dziś zupełnie inaczej niż na fotografii sprzed 75 lat. W owych czasach służył miejscowym ludziom jako wygodne miejsce do wypasu owiec, które raz tam wpędzone nie mogły się zagubić.
Mi taki niezarośnięty wąwóz podoba się bardziej.
Z Jaworek autobusem PKS wróciliśmy do Szczawnicy. Wcześniej rzuciliśmy jeszcze okiem na wystające spośród drzew wieże miejscowego kościółka. Charakterystyczne banie na wieżyczkach przypominają o dawnych mieszkańcach tych ziem: Rusinach z t.zw. Rusi Szlachtowskiej (obszar od Szczawnicy przez Szachtową po Jaworki). Zostali wysiedleni podczas pamiętnej akcji „Wisła” (była przeprowadzona w 1947 roku, ale mieszkańców Szlachtowej, Jaworek oraz Białej i Czarnej Wody wysiedlono podczas powtórki akcji w 1950 r.)
I to już wszystko. Warto było wyjść w góry, bo deszcz nie okazał się tak intensywny jak zapowiadano. Dzięki temu wykorzystaliśmy w pełni dane nam trzy dni. Środa to powrót na północ, nad Bałtyk.
W pociągu Kraków – Warszawa; 16.05.2012; 14:20 LT
W imieniu Polskiego Komitetu Narodowego UNICEF, pragnę serdecznie podziękować za Pana pomoc w promocji naszej kampanii „Faceci Ratują Dzieci” na rzecz szczepień w Sierra Leone.
15 kwietnia zakończyliśmy zbiórkę funduszy i miło mi poinformować Pana, że w wyniku kampanii zebraliśmy ponad 636 tys. PLN. Dzięki ogromnemu zaangażowaniu polskich dzieci z 1140 placówek edukacyjnych biorących udział w projekcie „Wszystkie Kolory Świata” pozyskaliśmy dodatkowe środki. Zebrana wspólnie kwota 1 359 539 PLN pozwoli na zakup ponad 600 tys. dawek szczepionek dla dzieci w Sierra Leone. Dzięki hojności Polaków, dzieci w tym kraju będą miały szansę na zdrowy start w przyszłość. Pozyskane środki pozwolą na zrealizowanie kompleksowego programu szczepień i dostarczenie m.in.:
· szczepionek przeciwko gruźlicy dla 250 tys. dzieci,
· potrójnych dawek szczepionki przeciw polio dla 125 tys. niemowląt,
· 10 lodówek na baterie słoneczne do przechowywania szczepionek w lokalnych ośrodkach zdrowia.
W przeciwieństwie do Polski, gdzie mamy powszechny dostęp do rutynowych szczepień, w Sierra Leone aż 60% niemowląt nie jest kompleksowo zaszczepionych. Dzięki wsparciu polskich Darczyńców, sytuacja ta będzie zmieniać się na lepsze. Do prawidłowego przeprowadzenia szczepień niezbędny jest również sprzęt do przechowywania szczepionek i utylizowania odpadów, a także przeszkolony personel medyczny. Dlatego wspierając program szczepień w Sierra Leone, zadbaliśmy także o zapewnienie technicznego i merytorycznego parcia dla służby zdrowia.
Serdecznie dziękuję za Pana wsparcie. Mam nadzieję, że wspólnie zrealizujemy jeszcze wiele projektów, które przyczynią się do poprawy sytuacji dzieci na świecie.
Trzysta siedemdziesiąt pięć tysięcy dzieciaków dostało szansę uniknięcia poważnych chorób. Warto było pisać bloga choćby dlatego by móc dołożyć swoją cegiełkę do tego sukcesu.
Na drugi dzieńmieliśmy w planie zaliczenie polskiej części Pienińskiego Parku Narodowego z wejściem na najbardziej znane szczyty t.j. Sokolicę i Trzy Korony, Nie byłem tam chyba od czasów studenckich, więć z przyjemnością powędrowałbym starym, tradycyjnym szlakiem, jak to robilem w owych czasach.
Najrozsądniej byłoby zakończyć lub zacząć trasę nad brzegiem Dunajca u podnóża Sokolicy, lecz wymagało to przeprawy łódką z lub do Szczawnicy. Takie usługi są oferowane, lecz poprzedniego dnia idąc na Słowację mijaliśmy miejsce przeprawy dwukrotnie, lecz żadnego śladu działalności nie zauważylismy. Być może flisak zagości na dobre dopiero w sezonie? Nie chcieliśmy ryzkować, więc zaczęliśmy i zakończyliśmy marsz w Krościenku. Wmagało to pokonania trasy Czertezik – Sokolica w obydwu kierunkach ale dawało pewność, że wszystko odbedzie się jak trzeba.
Wędrowanie w maju ma tę zaletę, że góry są jeszcze prawie puste. Na początku minęlismy jakąś szkolną wycieczkę, a potem trafiali już tylko pojedyńczy turyści. Jak na pienińskie standardy to prawdziwie pustkowie.
Pierwsze widoki zaoferowały nam skały Czertezika.
Dunajec z góry wyglądał jak zrebrząca sie wstążka, rzucona bezładnie pośród bajecznie zielone stoki.
Wyjście na grań było w najwyższej częsci zabezpieczone barierkami po obu stronach, ponieważ skała jest wysoka, a w górnej partii wąska. Opada stromo hen w dół gdzieś w kierunku Dunajca, lecz nie mniej stromo kilkanascie lub kilkadziesiąt metrów po „wewnętrznej” stronie. Ta wewnętrzna strona nie robi wrażenia tylko dlatego, że porośnięta jest gęstym lasem, który niweluje lęk wysokości wywołany otwartą przestrzenią.
Swoją drogą warto się przyjrzeć rozcapierzonym korzeniom tych drzew, szukających każdej szczeliny wśród skał, by tam zakotwiczyć roślinę. Kolejna lekcja ekspansji życia.
Z Czertezika trzeba było zejść w głęboką przełęcz tylko po to by niemal natychmiast ropocząć podchodzenie na podobną wysokość na Sokolicę. Kiedy już znaleźlismy się przed ostatnim podejściem na szczyt skały, drogę zastąpił nam pobierający myto pracownik parku. Cztery złote upoważniało nas nie tylko na wejście na Sokolicę, lecz także na Trzy Korony (gdzie ma swoje stanowisko inny strażnik) o ile zaliczymy drugi szczyt tego samego dnia. Trzeba przyznać, że widoki warte są wydanych pieniędzy,
Oczywiście nie mogłem sobie odmówić przyjemności sfotografowania rosnącej samotnie na szczycie skały sosenki. Tej samej, która znajduje się na niemal wszystkich widokówkach z Pienin. Ona i rozrzucone po mniej reprezentacyjnych miejscach jej siostry są reliktami dawnych pienińskich lasów porastających te tereny w okresie ostatniego zlodowacenia. Ponoć nietóre okazy porastające grań Sokolicy liczą sobie nawet 550 lat i są najstarszymi przedstawicielami sosny zwyczajnej na terenie Polski.
Zarządziliśmy krótki popas na skale. Zjedliśmy po bananie kontemplując wijący się daleko w dolinie Dunajec.
Na południowy zachód od nas wyrastały ośnieżone Tatry. Ponoć tego dnia jeszcze sypnęło tam śniegiem. Nic dziwnego. Jesteśmy wszak akurat w okresie Zimnych Ogrodników oraz Zimnej Zośki. Szczyty Tatr skryte w chmurach, a te chmury, gęste i bure rzeczywiście nie wróżą nic dobrego.
Popas popasem, ale trzeba było się sprężać jeśli mieliśmy zamiar wrócić o rozsądnej porze. Po drodze opowiadałem Romkowi o pewnej babci sprzedającej maślankę i kompot gdzieś w okolicach Polany Wyrobek. W górnych partiach Pienin nie ma schronisk. Turysta wybierający się na całodzienną wędrówkę powinien sam zabrać ze sobą prowiant. W upalne, letnie dni korzystałem jednak nieraz z napojów oferowanych przez tą panią. To było dobre dwadzieścia pięć lat temu jeśli nie więcej. I nagle... deja vu. Nie to niemożliwe... Kobieta sprzedająca kompot i maślankę wciąż siedziała na swojej ławeczce.
- Kolega właśnie mi o Pani opowiadał - zaczął rozmowę Romek
- Pięćdziesiąty ósmy sezon tutaj właśnie zaczynam.
- Który?!!!
- Pięćdziesiąty ósmy. Zaczęłam po maturze gdy nie dostałam się na studia i tak już zostało.
Próbuję sobie wyobrazić siedzącą naprzeciw nas ani chybi siedemdziesięciokilkuletnią kobietę gdy jako młoda dziewczyna zaczynała pracę tutaj. Całe życie na tej polanie. Każdego dnia wnosić tutaj cały ów majdan.
Kupujemy po oscypku i rozmawiamy dalej.
- Sama Pani to wszystko wnosi codziennie? Ma Pani jakiś wózek?
- Nie nie mam wózka. Wszystko samemu w rękach trzeba przynieść. Teraz pomaga mi córka. A wy skąd jesteście?
- Z Pomorza.
- Mój brat mieszka w Kołobrzegu, nad samym morzem.
- Odwiedza go Pani?
- Raz byłam, ale to nie dla mnie. Nudno. Ja wolę chdzić po górach.
- Chodzi Pani jeszcze?
- Tak ale przed sezonem. Beskid Wyspowy, Makowski ... W sezonie jestem tutaj.
Co za spotkanie! Ta kobieta to niemalże symbol Pienin. Pięćdziesiąt osiem lat na tym szlaku. Można przyjąć, że niemal każdy turysta chodzący w Pieniny musiał ją widzieć.
Ruszyliśmy dalej w kierunku Przełęczy Szopka i na Trzy Korony. Znów długi marsz pod górę. Pieniny może nie są duże ani rzesadnie wysokie, lecz tutejsze szlaki charakteryzują się licznymi podejściami i zejściami, nierzadko ściśnietymi na niewielkiej odległości. Nie mam już kondycji dwudziestolatka, więc przyznam, że mając już za sobą kilka godzin marszu po takim terenie, końcówkę podejścia na Trzy Korony czułem w nogach bardzo wyraźnie.
Zmieniło się tu od czasu mojej ostatniej wizyty. Postawiono metalowe pomosty i schody wiodące na szczyt. Uroku górom one nie dodają. Zastanawiają mnie takie ułatwienia. Przecież nie ma obowiązku chodzić po górach. Jeśli ktoś nie czuje się na siłach to po prostu nie powinien iść. Wyobrażąm sobie te kolejki oczekujące na wejscie na szczyt w pełni sezonu. My mieliśmy to szczęście, że byliśmy na Trzech Koronach zupełnie sami. Mogliśmy, przegryzając jabłka, w ciszy napwać się widokami.
Staliśmy na najwyższym wierzchołku Pienin (982 m.n.p.m.). O to zresztą zawsze są spory. Trzy Korony są bowiem istotnie najwyższe w Pieninach Właściwych, lecz pamiętać należy jeszcze o ciągnącym się wzdłuż polsko-słowackiej granicy na południowy wschód od Szczawnicy paśmie Małych Pienin, z najwyższym szczytem Wysoką – 1050 m.n.p.m, który powinien tak naprawdę dzierżyc palmę pierwszeństwa wywracając do góry nogami wiedzę wbijaną nam z podręczników do geografii w szkołach.
Po słowackiej stronie widać było zabudowania Červenego Klaštoru. To tam według legendy miał z Trzech Koron dolecieć brat Cyprian. Bliżej, na hali u podnóża góry trwał już wypas owiec.
Z Trzech Koron ruszylismy ku Górze Zamkowej. Na sterczącej wśród innych, niedostępnej skale pobudowano w XIII wieku zamek. Jego fundatorką była Święta Kinga. Był to zamek obronny i właśnie tam w 1287 roku fundatorka wraz z siostrami zakonnymi klasztoru klarysek w Starym Sączu przetrwały najazd Mongołów. Zakonnice chroniły się tam także przed dżumą dziesiątkującą miejscową ludność w połowie XVII wieku.
Potem budowla popadłą w ruinę. Na początku XX wieku z pozyskanego na rumowisku budulca powstał domek pustelnika. Podczas pobytu drugiego z nich, w 1949 roku dom spłonął. Obecnie trwają prace konserwatorskie mające na celu zabezpieczenie ruin.
To był ostatni szczyt na trasie wycieczki. Ruszyliśmy szlakiem wokół głębokiego jaru i pośród dzikich krajobrazów powalonych wiekowych drzew dotarlismy na ścieżkę, która w ciągu godziny doprowadziła nas na dół do Krościenka.
Z ogromną przyjemnoscią zapadłem się w samochodowy fotel, kiedy dotarlismy na praking. Najchętniej już bym się z niego nie ruszał do rana.
To jest o tyle ciekawy wyjazd, że do ostatniej chwili nie wiedzielismy gdzie wylądujemy. Pomimo tego, że umówilismy się na maj ponad dwa miesiące temu, i ja, i Romek musieliśmy przekładać termin wyjazdu. Nie mając zaś stuprocentowej pewności nie mogliśmy zarezerwować ani przejazdów (przelotów właściwie), ani noclegów. Ostatecznie ruszyliśmy w sobotni ranek „gdzieś na południe” z założeniem, że miejsce potwierdzimy gdy zobaczymy dokąd uda nam się dotzreć. Około dwudziestej drugiej, na stacji benzynowej gdzieś na Zakopiance rezerowałem przez stronę „Booking.com” noclegi w Szczawnicy. Dotarliśmy tam przed północą.
Rano po sniadaniu wyruszyliśmy na szlak. Na pierwszy dzień zaplanowaliśmy słowacką część Pienińskiego Parku Narodowego.
Ruszyliśmy wzdłuż Dunajca w kierunku granicy. Minęło już parę lat odkąd znaleźliśmy się w Strefie Shengen, a ja wciąż nie mogę sie nadziwić i nacieszyć swobodą podróżowania. Pomimo, że rozglądaliśmy się, nie zorientowalismy się kiedy znaleźlismy się na terytorium naszego sąsiada. Ot, biegnąca obok ścieżka rowerowa nagle zmieniła nawierzchnię, i to chyba wszystko. Żadnych tablic. Zakręt, a za zakrętem przystań flisacka, na której kończą się spływy Dunajcem (bo przeciez nie tylko polscy górale je organizują) i budynek z napisami witającymi w słowackiej części parku narodowego.
Szliśmy w kierunku wsi o nazwie Lesnica – najbliżej położonej granicy. Wieś jak wieś, niczym specjalnym nas nie zachwyciła, chociaż wśród stawianych bez większego porządku niezbyt urodziwych betonowych domów zachowały się perełki drewnianego budownictwa z odległej już epoki.
Co do widoków zaś, już pierwsze metry wiodące u podnóża pionowych skał nagrodziły trudy podrózy poprzedniego dnia.
Kiedy wkrótce obejrzeliśmy się do tyłu, naszym oczom ukazała się ściana Sokolicy.
To jeden z celów naszej wycieczki następnego dnia.
Sokolica jeszcze piekniej prezentowała się, kiedy na chwilę wyszło słońce i oświetliło wapienną skałę.
Z Lesnicy skręcilismy w prawo na szlak wiodący na Plašną. Pomimo, że nie poraża ona (jak i całe Pieniny) wysokościami (w tym przypadku raptem 849 m.n.p.m.) to jednak znaczenie ma róznica poziomów i odległość na jakiej musi byc pokonana. Tutaj akurat szliśmy niemalże „na krechę” wprost po coraz bardziej stromym zboczu i pod koniec jak zbawienia wyglądaliśmy pojawienia się czerwonego szlaku, który zwiastowałby zmianę trendu i spokojniejszy już marsz grzbietem. Kiedy wreszcie nań wyszliśmy i mogliśmy uspokoić zasapane oddechy, wkrótce w nagrodę otrzymaliśmy piękny widok na ośnieżone jeszcze Tatry.
Tam śnieg, a u nas cała przyroda zdążyła już eksplodować całą gamą soczystych zieleni. Jeszcze trzy - czetry tygodnie temu pąki nieśmiało zwiastowały nadchodzącą wiosnę, lecz wystrczyło kilka cieplejszych dni by wszystko gwałtownie przebudziło się z zimowego letargu.
Vapennik był ostatnim wzniesieniem tego grzbietu, który zraz potem zaczął ostro się obniżać.
Przed sobą mieliśmy teraz górującą nad okolicą ścianę Trzech Koron (udało się przez teleobiektyw dojrzeć drobne sylwetki ludzkie na szczycie Okrąglicy), a w przeciwnym kierunku majestatyczne Tatry.
Wkrótce znaleźliśmy się na dole, w miejscowości Červeny Klaštor. Swoją nazwę zawdzięcza ona klasztorowi, którego historia sięga XIV wieku. Utrzymujący się z podatków pochodzących z pobliskich dziesięciu wsi zakonnicy żyli tutaj aż do lat osiemdziesiątych XVIII wieku, kiedy to dekretem cesarza został on skasowany, a dobra rozdysponowane pomiędzy kilkuset rodzin przybyłych tu niemieckich kolonistów.
Wśród zakonników najsłynniejszą chyba postacią został brat Cyprian przebywający tu u schyłku istnienia zgromadzenia. Oprócz tradycyjnych zajęć zakonnych oddawał się m.in. botanice i był autorem zielnika opisującego blisko trzysta okazów flory Pienin i Tatr. Ponoć zajmował się także alchemią, a według legend miał skonstruować skrzydła, na których przeleciał z Trzech Koron wprost na dziedziniec klasztoru.
Klasztor niszczał, lecz znów nadchodzą dla niego lepsze czasy ponieważ właśnie poddawany jest renowacji.
Zbliżała się piętnasta, więc najwyższy czas by coś zjeść. Uznaliśmy, że nie ma co szukać daleko, skoro w samym klasztorze znajdowała się Karczma Pod Lipami.
Kelnerka zaproponowała nam gulasz z knedlikami. Pamiętam podobne danie z ubiegłorocznej wycieczki do Pragi, więc uznałem to za bardzo dobry pomysł. To, co nam przyniesiono, przeszło najśmielsze oczekiwania. In minus. Nie dość, że w glaszowym sosie pływało zaledwie kilka kawałeczków mięsa, to na dodatek nie dawało się go zjeść. Były to najwyraźniej jakieś okrawki – głównie żyły i chrząstki. Zjedliśmy więc jedynie knedliki z sosem. Popijaliśmy dobrym piwem, lecz jego smak nie był zasługą tutejszego kucharza. Jeśli czytelnku trafisz kiedyś do Červenego Klaštoru, nie daj się skusić banerami zapraszającymi do owej karczmy. Piwa możesz tam się napić, lecz nie zamawiaj jedzenia.
Posiliwszy się nieco (he he, posiliwszy) ruszylismy teraz ścieżką wiodącą brzegiem Dunajca by obejrzeć jego przełom z perspektywy piechura, a nie z tratwy.
Mielismy już w nogach dwanaście kilometrów marszu po górach, a teraz czeało nas osiem ową ścieżką aż do Szczawnicy. I chociaż widoki znów były piękne, to jednak czuliśmy już w nogach dzisiejszy dzień, z zmęczenie potęgowała monotonia ostatniego odcinka.
Wędrówkę umilało nam oglądanie żerujacych pstrągów. Było ich tam mnóstwo.
Zresztą mieliśmy tego dnia okazję sfotografować kilka innych okazów pienińskiej przyrody. Fascynujące były na przykład wyrastające wprost ze skał kwiaty, Niesamowita jest zdolność do kolonizacji. Życie wciska się w najbardziej nieporzyjazne zakamarki.
W samej Szczawnicy zaś napotkalismy taką oto jszczurkę:
W zdecydowanie przyjemniejszych okolicznościach niż w Červenem Klaštorze zjedliśmy kolację (pierogi z jagodami, a potem jeszcze naleśniki ze szpinakiem) i moglismy udać się na jak najbardziej zasłużony odpoczynek.
Drugi lot do Szczecina, o którym wspominałem niedawno miał związek także z Grupą Hotelową „Orbis”, która ze swoim partnerem, firmą Accor wprowadza nową strategię marek ekonomicznych:
Otrzymałem propozycję przetestowania jednego z takich hoteli, co uczyniłem i dzielę się swoimi obserwacjami.
Szczeciński hotel Ibis mięsci się przy ulicy Dworcowej i razem z sąsiadującym hotelem Novotel, bardziej luksusowej marki zarządzanej przez to samo konsorcjum stanowi kompleks oferujacy miejsca noclegowe niemal w samym centrum miasta. Stąd zaledwie kilka minut piechotą na dworzec kolejowy i autobusowy oraz równie krótki spacer do głównych ciągów handlowych Szczecina. Wydaje mi się, że w chwili obecnej lepszym położeniem w grodzie Gryfa może poszczycić się jedynie hotel Radisson.
Mniej podoba mi się sama konstrukcja budynku, trochę bunkrowata, kontrastująca z ponad stuletnimi kamienicami oraz ceglaną bryłą t.zw. Czerwonego Ratusza.
Za to w środku... zostałem mile zaskoczony.
Ponieważ jest to hotel z gatunku ekonomicznych, nie spodziewałem się fajerwerków. I oczywiscie cudów nie było, ale niewielki pokoik schludny i utrzymany w czystości. Pościel nieskazitelnie biała.
Połowa sukcesu to zawsze łazienka. Wiekowe, z wżartym brudem sanitariaty, pożółkłe ręczniki mogą zepsuć wrażenie nawet najlepiej wyposażonych pokojów. I tu szczeciński Ibis pokazał się z jak najlepszej strony. W prostej, compactowej łazience białe kafelki są wyłącznie białe, podobnie jak świeżo wyglądające ręczniki. Toaleta i brodzik bez śladów starego brudu w zakamarkach.
Miłym dopełnieniem są owoce i woda mineralna czekające na gości. O ile woda w większości hoteli jest już standardem to owoce raczej rzadko.
Widok z okna na wieżę budynku rektoratu Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego też sympatyczny, chociaż oczywiście nie ze wszystkich pokoi widac to samo.
Kiedy się rozpakowałem, a na biurku wylądował laptop, padło sakramentalne pytanie o internet. Dzisiaj trudno się bez niego obejść. Przyznam, że dla mnie jest to jedno z głównych kryteriów wyboru miejsc noclegowych. Hotele rezerwuję tylko porzez internet i jeżeli czytam, iż podłączenie do sieci jest dodatkowo płatne, obiekt ląduje na końcu kolejki. Jeśli znajdę informację, że internetu nie ma w ogóle, nawet nie ropatruję możliwości tam przenocowania (zakładając, że mam wybór). Jeden z amerykańskich aktorów zwierzył się kiedyś w jakimś wywiadzie, że gdy słyszy iż hotel nie oferuje dostępu do internetu, pyta z sarkazmem: „przyszniców tez nie macie?”
Ibis w Szczecinie oferuje bezpłatny dostęp do sieci w pokojach, co natychmiast sprawdziłem i okazało się, że są to całkiem dobre, szybkie połączenia. Dla tych, którzy podróżują bez własnego laptopa w ofercie jest kącik komputerowy w hallu nieopodal recepcji.
No a skoro już w swojej relacji zszedłem do hallu, to rozejżyjmy się tam nieco. Recepcja schludna i przestronna. Z niej szerokie przejście prowadzi do restauracji „l’Estaminet” utrzymanej w stylu francuskim, lecz o niej napiszę później.
b
Obok recepcji, oprócz wspomnianego kącika internetowego jest też miejsce na rozmaite broszury informacyjne, a także na świeżą prasę. Można tez kupić rozmaite niezbędne drobiazgi.
Przy samym wyjściu duży plan miasta i zaznaczone atrakcje turystyczne. Myślę, że to bardzo dobry pomysł. Na planie miasta oczywiście zaznaczone położenie hoteli. Inna sprawa, że znaleziona na mapce informacja „CH Galaxy w budowie”, dowodzi iż ma ona już co najmniej dziesięć lat. Sporo, biorąc pod uwagę, że powstają kolejne budynki, zmienia się układ ulic. Warto pomyśleć o odświeżeniu informacji.
Z hallu kursują trzy windy. Dwie do góry, na poszczególne piętra z pokojami, a jedna na dół, do podziemnego garażu. Ja wybrałem tą ostatnią by udać się do pozostawionego na parkingu samochodu.
Orbis bowiem zadbał również o to, bym wziął udział w jakimś wydarzeniu kulturalnym oferowanym orzez miasto. Nie załapałem się na festiwal „Kontrapunkt” z powodu braku biletów, tak samo jak odprawił mnie z kwitkiem również mój ulubiony „Czarny Kot Rudy”, więc wybrałem się na spektakl z bieżącego repertuaru Teatru Polskiego.
Zanim tam dotarłem, pospacerowałem trochę po mieście. W „Mojej Szufladzie” co jakiś czas zamieszcam notki o Szczecinie, więc teraz akurat te opisy sobie daruję, lecz wspomnę tylko o jednej ciekawostce. Zazwyczaj widzimy tylko to co wokół nas. Rzadko zadzieramy głowę do góry, by „odkryć” ciekawe detale budynków, a być może jeszcze rzadziej spoglądamy pod nogi, gdzie wciąż są jeszcze slady historii przez duże „H”. Oto znajdująca się na jednym z chodników pokrywa studzienki hydrantu. Blisko siedemdziesiąt lat od upadku niemieckiego Stettina, służy jeszcze polskim mieszkańcom miasta niczym, żywy relikt dawno minionej epoki.
Nieco dalej natknąłem się na inna pokrywę chroniącą bodajże liczniki wody.
Niemal punktualnie o 19:00 dotarłem do wspomnianego Teatru Polskiego. Tego dnia grano „Bal manekinów” Bruno Jasieńskiego.
Chyba jestem za bardzo konserwatywny, bo inscenizacja z rapowaniem nie bardzo mi odpowiadała.
Jeżeli jednak wziąć pod uwagę, że Bruno Jasieński zalicza się do twórców polskiego futuryzmu, to w zasadzie taki eksperyment można uznać za w pełni uprawniony.
Tam gdzie rapowania nie było, satyra na polityków broniła się doskonale. Niesamowite jak bardzo aktualna jest nadal ta sztuka, pomimo, że napisana została w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Polityka jak widać pomimo zadęć o demokracji zmienia się powoli. I to nawet w tych nakbardziej cywilizowanych krajach.
Sam Jasieński zresztą szczególnie brutalnie został przez nia potraktowany. Zafascynowany komunizmem osiedlił się w ZSRR, gdzie podczas t.zw. wielkiej czystki został stracony.
Ze teatru wróciłem już prosto do hotelu. Wieczorem z zewnątrz prezentował się znacznie bardziej przytulnie niż za dnia.
Zaczynał mi doskwierać głód, wieć postanowiłem sprawdzić, co do zaoferowania ma hotelowa restauracja. Wyglądała zachęcająco.
Zamówiłem może niezbyt wyszukaną potrawę, ale „bezpieczną”, t.zw. grill mix. Zanim go otrzymalem, pani kelenrka przyniosła na stół pieczywo i pasztet do uzycia w ramach oczekiwania. Sam grill mix okazał się jednak niewypałem. Ociekający tłuszczem wygladał jakby przed chwilą został zdjęty z głębokiej patelni, a nie z grilla. Już zaczynałem żałować, że nie poszedłem na kolację do położonego kilkadziesiąt metrów „Bombaju”, gdzie serwują doskonałe dania indyjskiej kuchni. Byłem tam kilka razy i zawsze wychodziłem usatysfakcjonowany. Na szczęście podany w ramach deseru creme brulee, doskonały w smaku i z pięknie zeszklonym, brązowym cukrem na wierzchu w pełni zrekompensował mizerne doznania z konsumpcji potrawy głównej.
Rano w tej samej restauracji serwowano (wliczoen w cenę pokoju) śniadanie. I tu było kolejne miłe zaskoczenie. W takiej n.p. sieci Best Western, z której nierzadko korzystałem w podróżach po USA zazwyczaj w ramach wliczonego w cenę śniadania otrzymywało się kawę lub herbatę, jakieś płatki do zalania mlekiem, donut albo muffin i ewentualnie jakiś owoc. Niewiele więcej spodziewałem się po „ekonomicznym” Ibisie, a tymczasem wybór był naprawdę duży: parówki oraz jajka na ciepło, a także wybór wędlin, serów, sałatek, owoców, płatków oraz oczywiście zimne i ciepłe napoje. Hitem zaś było gorące, niemal parujące jeszcze pieczywo. Jedyna niedogodność, to ta, że wybrałem się na śniadanie dokładnie w tym samym czasie kiedy większość hotelowych gości i akurat wtedy restauracja pękała w szwach. Trudno było zanleźć wolne miejsce. Poza tym wszystko ok.
Jeśli ktoś poszukuje niedrogiego hotelu w centrum Szczecina to jak najbardziej polecam.