Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...

Z lamusa

czwartek, 07 lutego 2013

Robi się cholernie mało czasu. Odwaliłem dziś kawał roboty, ale nie tak wiele jak chciałem. Liczyłem, że jutro co najmniej pół dnia pozostanie mi na spakowanie, a tymczasem będzie dobrze jeżeli zakończę papierzyska przed wieczorem. Rozpoczął się maraton. Tak na dobre odpocznę dopiero w hotelu albo w samolocie. Dzisiejsza noc jest ostatnia w miarę normalna. Jeżeli jutro do wieczora nie skończę papierów to czeka mnie siedzenie może i przez całą noc bo przecież trzeba się jeszcze spakować. Ale by bylo milo gdyby kazali nam stanąć chociaż na jedną dobę na redzie! Bo przecież jest jeszcze książka "Władca Mórz", ktorej akcja wciąga mnie coraz bardziej. Zostało mi jeszcze około stu stron do końca i zanosi się, że w żaden sposób nie wykroję czasu, żeby ja móc skonczyc. Zabrać zaś ze statku nie wypada, bo właśnie brak ksiażek jest bardzo dokuczliwy i kazda podczas dlugiego rejsu jest na wagę zlota.  Nie wiem czy rano będę mógł ruszyć z rozliczeniami finansowymi, bo jak na razie, nie przysyłają rozkladu lotów i nie wiem do kiedy naliczać pensje. Może to i lepiej? Różnica czasu sprawia, ze jeśli nie dostanę wiadomości dzisiejszej nocy, to będę mieć spokój do jutra co najmniej do siedemnastej. Wtedy mógłbym szybko zrobić remanent kantyny i zabrać się za pakowanie rzeczy, a finansami zająć się wieczorem.

Cieśnina Koreańska,  21.02.2001, środa

 

Przez cały dzień piękna,  prawie bezwietrzna pogoda. Północno-wschodni monsun skończyl się jak nożem uciął. Zaczyna sie wiosna, przyjemne pływanie. Przepływałem najgorszy okres zimowych sztormów, a teraz jadę do domu.

Wszystko już wiem. Dziś przyszło sporo teleksów z informacjami o podmianie. Nasi zmiennicy przylatują do Szanghaju w piątek około czternastej. To oznacza, że prawdopodobnie dotrą na keję mniej więcej w tym czasie, kiedy my będziemy cumować. Od razu będę więc mógł zabrać się za przekazywanie obowiazkow. Będę tak tym kierować, aby w sobote w południe przekazać już pelną odpowiedzialność na ręce kapitana Cabahuga, mojego filipińskiego zmiennika i wtedy będę mógł już korzystać z wolności. Będzie jej trochę, mam nadzieję, ponieważ lot mam zabukowany dopiero na niedzielne popołudnie. Trwać będzie prawie dwanaście godzin, ale różnica czasu sprawia, że zyskam kilka godzin i do Frankfurtu przylecę tego samego, niedzielnego popołudnia. O 20.20 będę mieć samolot do Hamburga, dokąd przylecę o 21.25 i udam się prosto do hotelu. Rano zaś wizyta w biurze, a po poludniu jazda autobusem do Szczecina.

Biedny chief mechanik. Jest niepocieszony, bo po moim wyjeździe zostanie sam. Jedyny Polak wśród Filipinczyków. Niezbyt zachęcająca perspektywa, zwłaszcza podczas długich przelotów między portami. Poza służbowymi rozmowami prawdopodobnie nie będzie się udzielać towarzysko.

Kończę pisanie bo oczy same mi się zamykają. Zaliczyłem dziś biurokratyczny maraton, ale zakończyłem w zasadzie już wszystko. Zostało tylko posegregowanie: to do biura, to dla mnie, to dla nowego kapitana. Zdążyłem się nawet prawie w zupełności spakować. Niestety, wygląda na to, że będę mieć trzy sztuki bagażu. Troche nieporęcznie zważywszy, że ma się dwie ręce. O kilogramach wolę nie myśleć. Ciężkie jak diabli te walizki, ale może uda się jakoś odprawić nie placąc za nadbagaż?

Morze Wschodniochinskie,  22.02.2001, czwartek

P.S.

I to już koniec zapisków z azjatyckiego kontraktu sprzed dwunastu lat. Na opublikowanie czeka część następna z podróży od fiordów na pograniczu Kanady i Alaski, przez Karaiby, Amazonkę, La Platę, Cieśninę Magellana chilijskie fiordy i znów na Północny Pacyfik, ale to już zostawiam sobie na znacznie późniejszy okres.

We fiordach północnej Kanady

Rio de Janeiro oglądane wieczorem z Głowy Cukru

Wodospady Sao Vincente na rzece Jari. Amazonia.

Gdańsk, 07.02.2013; 01:00 LT


niedziela, 25 marca 2012

Nieeee, znowu Jangcy! Przeksztalcilismy sie w prawdziwy liniowiec plywajacy na trasie Nachodka - Jangcy. Wlasnie przyszla wiadomosc, ze z Nachodki mamy plynac do Changshu i Szanghaju. Ciesze sie z tego Szanghaju, bo widzialem go raz i bardzo duze zrobil na mnie wrazenie. Z Changshu ciesze sie mniej.

Przez caly dzien wiatru prawie nie bylo. Zerwal sie pod wieczor. Zdazylismy juz prawie podplynac pod brzegi Korei Polnocnej. Niz zamiast na polnocny wschod, powedrowal na poludniowy wschod. Znajdujac sie na poludnie od nas, przyniosl nam wiatry wschodnie zamiast zachodnich. Przed wschodnimi nie ma jak sie zaslonic. Najblizszy brzeg w tamtym kierunku to Japonia. Moze jednak zanim sila wiatru i fala wzrosnie, zdazymy znalezc sie blisko naszego celu. Zostalo juz niewiele, raptem kilkanascie godzin.

Morze Japonskie, 15.02.2001, Czwartek


Udalo sie. Sila wiatru wzrosla do siedmiu w skali Beauforta, ale niz przesuwal sie na tyle szybko, ze zaczelo wiac z polnocy, a z tamtego kierunku krzywdy nam zrobic juz nie moglo.

Dlatego o wpol do szostej nad ranem zaczelismy wyrzucac balasty szczytowe. Za bardzo sie jednak cieszylismy... Okazalo sie ze z prawego zbiornika nr 3, mimo otwartego zaworu, nic nie leci. Poniewaz zawor byl w porzadku, diagnoza mogla byc tylko jedna: zamarzla woda w rurze spustowej. Rury te maja niewielki przekroj. Projektant nie myslal zapewne, ze maja sie sprawdzac w iscie arktycznym klimacie. Pierwsza rzecz w tej sytuacji to przerwanie oprozniania zbiornika lewego, aby statek nie zlapal przechylu. Ale z lewym zrobila sie sytuacja odwrotna: raz otwarty, z powodu stopniowego obmarzania, nie dal sie juz zamknac. Woda uciekala, a statek zaczal przechylac sie na prawa burte. Kazalem rekompensowac ubytek wody z lewej burty, odpompowywaniem zbiornika dennego, trzeciego, prawego. Tymczasem zas kazalem poczynic przygotowania do wejscia do zamknietej przestrzeni miedzy podwojnymi burtami, aby dostac sie do zamarznietej rury spustowej i ja podgrzac. Przygotowania byly czasochlonne, bo trzeba bylo odkrecic pokrywy, sprawdzic atmosfere wewnatrz owej zamknietej przestrzeni, czy ma wystarczajaca ilosc tlenu, przewentylowac ja i dopiero potem wpuscic ludzi. Kiedy tam w koncu weszli, wystarczylo okolo pieciu minut grzania i woda poszla. Okazalo sie, ze bryzgi fal, ktore dostawaly sie do wylotu rury, tworzyly narastajacy lod i w koncu zaczopowaly jej kolanko wewnatrz. Udalo sie opanowac sytuacje niemal rzutem na tasme, tuz przed wejsciem do portu, juz w zatoce.

Pilot przyjechal od razu. Gruby, stary lod sprawil nam troche klopotu, ale ja najbardziej zapamietalem... foke, ktora nagle pojawila sie nam za rufa, pluskajac sie w wolnym chwilowo od lodu przesmyku. Foka tutaj? Niemalze w porcie? Woda musi byc wiec czysta.

Niestety, do Biznies Cientr dzisiaj nie poszedlem. Przyplynela bunkierka z paliwem. Bunkrowanie trwalo kilka godzin, do wieczora. W jego trakcie odebralem e-mail:

Dear Capt.

Informujemy, ze nowego kapitana zamierzamy wyslac do Szanghaju. Wrocimy do szczegolow we wlasciwym czasie.

Pozdrowienia.

No to ladnie. Co mnie podkusilo, zeby wyslac prosbe o zmiennika tak wczesnie? Chcialem byc w porzadku i powiadomilem ich zgodnie z regulaminem z miesiecznym wyprzedzeniem. A oni sie sprezyli i zostalo mi 4 dni na przygotowanie wszystkich papierow i spakowanie sie. czeka mnie niezly kierat.

Nachodka,  16.02.2001, Piatek

  

Jeszcze stoimy w porcie. Zaladunek zakonczy sie dopiero w nocy, a odprawa zamowiona jest na rano. Zanim wyjdziemy w morze, bedzie juz prawie poludnie. Do Szanghaju w najlepszym wypadku dotrzemy dopiero w piatek.

Nachodka zegna mnie iscie wiosenna pogoda. Odwilz. Ulicami plynely dzis potoki wody, a ja chodzilem bez czapki i rekawiczek. Przyzwyczailem sie juz troche do tego miejsca. Podobnie jak na porzednim kontrakcie do Rouen. I tu i tam mialem juz swoje miejsca, swoje trasy spacerow, znajomych ludzi. Podczas obecnego postoju ze zdziwieniem stwierdzilem, ze przestano kontrolowac mnie na bramie. A kontrole dokumentow sa tu zwykle bardzo drobiazgowe.

- "Accurate", kapitan, znajem - mowia zazwyczaj z usmiechem strazniczki i kaza przechodzic. Albo innym razem pogranicznik, ktory nieraz trzymal warte przy trapie statku, tym razem stojac na bramie zagadnal:

- Kapitan, bud'tie zdorow. Nie zabywajtie o nas. Wy choroszoj czielowiek.

Po takich slowach robi sie miekko na sercu, bo wydawalo mi sie, ze niczym specjalnym sie nie wyroznialem. Widocznie na innych statkach byli traktowani inaczej. A ta wylewnosc to w zwiazku z tym, ze dowiedzieli sie (od zalogi ani chybi), ze wkrotce jade do domu. Na pewno jest w tym cos, ze sa to pokrewne, slowianskie dusze i latwiej sie nam porozumiec (bynajmniej nie tylko o jezyk tu chodzi). Mimo niedogodnosci, z sentymentem bede wspominac to miasto i ludzi, ktorzy od serca przynosili czasem "podarki". Wspomniany juz kiedys album o Nachodce, wlasnej roboty dzem, wlasnej roboty kawior czy marynowana papryke. Niewielki gest, ale wymowny. Po czyms takim wierzy sie w szczery zal, ze spoznilismy sie na prawoslawne Boze Narodzenie, bo chetnie zaprosiliby mnie w swieta do domu i w obietnice, ze jesli bede kiedys jeszcze tu latem, to wybierzemy sie za miasto zobaczyc tajge, lowic ryby, posiedziec przy ognisku...

Nachodka, 19.02.2001, Poniedzialek

 

Noc nie byla calkiem spokojna. Zaladunek zakonczyl sie o jedenastej wieczorem, ale do 03.20 trwalo mocowanie ladunku. Kazalem budzic sie gdy bedzie konczony lashing i chocking w kazdej z ladowni. Wolalem sprawdzic to sam, bo nie dowierzam chiefowi. Potem i tak musialem podpisywac dokumenty wiec nawet nie rozbieralem sie do snu lecz jak to bywa w takich sytuacjach, spedzilem noc na warchlaka, w ubraniu, pod kocem, lapiac krotkie okresy snu miedzy jednym budzeniem a drugim.

Rano, przed przybyciem pogranicznikow i celnikow wyskoczylem jeszcze do sklepu obok bramy portu i kupilem baterie do latarek. Zaczynalo juz ich brakowac, a przy okazji pozbylem sie ostatnich rubli. Jezdzac glownie miedzy portami Rosji, Chin i Korei, nie przywiazywalem zbytniej wagi do pozostajacych w kasie resztek rubli, yuanow czy wonow. Wiadomo bylo, ze wykorzysta sie je nastepnym razem. Teraz jednak, dla zmiennika, powinienem miec tylko dolary.

Odprawa poszla sprawnie glownie dzieki temu, ze ogromna wiekszosc kwitow agent przyniosl mi do podpisania dzien wczesniej. Cale szczescie, ze tak uczynil, bo samych kwitow sternika bylo 31, po 15 kopii kazdego czyli 465 sztuk. Mialem wiec okazje pocwiczyc nadgarstek. 

Odcumowalismy o 11.35, a o 12.45 znalezlismy sie na otwartym morzu. Pogoda byla piekna, sloneczna, prawie bezwietrzna. Wokol plywal jeszcze pokruszony lod, ale czulo sie zblizajaca sie szybko wiosne. Az wierzyc sie nie chcialo, ze jeszcze dwa tygodnie temu panowaly tu siarczyste mrozy. Po zdaniu pilota patrzylem jeszcze troche na oddalajace sie gory, przelecialem myslami przez moje osiem tu zawiniec w ciagu obecnego kontraktu, a potem kazalem mechanikom rozkrecac maszyne do pelnych obrotow morskich i zabralem sie za wysylanie teleksow.

Statek jest juz w drodze z Nachodki do Szanghaju. ETA Changjiang Kou 23 lutego, 0900.

E-mail tej tresci poszedl do dzialow zalogowych armatora w Hamburgu i w Manili.

Teraz juz moga rezerwowac bilety lotnicze, uzgadniac z agentem w Szanghaju szczegoly, a jutro lub pojutrze powinienem otrzymac plan podrozy zmiennika i swoj. Dla mnie najbardziej interesujace jest, czy polece prosto do domu, czy tez najpierw do Hamburga. Normalnie powinienem leciec przez Hamburg, aby pojawic sie na czyms wrodzaju interview w siedzibie armatora. Wszystko jednak wskazuje na to, ze opuszcze statek w sobote wiec nie wiem, czy zdecyduja sie na trzymanie mnie w hotelu.

Po wyslaniu teleksow polozylem sie, aby odespac troche zarwana noc. Reise fieber nie dala mi jednak spac zbyt dlugo. Swiadomosc czekajacych papierzysk byla dokuczliwa wiec wstalem i zabralem sie za robote. Z przerwami na pranie zeszlo mi do tej pory, czyli do dwudziestej drugiej i mam jakies 25 procent roboty za soba. Jesli sie spreze jutro, to o tej porze powinienem miec jakies 80 procent za soba. Wtedy w czwartek moglbym wygospodarowac sporo czasu na spokojne spakowanie rzeczy.

Morze Japonskie,  20.02.2001, Wtorek

środa, 21 marca 2012

Jazda w gore rzeki. Spac mi sie chce straszliwie. Mysle tylko o tym, zeby jak najszybciej dojechac do Changshu. Pozostaly jeszcze jakies dwie godziny. Bylo juz po drugiej kiedy polozylem sie spac, a o szostej zamowilem budzenie. Na dodatek, statek na kotwicy ustawil sie w pewnym momencie bokiem do martwej fali i wszystko zaczelo latac po kabinie. Stracilem trzeci kubek w ciagu ostatnich dwoch tygodni i juz samo to doprowadzilo mnie do wscieklosci (na pogode i na swoje niedbalstwo) bo przez poprzednie piec miesiecy nie potluklo sie nic.

Wlasnie przyszedl teleks z informacja, ze nastepna podroz, tak jak sie spodziewalem, bedzie do Nachodki. Nie wiadomo tylko jeszcze jaki bedzie port wyladunkowy. To jest dosc istotne dla mnie. Jezeli Chiny lub Korea, to jeszcze raz pewnie do Nachodki przyjade na poczatku marca, a jezeli gdzies dalej, to juz pewnie do Rosji w tym kontrakcie nie wroce.

 Rzeka Jangcy,  09.02.2001, Piatek

 

I znow zegluga po rzece. Smetny, deszczowy dzien. Typowo barowa pogoda. Wiatr juz teraz jest dosc silny wiec na morzu pewnie dmucha zdrowo. Lepiej byloby przeczekac. Jest ku temu okazja, poniewaz odcumowalismy z Changshu o 15.20 i jezeli dotrzemy do Baoshan po 18.30, nie dostaniemy juz pilota na dolny odcinek rzeki (zegluga noca jest zabroniona). Plyniemy pod prad i wychodzi niemal na styk, a wiec do samego Baoshan bedziemy trwac w niepewnosci. Przyjemniej by bylo rzucic kotwice i przeczekac noc na rzece. 

Postoj w Changshu pod wzgledem turystycznym wielkich rewelacji nie przyniosl. Keja odlegla jest od miasta o 25 km, a w poblizu sa tylko wioski. Jeszcze w piatek wieczorem wyszedlem za brame portu, ale poniewaz byly tam tylko pola i zadnego srodka transportu, wrocilem na statek.

W sobote pojechalismy do samego Changshu. Zrobilem troche zakupow (wsrod nich druga walizke), wywolalem zdjecia (podobaja mi sie wieczorne zdjecia z sylwestra na ulicach Bangkoku) i poszedlem do internet cafe w pieknym, wielopietrowym, nowoczesnym domu towarowym. Komputery byly jednak beznadziejne, albo lacza slabiutkie. W kazdym razie byly duze problemy z wyslaniem i odebraniem e-maili, a o czatowaniu w ogole mowy nie bylo. Spedzilem tam mniej niz poltorej godziny i mialem dosyc. W niedziele problem z transportem sie powtorzyl wiec dotarlem tylko do pobliskiej wsi, bardziej w ramach spaceru, dla rozruszania zastalych miesni, niz w celu zobaczenia czegos konkretnego. Agent twierdzil, ze o 15.00 musi zebrac przepustki, aby zalatwic zawczasu odprawe graniczna wiec o 14.20 wrocilem na statek. Szkoda, bo odplynelismy dopiero dobe pozniej, wiec moglem niedzielne popoludnie i wieczor spedzic w Changshu.

                                                   *   *   * 

No i plyniemy dalej. Rzutem na tasme o 18.25 dotarlismy do Baoshan i dostalismy jeszcze pilota. Ze spokojnej nocy nici.

Dzisiaj sa tatusia urodziny. Konczy 71 lat. Zadzwonilem z zyczeniami i dowiedzialem sie, ze zlamal reke. Przewrocil sie podczas slizgawicy dokladnie tydzien temu.

Rzeka Jangcy, 12.02.2001, Poniedzialek

  

Ledwie poznym wieczorem wyszlismy na otwarte morze, a natychmiast trzeba bylo redukowac predkosc i napelniac balasty szczytowe, poniewaz warunki byly sztormowe. Na rzece, z pradem, 

gnalismy nawet po 18 wezlow. Teraz plynelismy czterokrotnie wolniej. Noc prawie nieprzespana. To dziob walil o fale, to znow sruba wydostawala sie ponad wode, powodujac duze wibracje. Rano zmienilem kurs na 000 i zrobilo sie troche lepiej, ale raczej nie po drodze. Okolo poludnia zaczelo sie jakby polepszac, wiec sprobowalismy plynac kursem 057, w strone Wyspy Cheju. Bylo troche gorzej, ale nie az tak zle, aby nie dalo sie plynac. Plyniemy tak do tej pory. W nocy powinnismy juz byc blisko wybrzezy Korei i fala bedzie mniejsza. Ale poki co wiatr znow sie wzmaga i statek zaczyna ciezko pracowac. Jedzie sie jak wozem drabiniastym po kartoflisku. Co chwile wstrzasy i przechyly.

Poinformowalem Armatora, ze chce jechac do domu miedzy 10 a 20 marca (w zaleznosci od portow i polaczen lotniczych). Maja teraz miesiac czasu, zeby znalezc zmiennika i zaaranzowac podmiane. A ja juz oficjalnie moge zaczac odliczanie.

Morze Wschodniochinskie,  13.02.2001, Wtorek

 

Odpowiedz przyszla jeszcze tej nocy. Znam juz nazwisko swojego nastepcy, ktory czeka, az zwolni sie miejsce. Planuja dokonac podmiany w pierwszym dogodnym porcie w marcu. Moze to wiec byc nawet wczesniej niz dziesiatego. Trzeba zaczac wypelniac liczne formularze, bo to zazwyczaj zajmuje na koniec najwiecej czasu, a szczegolnie stresujace jest gdy zbiega sie z innymi sprawami, ktore nagle wyskakuja w zwiazku z eksploatacja statku. Wtedy czasu zaczyna brakowac nawet mimo nieprzespanych nocy. Dlatego tym razem to, co mozna, postaram sie zrobic duzo wczesniej.

Pogoda dzisiaj byla dla nas laskawa, ale nad Morze Zolte nadciaga juz nowy niz, ktory jutro wieczorem powinien znalezc sie nad Korea. Moze do tej pory uda nam sie przedostac ku polnocnym wybrzezom Zatoki Wschodniokoreanskiej i dalej plynac juz wzdluz brzegu. Tym razem, jak i poprzednio nie ryzykuje pojscia na przelaj przez Morze Japonskie. Lepiej nadlozyc troche drogi i byc pewnym, ze nawet w przypadku zlej pogody bedziemy oslonieci od wiekszych fal.

Czarterujacy przyslal teleks z informacja, ze ladunek przeznaczony jest do Inchon. Ucieszylem sie, bo to przyjazne miasto. Blisko portu, pelne sklepikow, kafejek i oczywiscie PC-clubow czynnych cala dobe. Pod wieczor jednak anulowano te podroz i najprawdopodobniej znow poplyniemy do Chin. Szczegoly maja nadejsc jutro. Nie, tylko nie na Jangcy! Mam juz dosyc tych kilkugodzinnych jazd z pilotem.

Ciesnina Koreanska,  14.02.2001, Sroda

środa, 08 lutego 2012

Podroz z Nachodki na poludnie prawie zawsze przebiega spokojniej. Plynie się na ogol z wiatrem, a na dodatek statek jest zaladowany i nie poddaje się tak latwo falom. Wiatr poczatkowo polnocny, teraz zaczyna się zmieniac coraz bardziej na wschodni. Zdecydowalem wiec, podobnie jak porzednio, oplynac koreanska wyspe Cheju od poludnia. Ale to dopiero jutro wieczorem. Na razie jestesmy jeszcze na Morzu Japonskim i dopiero rano wejdziemy w Ciesnine Koreanska.

Wyjscie z Nachodki opoznilo się dosc mocno. Wczoraj rano pozostawalo do zaladowania już tylko 420 ton i wydawalo się, ze bez problemu opuscimy port poznym popoludniem. Tymczasem zaczelo się slimaczyc mocowanie ladunku i calosc zakonczono dopiero o 19.10. Zaraz potem odprawa i poinformowano nas, ze pilot przybedzie o 21.30. Wprowadzal wlasnie jakis inny statek do portu i miał przyjechac do nas zaraz po tej operacji. Lod spowodowal jednak znaczne opoznienie cumowania i pilot dotarl dopiero po polnocy. Odcumowalismy o 00.35, ale zanim wyplynelismy na otwarte morze i zanim wyslalem teleksy, zrobila się trzecia nad ranem. I z tego powodu ziewam caly dzien bez ustanku.

Znow miałem przejscia z przedstawicielem czarterujacych nas Koreanczykow. Probowal już raz wyludzic ode mnie piecdziesiat dolarow w listopadzie. Tym razem poszedl na calosc. Przyjechal na statek wczoraj około czternastej i zapytal czy dostalem juz teleks  z Seulu w sprawie pieniedzy, które miałem mu wyplacic.

-          Nie. Nic nie przyszlo. – odpowiedzialem po sprawdzeniu na mostku.

Zadzwonil gdzies ze swojego telefonu komorkowego, pogadal po koreansku i zaczal tlumaczyc:

-          W Korei jest teraz przerwa na lunch. Szefow nie ma w biurze. Jeżeli jeszcze nie wyslali teleksu, to w takim razie zrobia to zaraz po powrocie, a ja ich ponagle. Problem w tym, ze ja już teraz musze mieć tysiac dolarow, aby zaplacic pracownikom portu za ekstra prace i przyspieszenie zaladunku. Firma zwroci ci te pieniadze w nastepnym porcie. Ja oczywiście wszystko pokwituje.

Wyciagnal z nesesera odpowiednie formularze i pokwitowal przyjecie tysiaca dolarow. Podpis, firmowa pieczec oraz dopisana na moje zadanie uwaga, ze pieniadze sa do zwrotu w najblizszym porcie. Miałem oczywiście watpliwosci, czy slusznie postepuje, ale w koncu oni nie od wczoraj czrteruja statki naszej kompanii, obracaja znacznie wiekszymi pieniedzmi, a ow kapitan jest przedstawicielem  tej firmy w Nachodce. Kiedy jednak minely dwie godziny, a zapowiedziany teleks nie nadchodzil, wyslalem ja teleks do nich, informujac o sprawie i proszac o potwierdzenie, ze było to przez nich uzgodnione. Wyszlismy z Nachodki, nastal ranek, poludnie, a potwierdzenia wciąż nie było. Wyslalem wiec kolejny teleks. Do kolacji brak odpowiedzi. Wreszcie nadeszla pod wieczor. Oddadza w Changshu cala kwote oraz dodatkowo bonus dla mnie za dobra wspolprace. I prosza, aby wspomnianemu kapitanowi nigdy zadnych pieniedzy nie dawac. Potwierdza się wiec, ze to cwaniak i kanciarz. Nie wiem tylko na co liczyl biorac ten tysiac. Ze nie odda? Przeciez zwyczajnie potraca mu z pensji. A może to nalog i jego tok myslenia nie siega tak daleko? W takim razie powinni go wywalic na zbity pyski, zanim narobi wiekszych dlugow.

W niedziele nie wytrzymalem i wzialem ze soba aparat. Była w nim koncowka filmu, wiec postanowilem uwiecznic Lenina przed Domem Kultury. Być może za kilka lat już go tam nie będzie. 

08-02-2012 00-19-15_0001

Szlismy spacerkiem z chiefem mechanikiem i dyskutowalismy na temat komunizmu, indoktrynacji dzieci jaka miala miejsce w szkolach, a nawet w przedszkolach.

-          O tak – opowiadal chief – Z indoktrynacja to było tak, ze z tego wszystkiego nieswiadom niczego, wplotlem komunizm do koled..

-          Jak to do koled?

-          Jak chor ludzi spiewal w kosciele koledy, to ja, jako male dziecko, nie wszystkie slowa rozumialem. Wszyscy spiewali wiec:

Maryja Panna, Maryja Panna

Dzieciatko piastuje,

I Jozef stary, i Jozef stary

Ono pielegnuje...

to ja gardlowalem na caly kosciol:

Maryja Panna, Maryja Panna

Dzieciatko piastuje

I Jozef Stalin, i Jozef Stalin

Ono pielegnuje

nie zdajac sobie sprawy, ze to bez sensu i na dodatek prowokacja.

-          Dobrze, ze zginelo wśród choru tylu gardel – powiedzialem, smiejac się. – Inaczej nie obeszloby się bez linczu.

-          Kiedy po latach opowiedzialem o tym ksiedzu, który przyszedl do nas po koledzie, to ten az się przezegnal – zasmial się chief.

Morze Japonskie,  06.02.2001, Wtorek

 

Zrobilo się przyjemnie cieplo. Temperatura powietrza wynosila rano +9 stopni. Az się wierzyc nie chce, ze o poltorej doby jazdy stad dalej na polnoc sa już takie mrozy. Pewnie za jakies 8-10 dni będziemy tam znow. Ciekawe, czy sprawdzi się zapowiedz pilota, ze kiedy przyjedziemy za około dwa tygodnie, zatoka będzie już wolna od lodu i zima zacznie się wycofywac. To bowiem, czego doswiadczylismy ostatnio, okreslaja tam ponoc mianem „kitajskie morozy”. Kitajskie dlatego, ze pojawiaja się w okolicach chinskiego Nowego Roku. Po kitajskich morozach jest już tylko lepiej – zima zaczyna ustepowac. Hm, trudno żeby było gorzej, jeżeli w sobote było –31 stopni. Co prawda w Jakucji, jak podawali w telewizji, były –53 stopnie, ale w Nachodce klimat jest lagodniejszy.

Sytuacja baryczna rozwinela się inaczej niż się spodziewalem. Wyz znad Syberii szybciej przesuwa się na wschod, a nad Morzem Japonskim narodzil się nowy niż. W efekcie przynosi to sztormowe wiatry z polnocy, które z czasem zmienia kierunek na polnocno-wschodni. Zmienilem wiec plany i zdecydowalem się plynac wzdluz poludniowych wybrzezy Korei, zostawiajac wyspe Cheju z lewej burty. Wówczas skok przez morze od Korei do Chin odbedzie się na kursie 230 stopni i polnocno-wschodni wiatr nie powinien zrobic nam krzywdy.

Koncze ze sporym opoznieniem sprawozdawczosc za styczeń. Jutro rano pozostanie mi zrobic troche fotokopii dokumentow i zapakowac wszystko do koperty. Zakonczy się biurokratyczny maraton i będzie można przestawic się na spokojniejszy rytm.

Ciesnina Koreanska,  07.02.2001, Środa

Wlasciwie to tak na dobra sprawe nie wiem czy jest to już Morze Wschodniochinskie, czy jeszcze Zolte. Trudno okreslic, ktoredy przebiega granica. Jedno, co nie podlega dyskusji, to fakt, ze znajdujemy ssięw centrum wyzu i dzieki temu mamy doskonala pogode. Ustal wiatr. Jeszcze daje znac o sobie martwa fala, pozostala po nocnym sztormie, ale i ona maleje z godziny na godzine. Nie będziemy wiec musieli się chowac za Wyspami Maan Liedao, aby rzucic kotwice. Można to będzie zrobic na otwartej redzie, dzieki czemu przynajmniej o poltorej godziny skrocimy droge z kotwicowiska do ujscia rzeki. Nocny sztorm sprawil, ze stracilismy około trzech godzin i w okolice ujscia Jangcy dotrzemy około pierwszej w nocy. Ponieważ kwadrans po osmej rano kazano nam być przy boi nr1, trzeba będzie wstac wczesniej niż zwykle. Znow nocka zarwana. Dzisiejsza była zarwana z powodu sztormu, a wczorajszej wyrwal mnie ze snu nocny telefon od M (w Polsce był to dopiero wczesny wieczor).

Piec tygodni. Tyle mniej wiecej mi zostalo do powrotu  do domu. Lapie się na tym, ze coraz czesciej spogladam na kalendarz i powoli, powoli, zaczyna mi się udzielac reise fieber.

Morze Wschodniochinskie, 08.02.2001, Czwartek

środa, 25 stycznia 2012

Noc byla wariacka, zaladunek w szalenczym pospiechu. Skonczyli ladowac o 03.15, ale mocowanie zaakceptowalem dopiero o 04.30. Bonus pachnie milo, ale nie moze przeslonic bezpieczenstwa. O szostej nad ranem, po odprawie rozpoczely sie manewry odcumowania. Ciezkie, ze wzgledu na 30-40 centymetrowy lod skuwajacy cala zatoke. Przez dwie godziny przebijalismy sie przez lodowe pola do wyjscia. Przyjalem to spokojnie, poniewaz z premia pozegnalem sie juz w trakcie odprawy, kiedy agent powiedzial mi, ze statek, z ktorym mielismy sie scigac opuscil Nachodke o dwudziestej drugiej. To oznaczalo, ze mial nad nami okolo 8 godzin przewagi na 36-godzinnej trasie.

To tak, jakby w biegu maratonskim dac komus 10-kilometrowe fory. Cale to nocne zamieszanie nie warte bylo funta klakow.

Agent, ktory nas obslugiwal zalil mi sie, ze ma duze problem z innym statkiem. Kapitan greckiego statku odmowil wyjscia z portu. Byl troszke zszokowany warunkami tu panujacymi i powiedzial, ze nie odplynie, dopoki lody nie puszcza. Krotko mowiac, ma zamiar czekac w Nachodce na nadejscie wiosny. Troche inne plany ma czarterujacy, ktory slono placi, za kazda dobe wynajmu statku. Narazie trwa miedzy nimi wymiana teleksow. Moze nastepnym razem w Nachodce dowiem sie, co ostatecznie uzgodniono.

Znajomy brygadzista, z ktorym zawsze uzgadniam sposob mocowania ladunku, przyniosl mi niewielki album o Nachodce z dedykacja: "Dareku na pamiat' o Nachodkie - 21.01.2001" . Mile to z jego strony i rzeczywiscie fajna to bedzie pamiatka, tym bardziej, ze widokowek z tego miasta po prostu nie ma, a chodzic samemu z aparatem po ulicach i robic zdjecia jest niebezpiecznie.

Morze Japonskie,  21.01.2001, Niedziela

 

A jednak weszlismy do Busan od razu. Keja sie znalazla. Zacumowalismy o wpol do jedenastej wieczorem. Odprawa, jak zwykle w Południowej Korei, poszla bardzo sprawnie, prawie niezauwazenie i o wpol do dwunastej moglem wyskoczyc do PC-clubu, ktory znajdowal sie o 10 minut drogi spacerkiem od statku.

W Busan jak to w Busan - kilkanascie godzin i z powrotem w morze. Bylem tu trzeci raz podczas obecnego kontraktu i zawsze tak samo. Przyjazd noca, wyjazd wczesnym popoludniem. O jakimkolwiek zwiedzaniu nie ma mowy.

Szkoda, ze nie zostalismy tam dluzej. Chcialbym zobaczyc jak celebruje sie przywitanie Nowego roku wedlug chinskiego kalendarza.

Morze Wschodniochinskie,  23.01.2001, Wtorek


Wczoraj przed polnoca wlaczylem telewizor. Myslalem, ze bedzie cos podobnego jak w noc sylwestrowa u nas, ale srodze sie zawiodlem. Na jednym z programow leciala jakas rewia i to wszystko. O polnocy nie wydarzylo sie kompletnie nic. Moze u nich nowy rok zaczyna sie dokladnie w momencie nowiu i trzeba bylo wlaczyc telewizje kiedy indziej? Nie chcialo mi sie dociekac wiec poszedlem spac.

Tym razem z Ciesniny Koreanskiej do ujscia Jangcy plyniemy nieco inna droga. Zazwyczaj plynelismy pomiedzy wyspa Cheju i poludniowymi wybrzezami Polwyspu Koreanskiego. Potem zas "splywalismy" razem z polnocno-wscodnim wiatrem prosto ku rzece. Wyze nad Chinami troche jednak oslably, w okolicach Szanghaju rodzi sie niz i wiatry wiac mialy raczej ze wschodu. Zdecydowalem sie wiec oplynac wyspe od poludnia, aby potem miec fale nadciagajace ze wschodu jak najbardziej z rufy. Dzieki temu unikniemy nieprzyjemnego kolysania. Z tego co widze, zamiar byl sluszny. Wieje dokladnie ze wschodu, calkiem mocno, fala spora, a my prawie tego nie odczuwamy. Spokojnie uplynela nam droga z Nachodki do Busan i spokojnie jest teraz. Widac wystarczajaco dostalismy w kosc w drodze z Kunsan do Nachodki i zasluzylismy na nieco odpoczynku.

Morze Wschodniochinskie,  24.01.2001, Sroda


Zrobilismy dzis sobie wycieczke na rzeke Jangcy.

Wczoraj przed polnoca rzucilismy kotwice miedzy wyspami archipelagu Maan Liedao. Miejsce to odlegle jest o kilkanascie mil od redy Jangcy oraz o dodatkowe kilkanascie mil od pocztku jej toru wodnego. Ma jednak wielka zalete, ze oslania przed nieprzyjemna fala z polnocnego wschodu. Na nieoslonietej redzie wszystko sie kotluje, a tutaj spokoj jak u Pana Boga za piecem. I stad wyruszylismy dzis o 07.45, aby zdazyc na 10.45 w okolice boi nr 5, gdzie mielismy brac pilota. Przed podniesieniem kotwicy na wszelki wypadek uzyskalismy potwierdzenie naszego "rozkladu jazdy" wiec dziarsko ruszylismy w droge. Ruch byl dzisiaj wyjatkowo duzy. Statki szly jak po sznurku jeden za drugim. Powierzchnia wody byla zbyt wzburzona z powodu silnego wiatru, wiec stacja pilotow oglosila, ze beda obsadzac statki dopiero miedzy bojami nr 8 i 9 (mniej wiecej godzina jazdy w gore rzeki od boi nr 5). Mzawka, slabiutka widzialnosc. Z kubkiem herbaty w dloni sledzilem wiec ekran radaru, konfrontujac co jakis czas przy pomocy lornetki obraz odwzorowany na ekranie z rzeczywistoscia. Stacja pilotow zabronila wyprzedzania z powodu ciezkich warunkow nawigacyjnych, wiec predkoscia regulowalem odleglosc miedzy statkami przed i za nami. Kiedy minelismy juz boje nr 7, o godzinie 11.15 dostalismy wiadomosc, ze z powodu braku pilotow nasze dzisiejsze wejscie zostalo anulowane i mamy wracac na kotwicowisko. Planowanie, jak widac, nie jest najmocniejsza strona Chinczykow. Szlag by to trafil! Bylismy juz w polowie drogi do Baoshan, gdzie jest rzeczne kotwicowisko. Mogli nas skierowac przynajmniej tam. Brakowalo jednak, wedlug tego co pozniej podal agent, pilotow. Zrobilismy wiec zwrot i znalezlismy sie na rucie wyjsciowej, trzeba przyznac, ze dzisiaj znacznie mniej zatloczonej niz wejsciowa. Moglismy wiec od razu rozkrecic maszyne do pelnych obrotow morskich. Mimo to, wracalismy cztery godziny, bo pogoda psula sie coraz bardziej i w ujsciu oraz na otwartej redzie fale mocno nas przyhamowaly. O 15.20 rzucilismy ponownie kotwice miedzy znajomymi juz wyspami. Znajomymi, bo w tym samym miejscu schronilismy sie pierwszego listopada przed tajfunem Xangsane.

Osiem godzin odstalem na mostku na darmo. Nogi mi wlaza w tylek. Od razu po rzuceniu kotwicy ucialem sobie krotka drzemke, potem zrobilem pranie, a teraz poczytam jeszcze ksiazke i pojde spac na dobre, bo jutro od rana zaczynamy od poczatku. Wedlug otrzymanego teleksu, mamy byc o godzinie 11.15 przy boi nr 5.  

Archipelag Maan Liedao,  25.01.2001, Czwartek

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13