Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS

Obejrzałem

niedziela, 27 października 2013

Tym razem aż takiego wzruszenia nie było. Z drugiej strony, to był show, a nie koncert zespołu i bardziej niż dla interpretacji poszczególnych utworów, przyszliśmy tutaj by zasmakować kubańskich tańców, a te były zaprezentowane doskonale przez artystów kabaretu „Tropicana” z Hawany.



Cały wpis:  http://mojaszuflada.blog.pl/2013/10/27/pasion-de-buena-vista-w-gdyni/

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Blue Jasmine, smutna Jasmine, wspominająca chwile szczęścia przy dźwiękach Blue Moon i żyjąca złudzeniami. Zapada w pamięć bo to jakby lustro, a nie ekran. Gorzki film. Pełen celnych obserwacji i t.zw. zyciowej prawdy. Tylko nie idźcie na niego jeżeli szukacie czegoś by się pośmiać

Cały wpis: http://mojaszuflada.blog.pl/2013/08/26/blue-jasmine/

czwartek, 07 lutego 2013

Oglądając „Django” ostrzyłem sobie zęby na „Lincolna”. To miał być swoisty ciąg dalszy opowieści o schyłku niewolnictwa w USA. Polityczne intrygi w Kongresie, zakulisowe zdobywanie głosów. Smakowity kąsek kina akcji. Jeżeli do tego dodać nazwisko reżysera: Steven Spielberg, mistrza takiego właśnie kina, bilety można kupować w ciemno.

Zdziwiłem się, że na niedzielny, wieczorny seans w sopockim Multikinie tylko nieliczne bilety były sprzedane. Bez trudu otrzymalismy nasze zwyczajowe miejsca.

Wojna secesyjna powoli dobiega końca. Szala zwycięstwa coraz wyraźniej przechyla się na korzyść Północy. Jeszcze parę dni, a padnie Wilmington – ostatni morski port w rękach Konfederatów. Prezydent Abraham Lincoln próbuje drogą prawną osiagnąć to, o co od kilku lat toczyły się walki. Wierzy, że jeśli parlament uchwali ustawę znosząca niewolnictwo, wynik wojny zarazem przesądzi o losie współczesnych oraz przyszłych pokoleń czarnoskórych mieszkańców na całym obszarze ponownie zjednoczonego kraju. Wierzy, że ów akt osłabi morale przeciwnika i przyczyni się do symbolicznego, ale jednak skrócenia wojny. Z drugiej strony jego polityczni przeciwnicy niechętni rewolucyjnej idei uwolnienia  „gorszej” rasy usiłują udowodnić, że polityczna rozgrywka nie jest konieczna. Domagają się natychmiastowego podjęcia rozmów z przybywającą delegacją Południa i zakończenia wojny. Debatę o zniesieniu niewolnictwa chcą odłożyc na później. Prezydent zdaje sobie sprawę, że w pokojowych warunkach o radykalne zmiany będzie zdecydowanie trudniej. Zresztą w okresie, w którym toczy się akcja filmu, tez łatwo nie jest. Parlamentarna arytmetyka jest nieubłagana. Głosów brakuje. Trzeba je zdobyć. Do akcji ruszają współpracownicy Lincolna.

Zwycięstwo w tej rozgrywce wydaje się niemożliwe. Prezydent mógłby odpuścić. Jest bożyszczem tłumów. Zwycięska wojna przyniosła mu ogromną popularność. Mimo to, stawia wszystko na jedną kartę. Chce doprowadzic do końca swój polityczny program. Nawet ryzykując całym swoim autrytetem i grożącym odejściem w niesławie.

A jednak z każdą minutą oczy kleiły mi się coraz bardziej. Zachwycała mnie scenografia, wiernie odtworzone wnętrza, półmrok gabinetów oświetlanych świecami, lecz to wszystko tylko pogłębiało mój stan. Jeszcze chwila i głowa opadła mi po raz pierwszy.

Co się dzieje? Przecież to Spielberg i film, który tak bardzo chciałem zobaczyć. Wkrótce odpowiedziałem sam sobie. Niby temat samograj, a jednak zabrakło dramaturgii. Przypominał mi lekcję historii z podstawówki. Historyczne książki popularnonaukowe, artykuły w czasopismach czy dokumentalne filmy na kanałach „Historia”, które zdarzyło mi się czytać lub oglądać już w dorosłym życiu wciągały niczym najlepsza powieść. Z lekcji oraz szkolnych podręczników wiało nudą wkuwanych dat i kalejdoskopu faktów, które układało się na osi czasu bez większej znajomości związków przyczynowo-skutkowych.

Teraz czułem się podobnie. Spielberg być może włożył całą swoją wiedzę i reżyserski talent, by stworzyć dzieło ilustrujące ostatnie miesiące rządów szesnastego prezydenta. Zrobił to w sposób godny najlepszych dokumentalistów lecz mnie, człowieka wychowanego na innym kontynencie nie porwał swoją opowieścią. W toczących się podczas statycznych scen długich dialogach brakowało napięcia. Tylko z owych dialogów dowiadywałem się o postępie akcji. Trochę jak w niskobudżetowej produkcji, kiedy prawdziwą inscenizację zastępuje się gadulstwem.

Charakterystyczne, że nie owe polityczne gierki wybudziły mnie z letargu, lecz jego potyczka z żoną. Kiedy ich syn wbrew woli rodziców zaciąga się na wojnę, oszalała ze strachu matka i prezydentowa wytacza najcięzszą broń przeciwko swojemu mężowi. Zarzuca mu, niczym parlamentarna opozycja, że zamiast na rozmowach pokojowych z Południem i zaprzestaniu rozlewu krwi, skupia się na prawach niewolników przedłużając wojenne cierpienia. Teraz, kiedy każdego dnia zbłąkana kula może zabić na froncie ich dziecko, uchwalenie ustawy oznaczające skrócenie wojny jest sprawą ratowania mu życia.

- Zdobędziesz te głosy, albo...!!!  – rzuca mu w twarz tonem nie znoszącym sprzeciwu gdy już nawet on zaczyna wątpić w możliwość przechylenia przysłowiowego języczka u wagi. Należałoby przekonać jeszcze tylko kilka osób, lecz po tamtej stronie wydaje się być ściana, monolit nieczuły na jakiekolwiek propozycje Lincolna. Jednak jeśli mu się nie uda, a synowi stanie się coś złego, zona nigdy mu nie wybaczy.

To już nie jest polityczna walka. Teraz na szalę położono całe jego prywatne życie. Nagle film nabrał tempa, dramaturgii i trzymał w napięciu prawie do samego końca. Prawie, bo po uchwaleniu XIII Poprawki do Konstytucji, z akcji znów uchodzi powietrze. Tak jakby reżyser chciał pokazać, że adrenalina opadła, a prezydent jest zmęczony. Znów prawdziwą, filmową inscenizację zastępuje gadulstwo. Zamiast pokazywać, aktorzy opowiadają co się dzieje. Łącznie ze sceną finałową.

Pomimo siedmiu nominacji do Złotych Globów oraz aż tuzina do Oscarów, film był wielkim przegranym tej pierwszej gali. Zaledwie jedna statuetka (dla odtwórcy tytułowej roli, Daniela Dey-Lewisa) to grubo poniżej oczekiwań. Po obejrzeniu filmu nie jest to jednak dla mnie niespodzianką, chociaż ciekawi mnie, czy rozdanie Oscarów stanie się równie ponowną klapą dla twórców i producentów, czy może odwrotnie: wielkim powrotem w chwale po przegranej pierwszej bitwie?

Gdańsk, 06.02,2013; 23:50 LT

niedziela, 20 stycznia 2013

W poprzednim wpisie wspomniałem o „Sępie”. Reklamowany intensywnie w TVN skusił mnie, więc prosto z pracy poszliśmy na niego do sopockiego Multikina w piątkowy wieczór.


Trudno o bardziej gwiazdorską obsadę: Olbrychski, Żebrowski, Małaszyński, Fronczewski, Baka, Seweryn, Przybylska i.t.d.  

Zaczyna się doskonale, w iście amerykańskim stylu. Ucieczka więźnia z sądu jak z najlepszych filmów Machulskiego. Potem jednak wszystko zaczyna się gmatwać. To nawet fajne, bo przecież w kryminalnym kinie akcji chodzi o to, by trzymac widza w napięciu. Ja jednak owego napięcia nie wytrzymałem. Gubiąc się w zawiłościach scenariusza oraz montażu nie czułem zarazem owego dreszczyku, który kazałby mi wyostrzyć wszytkie zmysły. Może to opadający w piątkowy wieczór poziom adrenaliny sprawił, że trochę się zdrzemnąłem. Nie potrzebuję dużo, by dojść dio siebie, wystrczy kilka minut, więc wkrótce znów zacząłem śledzić akcję.



I znów było ciekawie, bo jakkolwiek trochę się wyjaśniło, to jednak wciąż sporo pytań pozostawało bez odpowiedzi. Irytowała mnie trochę tablica, na której detektyw pełnymi zdaniami zapisywał swoje uwagi i wątpliwości, tworząc z nich jakieś dziwne równania. Z całym szacunkiem – co prawda Isaac Newton z ksiąg Nowego Testamentu i podpartych prawami fizyki obliczył, że koniec świata nastąpi w 2060 roku, to jednak trudno mi wyobrazić sobie by z kilku zdań otwartego tekstu dało się obliczyć wartość x. Sherlocck Holmes (a bardziej Arthur Conan Doyle) w grobie się przewraca.


Kolejny zwrot akcji (nie, nie rozszyfrowany broń Boże na owej tablicy) doskonały, brawa dla scenarzysty. Masakra zaczyna się jednak niedługo potem. Kiedy już właściwie prawie wszystko wiadomo i wątek tajemniczy oraz kryminalny dobiegają końca, pora pociągnąć wątek romantyczny oraz filozoficzny. I tu (zwłaszcza w owym drugim przypadku) realizatorzy wykładają się całkowicie. Nie dość, że przez dobre dwadzieścia ostatnich minut wiadomo jak to wszystko się skończy (do ostatnich minut miałem nadzieję, że kolejny zwrot akcji czymś widza zaskoczy, ale na próżno), to jeszcze okazuje się, że w policji wyrósł prawdziwy święty. Nie, nie ten „Święty” z Hollywood, lecz prawdziwy, chrześcijański święty. Chyba od czasów Ojca Kolbe taki się nie narodził. Dobre na wyciskacz łez, ale mało realistyczne.


Przykro mi, jeśli komuś powyższą informacją zepsułem nadchodzącą przyjemność oglądania filmu. Myślę, jednak, że naprawdę warto wybrać coś ciekawszego. Szkoda, bo gdyby nie owa końcówka, dzieło Eugeniusza Korina byłoby całkiem strawne.

Sopot, 20.01.2013; 16:30 LT

Trzy powody, dla których prawdopodobnie nie poszedłbym na Django:

- Nie jestem fanem Quentina Tarantino. Może dlatego, że nie oglądałem „Pulp Fiction”, a „Kill Bill” tylko po łebkach. A przecież już inżynier Mamoń stwierdził, że lubi się te utwory, które się już zna.

- Nie lubię westernów.

- Film trwa dwie godziny i czterdzieści pięć minut, a że sypiam mało, obawiałem się, że na wieczornym seansie po prostu w końcu zasnę.

Czułem się jednak zobowiązany w stosunku do Mojego Anioła, ponieważ z wyżej wymienionych powodów dzień wcześniej zaciągnąłem ją do kina na „Sępa” i miałem z tego powodu wyrzuty sumienia.

Kiedy tylko zakończyly się reklamy i zgasło światło, a na ekranie pojawił się właściwy film, za sprawą muzyki (m.in. Luis Bacalov, Ennio Morricone)  poczułem, ze prawdopodobnie to będzie hit. A później, już od pierwszej sceny błyskotliwymi dialogami świetnie pociągnął film Christoph Waltz (jako Dr Schultz). Jego partner (Jamie Foxx w roli tytułowego Django) w niczym mu nie ustępował, więc błyskawicznie zapomniałem o zmęczeniu i w pełni przytomny oraz skoncentrowany oddałem się przyjemności smakowania dzieła Tarantino aż do ostatniej klatki. Obydwaj bohaterowie przypominali mi trochę rewelacyjną parę z „Nietykalnych”. Kto widział, ten wie, co mam na myśli.


Doktor King Schultz, były dentysta zaczął zarabiać na życie jako łowca głów. Zaopatrzony w listy gończe z tradycyjnym „wanted dead or alive” ściga przestępców, których w połowie XIX wieku na Dzikim Zachodzie nie brakowało, zabija ich, i inkasuje odpowiednie wynagrodzenie. Na jego celowniku znajdują się teraz trzej bracia, którzy porzuciwszy gangsterkę, zaszyli się jako nadzorcy niewolników na plantacjach południa. Schultz nie wie jak wyglądają, lecz zna ich niewolnik Django, który w raz ze swoją żoną doświadczał ich okrucieństwa. Dlatego Schultz odnalazł sprzedanego właśnie murzyna i zawrł z nim umowę: wolność i udziałw  zyskach w zamian za pomoc w schwytaniu braci. Z czasem umowa zostanie poszerzona: dłuższa współpraca w zamian za odnalezienie sprzedanej na jedną z farm żony Django i wykupienie jej. Nie będę więcej pisać nic o akcji, ponieważ nie chcę psuć przyjemności oglądania tego filmu, którego każda ze scen jest swoistą perełką.


Jest tam i coś w rodzaju uwielbianego przeze mnie kina drogi (kiedy obydwaj wspólnicy przemierzają na koniach wielkie przestrzenie) i mozliwość ujrzenia pięknych siedzib właścicieli plantacji (kiedy bywałem w Nowym Orleanie, w biurach turystycznych kusiły ulotki zachęcające do zwiedzania najwspanialszych z nich. Dla Amerykanów, których historia zaczęła się ledwie nieco ponad dwa wieki temu, to są bezcenne zabytki, z których są niezwykle dumni).

Nie brak tam także odtworzonych czarnych (nomen omen) kart historii tego kraju, którego bogactwo południowych stanów wyrosło na krwią zbroczonym niewolniczym wyzysku. Akcja filmu działa się raptem jakieś sto pięćdziesiąt lat temu. Nie w odległym średniowieczu czy starożytności, lecz w skali historii całkiem niedawno, w świecie, który pamiętali jeszcze ojcowie ludzi odbudowujących Europę po zniszczeniach II Wojny Światowej. Jeszcze tak niedawno w najszybciej rozwijajacym się i najbardziej demokratycznym kraju świata niewolnictwo było usankcjonowane prawnie, a człowiek był rzeczą, której właściciel mógł z nią robić co zechciał: zabić młotkiem, dać zagryźć psom, z czaszki zrobić przycisk do papieru...

Trzeba mieć nie lada wyczucie, by pokazać zarówno tamto barbarzyństwo jak i tak prowadzić akcję, by w owym bagnie zła nie raziły dowcipne dialogi. Oczywiscie jest to dwocip wysmakowany i subtelny.

Jestem pod głębokim wrażeniem tego filmu. Jeden z najlepszych obejrzanych przeze mnie w tym sezonie. Zarówno doskonała rozrywka jak i świadectwo czasów, które każe zastanowić się nad granicami człowieczeństwa. Gorąco polecam, zwłaszcza, że zapowiadany już „Lincoln” Spielberga dotyczyć będzie w gruncie rzeczy tego samego, tyle tylko, że zamiast walczącego niemalże samotnie o swoją godność Django, dwa lata później walkę podejmie prezydent tego kraju. Prosta i jednoznaczna wydaje się tylko w streszczeniu na kartach szkolnych podręczników, ale o tym mam nadzieję napisać już przy okazji tej przyszłej premiery.

Sopot; 20.01.2013; 15:40 LT

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15