Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
sobota, 27 października 2012

Wstajemy, pakujemy się szybko (nie było tego wiele, bo po przyjeździe w nocy od razu połozylismy się spać) i ruszamy na trasę. Jazda jednak co chwilę przerywana była postojami, ponieważ nie mogłem tak po prostu odpuścić tatrzańskich widoków.

A, że pogoda była piękna i nocne zimno gdzieś się ulotniło, postoje były przyjemnością. Inna sprawa, że zabierały czas, co z pewnością miało mieć wpływ na dystans przebyty tego dnia. Nie mieliśmy zarezerwowanego noclegu, ponieważ trudno mi było oszacować dokąd będziemy w stanie dojechać. Chciałem jak najdalej, ale bez szaleństw, bo przecież mieliśmy też coś oglądać, a nie tylko jechać dla samej jazdy. Postanowiłem, że rezerwacją zajmiemy się późnym popołudniem lub nawet wieczorem, a póki co napawałem oczy widokiem turni pokrytych świeżym, wrześniowym śniegiem.

Ostatni postój zrobiliśmy gdzieś w okolicach Popradu, przed wjazdem na autostradę. Tatry było wtedy widać jak na dłoni, wyrastające nagle wprost z zupełnie płaskiego terenu. To dzięki takiemu ukszałtowaniu powierzchni Poprad mógł zafundować sobie lotnisko, dzięki czemu można Eurolotem polecieć w Tatry na weekend z Gdańska. Komfort i koszt (jeśli zarezerwuje się lot odpowiednio wcześniej) nieporównywalny do przedzierania się samochodem do Zakopanego.

Autostrada z Popradu do Presova nie jest w pełni gotowa, więc co jakiś czas zjeżdżamy na normalne drogi, które wiodą przez urokliwe słowacke wsie, jak choćby Levoča. Ta nazwa kojarzy mi się z Janosikiem, a ściślej ze słowami piosenki o zbójniku („już wiodą Janicka, wiodą ku Levoce”), więc Paulina sprawdza w internecie czy rzeczywiście Janosik tutaj był. Był, czy nie, warto się tam zatrzymać bo jest co oglądać. Levoča została wszak wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Niesamowite jak pewne niezbyt ważne z pozoru decyzje wpływają na historię rozmaitych regionów. Pisałem swego czasu jak budowa kolei pozbawiła szybko znaczenia gospodarczego niewiele wczesniej oddany do użytku Kanał Elbląski. Podobnie stało się z Levočą. To dynamicznie rozwijające się miasto, leżące na skrzyżowaniu szlaków handlowych zostało nagle pozbawione swojego strategicznego położenia, kiedy oddana do użytku w 1871 r. linia kolejowa Košice – Bohumin ominęła je w odległości ośmiu kilometrów. Inne miasta przejęły profity z transportu i wymiany handlowej, a Levoča stała się sennym choć niezwykłej urody niewielkim miasteczkiem. Żal było tak po prostu przejechać obok, ale nie moglismy już się zatrzymywać jeżeli chcieliśmy dotrzeć o rozsądnej porze do Rumunii. Janosik zaś, jak się okazało, został po pojmaniu uwięziony w Liptovskym Mikulašu i tam powieszony na haku za lewe żebro.

Po paru następnych kilometrach na jednym ze wzgórz pojawiają się ruiny wielkiego zamczyska.

To Zamek Spiski (Spišsky Hrad), jeden z największych tego typu obiektów w Europie Środkowej. Zespół zamkowy rozciąga się bowiem na obszarze około czterech hektarów. Jego historia zaś sięga jedenastego wieku czyli niemal tysiąc lat wstecz.

Nie jedlismy jeszcze śniadania, na które zamierzamy zatrzymać się „przy najbliższej okazji”, więc nie możemy opóźniać planu zjazdem z autostrady i zwiedzaniem zamku. Zostawiamy to na inną wycieczkę. W końcu dojeżdżamy do Prešova. Tam już musimy iść coś zjeść bo dochodzi trzynasta i burczy nam w brzuchach. Śniadanioobiad, dla odróżnienia od obiadokolacji.

Bardzo zmieniły się przez ostatnie dwadzieścia lat miasteczka wschodniej Europy. To co marniało kiedyś za żelazną kurtyną, po upadku komuny zaczęło odzyskiwać dawny blask i dzisiaj lśni.

Przyjemnie przejść się odnowionymi uliczkami choćby właśnie takiego Prešova. Co ciekawe, Słowacy w odróżnieniu od nas dość łagodnie obeszli się z symbolami komunizmu. Na prešowskim rynku wciąż stoi obelisk z gwiazdą oraz sierpem i młotem.

I nawet kwiaty leżały na cokole.

Najedzeni (co kraj, to obyczaj – zamawiając na przystawkę grzankę z masłem czosnkowym otrzyamałem ząbki czosnku oddzielnie, do schrupania w całości albo pokrojenia we własnym zakresie) mogliśmy jechać dalej. Jeszcze tylko krótki postój na stacji benzynowej, aby kupić winietę na autostradę i już opuszczaliśmy miasto. Następny postój już po węgierskiej stronie.

Kilkadziesiąt kilometrów autostrady przejechaliśmy błyskawicznie, a potem zaczęła się nudna, płaska droga wśród pół kukurydzy aż do granicy z Węgrami.

Zawsze jestem pełen zachwytu nad Unią Europejską i Strefą Shengen, kiedy jedynym znakiem granic są tablice z nazwą kraju, do którego się wjeżdża i ewentualnie jakieś pozostałości dawnych posterunków granicznych.

Trzeba było kupić gdzieś winietę na autostrady węgierskie. Zatrzymaliśmy się na jakiejś stacji benzynowej i ku mojemu zaskoczeniu zamiast nalepki na szybę, jak na Słowacji otrzymałem coś w rodzaju sklepowego paragonu, tyle tylko, że zawierającego m.in. numer rejestracyjny samochodu. Okazauje się, że pan sprzedający winietę wklepał na komputerze nasze dane do systemu i to wszystko. Kamery na autostradach odczytują numery z tablic rejestracyjnych, a odpowiedni program sprawdza, czy są w bazie danych. Żadne nalepki nie są potrzebne.

Na Węgrzech poza nielicznymi wyjątkami nawet nie próbowałem sobie zaprzątać głowy prawidłowym odczytywaniem nazw miejscowości. Wystarczyło, że coś tam z grubsza się zgadzało.

Dłuższy postój zarządziliśmy dopiero w Debreczynie. Mieliśmy początkowo w planach zobaczyć cos więcej, ale robiło się późno. Trochę czasu straciliśmy wcześniej na parkingu przy autostradzie, ponieważ dopadła mnie taka senność, że musiałem zjechać i zdrzemnąć się trochę na odchylonym do tyłu fotelu. A, że pogoda tego dnia była piękna, Paulina skorzystała by grzejąc się na słońcu czytać „Proces” Kafki. Teraz trochę zabrakło tych trzech kwadransów. Za to zjedliśmy coś węgierskiego. Placków po wegiersku o dziwo nie było, ale gulasz jak najbardziej. Po kolacji krótki spacer deptakiem i pobliskimi uliczkami.

Musieliśmy się jednak sprężać. Mimo, że granica rumuńska wydawała się być odległa zaledwie o rzut kamieniem, do leżącej tuz za nią Oradei było wciąż ponad siedemdziesiąt kilometrów. Oradea zaś to był plan minimum na dziś. Nie chcciałem zostawiać przejazdu przez całą Rumunię na dzień następny ponieważ niewiele wiedziałem o tamtejszych drogach i obawiałem się, że jakieś opóźnienie może wpłynąć na nasze doatrcie na czas do Bukaresztu. Leonard Cohen zaś miał rozpocząć swój koncert o 20:00 bez względu na to, gdzie będziemy się znajdować.

Zmierzchało gdy opuszczaliśmy Debreczyn.

Niemal zaraz za rogatkami miasta pomarańczowa kula słońca skryła się za ciągnącymi się po widnokrąg łanami kukurydzy. Coraz częściej spoglądałem na odliczający pozostałą do przejechania odległość odbiornik GPS, ale ten lenił się strasznie i im częściej spoglądałem, tym wolniej ujmował dystansu. Wreszcie po dobrej godzinie jazdy, już w zupełnych ciemnościach dotarliśmy do końca długiej kolejki TIR-ów czekających na odprawę graniczną. Unia unią, ale Rumunia jest poza strefą Shengen, więc kontrola być musi. Na szczęście pas dla samochodów osobowych pozostawał wolny.

Sopot; 27.10.2012; 18:00 LT

poniedziałek, 22 października 2012

Dolny Śląsk pomimo zmian jakie przeszedł w ostatnim dwudziestoleciu wciąż jest pełen miejsc , w których czas jakby się zatrzymał. Nie, źle napisałem. Upływ czasu widać aż nadto, lecz zatrzymała się ludzka aktywność. Te „klimatyczne” dolnośląskie plenery pieknie pokazał Jarosław Marszewski w jednym z moich ulubionych filmów p.t. „Jutro będzie niebo”. Wracając z wycieczki natknąłem się na domek, który do owego filmu pasowałby w sam raz.

Zmierzchało. Do pieca została wstawiona brytfanna z czymś co miało być sztandarowym daniem dzisiejszej kolacji. Było jeszcze odrobonę za wcześnie by zasiadać do slajdów oraz fimów, więc toczyły się rozmaite rozmowy w podgrupach. Z tarasu obserwowałem czerwonawą łunę nad odległymi szczytami. Kończył się jeden z ostatnich pięknych dni tej jesieni.

                     

Gospodarz podsuwał nam wciąż kolejne kieliszki, jakby obawiając się, że towarzystwo nie zdoła opróżnić dwunastolitrowej beczułki.

Kolacja. Co za zapach! I co za danie! Zapieczona, a raczej duszona mieszanka rozmaitego mięsiwa, warzyw i przede wszystkim grzybów. Duszona, ponieważ sałość została przykryta chlebowym ciastem, które pełniło rolę pokrywki zamieniając się w świeżutki, gorący chleb.

Ach jakież męki Tantala przeżywałem w milczeniu przy stole! Ja, miłośnik grzybów patrzyłem na duszone z mięsem kanie i zastanawiałem się, czy nikt przez pomyłkę nie zerwał też jakiegoś sromotnika. W takiej ilości kań mógł przecież przytrafić się jakiś fałszywiec.

- Nie jesz grzybów? – zapytał Belmondo widząc odsunięte na bok kapelusze

- Nie.

- To ja wezmę.

- Proszę.

Targały mną wyrzuty sumienia, czy powinienem częstowac Belmonda czymś, czego sam wolałem nie tknąć, ale uznałem, że skoro zjadł solidną swoją porcję, to z moralnego punktu widzenia jestem czysty. Było mi przykro kiedy wszyscy cmokali z zachwytu nad wspaniałym smakiem owej potrawy, ale trzymałem się dzielnie. Zastanawiałem się tylko, czy mięso duszone z hipotetycznymi sromotnikami zachowa swoje szlachetne właściwości, czy też może zadziała równie zdradziecko jak grzyby. Postanowiłem skosztowac licząc na to, że mimo wszystko ewentualny jad nie bedzie już tak silny. Najwięcej zjadłem chleba, bo nie mieszał się zbytnio z resztą potrawy.

Piszę te słowa dwa tygodnie po owej kolacji. Nie dotarły do mnie informacje, by ktoś się źle poczuł, więc zapewne były to kanie najprawdziwsze. Przełykam ślinę i oblizuję się więc w nieutulonym żalu. No cóż, bezpieczeństwo kosztuje.

Tymczasem zapadł zmrok. Szczyty gór pochłonęły ciemności lecz w dolinie rozbłysły światła Lądka-Zdroju. Wyłaniająca się tu i ówdzie pomarańczowa poświata świadczyła o innych miejscowościach skrytych w dolinach i niedostepnych naszemu oku.

Belmondo i Grzegorz dołączyli do mnie utoczywszy z beczułki jeszcze parę kieliszków.

Tymczasem zaczął sie pokaz slajdów. Krystian cierpliwie wkładał kolejne ramki do rzutnika i z trudem dawał radę przebijać się ze swoim komentarzem, przez grających pierwsze skzypce (a raczej wyrywających sobie pierwsze skrzypce) Doktorka i Belmonda. Znów powrócił temat samców alfa, ponieważ najwyraźniej obydwaj koledzy nie byli w stanie znieść, że ludzie słuchają kogo innego. Za przykład posłużyła wataha wilków, ale przy okazji brak Doktorka, z zawodu weterynarz opowiedział nam o t.zw. hierarchii dziobania w stadzie kur. Otóż kura alfa dziobie wszystkie pozostałe. Kura beta – wszystkie oprócz kury alfa. Kura gamma, wszytkie oprócz tych dwóch pierwszych. Współczuję kurze omega, ale natura jest bezlitosna – przetrwają tylko najsilniejsi. No, może w przypadku kur rosołowych to niekoniecznie się sprawdza.

Liczyłem na to, że Hrabia opowie coś o swoim planowanym wykładzie habilitacyjnym zaczynając pytaniem: „Skąd się tu wzięliśmy?”. Jest w tym coś z Hitchcocka. Niepokojące pytanie na samym początku, po którym napięcie mogło tylko rosnąć. Może rozgorzeje jakaś interesująca dyskusja?

- Gdybym miał cipkę, to czochrałbym się o twoją głowę – zaczął z kimś dyskusję jeden z samców alfa zanim Hrabia zdążył zagaić...

Spojrzeliśmy po sobie.

- Zostawmy to. Dyskusja osiągnęła tak niski poziom, że już nic nie zdoła jej uratować. – odrzekł z godnością niedoszły prelegent.

Zaczęlismy więc rozmawiać na temat podziału ról w grupie. Solą każdej jest różnorodność charakterów. Belmondo na przykład od trzydziestu pięciu lat poraża nas swoimi, hm... jak by to delikatnie powiedzieć, niewyszukanymi żartami, lecz pomimo nieskrywanego niesmaku brakuje nam jego towarzystwa gdy jest nieobecny. Bo to trochę tak jakby upiec schab, nawet śliwkę do środka włożyć, i świece zapalić, i srebrne sztućce rozłożyć, ale pożałować soli, pieprzu, nie mówiąc o innych przyprawach. Każdy ma do odegrania swoją rolę w grupie: ten klowna, ów filozofa, jeszcze inny kucharza, flirciarza albo Koszałka-Opałka.  

Gdzieś koło drugiej w nocy miałem dość i najchętnie poszukałbym sobie miejsca do snu. Tym bardziej, że liczyłem na jakieś fajne zdjęcia mgieł o świcie. Inni także zaczęli odpadać, więc mogłem w końcu rozłożyć swój śpiwór na kanapce w salonie.

O świcie nie było widać nic. Białe mleko i deszcz. Stwierdziłem, że to może i dobrze, bo wyspany raczej nie byłem, a w tej sytuacji mogłem z czystym sumieniem zanurzyć się z powrotem w śpiworze. Rano widzialność się nieco poprawiła, lecz deszcz nie przestał padać.


Ja wracałem do Wrocławia, gdzie zamierzałem spotkać się wieczorem z Pauliną, a potem ruszyć pociągiem sypialnym do Gdańska (z wagonu prosto do biura – w górskich butach, ale dzięki Warsowi porządnie wyspany i ogolony). Ci, którzy trasę na Pomorze mieli do pokonania samochodem, po późnym i niespiesznym śniadaniu zaczęli się zbierać.

Deszcz im tego nie ułatwiał. Wzamagał się im bliżej było do wyjazdu, tak jakby przyroda litowała się i robiła wszystko, by nie zal było nam odjeżdżać z tego pięknego miejsca.

Staroniemcowskim obyczajem wyszliśmy wszyscy przed dom by pożegnać powracających na niziny.

Samochód w kierunku Szczecina odjechał. Wkrótce gotowy był ten do Gdańska. Znów ten sam, smutny rytuał pożegnań. Smutny, lecz bez niego nie byłoby radości z takich spotkań. Zresztą nie wyjeżdżamy na koniec świata. Teoretycznie moglibyśmy spotykać się znacznie częściej, bo odległości nas dzielące nie takie znów kosmiczne, a mimo to tak jakoś wychodzi, że średnia wypada raz na rok.

Coraz mniej nas zostawało.

Pozostało już tylko popsprzątać, na koniec napić się herbaty tradycyjnie siadając przed podróżą, by niedługo potem zamknąć drzwi i również podążyć ku dolinom. Tam czekały już na nas problemy t.zw. szarej codzienności. Do następnego spotkania w tym gronie.

W pociągu Szczecin – Gdynia, koło Łobza; 21.10.2012; 18:45 LT

Na Niemcowej, jeszcze jako licealista usłyszałem o nim po raz pierwszy.  ZSRR prowadził wojnę w Afganistanie, nikomu jeszcze nie śniło się, że może powstać coś takiego jak „Solidarność”, a Doktorek swoim donośnym głosem śpiewał z akompaniamentem gitary wieczorami przy wątłych płomieniach świec „Mury”, „Obławę”, „Krajobraz po uczcie”... Kaczmarski, Gintrowski, Łapiński – to trio wtedy zapamiętałem. Niejednokrotnie później ciarki przechodziły mi po plecach, kiedy słuchałem jego charakterystycznej, dynamicznej muzyki. Dynamicznej lecz bez utożsamianego z dynamiką łomotu. Ot chocby przejmująca „Matka Królów” – opowieść o burzliwych latach polskiej historii na przykładzie życia jednej rodziny i jej pełna niepokoju ścieżka dźwiekowa. Przemysława Gintrowskiego kojarzyłem zawsze jako kompozytora takich trochę monumentalnych i bardzo zaangażowanych utworów. Zaskoczył mnie niezwykle ciepłą, lecz po męsku szorstką kołysanką w filmie „Tato”.

Kiedy słyszałem nazwisko Gintrowski, wiedziałem, że mogę decydować się na słuchanie „w ciemno”. To była zawsze uczta dla ucha. Była. Nadal będzie, lecz nie powstanie już nic nowego. Wczoraj Przemysław Gintrowski odszedł, a wraz z nim kolejne wspomnienia z mojej młodości. Niech Mu śpiewają i grają chóry anielskie, ale nie ckliwie i łagodnie, lecz z ekspresją jaką potrafił się dzielić tylko On.

Szczecin; 21.10.2012; 13:15 LT

niedziela, 21 października 2012


Chłodny, październikowy poranek. Wjazd na parking podobnie jak i schody prowadzące na piękny, bursztynowy stadion udekorowane flagami Blog Forum. Przede mną parkuje jakiś samochód z Olsztyna. Długa kolejka do rejestracji. Jeszcze tylko pamiątkowe foto robione każdemu z uczestników przed wejściem i już mogę powiedizeć, że jestem tam, że się zaczęło.

Chętnych było ponoć ponad pół tysiąca. Muszę więc podziękować organizatorom, że z tej liczby zechcieli dołączyć do grona uczestników także mnie. A było warto. Przede wszystkim dlatego, że impreza przeszła dość sporą ewolucję w bardzo dobrym kierunku. Zarówno pod względem treści, jak i logistyki.

Zacznę od tej drugiej. Tradycją Blog Forum jest, że organizowana jest każdego roku w innym miejscu. Jest to w penym sensie także promocja miasta wśród zjeżdżających z całej Polski gości. Zastanawiam się jednak, czy nie czas byłoby uznać, że impreza znalazła swoje miejsce, a miasto promować w inny sposób. Wydaje mi się bowiem, że trudno bedzie powtórzyć właśnie ów sukces logistyczny. Ot chociazby parking. Niesamowite, że przyjeżdża się pod wskazany adres, a tam miejsc do postawienia samochodu ile dusza zapragnie.

W tym roku prelekcje odbywały się w czterech salach jednocześnie. I również w tym przypadku stadion PGE Arena świetnie zdał swoją rolę. Po prostu ten nowoczesny obiekt, przystosowany do przyjęcia i mediów, i VIP-ów dysponuje odpowiednią ilością sal z całym zapleczem multimedialnym oraz licznymi gniazdkami do prądu, co jest istotne gdy zjeżdża się tyle osób z laptopami. Niezależnie od sal, centralnym miejscem pozostawało ogromne pomieszczenie restauracji, gdzie gromadzili się wszyscy ci, którzy akurat w żadnej prelekcji nie uczestniczyli. Tam zainstalowały swoje stanowiska redakcje aktywnie relacjonujące Forum.

Tam też wreszcie serwowano obiady oraz napoje i przekąski dostępne non-stop.

Prowadzenie cyklu prelekcji w czterech salach jednocześnie wymagało żelkaznej dyscypliny. Założono, że czas wystąpienia nie będzie przekraczać pół godziny, po czym następowała pięciominutowa przerwa pozwalająca uczestnikom przemieszczać się pomiędzy salami, by zająć miejsce na kolejnym, interesującym ich wykladzie. Obawiałem się, że nasza, polska skłonność do improwizacji sprawi, że program „rozjedzie się” juz po dwóch, trzech blokach, a tymczasem grupa wolontariuszy bardzo aktywnie kontrolowała czas i kierowała programem. Dlatego nie było problemu by wysłuchać danej prelekcji i zdążyc na następną. Wielkie brawa dla organizatorów.

Kilka słów o samym programie. Ustalony został po wielkiej burzy mózgów blogerów na wiele tygodni przed imprezą. Nie sposób opisać wszystkiego, bo po pprostu nie dało się byc we wszystkich miejscach jednocześnie. Może więc garść impresji z tego, w czym miałem możliwość uczestniczenia.

Paweł Tkaczyk opowiadał jaką drogę należy przejść „od zera do bohatera”, co bardzo łączyło się z tematem następnej dyskusji p.t. „Blogowanie sposobem na życie”.  Prelekcja potwierdziła to, co czułem instynktownie: na przebicie się do szerszej publiczności mają szansę przede wszystkim blogi „o czymś”, a nie o sobie, czy o swojej grupie. Oczywiście jak zawsze są odstępstwa, lecz jako wyjątki potwierdzające regułę. Jeżeli pisze się o czymś (i ma się wystarczającą wiedzę, by pisać zajmująco), to z czasem może się zostać zauważonym jako ktoś w rodzaju jeśli nie eksperta, to przynajmniej osoby mającej coś ciekawego do powiedzenia w danej dziedzinie. Ktoś zaczyna być zapraszany do udziału w rozmaitych imprezach, pisania artykułów do „poważnych” periodyków, opracowywania zadanych tematów dla rozmaitych instytucji i to jest ów sposób na życie, a raczej na przeżycie, bo mowa była o pieniądzach płynących z działalności blogowej.

Konkluzja była taka, że tylko na takiej „okołoblogowej” działalności da się zarobić rozsądne, porównywalne z etatem pieniądze. Na pewno zaś nie na reklamach, banerach, które mogą być jedynie niewiele znaczącym dodatkiem pozwalającym n.p. na doinwestowanie samego bloga, poprawienie sobie samopoczucia jednorazaowym zakupem, lecz na pewno nie na utrzymanie się. Być może kiedyś bedzie inaczej, bo blogosfera i cała rzeczywistość www2.0 zmienia się bardzo dynamicznie i trudno przewidzieć w dalszej perspektywie kierunek tej ewolucji, lecz póki co żaden bloger publikacją reklam na życie nie zarobi.

Z pierwszego dnia zapamiętałem jeszcze kilka rad na temat strategii promocji bloga w wykonaniu Natalii Hatalskiej. Może nic szczególnie odkrywczego, ale pozwoliło usytematyzować i zebrać w całość to, co dość chaotycznie kojarzyłem wcześniej. Fajną odskocznią od „wielkich” tematów był też krótki wykład Anny Luboń („Elle”) p.t. „Jak pisać obrazowo”. Pozwolił na chwilę zapomnieć o wielkich strategiach i kampaniach, a pomyśleć o warsztacie.

Następny dzień to garść informacji (i ciekawe dyskusje) o aspektach prawnych. Ot chociażby związanych z publikacją zdjęć. Internet, największa wypożyczalnia świata jak to ktoś powiedział, nie jest wypożyczalnią darmową, a prawa autorskie podlegają ochronie.

bb

Wielu o tym zapomina uważając, że publikacja w sieci stanowi zgodę na dowolne rozpowszechnianie. Warto jednak wiedzieć, że pewne wyjątki dopuszczają użycie cudzych zdjęć. Jest to chociażby t.zw. prawo cytatu. Pozwala ono na publikację w swoim tekście jakiegoś zdjęcia, lecz nie jako typowej ilustracji, „ozdobnika”, ale jako narzędzia do udowodnienia pewnej tezy, w którym sama kompozycja kadru jest nieistotna, lecz ważny jest pewien szczegół potwierdzający daną tezę. Kiedy piszemy n.p., że kolejarskie mundury zmieniały się przez lata w określony sposób, możemy do tego celu użyć  zdjęcia wykonanego przez kogoś, kto pięknie sfotografował n.p. peron Dworca Centralnego w Warszawie (i to było jego przedmiotem zainteresowania), a w kadrze przy okazji znalazła się konduktorka w czapce, którą właśnie w artykule opisujemy. Na zdjęciu autora notki interesuje jedynie ta czapka, a nie żadne inne fotograficzne fajerwerki i w tym kontekście publikacja nie stanowi złamania prawa.

Oddzielny problem stanowi ochrona wizerunku osób, które znalazły się w kadrze. Fotograf powinien uzyskać ich zgodę na rozpowszechnianie zdjecia. Kiedy słuchało się rozmaitych ograniczeń i grożących kosekwencji, można było momentami odnieść wrażenie, że juz sama czynność fotografowania może sprowadzić na człowieka większe problemy niż n.p. kradzież telefonu komórkowego. W sprawie kradzieży prokuratura umorzy dochodzenie z powodu niskiej szkodliwosci społecznej, a za opublikowanie czyjegoś zdjęcia bez uzgodnienia można zapłacić spore odszkodowanie.

Dochodzi do absurdu, bo kiedy w 2011 roku zostałem w raz z kilkoma innymi blogerami zaproszony do promocji Podlasia, Urząd Marszałkowski chętny był skorzystać z naszych licznych zdjęć, ale... potrzebował naszej deklaracji, iż posiadamy zgodę fotografowanych osób. Kiedy robi się zdjęcie staruszki siedzącej na ławce przed chałupą w jakiejś odległej wsi, nie myśli się o takich rzeczach.

Drążąc temat okazało się, że zgoda  fotografowanej osoby rozumiana jest dość szeroko i może to być n.p. ustna deklaracja, ale brnąc w akademicką dyskusję można się zastanawiać co się wydarzy jeśli ktoś ustnie zadeklaruje zgodę, a potem się tego faktu wyprze? Mając na uwadzę zoraz większą dostępność aparatów fotograficznych, które w ostatnich latach za sprawą telefonów komórkowych stały się równie powszechne jak długopisy, mozemy mówić, technologia także i na tym polu rzuca nowe wyzwania, a budowane z mozołem przez lata normy prawne nie są w stanie nadążyć za nowinkami zmieniającymi kompletnie nasze życie.

Podobnie jak ze zdjęciami sprawa ma się z prawami autorskimi blogerów. Tyle tylko, że tutaj świadomość ewentualnych nadużyć jest większa.

Warto jednak uważać, by zupełnie niechcący  nie pozbawić się praw do własnych tekstów. Ot chociażby zgłaszając jakąś notkę do konkursu, w którym drobnm maczkiem napisano, że prawa autorskie przechodzą na rzecz organizatora. Sam widziałem takie regulaminy i na wszelki wypadek omijałem je z daleka. Okazało się, że słusznie. Bo chociaż nikt nie może zmienić faktu autorstwa, to już wszystko inne co zdarzy się z danym tekstem zależy tylko i wyłącznie od nowego właściciela. I nie chodzi tu bynajmniej od razu o jakieś profity, ale n.p. o przykry dla blogera fakt, że własciciel praw autorskich może sobie zażyczyc aby dana notka zniknęła na zawsze z bloga. Zamiast przekazywania praw autorskich rozwiązaniem jest udzielenie licencji na daną notke na ściśle okreslony okres i do ściśle okreslonego celu (konkurs, jednorazowa publikacja w jakimś czasopiśmie i.t.p.)

Opusciłem Salę Pucharową rezygnując z wykładu profesora Wiesława Godzica „Przetwarzać czy tworzyć” na rzecz opowieści Pani Heleny Rotwand o wydawaniu książki.

h

Żałowałem, ponieważ o wydawaniu książek nie dowiedziałem się nic nowego (wiadomo, nie od dziś, że to niemalże porywanie się z motyką na słońce, chociaż przy zaangażowaniu własnych funduszy i zignorowaniu wskaźników ekonomicznych możliwa do zrealizowania), natomiast wykład, na końcówkę którego wróciłem wydawał się bardzoi ciekawy. Na szczęscie miał kontyunuację w postaci dyskusji prowadzonej z Moniką Jaruzelską i blogerami na widowni p.t. „Popularność vs merytoryczność. Mieć coś do powiedzenia, czy pokazania, czyli po co pisać blogi”.

Równie, a może nawet bardziej gorąca była dyskusja o rozliczaniu dochodów z bloga, poprowadzona po lunchu. I znów okazało się, że prawo tak naprawdę nie nadąża za dynamiczną ewolucją blogosfery.

- Pojawia się pytanie, czy warto „sprzedawać się” za przysłowiową parę jeansów – zagaił prowadzący nawiązując do dyskusji o blogach modowych, których najpopularniejsze autorki pisują o ubraniach, które otrzymują do „testowania”.

- Czy warto, czy nie warto to juz przedyskutowano. Nie żyjemy w roku 2009 – przerwał ktoś z blogerów – dziś wiadomo, że takie dochody stają się coraz bardziej powszechne, więc chcemy dowiedzieć się jak je rozliczać.

Ta wypowiedź uświadomiła mi, a pewnie i prowadzącemu, że trzy lata dla blogosfery to odmienna epoka. I im wiecej pytań padało, tym bardziej uświadamialismy sobie wszytsko jest sprawą bardzo dowolnej interpretacji. Nawet coś tak niewinnego jak organizowanie rozmaitych konkursów może wpędzić  nieświadomego blogera w poważne kłopoty. A nieświadomy bloger to taki, który pisuje coś tam w sieci, lecz nie czuje się jeszcze właścicielem poważnego medium. Odkrywa, że czyta go całkiem liczna grupa ludzi, nie tylko rodzina oraz znajomi, więc organizuje konkurs i... pewnego dnia mogą zjawić się u niego w domu smutni panowie i wyprowadzić w kajdankach. Bo musi prowadzić ewidencję uczestników konkursu, przechowywać ją odpowednio długo, lecz zarazem zapewnić by dane osobowe nigdzie nie wyciekły. Bo musi opublikować regulamin (nie jakiś gniot w stylu, że wygra ten, którego ja wskażę, lecz poważny tekst z wszystkimi prawnymi klauzulami), odnieść się do podatków i do wielu innych spraw. Indywidualna osoba nigdy kiedyś takimi rzezcami się nie zajmowała, ale też pojedyńcza osoba nigdy wcześniej nie była w stanie z dnia na dzień dotrzeć bez pośredników do tysięcy czytelników. Zanim prawnicy uzgodnią z politykami jak należy zmodyfikować istniejace prawo, okaże się, że to zmodyfikowane jest już niewiele warte ponieważ dynamiczny rozwój internetu zdąży tymczasem wykreować nowe formy aktywności w sieci, które istniejacy stan prawny skomplikują jeszcze bardziej.

Musieliśmy trzymac dyscyplinę czasową, ale gdyby pozwolono, dyskusja z pewnoscią toczyłaby się jeszcze z godzinę.

Stadion jest takim ciekawym miejscem, że jeżeli ktoś poczuje, iż musi odpocząć chwilę od prelekcji i dyskusji, może po prostu usiąść gdzieś na trybunach, mniej lub bardziej odizolowany od reszty. Do wyboru ma w końcu czterdzieści pięć tysięcy krzesełek.

Bardzo ciekawi mnie jaka będzie formuła przyszłorocznego forum, bo że takowe się odbędzie dzis chyba już nikt nie ma wątpliwości. Jak wspomniałem, ja najchętniej bym widział je ponownie na PGE Arena. Przede wszystkim jednak fajnie byłoby znów zostać zaproszonym.

Szczecin; 20.10.2012; 23:50 LT

sobota, 13 października 2012

Skąd się bierze popularność rozmaitych zlotów i spotkań po latach? Tęskonota za utraconą młodością? Konfrontacja dawnych marzeń z rzeczywistością? Myślę, że jest w tym jakiś atawizm, ten sam mechanizm, który każe węgorzom pokonywać tysiące mil wracając z oceanu do miejsca swego lęgu, by tam skonać. Ten sam, który sprawia, ze choćbyśmy zjaechali cały świat i naoglądali się największych cudów, to i tak najmocniej zabije nam serce gdy przekroczymy bramę szarego, otoczonego odrapanymi murami podwórka, gdzie jako dziecko zdobywaliśmy pierwsze, najbardziej podstawowe życiowe doświadczenia. Na podwórku wrzeszczy kolejne pokolenie dzieciaków. Ktoś inny pisze na murach A+P = WM albo, oznajmia kredą, że „Andrzej jest głupi”. Ktoś inny zdartą futbolówką strzela bramki na miarę Ronaldo. To jednak są jacyś obcy, przybysze z innego wymiaru, którzy zajęli znany teren. Podwórko wciąż przeciez jest nasze i „tamto”.

Ktoś powiedział, że prawdziwe, największe przyjaźnie nawiązuje się przed trzydziestką. Może właśnie dlatego pomimo dzielącej nas odległości, po latach wciąż wracamy?  Trudno przecenić wpływ Niemcowej na nasze życie. Przecież jeździliśmy tam każdego roku i to nie tylko w wakacje. Spotykaliśmy rozmaitych ludzi, prowadziliśmy nocne rozmowy kończone wspólnym ogladaniem wschodów słońca nad pasmem Jaworzyny. W tyglu rozmaitych charakterów, zainteresowań, wspólnie organizowanych wycieczek i innych eventów kształtowała się nasza młoda osobowość.

Kiedy chatką zawładnęły następne pokolenia wędrowców, Hrabia wspominał, że Niemcowa to nie miejsce, lecz ludzie. To, co stamtąd wynieśliśmy i to, co sami dołożyliśmy mogliśmy w każdej chwili wskrzesić czy to na spływach kajakowych, czy na spotkaniach u Araba, czy jak teraz mieliśmy – u Doktorka.

Pełen takich myśli stanąłem u wrót drewnianego domku sprzed którego rozciągał się przepiekny widok na kotlinę, której perspektywę zamykały szczyty Czarnej Góry oraz Śnieżnika.

Mogłem spojrzeć tylko przez moment, ponieważ juz po chwili utonąłem w objęciach dawno niewidzianych przyjaciół. Przyjechałem w sobotni poranek jako ostatni z grupy tuzina uczestników. Większość przyjechała w piątek, a niektórzy jeszcze jeden dzień wcześniej.

Ktos coś mówi, odpowiadam, ale zaczyna rozmowę ktos inny. Dwa – trzy zdania, nie więcej. Nie da się dłużej. Siadam w fotelu. Zaczynam rozmawiać z Hrabią. Siedzimy na uboczu, z głośnika sączą się dźwięki gitary w El Concerto de Aranjuez. Już mi nic nie potrzeba. Po trzecim zdaniu rozmowa się rozkręca.

-Steve! Z Hrabią nie widziałeś się dwa lata, a ze mną trzydzieści! – przerywa nagle Doktorek. Już mnie wyciąga na balkon, już ktoś podaje kieliszek utoczonego z dębowej beczki trunku. Uff, jeszcze przed sniadaniem...

Za to po śniadaniu, kiedy już zdążyliśmy się trochę nagadać przy stole przyszła pora na wycieczkę w góry. Co prawda wraz z rozwojem komunikacji lotniczej i stopniową poprawą naszych dróg odległości trochę się skurczyły, ale wciąż dla człowieka z północy Polski weekendowy wypad w góry jest wyzwaniem. Ów popołudniowy spacer był dla mnie równie ważny jak samo spotkanie.

Pogoda nam dopisała wyjątkowo. Liście na drzewach zaczynały już przybierać jesienne barwy, więc w słoneczne popołudnie prezentowały się szczególnie pięknie. Jeszcze piękniej będzie pewnie za tydzień albo dwa kiedy żółcie i czerwienie zintensywnieją.

Bardzo ważnym elementem każdej wędrówki jest coś, co Krystian nazywa „kocykowaniem”. Krótko mówiąc przerwa w marszu, podczas której najczęściej w pozycji horyzontalnej podziwia się to, co natura przygotowała dla nas na dany dzień. Nie idziemy przecież w góry tylko po to, by zaliczać kolejne kilometry, lecz przede wszystkim dla widoków, a te warto kontemplować w skupieniu. Jeszcze ktoś się wygłupia, ale po chwili rozmowy się wyciszają. Hrabia nieco z boku, jakby zamyślony, Arab też w milczeniu pstryka zdjęcia, dziewczyny patrzą w górę i komentują kształty chmur na niebie. Nawet dwa samce alfa, Doktorek i Belmondo zamilkły na chwilę, co było niemałą rzadkością.

Po pstryknieciu fotki, chiałem położyc się bliżej grupy, lecz co się przymierzyłem, to odstraszaly mnie leżące wszędzie owcze bobki. Nie chciałem psuć nastroju chwili, więc wycofałem się na drogę, gdzie bobków bylo jakby mniej i tam się położyłem. Blogi nastrój przerwało czyjeś wezwanie do wymarszu.

Góry tymczasem perfekcjne, jak z dziecinnych rysunków z nieskończoną ilością planów wyłaniających się jeden zza drugiego.

Kolejny przystanek to „pięć minut dla fotoreporterów”.

fot. Doktorek

Co takiego tam w trawie? Już wszystko jasne:

Taki grzyb i urodę ma, i pomylić go z jadalnym nie sposób. Koledzy nazbierali dzień wcześniej trochę grzybów, w tym wiele kań. I teraz zastanwiałem się, czy nie zawieruszył się im między kaniami jakiś sromotnik.

Kapliczka w górach to zawsze wdzięczny temat do zdjęć. Ten kościółek we Wrzosówce pochodzi z XIX wieku i został niedawno odrestaurowany.

Był zamknięty, więc tylko spojrzeliśmy na wnętrze przez kraty o poszliśmy dalej, ku Przełęczy Lądeckiej, gdzie mielismy przekroczyć granicę z Czechami by udać się do restauracjiw Travnej na piwo i pyszną (jak zapowiadał Doktorek) zupę czosnkową.

Zerwał się wiatr. Smagał  wiotkie korony drzew, i pochylał ku ziemi pożółkłe trawy przypominające te na bieszczadzkich połoninach.

W końcu znaleźlismy się na przełęczy.

Jeszcze kilka lat temu szlak wzdłuż granicy znaczony był dużymi, żółtymi tablicami z napisem „Granica państwa. Przekraczanie zabronione, a na przejściu musielibyśmy legitymować się strażnikom. Teraz o istniejącej granicy świadczyły jedynie niewielkie białe słupki z pomalowanym na czerwono topem. Przy szosie zaś tablica informująca, że wkracza się na terytorium Czech.

Tuż za przejsćiem mogliśmy obejrzeć turystyczną mapę okolicy. Fajnie, bo nie lubię chodzić „na ślepo”, nie wiedzą co znajduje się wokół.

Ruszyliśmy w dół najpierw szosą, potem kawałek przez las, a następnie skrajem pastwiska wzdłuż drutów elektrycznego pastucha. Potem drogowskaz skierował nas ścieżką przez las do restauracji we wspomnianej Travnej. Fajnie było napić się piwa po kilku kilometrach marszu, ale zupa czosnkowa też była świetna – Doktorek nie przesadził. W gościnnym ogródku owego przybytku zagościlismy na dłużej, bo po zupie pjawił się na stołach vypražany syr i po jeszcze jednym piwie. Co za miejsce. Tak niedaleko od pobliskich miasteczek, a w tej wciśniętej w dolinę osadzie nie ma dostępu do sieci telefonii komórkowej. Nie tak dawno niebyloby to niczym szczególnym i nikt nie zwróciłby uwagi, ale teraz poczuliśmy się jak na bezludnej wyspie, z której nie ma kontaktu z cywilizacją. Cóż, żyjemy w XXI wieku. Niemal każdy odczuł wyraźną ulgę kiedy po owym odpoczynku wyszliśmy nieco wyżej i telefony ponownie się zalogowały. Mój od razu się rozdzwonił. Ot, powrót do rzeczywistości.

Gdańsk; 13.10.2012; 16:00 LT

 
1 , 2