Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
sobota, 19 listopada 2011

Na reklamę tego filmu wydano chyba krocie. Jeszcze na długo przed premierą wabiły nas zwiastuny oraz dość liczne wzmianki w mediach, które zapewne nie wynikały jedynie z dociekliwości dziennikarzy. Zawsze obawiam się wyjścia na film, który juz przed premierą okrzyknięty bywa wydarzeniem, by po kilkunastu dniach z zażenowaniem i po cichu grany na coraz mniejszej liczbie seansów spadac coraz niżej w rankingach. Drugi raz alarmowa lampka zaświeciła mi się, gdy dowiedziałem się, ze to film o Wigilii Bożego Narodzenia i wchodzi na ekrany w listopadzie. Czyż nie ma jaśniejszego dowodu, że chodzi wyłącznie o komercję? Tak jak każde wakacje muszą miec swój przebój i twórcy przez całą wiosnę ścigają się, która z kompozycji (nieskomplikowana, lecz wpadająca w ucho melodia oraz proste słowa o słońcu, plaży i wakacyjnej miłości do zanucenia na promenadzie i zatańczenia wieczorem na dyskotece) zdobedzie miano hitu lata, tak szanujące się kino albo stacje telewizyjne między listopadem  a Nowym Rokiem koniecznie muszą nawiązać do choinek, Świetego Mikołaja i zwyciężającej zło miłości.

Przypominam sobie jak nie raz siedziałem na komediach śmiertelnie znudzony i obawiając się o swoją percepcję „dzieła” starałem się liczyć wybuchy śmiechu widzów. Kiedy tych w ogóle nie było, to lróbowałem odnotowywać choćby pojedyńcze chichoty, lecz i tych było jak na lekarstwo.

Dlatego z dużą rezerwą poszedłem na „Listy do M”.


Film bronił się tylko jednym: gwiazdorską obsadą:  Maciej Stuhr, Roma Gąsiorowska. Paweł Małaszyński, Piotr Adamczyk, Agnieszka Dygant, Tomasz Karolak, Beata Tyszkiewicz i... niech mi wybaczą pozostali, bo to naprawdę nie koniec tej listy. Ale już reżyser... Mitja Okorn. Kto z t.zw. przeciętnych widzów słyszał wcześniej to nazwisko?

Opowieść, jak to często w komediach romantycznych bywa, a w tych „świątecznych” w szczególności, toczy się kilkoma wątkami jednocześnie, które gdzieś w finale splotą się ze sobą. Generalnie schemat jest ten sam: bohaterom nie wiedzie się w życiu, ale ale wigilijny, „magiczny” wieczór odmieni wszystko. Temat tak zgrany, że aż strach zasiadać na widowni. Mamy więc samotną dziewczynę, która nie znosi świąt i związanej z nimi „koniecznosci” spędzania ich z ukochanymi osobami, dziennikarza radiowego samotnie wychowującego syna, faceta dorabiającego sobie jako Święty Mikołaj, ale tak naprawdę nienawidzącego dzieci, małżeństwo, które odniosło sukces finansowy, lecz w ich sterylnym domu wieje chłodem większym niż w zamku Królowej Śniegu i.t.d.


To nie mogło się udać.

A jednak się udało. Udało i to całkiem fajnie. Dlaczego? Myślę, że przede wszystkim dlatego iż zachowano umiar i uwierzono w inteligencję widzów. Nie był to więc zlepek luźno powiązanych ze sobą gagów zaprawionych rubasznym dowcipem na ogół nie silącym się na jakąkolwiek subtelność. Historie filmowych bohaterów opowiadane są swobodnie i lekko, z ciepłem i sympatią. Jest mniej lub bardziej śmiesznie, ale nie prostacko. Po śmiechu następuje zmiana nastroju, trochę nostalgii i wzruszenia, ale nie przekraczającego bariery kiczu. Potem zaś znów śmiesznie.


Jedną z moich ulubionych komedii romantycznych jest „Notting Hill”, ciepło i spokojnie, a zarazem wesoło i z polotem opowiedziana historia, która oczywiście musiała skończyć się szczęśliwie. W podobny sposób zrealizowane są również „Listy do M”. Ogląda się z przyjemnością. Jedyne co mnie raziło, to zbyt gwałtowny zwrot losów niektórych bohaterów, moim zdaniem mało prawdopodobny w t.zw. „realu”. Jakoś nie chce mi się wierzyć, by zwaśniona rodzina Kariny mogła nagle zacząć kochać się i rozumieć po jednej w niecodzienny sposób spędzonej Wigilii, chociaż kto to wie? Może to przełom w ich losach i od czegoś trzeba zacząć? Tak samo jak nie przekonuje mnie nagła metamorfoza chłodnej i nieprzystępnej Małgorzaty, ale może rzeczywiście mała, rezolutna dziewczynka z domu dziecka sprawiła, że coś w jej lodowatej zbroi pękło?

Oczywiście wiemy, że mamy do czynienia z komedią romantyczną, a nie filmem psychologicznym aspirującym do oscara, więc jeśli przyjmiemy reguły gry gatunku i przymkniemy oko na drobne niedoskonałości wyjdziemy z kina usatysfakcjonowani, żeby nie powiedzieć zadowoleni. Ja w każdym razie taki byłem.

A, że cuda, nawet te rodem z komedii romantycznych się spełniają, świadczy chociażby mój przykład. Słuchałem opowieści Macieja Stuhra w roli dziennikarza w jednej z początkowych scen filmu, kiedy przekonywał on smutną dziewczynę twierdząc, że każdy dzień może przynieść niezwykłe niespodzianki odmieniające dotychczasowe życie. Słuchałem siedząc obok Mojego Anioła, z którym od pięciu już lat oglądamy razem filmy i za każdym razem gdy trzymając ją za rękę odwracam wzrok od ekranu by spojrzeć na jej uśmiech za woalką blond włosów, dziękuję losowi, że to właśnie moje życie odmienilo się w jeden dzień niczym w takich właśnie filmach.

Sopot; 19.11.2011; 18:15 LT

czwartek, 17 listopada 2011

Spokojny swiateczny dzien. Nawet morze sie uciszylo. Jedynie teleksy z Tajlandii zaklocaly bloga cisze, no ale oni nie swietuja Bozego Narodzenia. 

Wieczor wigilijny byl bardzo udany. Piekne dekoracje, zaloga zaangazowana i gotowa do zabawy, stoly zastawione obficie. Zaczelismy o dwudziestej. Przywital wszystkich drugi oficer jako gospodarz wieczoru. Potem byla wspolna modlitwa, a nastepnie krotkie moje przemowienie, ktore zakonczylem podzieleniem sie ze wszystkimi oplatkiem otrzymanym wczesniej w liscie. Pozniej zaczely sie konkursy, zabawy, moze niewiele majace wspolnego z Bozym Narodzeniem, ale caly czas pelne oczekiwania na nadejscie polnocy. Kiedy dwunasta wybila, odspiewalismy "Silent Night", wreczylismy sobie nawzajem lezace pod choinka prezenty i... dokonczylismy program, ktory okazal sie tak napiety, ze skonczyl sie dopiero okolo pierwszej w nocy.

Zachowanie zalogi zaskoczylo mnie bardzo mile. Pokazali, ze umieja sie swietnie bawic i na dodatek praktycznie bez alkoholu.

Dzisiaj jest glownie odpoczynek, slodkie lenistwo. Jedzenie oczywiscie tez. Kucharz wciska mi i chiefowi mechanikowi rybe przez caly dzien. To efekt nieporozumienia. Mowilem, zeby przygotowal rybe na Wigilie, bo u nas taka tradycja, a on sobie to wzial do serca i smazy przez cale swieta. A ani chief ani ja do amatorow ryb nie nalezymy.

- Cale szczescie, ze on nie wie, ze u nas 26 grudnia to tez swieto - powiedzial przy kolacji chief mechanik - inaczej jedlibysmy ja jeszcze jutro.

Jutro jednak swiatecznie juz nie bedzie. Okolo piatej rano bedziemy na redzie Bangkoku i od razu z biegu mamy wchodzic do portu.  Bedzie duzo ludzi, spraw do zalatwienia, jak to zwykle na poczatku. Moze po poludniu zrobi sie troche spokojniej, ale wtedy chcialbym wyskoczyc do miasta.

Zatoka Tajlandzka,  25.12.2000, Poniedzialek


środa, 16 listopada 2011

Tak jak sie mozna bylo spodziewac, w Singapurze miejsca nie zagrzalismy. Zacumowalismy wczoraj tuz przed poludniem, a odcumowalismy dzis o siodmej rano. Przyjmowanie zaopatrzenia poszlo jednak na tyle sprawnie, ze poznym popoludniem moglem pojechac do miasta.

Stalismy w Jurong, a stamtad do centrum Singapuru jest kilkanascie kilometrow. Shipchandler podwiozl mnie wiec pod stacje metra w Jurong i potem juz radzilem sobie sam. Dojechalem do stacji City Hall i w tym rejonie miasta zakotwiczylem na dobre. 

Jesli gdzies widac wyraznie nadchodzacy XXI wiek, wyraznie inny od swojego poprzednika, to Singapur jest z pewnoscia takim miejscem. Miasto na wskros nowoczesne lecz przyjazne ludziom, pelne zieleni, czyste, zadbane i... zautomatyzowane. Centra handlowe swoim przepychem i rozmachem przyprawiaja o zawrot glowy. Bylem zszokowany chodzac po szesciokondygnacyjnym, rozleglym centrum handlowym specjalizujacym sie wylacznie w komputerach. O zawrot glowy przyprawiaja tez ceny. Tani Singapur juz dawno odszedl w przeszlosc. Wymienione na miejscowa wlute 20 USD przecieklo przez palce w ciagu pol godziny. I jeszcze cos o zawrot glowy przyprawia. To ludzka zyczliwosc. Na kazde pytanie skierowane do przypadkowo zaczepionego czlowieka na ulicy otrzywmywalem wyczerpujaca odpowiedz po angielsku i z usmiechem na ustach.

Po spacerze wyladowalem w Cyber-cafe poniewaz spodziewalem sie kilku listow. Ich ilosc jednak - siedemnascie mnie zaskoczyla zupelnie i stracilem mnostwo czasu tylko na odpisywanie, chociaz ograniczalem sie do kilku zaledwie zdan. Caly moj plan wysylania wlasnorecznie przygotowywanych kartek swiatecznych legl w gruzach, poniewaz nie udawalo sie wysylac zalacznikow. To miedzy innymi na jalowych stracilem mnostwo czasu. W efekcie po macoszemu potraktowalem tych, od ktorych listow nie bylo, a do ktorych tez mialem wyslac zyczenia. Oni dostana spoznione swiateczne lub tylko noworoczne, z Bangkoku. Inaczej musialbym siedziec w cyber-cafe do polnocy.

Kiedy wrocilem na statek, dowiedzialem sie, ze planuja zakonczyc wyladunek okolo trzeciej w nocy. I rzeczywiscie tak sie stalo. Tyle dobrego, ze nie wyszlismy w morze od razu, lecz dopiero o siodmej. Ale i tak normalnego spania nie bylo, bo trzeba bylo podpisywac dokumenty i odebrac jeszcze napredce zamowione dzien wczesniej u shipchandlera rzeczy. Pospalem dopiero dzis po poludniu, kiedy opuscilismy Ciesnine Singapurska.

A na Morzu Poludniowochinskim pogoda nieciekawa. Duza martwa fala i zapowiadaja wiatr 7 stopni w skali Beauforta. Kiwa nami coraz mocniej, ale nie mam wielkiej mozliwosci manewru, poniewaz z lewej strony jest Polwysep Malajski, a z prawej rozlegle pole naftowe, na ktore raczej wplywac nie nalezy. Zmienilem kurs o dziesiec stopni by ustawic statek bardziej pod fale i to narazie wszystko co moglem zrobic. Wiele nie pomoglo, ale oby tylko nie bylo gorzej. 

Morze Poludniowochinskie,  23.12.2000, Sobota

 

Noc byla prawie bezsenna. Kiwalo na boki niemilosiernie, wszystko w kabinie fruwalo, a przy kazdym wiekszym przechyle nasluchiwalem nerwowo, czy nie dochodza z ladowni odglosy przesuwania sie ladunku. Mocowania wytrzymaly, ale kiedy tylko mozna bylo, zmienilem kurs i halsujemy przez caly dzien. Wieczorem powinien zaczac nas oslaniac od polnocno-wschodniej martwej fali Polwysep Indochinski. Powinno byc wiec lepiej. Tym bardziej, ze i wiatr juz zdycha.

Wigilia. Na statku trwaja intensywne przygotowania. Jestem bardzo mile zaskoczony zaangazowaniem zalogi. Wlozyli wiele pracy w dekoracje i przygotowanie programu na dzisiejszy wieczor. Chociaz Wigilia w ich wydaniu rozni sie od naszej, bardziej przypomina radosna zabawe w Sylwestra niz pelna skupienia, uroczysta kolacje, to jednak wazne jest, ze bedziemy razem, polaczymy ich tradycje z nasza, a wiec pieczonego prosiaka z kluskami z makiem, a przede wszystkim z oplatkiem, ze wspolnie sie pomodlimy, wreczymy sobie prezenty. A zabawa, coz, bedzie troche inna, bez jaselek. To moje pierwsze swieta z Filipinczykami. jezeli kiedys trafie na podobnie zaangazowana zaloge, sprobuje zrobic i to.

Przyszedl fax z zyczeniami od poprzedniego chiefa mechanika, ktory pojechal do domu 2 grudnia. Mile z jego strony, ze pamietal. Ja tez wyslalem mu zyczenia. Jeszcze wczesniej przyszla paczka z czekoladkami i zyczenia od matki chrzestnej. Sa tez tradycyjnie od armatora z Hamburga i z agencji crewingowej z Manili. Ja jestem juz po telefonach do rodziny. Koncze to pisanie i ide sie przygotowac do rozpoczecia wieczoru na statku.

Morze Poludniowochinskie,  24.12.2000, Niedziela

niedziela, 13 listopada 2011

Po uczcie dla ducha w końcu i ciało zaczęło domagać się czegoś dla siebie. W pobliskiej restauracji zjedliśmy więc kolejny czeski obiad. Dietetyczny on nie był na pewno, ale w końcu nie przyjechalismy tutaj, aby trzymac dietę.

Praga 108

Zresztą jak tu oprzeć się pokusie jedzenia, gdy na rożnach pieką się cale udźce, pachnące aż miło? Na szczęście po sytym obiedzie jakoś się udało.

Praga 109

Obok mięs na rożnie piekły się trdelniki, specjalność ze słowackiego miasta Skalica. Owinięte wokół kija ciasto obraca się na grillu, posypywane jednocześnie mieszanką cukru, orzechów i cynamonu.

Praga 110

Praga 111

Najwiekszą frajdę sprawiła mi jednak wizyta w pewnej restauracji na Placu Wacława. Zaszliśmy do niej przypadkiem, by czegoś się napić po długim spacerze i przed wyjazdem na lotnisko. A tam istne kolejkowe szaleństwo. Z długiego baru miniaturowe tory kolejowe prowadzą poprzez system mostów, rozjazdów i wszelkiej kolejowej infrastruktury na każdy stół z osobna, a zamówienia rozwożą pociągi. Barman jest zarazem dróżnikiem i kontrolerem ruchu.

Praga 115

Praga 114

Ja, stary koń, miłośnik kolejek patrzyłem na to wszystko jak urzeczony. Mógłbym tu siedzieć o suchym pysku cały dzień, byle tylko móc patrzeć na rozwożące wszelkie dobra pociągi. W końcu przyjechał pociąg i na nasz stolik. 

Praga 112

Praga 113

Przyjechał, zatrzymał się obfotografowywany przez nas ze wszystkich stron,  po czym po krótkim postoju ruszył w drogę powrotną do baru. Z naszymi napojami! W ostatniej chwili, z jadącego już wagonu je wyciągnąłem. Inaczej trzeba by było go gonić, żeby je odzyskać.

A potem pozostało już tylko zabranie walizek z hotelu, jazda metrem do stacji Dejvicka (końcowa), skąd odjeżdżały autobusy na lotnisko. Wieczorem byliśmy z powrotem w Trójmieście.

W pociągu Szczecin – Gdynia, 13.11.2011; 18:10 LT

Ranek znów przywitał nas słoneczny. Dzień był piękny, ponieważ nie prażył nas trzydziestopięciostopniowym upałem jak piatek, ani nie smagał chłodnym deszczem jak sobota. Pogoda w sam raz na spacer. Postanowiliśmy więc przejść się uliczkami Josefova – dawnej dzielnicy żydowskiej.

Zanim tam dotarliśmy, na Placu Wacława jak i na Rynku przyglądalśmy się kolejnym kamienicom. Właściwie bez względu na epokę, każda starala się czymś wyróżnić.

Praga 103

Nawet te modernistyczne, zazwyczaj oszczędne w zdobienia, w Pradze nie ograniaczały się do gołych ścian.

Praga 101

Żydzi ze stolicą Czech związani byli niemal przez całą historię tego miasta. Kroniki wspominają o dwóch osadach żydowskich w Pradze już w 1091 roku. A w 1096 doszło do pierwszego pogromu osiedleńców. Na mocy postanowień soboru laterańskiego II, w 1215 roku dzielnicę otoczono murem i już wtedy nazwano gettem.

Nie sposób w kilku zdaniach streścić ponad dziewięćset lat historii. Oprócz pogromów i upokorzeń były też lata „złote” charakteryzujace się tolerancją, swobodami i mieszaniem kultur. Nazwa Josefov nadana została dzielnicy przez samych jej mieszkańców, którzy w ten sposób zadbali o pamięć cesarza Józefa II, który wydał edykt o tolerancji. Zniósł on między innymi nakaz noszenia przez Żydów oznaczeń na ubraniach, do czego wrócili potem hitlerowscy okupanci.

Okupacja hitlerowska to jak wszędzie w podobnych miejscach zagłada zgotowana odwiecznym współmieszkańcom tych ziem. Ci, którzy nie zostali zamordowani na miejscu, prawie wszyscy zostali wysłani do obozów koncentracyjnych w Terezinie i Oświęcimiu. O ile jednak wszędzie w barbarzyński sposób niszczono cywilizacyjny dorobek żydowskich mieszkańców, Pragę führer potraktował łaskawie. Tutaj, w synagogach Josefova postanowił stworzyć „Muzeum Wymarłej Rasy”.  Tutaj ropoczeto zwozić „eksponaty” z oczyszczanych z Żydów rejonów Europy.

Paradoksalnie ów zamysł Hitlera po ostatecznym zdeptaniu przez cywilizowany świat jego chorych wizji, został wcielony w życie. W ocalałych synagogach i na starym cmentarzu miesci się obecnie Muzeum Żydowskie. Bilety nie są tanie, ale można to zrozumieć biorac pod uwagę liczbę obiektów. Kupiliśmy z założeniem obejrzenia tylko niektórych wnętrz i ekspozycji, ponieważ w przeciwnym wypadku musielibyśmy poświęcić co najmniej cały dzień, a przecież o dwudziestej mieliśmy powrotny samolot do Polski.

Na mnie z całej tej muzealnej trasy największe wrażenie zrobiła Synagoga Pinkasa. Na jej ścianach po wojnie wypisano 77297 imion czeskich i morawskich żydów zgładzonych podczas Holocaustu. Przy okazji na jej przykładzie dowiedzieliśmy się jak bieżaca polityka wplywa na postrzeganie historii. Opisał to doskonale Orwell w „Roku 1984”, mieliśmy swoje doświadczenia i my, gdy zakazywano świętowania 3 maja oraz 11 listopada. Natomiast Synagogę Pinkasa z jej ponurą listą zamknięto w 1963 roku i pod pretekstem remontu nie otwierano przez długie lata, kiedy to komunistycznym władzom było nie po drodze z Izraelem. „Remont” doprowadził do zniszczenia owych ściennych malowideł. Po zmianie ustrojowej nastał bardziej sprzyjający czas i ściany poddano renowacji. Obecnie znów można oglądać odnowione inskrypcje.

Ile to jest siedemdziesiąt siedem tysięcy dwieście dziewięćdziesiąt siedem? Dużo, ale co to znaczy? To jakaś abstrakcyjna liczba. Dla nas, przeciętnych ludzi pięćdziesiąt, sześćdziesiąt, czy siedemdziesiąt tysięcy zanczy prawie to samo: dużo. Kiedy jednak wejdzie się do bożnicy i zobaczy całe, wielkie powierzchnie ścian zapisane drobnym maczkiem, do człowieka zaczyna docierać ogrom tej liczby.

Praga 105

A kiedy zobaczy się, że w owym maczku znaków, każdy drobniutki fragment to czyjś ludzki los pełen radości, dramatów, zwyczajnych i niezwykłych przeżyć, przecięty jednego dnia ręką potworów spod znaku swastyki, którzy w dzieło cywilizacji rodzaju ludzkiego wniesli wynalazek zadawnia śmierci na skalę przemysłową... Kiedy zobaczy się całe to ludzkie życie zawarte w kilkunastu literach imienia i nazwiska oraz  liczbach okreslających długość jego istnienia, a potem znów spojrzy się na całe ściany zapełnione inskrypcjami, ciarki przechodzą po plecach. Wtedy uświadomiłem sobie sobie co tak naprawdę znaczy siedemdziesiąt siedem tysięcy.

Praga 106

A gdzie zapisać nie tysiące lecz dziesiątki milionów wszystkich ofiar tej najkrwawszej wojny, by jeden człowiek mógł je ogarnąć swoim wzrokiem i wstrząśnięty, każdy z osobna zrobić wszystko co w jego mocy bo nigdy nie dopuścić do czegos podobnego? Lekcja hitlerowska i stalinowska nie do końca została odrobiona, o czym świadczy przykład chociażby Srebrenicy u końca XX wieku niemal w samym centrum Europy.

Oprócz inskrypcji ogromne wrażenie robi galeria prac dzieci oczekujących na czekającą je śmierć za drutami obozu w Terezinie. Ich opiekunowie do końca próbowali zajmować je rysowaniem i malowaniem podsuwając „normalne” tematy, typu mój dom, moja szkoła, przyjaciele i.t.d. To straszne, gdy pomyśli się, że te dzieci zakończyły swoje życie niedługo po namalowaniu owych obrazków. One cudem przetrwały. Dziś wiszą w galerii w towarzystwie prac ich współczesnych rówieśników. Jak widać postrzeganie świata przez dzieci niewiele się zmieniło. Te same sprawy wydają się istotne, te same tematy podobnie są ujmowane. I aż strach pomyśleć, jak wyglądalby świat nie tylko rysunki były podobne, lecz także ich los. I także nie mieści się w głowie, że te normalne dzieciaki rysujące, malujące i czujace tak samo jak wszystkie inne na świecie z zimną krwią wysłano do gazu w imię jakiejś paranoicznej idei, która zawładnęła całym narodem podążającym ślepo za swoim przywódcą.

Spacer po Josefovie to także spacer śladami Franza Kafki, który w Pradze się urodził i w tutaj spędził większą część swojego życia.

Praga 102

Tablica na Starym Mieście upamiętnia dom, w którym przyszedł na świat. Z oryginalnego domu zachowało się bardzo niewiele, ale ważne jest miejsce.

Praga 104

„Proces” tego pisarza zrobił na mnie wielkie wrażenie jako opis zmagania jednostki będącej bez szans z sądowo-biurokratyczną machiną państwową. O interpretację tego dzieła koneserzy spierają się do dzisiaj. A przecież ta pisana od 1914 roku jedna z największych powieści XX wieku miała w ogóle nie ujrzeć światła dziennego, ponieważ twórca sobie tego nie życzył. Jego wolę zignorował przyjaciel, który wydał ją po śmierci pisarza. Ile dzieł nie wzbogaciło dorobku myśli ludzkiej zamkniętych na klucz, bądź zniszczonych przez samego artystę? Co takiego siedziało w jego głowie, że tworzył tak ważne, a zarazem niczym żywcem wyjęte z sennego koszmaru utwory, by potem je niszczyć , aby nikt ich nie przeczytał?

Kiedy w 2003 roku, na 120-urodziny pisarza odsłaniano nieopodal Synagogi Hiszpańskiej jego pomnik, wzbudzał on nie mniejsze kontrowersje niż interpretacja dzieł mistrza.

Praga 107

Prawdę mówiąc niewiele zrozumiałem z tej rzeźby, kiedy ją ujrzałem. A przewodniki? Przewodniki podają kilka suchych faktów. Notki w internecie także. Z internetu jednak dowiedziałem się, że pomnikowi poświęcił jeden ze swoich wierszy... Tadeusz Różewicz:

Tego się Kafce nie robi

Pomnik Kafki stanął w Pradze


oczywiście sam nie stanął

postawiono go nie pytając

czy ma chęć stać w tym miejscu

i w takiej postaci

 

twórca pomnika tak szczelnie

owinął gadaniną swoje dzieło

tak wywijał językiem

że pomnik

oniemiał


jak widać

pomnik składa się

z pustej marynarki

i workowatych spodni

ten mosiężny worek

jest wypełniony duchem

złego Ojca

 

siedzi mu na karku dorosły

Franz - elegancko

ubrany - w kapeluszu

w spodniach spiżowych

uprasowanych w "kant"

 

synek siedzi na karku

swojego olbrzymiego Ojca

złego Ojca

 

rzeźbiarz

za pomocą języka

nawet obrotnego

i cyrkowych numerów

nie zmienił

kiepskiego monumentu

w dzieło sztuki

 

na żydowskim cmentarzu w Pradze

widziałem

pomnik kamień

leży tam

z Ojcem i Matką sławny

Syn o którym wiedzieli

tak mało...

 

Od mojej czeskiej

tłumaczki Vlasty która

poznała Verę córkę Ottli

wiem

że kupiec bławatny Hermann K.

syn rzeźnika był dobrym

troskliwym ojcem rodziny

dobrym mężem

że kochał swojego syna

śmiał się z Maksa Broda

i czytał prozę Raabego

 

Franz Kafka zasłużył sobie na to

żeby nie stawiać mu pomników

nie produkować koszulek

podkoszulków filiżanek

chusteczek do nosa majtek

talerzy z podobizną z jego twarzą

na dnie zasłużył sobie na to aby

nie otwierać kawiarenek "z Kafką"

nie otwierać sklepików

z galanterią

 

pomnik stanął

w Pradze

postawili go nie pytając

 

"a kogo mieliśmy pytać?"

 

Ducha! Panowie i panie,

Ducha Kafki trzeba pytać

(i nastawić ucha!)

Duch Kafki mówi: proszę

Mnie nie ustawiać nie przedstawiać

a jak już stoję proszę

nie odsłaniać!

 

chcę być zasłonięty

 

nie wyciągajcie na światło

moich kobiet moich łez

moich rodziców moich sióstr

spalonych rękopisów

moich ran

nie komentujcie mojego

życia śmierci procesu

nie urządzajcie cyrku

nie wyciągajcie ze mnie

wszystkich tajemnic

nie wciągajcie mnie

do kawiarenki

nie zaglądajcie mi w zęby

nie jestem waszym koniem

(zwierzęciem pociągowym

różnych fundacji)

nie wmawiajcie we mnie

że kochałem kiepskich

aktorów że byłem

płochliwym narzeczonym

nie róbcie ze mnie

wzorowego urzędnika

impotenta sportowca

syjonisty jarosza

i wielbiciela prozy

Maksa Broda

 

amen

 

Dociekliwych odsyłam do „Listu do Tadeusza Różewicza w sprawie pomnika Franza Kafki w Pradze” autorstwa Zbigniewa Macheja. Oprócz przyjemności lektury samej polemiki można wreszcie dowiedzieć się czegoś więcej na temat interpreatcji owej rzeźby wychodząc poza sztampę przewodników.

Przez ten wiersz edytor nie przyjął mi całego wpisu, że za długi, więc za chwilę piąty odcinek.

W pociągu Szczecin – Gdynia, 13.11.2011; 18:10 LT