Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
sobota, 15 stycznia 2005
 

Ostani dzień w Vitorii. Dziś w koncu musiałem troche popracować, wszak po to tu przyjechałem. Skonczyłem jednak na tyle wcześnie, że jeszcze zdążyłem się wykąpać w cieplutkim morzu, póść na piwo do ulubionego ogródka przy promenadzie (a termometr z wielkim, elektronicznym wyświetlaczem wskazywał właśnie +36C) i załapać się na finałowe mecze plażowego futbolu. Moi faworyci, którym kibicowałem wczoraj w półfinale, bo braki techniczne nadrabiali wolą walki i pokonali lepszych 3:1, dziś już po kilku minutach przegrywali 0:4 i dopiero wtedy zaczął się normalny mecz, przegrany oczywiście przez nich 4:10. Dziewczyny grały znacznie wolniej i mniej skutecznie, ale było na czym oko zawiesić, chociaż grały w strojach normalnych, piłkarskich (tyle, że boso) w odróżnieniu od plażowych siatkarek.


Przyjemniej było kąpać się w morzu i oglądać te mecze, niż iść do restauracji, na co próbował mnie namówić nasz agent. Agent jest śmieszny, bo mówi trochę po polsku, ale ponieważ jest samoukiem i mówi tylko tyle, co usłyszy od naszych załóg, jego polskie komentarze bywają dalekie od sedna.


Przypomina mi się, jak swego czasu wybrał się z nami na spływ kajakowy niejaki Frank z Kassel. Niemiec też łapał trochę nasz język i kiedyś zagadnął naszą koleżankę, która w piękny słoneczny poranek, usiadła sobie zamyślona na przybrzeżnym kamieniu z ogromnym ładunkiem melancholii w oczach. Frank długo sobie w myslach układał, co w takiej nastrojowej chwili powiedzieć, aż wreszcie zapytał:

- Jak można siedzieć na kamieniu i być smutnym?


Ale to nic w porównaniu ze zdolnościami jezykowymi Marokańczyków. Miałem okazję zawijać tam nie raz w czasach, kiedy polskie statki odwiedzały tamte porty regularnie. Było to też w czasach, kiedy dolar u nas miał nieco inny przelicznik, a i dla Marokańczyków zakup odzieży to był znaczący wydatek. Taki rejs do Maroka był więc okazją do przeglądnięcia własnej szafy i posłania nie używanych już ciuchów do Arabów, za co z kolei można było kupić trochę mandarynek, glinianych dzbanków, czy innych egzotycznych przedmiotów.


Dla Marokańczyków każdy Polak to był Stasiu. Ledwieśmy zacumowali, a tu już zjawia się jakiś „w interesach”.

- Cześć Stasiu! Masz koszula?

- Mam.

- To pokaż.

Pokazuję więc koszulę, w której przechodziłem kilka sezonów. Nie była już pierwszej młodości, ale co tam, lepiej wymienic na kilka pomarańcz niż wyrzucić na smietnik.

- Prawie nowa. – odparł Marokańczyk.

Trochę mnie zaskoczył. Szczęka mi opadła, ale z miną zawodowego pokerzysty, nie zważając na wyblakłą od wielokrotnego prania tkaninę, natychmiast zażądałem dwa razy tyle niz zamierzałem jeszcze przed chwilą.

- Trzydzieści dirhamów

Usłyszawszy to, mój kontrahent zaczął rwać sobie włosy z głowy

- Pięć dirhamów, Stasiu.

- Dobra koszula – próbowałem sie bronić bez przekonania, spoglądając na wytarty kołnierzyk i pozaciągane nitki przy rekawach.

Arab przyjrzał się jej jeszcze raz i odparł

- Prawie nowa.

- No właśnie, prawie nowa. Trzydzieści.

Jakieś przeciągłe wycie wydobyło się z gardła zaprawionego w bojach negocjatora, po czym machnał ręką i z wyrazem w oczach jakby sprzedawał swoją matkę zaproponował:

- Siedem! Siedem dirhamów! To pawie nowa koszula!

Nastrój gorącej dyskusji udzielił się i mi, więc też złapałem się za głowę i wykrzyknąłem:

- Siedem? Za nową koszulę?

- Nie nową! Prawie nową! – ubolewał Marokańczyk.

I w tym momencie mnie olśniło. Zaprawiony w negocjacjach z Polakami, uczył sie od nich naszego języka. I nikt, wciskając mu najgorsze badziewie, nigdy nie powiedział, że jakaś rzecz jest stara, lecz zawsze, że prawie nowa. To określenie tak utkwiło w głowie owego człowieka, że był przekonany iż „prawie nowy” to zaprzeczenie „nowego”.


I to by było tyle na dziś. Muszę się sprężać bo po wizycie w kafejce internetowej i jakiejś kolacji, trzeba się jeszcze spakować i wstać rano grubo przed piątą. Mój samolot do Sao Paulo startuje o 06.20.



23:18, searover
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 stycznia 2005

Statek, na który mam się dostać, ciągle stoi na redzie. W ten oto sposób trafiły mi się całkiem fajne wakacje w środku zimy. Trzy dni temu temperatura dochodziła do +37°C. Póznym wieczorem było +31°C. Dziś, po dwóch dniach deszczu znów jest pięknie.

Wieczory spedzam na plaży, które jak zwykle w Brazylii są doskonale oświetlone. Trwają tu jakieś rozgrywki plażowej piłki nożnej, więc ze szklanką piwa w ręce śledzę zmagania lokalnych druzyn amatorskich. Nie sądziłem, że i one mogą wzbudzać tak gorące reakcje. Publiczność żywiołowo reaguje na każdą ciekawszą akcję, a bramki powodują eksplozje radości oraz fajerwerków, które rozswietlają wśród huków wieczorne niebo.

Jest w Brazylii jakieś umiłowanie sportu. Z zazdrością zawsze oglądam liczne boiska do piłki nożnej, siatkówki, koszykówki, tenisa, rozsiane po plażach i skwerach, pięknie ogrodzone i oświetlone. I te niezliczone ilości ludzi grających wieczorami. Od młodziutkich chłopaczków po statecznych gości. Patrzę i nie dziwię sie już, że są potęgą w futbolu i siatkówce. Dziwię sie tylko, dlaczego tak nie można u nas.

Ci, którzy nie grają w piłkę, biegają albo szybko maszerują. O zmierzchu promenada, na której zwykłem przesiadywać zapełnia się dziesiątkami albo i setkami biegaczy. I to jest najmilszy widok, bo wśród tej grupy dominują panie. Jakie są Brazylijki, każdy widzi. A te biegające są na dodatek cholernie zgrabne, więc aż nie chce się wstawać od stolika. Ba! W koncu kiedyś jednak trzeba.

Czy to ten widok tak na mnie wpłynął, czy może jakis inny impuls, że szperając w internecie zatrzymałem się na chwilę na forum „Rozwódki”. Temat mi bliski, więc zaciekawiło mnie, jak to robią inni. No i cały czar prysł. Żegnajcie piękne wspomnienia z plażowej promenady. Z ekranu komputera pryskało błoto, które pewnie opryskałoby pół kafejki internetowej, gdyby tylko miejscowi znali nasz język. Czytałem i zastanawiałem się jak to jest, że ludzie którzy jeszce niedawno się kochali, gotowi są wobec siebie do czynów tak podłych, jakich nie akceptowaliby w stosunku do osób zupełnie im obojętnych. Krzywdzić się w imię czego? Zemsty? A cóż to da? Czy polepszy komuś życiową dolę? Czy będzie żyło się lepiej, albo przyjemniej, ze świadomością, że zrujnowało się psychicznie, finansowo najbliższą kiedyś osobę? Że własne dzieci cierpią niedostatek, gdy tatuś na złość mamie pozbawił je wszystkiego? Pełno tam opowieści tego typu. Niestety, głosem wołającego na puszczy są wypowiedzi wzywające do rozsądku. Zawyczaj proponuje się odpłacanie pięknym za nadobne. Pokrzywdzone kobiety namawiają towarzyszki niedoli, by póki można, zbarały ile się da, zanim z pewnością (według nich) zrobi to małżonek. Inne przytakują jakiejś mamie, która robi trudności ojcu w odwiedzaniu dzieci. Oko za oko, ząb za ząb. Nie ma przebaczenia, nie ma miłosierdzia, wojna trwa na całego i jakoś najmniej się o uczuciach dzieci wspomina. Błogosławić chyba muszę los, że obszedł się ze mną całkiem łaskawie.

Na szczęście, dla równowagi postanowiłem zobaczyć, co też trapi młode mężatki, bo i takowe forum również istnieje (kobiety chyba mają większe ciągoty do zrzeszania się, bo jakoś nie zauważyłem forum o rozwodnikach, albo młodych mężach). Mój Boże, cóż to za piękne forum! Blednie przy nim plażowa promenada! Ja przez cały czas małżeństwa karmiony byłem tekstami, że chłopy to świnie, a tu wreszcie otrzymałem namacalny dowód, że wszystko ze mną było w porządku. Te młode mężatki przywróciły mi wiarę w piękno świata, w to, co wyczuwałem instynktownie. Trzeba było internetu i anonimowych zwierzeń, by zorientować się co też siedzi w głowach pięknej płci. Świntuszki jedne. Jakież to pokrzepienie przed nadchodzącą wiosną. Może i mi skapnie jeszcze kiedyś trochę tego miodu :)

23:28, searover
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 stycznia 2005
 

Deszczowa Vitoria. Całe niebo zasłaniają ołowiane chmury. Plaża po drugiej stronie ulicy nie zachęca do spacerów jak zwykle. Nawet właściciele budek serwujący przekąski i zimne napoje, pochowali krzesła i stoliki pod daszki. W taki dzień można wybrać się do kafejki internetowej nieopodal. Popędzany z lotniska na lotnisko mam wreszcie ten komfort, żeby spokojnie przejrzeć prywatne maile i odwiedzić ulubione strony.


Czytanie trochę mało mnie rajcuje. Wolę pisać. Przez jakiś czas w podróżach tworzyłem swój dziennik, z którego byłem bardzo dumny. Niestety, dyskietka została przypadkiem zostawiona podczas kolejnego pakowania i wszystko szlag trafił. Zostały tylko jakieś nędzne resztki na innej dyskietce. Straciłem ochotę na kontynuowanie. Teraz zaś dostałem nowy impuls. Nie będę pisać klasycznego dziennika. Pora na bloga Mamy w końcu rok 2005 i trzeba iść z duchem czasu. Teraz to będzie więc moja szuflada, do której zazwyczaj pisałem. Płyń barko (szuflado) moja!


* * *


Kiedyś zazdrościłem ludziom mieszkania po hotelach. Bo to i ciągle nowe miejsca, posiłki w restauracjach, nie trzeba za bardzo sprzątać, a mimo to wszystko lśni, no i jakaś odmiana w szarzyznie codzienności. Teraz zaczynam rozumieć dlaczego bywalcy hoteli nie lubili. Tego bloga piszę na swoim laptopie w pozycji raczej nie ergonomicznej, bo stolik w pokoju jest tak mały, że ledwie starcza miejsca na owego laptopa. Nawet gdyby był wiekszy to i tak przede wszystkim nie byłby mój. Gdzież im tam do mojego biurka w pokoju, które może też ogromne ani specjalnie urodziwe nie jest, ale ma stojaczek z ulubionym compactami, w szufladzie ołówki, flamastry, stare paragony, które jeszcze moga sie przydać, ładny długopis w etui otrzymany na urodziny, którego żal używać bo taki ładny, gumki recepturki, plik karteczek samoprzylepnych, ze dwie dyskietki, a gdyby tak pogrzebać dłużej to można by znalezć mnóstwo ciekawych rzeczy. Tutaj wszystko puste. Nie wykładam niczego do szuflad nauczony przykrym doświadczeniem z ową dyskietką z dziennikiem, która została nawet nie wiem gdzie. Cały mój podróżny dobytek leży więc w dwóch walizkach, które położyłem na podłodze obok łóżka. Oczywiście im częściej do takiej walizki zaglądam, bo przecież potrzebuje rozmaitych drobiazgów, tym mniej przypomina ona tę pięknie zapakowaną przed wyjazdem. Obecnie piętrzy się na niej kupa skotłowanych ciuchów, wyrastajaca niczym wulkan. Jak to sie wtedy pomieściło? Najbardziej żal mi koszul, które jeszcze nie używane, a wyglądają już jakby psu z gardła wyjęte. No i pani co sprząta mój pokój, która musi obchodzic ten wulkan dookoła.

Jak sie dobrze przyjrzeć, a co mozna robić innego w taki dzień, to na scianach zauważy się wędrujące tu i ówdzie mrówki faraonki. Byłbym rad, gdyby żadna nie zechciała zainteresować się moją walizką, ale jak znam życie, będą miały odmienne zdanie. Mam wiec duże szanse przywiezienia dodatkowych lokatorów do swojego mieszkania. Ciekawe, nie wolno przemycać zwierząt, więc co powiedziałby celnik na widok zbłąkanych kilku faraonek?

Pora przerwać to pisanie bo zbliża się pora kolacji. Jak sie pospieszę, to po posiłku zdążę jeszcze wpaść do kafejki i wrzucić ten tekst do bloga. Dziś moja czwarta kolacja w tym hotelu i czwarte churrasco. Tak sie bowiem złożyło, że zamiast restauracji hotel ma jedynie churrascarię. Pierwszego dnia było rewelacyjnie, drugiego trochę mniej, trzeciego czułem przesyt, a dziś robi mi się niedobrze na myśl o kolejnych tabunach kelnerów donoszących kolejne mięsa. Chyba ograniczę się po prostu do zaspokojenia głodu i zamiast połowy wieczora, spędzę tam kilkadziesiąt minut.

23:22, searover
Link Dodaj komentarz »
1 ... 286