Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
poniedziałek, 31 października 2011

Piątą rocznicę naszego związku z niewielkim opóźnieniem celebrowaliśmy w Warszawie. Opóźnienie wynikało z programu. 22 października występować miała bowiem grupa Estampas Porteñas z widowiskiem  „Tango Feeling”. Najwyższy poziom tańca prosto z Buenos Aires. Uznałem, że warto byłoby wspomnieć naszą wycieczkę do Argentyny sprzed dwóch lat i wieczory z tangiem tam spędzone. I tak narodził się pomysł weekendowego wypadu do Warszawy, który miał zastąpić właściwe świętowanie czwartego października.

Piątkowego wieczoru wsiadaliśmy do nocnego pociągu relacji Kołobrzeg – Kraków. W dwudziestym pierwszym wieku trasę z Gdyni do Krakowa polskie koleje pokonują w czasie ponad piętnastu godzin. Akurat w tym jednym przypadku nam to nie przeszkadzało, ponieważ mając przedział sypialny mogliśmy dojechać do Warszawy choćby i w południe. W każdym razie ponad osiem godzin na podróz do stolicy równiez było ok. Oczywiście nie muszę dodawać, że jak zwykle w podobnych przypadkach, akurat tego dnia w pracy skumulowały się wszystkie możliwe przeszkody i z wielkim trudem „bo dłużej nie można już było siedzieć” opuścilismy biuro po dziewiętnastej. Szybkie pakowanie, kąpiel i biegiem  na dworzec.

W przedziale adrenalina w końcu odpuściła. Nawet sushi, którego wcześniej nie zdążyliśmy zjeść w pracy, skonsumowaliśmy tylko połowicznie i gdzieś koło Tczewa przysnęliśmy w ciepłej pościeli „Warsu”. Akurat tym razem pociąg się nie opóźnił, więc kilka minut po siódmej musielismy opuścić ciepły przedział. Miasto dopiero się budziło. Zewsząd zawiewało solidnym chłodem. Nie chciało się opuszczać dworca bo i dokąd o tak rannej porze? Na spacer za wcześnie i za zimno, a wszystko jeszcze pozamykane.

Wypiliśmy kawę, a potem postanowilismy sprawdzić mozliwość wcześniejszego zameldowania w pokoju. Warszawski Marriott oprócz wielu niezaprzeczalnych zalet ma poważny feler:  zameldowanie o dopiero o szesnastej. Postanowiliśmy jednak sprawdzić i najwyżej zrobić jakąś dopłatę za wcześniejsze wejście (w końcu i tak mieliśmy nocleg w promocyjnej cenie, więc czemu nie?)

- Państwa pokój jest już wolny – poinformował uprzejmy pan w recepcji – Możecie więc Państwo już się wprowadzić. Oto klucze. Piętro trzydzieste piate,

Wow!!! Udało się! Wjechaliśmy windą na górę, otworzyliśmy drzwi i ujrzeliśmy z okna pokoju widok na Aleje Jerozolimskie oraz bryłę Stadionu Narodowego.

Warszawa 2011-10  (01)

Nieco w lewo od niego Most Świętokrzyski, ogladany teraz z dość nietypowej perspektywy.

Warszawa 2011-10  (02)

Na prawo naotomiast dominował stadion Legii i zamykający perspektywę Most Siekierkowski.

Warszawa 2011-10  (04)

Najfajniejsze jednak było to, że niemal tuż pod naszymi oknami znajdował się Teatr Roma, którego przedstawienie „Les Miserables” miało być pierwszym punktem dzisiejszego wieczoru, a właściwie popołudnia, ponieważ spektakl rozpoczynał się o piętnastej.

Warszawa 2011-10  (03)

Nie po to wszak jechalismy do stolicy by zadowolić się tylko jednym widowiskiem. Stąd najpierw „Les Miserables”, a potem tango.

Kiedy zza chmur wyjrzało słońce,  nawet wieża Zamku Królewskiego wyróżniała się wśród dachów Starego Miasta.

Warszawa 2011-10  (05)

Wzięliśmy prysznic i wskoczyliśmy pod kołdrę tylko na chwilę, ale zeszło tak jakoś do wpół do drugiej po południu. No i co? W końcu to miało być nasze święto, a ostatnio byliśmy tak zabiegani, że zwyczajne, beztroskie spędzenie dnia w łózku należało się nam jak przysłowiowa buda psu. Głupio jednak byłoby spóźnić się na przedstawienie, na które przyjechaliśmy z ośmiogodzinnym wyprzedzeniem, więc o wpół do drugiej naprawdę trzeba było już wstać.

Mi czynności przygotowawcze zajęły nieco mniej czasu, ale ja nie musiałem się malować.

Warszawa 2011-10  (06)

Po przekąszeniu czegoś w locie „u Chińczyka” w podziemiach Mariotta, tuż przed pietnastą doszlismy do Teatru Roma.

Warszawa 2011-10  (07)

Miałem w pamięci ów niewypał z miejscami podczas naszej poprzedniej wizycie tutaj na „Upiorze w Operze”. Wtedy załapaliśmy się na ostatnie wolne miejsca w jednej z bocznych lóż i moglismy obejrzeć zaledwie niewielki fragment sceny. To była kompletna pomyłka. Tym razem postanowiłem nie ryzykować. Mieliśmy dwie wejściówki do loży VIP. Widoku z niej nie zakłócało nic, a poza tym mieliśmy oddzielną szatnię i dodatkowo na powitanie otrzymaliśmy po lampce szampana.

Warszawa 2011-10  (08)

Warszawa 2011-10  (09)

Oczywiście robienie zdjęć podczas spektaklu nie wchodziło w rachubę, a oryginalane fotosy dostepne na stronie teatru są moim zdaniem zbyt upozowane, więc ich tu nie będzie.


Muszę przyznać, że bardzo trudno napisać mi w miarę obiektywnie coś na temat tego musicalu. Nie znałem go zupełnie. Ani jednego nagrania. Najmniejszego fragmentu ścieżki dźwiękowej. I najwyraźniej jest ze mną tak jak z inżynierem Mamoniem, który także lubi tylko te piosenki, które zna. Tak naprawdę to poruszyły mnie ze trzy, góra cztery utwory. Robił wrażenie rozmach widowiska, doskonała jak zwykle scenaografia, ale muzyka? Czy to możliwe, że „Les Miserables” okrzyknięto musicalem wszechczasów (ponad dziesięć tysięcy przedstawień w samym Londynie)? Może dlatego byłem sceptycznie nastawiony, że nie byłem w stanie zrozumieć partii chóralnych? Spojrzałem na Mojego Anioła. W przerwie minę miała niewyraźną

- Gdybym nie widziała filmu z Umą Thurman...

W takim mniej więcej tonie chciałem pisać. Tyle tylko, że ponieważ rzecz cała działa się już ponad tydzień temu, postanowiłem odświeżyć sobie nieco pamięć nagraniami z tego spektaklu umieszczonymi na YouTube. No i wpadłem. Puszczałem je po kilka razy. A potem trafiłem na nagrania zagranicznych artystów i „I Dreamed a Dream” w wykonaniu Ruthie Henshall wywołało najprawdziwsze ciarki przebiegające z przyjemności z góry w dół po plecach. Myślę, że na pewne przedstawienia po prostu nie powinno się chodzić „z biegu”, nieprzygotowanym.

Teatr Roma jest ulokowany po sąsiedzku z Marriottem, a ten z kolei stoi niemal naprzeciwko Pałacu Kultury i Nauki.  Dlatego po spektaklu mogliśmy jeszcze wejść na chwilę do pokoju zanim poszliśmy do Sali Kongresowej.

Warszawa 2011-10  (10)

Mielismy miejsca w pierwszym rzędzie.

Warszawa 2011-10  (11)

Zaraz za nami usiadła ekipa „Tańca z Gwiazdami”. Ciekawe czy to była ich obowiązkowa lekcja do odrobienia, czy też skrzyknęli się całą grupą na wieczór. W każdym razie bawili się dobrze, o czym świadczą roześmiane twarze, kiedy pozowali do zdjęć.

Warszawa 2011-10  (12)

Mój Anioł nie omieszkał poprosić o kilka autografów.

Warszawa 2011-10  (13)

Zdjęć z samego widowiska również i w tym przypadku nie będzie, ponieważ był absolutny zakaz fotografowania. Nawet gdy na sam koniec próbowałem uwiecznić jedynie moment ukłonów i aplauzu widowni, pan ochroniarz srogo pokręcił głową i pogroził palcem, abym tego nie robił.


Program „Tango Feeling” przywołał najfajniejsze wspomnienia z teatrów w Buenos Aires. Trzeba przyznać, że artyści oprócz tańca byli też doskonale przygotowani aktorsko. W scenografii restauracyjnej sali z lat dwudziestych odgrywali scenki lokujace prezentowany taniec w tamtej argentyńskiej rzeczywistości, gdzie wśród imigrantów była znaczna przewaga mężczyzn i gdzie niejednokrotnie musieli oni dosłownie walczyć o względy kobiet z rywalami, nawet jeśli chodziło o panie dotrzymujące towarzystwa za odpowiednią zapłatą.

Trudno o taniec o większym ładunku namiętności niż tango. Cała gama tańców latynoamerykańskich z ich kusymi strojami tancerek będących łakomym kąskiem dla widzów jest niezwykle dynamiczna, epatująca seksualnością i oczywiście bardzo przyjemna w odbiorze. Nie ma tam jednak tak perfekcyjnie budowanego napięcia miedzy partnerami, jakie wyczuwa się w tangu. Już samo zaproszenie do tańca – rzadko kiedy wypowiadane słowami, a przeważnie poprzez kontakt wzrokowy (pytający wzrok i delikatne skinienie głowy)  nawet z dość dużej odległości, stanowią początek owej gry podswzytej erotyzmem. Gry pomiędzy dominującym mężczyzną i uległą (ale tylko wtedy gdy sama to akceptuje) kobietą.

W drugiej części spektaklu gdy po tangowej „edukacji” przyszedł czas na popisy poszczególnych par, poszczególne kawałki aż kipiały od seksu. Ocierały się o cienką granicę, poza którą można byłoby je uznać już za taniec stricte erotyczny. Bliski i bardzo namiętny kontakt miedzy tancerzami w połączeniu z ewolucjami jakie obydwoje wyczyniali, a właściwie tym co wyczyniał dominujący samiec z całkowicie uległą mu wiotką partnerką tworzyły widowisko zapierające dech w piersiach. Ręce same składały się do oklasków i końcowa owacja na stojąco była w pełni zasłużona. Zresztą grupa Estampas Porteñas jest juz chyba do tego przyzwyczajona jeśli prezentowała swoje programy już ponad siedmiuset tysiącom widzów na czterech kontynentach.

Po zakończeniu programu tancerze wyszli do publiczności , aby podpisać zakupione podczas przerwy pamiątkowe gadżety.

Warszawa 2011-10  (14)

Nie kupowaliśmy płyt, bo mamy bardzo podobną z Buenos Aires. Nie skusiliśmy się tez na koszulki, ale za to stalismy się posiadaczami pieknie wydanego programu i to na nim tancerze podpisywali się Aniołowi.

Warszawa 2011-10  (15)

Warszawa 2011-10  (16)

Warszawa 2011-10  (17)

Piękny to był wieczór. Zakończony kolacją w chińskiej knajpce, winem musującym (ciepłym niestety, ale zdążyło trochę się ochłodzić od lodu w kubełku) i odlotem w krainę Morfeusza po dniu pełnym wrażeń.

Obudziło nas wschodzące nad zamgloną Warszawą słońce.

Warszawa 2011-10  (18)

Niestety, czas biegnie szybko i wkrótce trzeba było się pakować.

Warszawa 2011-10  (19)

Popołudniowym pociągiem ruszyliśmy w kierunku Trójmiasta. Po drodze z okien pociągiu spojrzałem raz jeszcze na nasz Stadion Narodowy, Pomimo nie zagospodarowanych jeszcze terenów wokół, obiekt prezentuje się znakomicie.

Warszawa 2011-10  (20)

Z powrotem nasza podróż trwała o blisko dwie godziny krócej (w sumie nieco ponad sześć). Być może rację mają ci, którzy mówią iż po ukończonym  remoncie torów (w 2013 roku) będziemy mogli wreszcie cieszyć się z podróźy zajmujących znów tyle samo czasu co dwadzieścia lat temu.

Szczecin; 31.10.2011; 01:00 LT

środa, 26 października 2011

Tak szybko zmieniamy porty ostatnio, ze nie nadazam z pisaniem. Najpierw dokoncze o Haiphongu.

Nie wyszlismy z portu, tak jak planowano, nazajutrz. Dzieki temu zyskalismy kolejne popoludnie, ktore tym razem z chiefem mechanikiem wykorzystalismy na spacer po miescie. Na mnie najwieksze wrazenie robily chyba ogromne ilosci rowerow. Rzeka rowerow sunaca ulicami, a wsrod nich samochody jak rodzynki.

Oczywiscie rzuca sie tez w oczy siedziba wladz miejskich z czerwonymi transparentami, flagami, z zawieruszonymi jeszcze gdzieniegdzie sierpami i mlotami - widok bardzo juz egzotyczny dziesiec lat po upadku komunizmu w Europie. Ale wietnamski socjalizm tez jest juz zupelnie inny. Jest przede wszystkim wolny rynek. Biedny, ale wolny. I to, co odroznia Wietnam od Rosji, to ogromna pracowitosc i optymizm widoczne na kazdym kroku. Kawalek lustra zawieszony na plocie okalajacym park, krzeslo, walizka z akcesoriami i juz jest zaklad fryzjerski. Mata rozlozona wprost na chodniku, na niej jakies czajniki i juz mamy kawiarenke. Kazdy szuka jakiegos zajecia i kazdy zadowala sie jakimkolwiek zarobkiem, aby tylko isc naprzod. Bardzo to kontrastuje z marazmem Nachodki albo Wanina i rosczeniowa postawa ich mieszkancow.

Po spacerze wyladowalem w internet-cafe, a chief wrocil na statek. Na wieczor, jakzeby inaczej, umowilismy sie w "Maximie".

Milo jest miec "swoje" miejsca. Siedzialem w internet-cafe i bylem na biezaco informowany o tym, co sie dzieje na statku. Przyszedl "Stary Polak" z wiadomoscia, ze wyladunek sie opoznia i, ze jego dziewczyny przyjda wieczorem na statek pozegnac mnie w imieniu firmy. Byl tez chief oficer, aby powiedziec, ze wszystko w porzadku, wyjscie w morze dopiero nastepnego ranka i moge siedziec tu spokojnie. To jest dopiero urzedowanie!!!

Kiedy przyszedl czas na "Maxima", wsiadlem w riksze i po paru minutach witalem sie z chiefem. Trwala wlasnie jakas promocja wloskiego wina wiec na dobry wieczor hostessa przyniosla mi je do skosztowania. Tradycyjnie zamowilem jeszcze kawe i lody. Tym razem nie moglem siedziec dlugo ze wzgledu na owo pozegnanie na statku. Wrocilismy wiec krotko po dziesiatej. Dziewczyny pojawily sie zaraz potem. Przyniosly kosz z kwiatami. To juz drugi. Poprzedniego dnia od shipchandlerki dostalem bowiem kosz z 25 rozami. Poczestowalem dziewczyny kawa, softdrinkami, pogadalismy troche kurtuazyjnie i pojechaly do domu. Mowily, ze zaczynaja prace o szostej rano, a tymczasem dochodzila juz jedenasta.

Zaladunek zakonczyl sie nastepnego dnia o 09.30 i zaraz zaczelo sie podpisywanie dokumentow. Pani "chief checker", mloda, niesamowitej urody, z ktora przelotnie zamienialismy pare slow podczas calego zaladunku, teraz nie dawala mi spokoju. Nie moglem sie, he he, skupic przy podpisywaniu dokumentow, a siedzacy obok chief oficer na jej uwagi reagowal wzrokiem wlepionym w podloge jak sztubak. Brakowalo tylko rumienca wstydu na policzkach. Wietnamki sa bardzo ladne i mile, ale ta na dodatek byla jeszcze wyjatkowo wesola i wygadana.

- Captain, czy masz juz tu dziewczyne? - zapytala od razu od razu z grubej rury.

- Ja? Skadze! Ja jestem spokojny czlowiek. Nie chodze na dziewczyny.

- Bo chief do wczoraj mowil, ze nie ma, a dzis taki zadowolony wiec na pewno ma... - powiedziala ni to zartem ni z odrobina zazdrosci. Spojrzalem na chiefa, ale glowe mial opuszczona tak nisko, ze twarzy nie bylo widac.

- Kiedy przyjedziecie nastepnym razem?

- Nooo, jezeli razem mielibysmy wspolpracowac, to ja bym chcial tu wrocic od razu z Fangcheng....

- Hi, hi...

- ...ale musimy najpierw jechac na Tajwan, a co potem to nie wiemy.

- Ktos bedzie plakac po waszym odjezdzie...

- I my tez....

- Hi hi...

- Patrz! Nie moge sie skupic, mam problemy z wypelnieniem dokumentow... Wszystko przez te piekne dziewczyny!

- Hi hi...- jej smiech byl rozbrajajacy. W koncu udalo sie przebrnac przez stosy papierow, a oficer wachtowy powiedzial, ze w messie czekaja juz celnicy i sluzby graniczne do odprawy. Panienka zebrala dokumenty i zaczela sie zegnac.

- Bede sie modlic, zebyscie wrocili jak najszybciej...- powiedziala patrzac mi gleboko w oczy. O rany! Tak mnie jeszcze nie zegnano. Rzeczywiscie mozna zapomniec o Bozym swiecie! Piekny kraj, ten Wietnam. I chyba zaczynam rozumiec dlaczego doszlo swego czasu do buntu na "Bounty". 

Fangcheng, 26.11.2000, Niedziela

wtorek, 25 października 2011

Nie przypuszczalem, ze w Haiphongu bede az tak zajety. Bynajmniej nie o prace tu chodzi lecz o czas wolny za sprawa owych shipchandlerow. "Stary Polak" koniecznie chcial zaprosic mnie na kolacje juz pierwszego dnia. Poniewaz bylem umowiony na internet w biurze innych shipchandlerow, podziekowalem, mowiac, ze moze jutro.

Tak wiec po poludniu trzy panienki zajechaly samochodem i zawiozly mnie do biura odleglego raptem o jakies trzysta metrow. Tam czekal ich boss, dyrektor, z whisky, kawa oraz zielona herbata. Trzeba bylo porozmawiac z pol godziny, a dopiero potem zasiasc przed klawiatura, zreszta w otoczeniu owych trzech panienek, dyrektora i pani vice-dyrektor. Wszyscy patrzyli w skupieniu jak lacze sie z Onetem i sczerze mi wspolczuli gdy nie moglem dostac sie na czat (brak polaczenia z serwerem). Gdy nie udalo sie wyjsc na czat rowniez na Ahoju oraz na Wirtualnej Polsce, jedna z panienek wsiadla na motor i pojechala szukac pomocy u specjalistow. Kilka minut pozniej dzwonili z jakiegos salonu komputerowego, abym podal nazwe portalu i wtedy oni sprobuja przetestowac dostep u siebie. Zadzwonili wkrotce, ze o.k. wiec cala grupa pojechalismy tam. Ja klikalem, a panienki sie przygladaly. Niestety, tam na czat takze wyjsc sie nie dalo, ale przynajmniej przejrzalem "Gazete wyborcza", wyniki meczow pilki noznej, a przede wszystkim odebralem i wyslalem e-maile. Panienki w koncu "zwolnilem", a wkrotce wsiadlem w taksowke i pojechalem do "Seamen's Clubu", gdzie bylem umowiony z chiefem mechanikiem. Stamtad mielismy jechac na kolacje z okazji jego imienin. Chief zaprosil mnie na tradycyjny "sea food". Kalmary, krewetki, oraz ryz zapiekany albo makaron. Do tego butelka kalifornijskiego wina. Po zaspokojeniu glodu wsiedlismy w riksze i pojechalismy do "odkrytego" wczesniej przez chiefa "Maxima" - sympatycznej knajpki z muzyka na zywo - rzadkosc w obecnych czasach. Tam przy kawie i lodach spedzilismy czas do 22.45. Potem musielismy wracac do portu, poniewaz przepustki wazne sa tylko do 23.00. Dzieki temu mozemy wyspac sie normalnie.

Nastepnego dnia chcialem polazic troche po miescie i zaliczyc laznie parowa z masazem, o ktorej opowiadal mi przy kolacji chief. Wieczor jak zwykle mielismy spedzic w "Maximie". Wszystko mialem starannie zaplanowane. Wyjscie ze statku o szesnastej. Riksza do lazni parowej, masaz, potem spacer po miescie, o dwudziestej internet, a o dwudziestej pierwszej trzydziesci "Maxim". I wszystko, t.zn. caly ten plan, leglo w gruzach gdy o 15.50 zapukal do mojej kabiny "Stary Polak" z asystentka oraz dyrektorka jego firmy, rowniez z asystentka. Nie wypadalo rozmawiac w drzwiach. Zaprosilem ich wiec do srodka, poczestowalem kawa, piwem i softdrinakami. Rozmawialo sie milo, ale ja w duchu liczylem uciekajace minuty.

W koncu spotkanie dobiegalo konca. "Stary Polak" koniecznie chcial zaprosic mnie na kolacje. Wilem sie jak piskorz, mowiac, ze chcialbym najpierw pochodzic po miescie, zobaczyc to i owo wiec moze dopiero wieczorem... On mi wiec na to, ze w takim razie pojdzie ze mna jego asystentka, ktora bedzie robic za przewodnika. Masz ci los! Nie wiem dlaczego, ale salon masazu jest tylko dla panow i kobietom tam bywac nie wypada. Chief mechanik juz to wczoraj przetestowal, kiedy chcial aby jego przewodniczka zaczekala na niego w owym salonie. Skandal, jakby chodzilo co najmniej o, za przeproszeniem, dom publiczny. Wobec tego powiedzialem, zeby panienka przyszla do internet cafe o osiemnastej, bo nie ma potrzeby, aby wczesniej siedziala ze mna przed komputerem. Chyba nie bylem zbyt przekonujacy z tym komputerem, ale wreszcie odzyskalem wolnosc. Moglem isc sam, dokad chcialem. Co za wspaniale uczucie! Pozegnalem sie z nimi przed brama i wsiadlem do rikszy. Pokazalem wizytowke lazni parowej oraz salonu masazu i po kilku minutach bylem na miejscu.

Z hallu gdzie bylo cos w rodzaju kasy-recepcji, hostessy odprowadzaly klientow do poszczegolnych boksow. Kazdy z nich skladal sie z gabinetu z wielkim lozkiem na srodku oraz owej parowej lazni. Zaczynalo sie od kilkunastu minut spedzonych "pod para". Nic nie bylo widac, ale mozna sie bylo wygrzac i wypocic za wszystkie czasy. Potem prysznic i odswiezonym wracalo sie do gabinetu wprost na lozko.

Tu musze wspomniec o opowiesci chiefa mechanika o Wietnamce "jak kurczaczek", ktora strasznie sie nameczyla, bo taki masaz to jednak ciezka praca. Przemawialo to do wyobrazni, bo rzeczywiscie Azjatki do wielkoludow nie naleza. Mi najwyrazniej przyszlo jednak odpokutowac za wszystkie grzechy poniewaz w moim boksie "urzedowala" kobitka slusznego wzrostu i budowy oraz muskulatury, ktorej pozazdroscic by jej mogla niejedna Europejka. Juz pierwsze jej ruchy w postaci szarpania za palce u nog pokazaly, ze nie bedzie lekko i dostane za swoje. W stawach cos chrzescilo, a kiedy w jednym z palcow nie chcialo chrzescic, to powtarzala dwa razy, zapierajac sie noga o kant lozka tak, ze w koncu chrobotnelo. Potem zaczelo sie wykrecanie stop we wszystkie strony. Poniewaz oczyma wyobrazni juz widzialem je wywrocone o sto osiemdziesiat stopni, a wszelki chrupot tylko potegowal to wrazenie, przy mocniejszych skretach przewracalem sie na lozku, probujac calym cialem nadazyc za wykrecana stopa i w ten sposob uniknac kalectwa. Wprawialo to masazystke w szampanski humor i smiala sie glosno, niemalze upiornie. To bylo jednak niczym w porownaniu z wykrecaniem na wszystkie strony calych nog. Teraz rozumiem, dlaczego "kurczaczek" chiefa tak sie nameczyl. Dla mojej muskularnej masazystki bylo to jednak jak splunac. Raz, dwa i juz noga wywinieta o dziewiecdziesiat stopni (no dobrze, moze ciut mniej, ale mi wtedy sie wydawalo, ze to bylo sto dwadziescia stopni). Jak sie nie dawalo, to napierala calym cialem i wtedy moj szkielet musial ustapic. Jakies dziwne skrzyzowania nog sprawialy wrazenie, ze juz sie z nich nie wyplacze. Panienka potem wprawnym ruchem przewrocila mnie na brzuch i wyginala nogi w odwronym kierunku. Bylo mi juz wszystko jedno. Zamknalem oczy i obojetny, pozwalalem robic juz ze soba wszystko, zastanawiajac sie tylko, po jaka cholere mi to bylo. Mowia, ze potem jest bardzo przyjemnie. Niewatpliwie ogromna przyjemnoscia musi byc zakonczenie takiego seansu. Kobieta brutal. Z rozrzewnieniem wspominalem masaz fryzjerki w Huangpu. I wtedy poczulem uderzenie w plecy. Jeknalem i otworzylem oczy. W lustrze zobaczylem masazystke... stojaca na moim grzbiecie i smiejaca sie do rozpuku. Deptala mnie po calych plecach. Deptala, to malo powiedziane. To przeciez nie byl "kurczaczek" wiec wdeptywala mnie w podloze, a im mocniej wdeptywala, tym glosniej sie smiala. Sadystka jakas, ani chybi. I tak ciagnelo sie przez czterdziesci piec minut. Kiedy skonczyla, mozna mnie byloby chyba przewiesic gdzies przez porecz i takie "zwloki" zostawic. Zgramolilem sie z lozka. Odczuwalem jakas blizej nieokreslona przyjemnosc, ale nie wiedzialem czy wieksza z masazu czy z jego konca. Nie mialem jednak czasu na rozmyslanie, poniewaz byla juz 17.45 i za 15 minut miala pojawic sie w internet-cafe asystentka "Starego Polaka".

Wskoczylem w riksze i tuz przed umowiona godzina, jak gdyby nigdy nic, znalazlem sie przed komputerem. ledwie zdazylem go wlaczyc gdy poczulem klepniecie w plecy. Masazystka tutaj? Nie, to bylo zbyt delikatne. To "Stary Polak" z rozesmiana od ucha do ucha geba wital mnie zamiast swojej asystentki. Spojrzalem na ladujaca sie dopiero strone i glupio mi sie zrobilo, ze "Stary Polak" tyle za mna chodzi, a ja ciagle nie mam czasu. Wylaczylem sprzet z postanowieniem przyjscia tu pozniej i po chwili jechalismy juz jego motocyklem przez miasto.

- Pan wie co to jest? - pokazal na ladnie przyrumieniony zadek z ogonkiem oferowany w jakiejs ulicznej garkuchni.

- Nie.

- Pies. My lubimy psy. Ale mozemy jesc tylko od dziesiatego do konca miesiaca.

- A od pierwszego do dziesiatego nie?

- Nie. Nie mozna. Religia. Chce pan sprobowac psa? Ja moge kupic.

- Dziekuje, psa juz jadlem. A koty jecie?

- Oooo, tak! Bardzo lubimy koty!

- A mozna teraz kupic kota?

- U nas jest problem, bo kotow jest bardzo malo...

Po kilku minutach dojechalismy na centralny plac Haiphongu, gdzie na budynku wladz miasta powiewala wielka, czerwona flaga z gwiazda, a na tlumy jadacych na rowerach ludzi spogladal z ogromnego portretu Ho Chi Minh. Zatrzymalismy sie niedaleko i weszlismy do niewielkiej restauracji. Kolacja skladala sie ze smazonych kalmarow oraz michy gotowanych malz, ktore po doprawieniu ostrym sosem i przysmazona na brazowy kolor cebulka byly bardzo smaczne. Popijalismy miejscowym piwem zgodnie z moja zasada unikania wszelkich Heinekenow czy Carlsbergow, ktore mozna dostac wszedzie na swiecie. "Stary Polak" zapytal czy mi smakuje. Odpowiedzialem zgodnie z prawda, ze tak, wiec natychmiast powtorzyl zamowienie. Uff, nie da sie tu schudnac...

Rozmawialo sie milo. Facet opowiadal o swoim pobycie w Polsce, o tym jak sie uczyl jezyka, jakie miasta widzial, co najbardziej lubil jesc (bigos !). Potem rozrzewnil sie wspominajac dawna milosc - dziewczyne poznana na OHP w Olsztynie. Poniewaz, az tak bliskie kontakty byly zabronione, zaplacil za to przymusowym powrotem do Wietnamu. Ponoc zrozpaczona dziewczyna kladla sie na tory przed pociagiem kiedy mial odjezdzac.

To jest dopiero scena! Godna Hollywood.

Skonczylismy okolo dwudziestej. No, teraz moglem spokojnie wrocic do internet-cafe. Wychodzimy z restauracji i... spotykamy chiefa mechanika! Swiat jest jednak maly. Wymieniamy przez chwile wrazenia i umawiamy sie raz jeszcze za poltorej godziny w "Maximie".

Wreszcie przed komputerem. Jak milo! W skrzynce na Ahoju znajduje nowe listy. Pisze kilka swoich. Szybko, bo czas leci a grafik, he he , napiety. Rzutem na tasme kupuje jeszcze jakis program, ktorych pirackich wersji na CD maja tu bez liku. W przeliczeniu na nasze jeden compact kosztuje 7 zlotych.

W "Maximie" pojawiam sie o 21.35. Piec minut spoznienia. Sala pelna. Muzycy i spiewacy produkuja sie na scenie. Lody "Titanic", kawa, potem drink "Pinacolada", opowiesci i wrazenia z calego dnia. Robimy tez jakies zdjecia. Moze wyjda. Czas plynie szybko i wkrotce trzeba wracac. Bierzemy dwie riksze. Riksze sa jednoosobowe wiec trzeba wziac dwie. Kosztuje to w sumie prawie tyle samo co taksowka, ale o ile przyjemniej! Jedziemy spokojnie w dwie riksze obok siebie, rozmawiamy, ogladamy szykujace sie do snu miasto. Jutro mamy wychodzic w morze wiec byc moze to ostatni rzut oka na Haiphong.

Haiphong,  23.11.2000, Czwartek

Było to chyba w Foynes, niewielkiej mieścinie nad rzeką Shannon w Irlandii, jednym z najmniej intersujących miejsc na trasie naszych rejsów na owym statku. Co tam robić? Można co najwyżej wyjść do jednego z kilku pubów. Byłem wtedy drugim oficerem i razem z chiefem spędziliśmy cały wieczór sącząc guinessa i dyskutując, że baby są jakieś inne. Nie przypuszczałem, że ćwierć wieku później Marek Koterski nakręci o tym film.


Akcja najnowszej komedii autora sagi o Adasiu Miauczyńskim to jedna z najdziwniejszych historii, jakie dano mi obejrzeć w kinie. Tak naprawdę, to w tym filmie nie dzieje się prawie nic. Dwóch facetów jedzie nocą samochodem. Nie wiadomo skąd i dokąd. Nie wiadomo po co. Ot, po prostu jadą. Jadą i dyskutują. O czym może rozmawiać dwóch facetów w środku nocy? O kobietach oczywiście. Rozprawiają więc o białogłowach, a ściślej o wadach i zaletach ich charakterów. Właściwie to tylko o wadach, bo zalet przecież jakoś trudno się doszukać.


Niesamowity jest to dialog. Momentami można popłakać się ze śmiechu, a przecież dałbym głowę, że niemal każdy normalny facet, przynajmniej raz w życiu prowadził z kolegami podobne rozważania. Tak jak niemal każda kobieta mogłaby sobie przypomnieć próbę rozwikłania z przyjaciółką zagadki dlaczego to właśnie ją Bóg pokarał takim głupim chłopem? Odwieczna walka płci, ich odmienności, bez której  nie byłoby całego smaku poszukiwania i zdobywania „drugiej połówki”, przyjemności w odkrywaniu na nowo ich tajemnic, satysfakcji, że się owe tajemnice posiadło wzbogacając bagaż t.zw. życiowego doświadczenia, i bez której całe to uwodzenie oraz seks byłyby nudne jak przysłowiowe flaki z olejem.


Bardzo się cieszę, że nie przekonali reżysera rozmaici esteci i strażnicy moralności, by dialogi nieco złagodzić i przerywniki na k... i na ch... zastąpić bardziej strawnymi dla kulturalnego widza. Dawno nie słyszałem w kinie równie męskich dyskusji. I wcale nie chodzi o te niecenzuralne wtręty, lecz o sposób w jaki są wypowiadane. W takich na przykład „Psach” jedna „kurwa” w pytaniu o wiedzy na temat zabijania miała taką moc, że weszła do kanonu polskiej kinematografii. Czy jest to jednak portet typowego mężczyzny? Nie, Linda nie mógł grać zwykłego faceta. Inaczej nie obraziłby się na paparazzich, że na jednym ze zdjęć przyłapali go w kapciach. W „Babach” natomiast takich słów padają dziesiątki i są to najzwyczajniejsze środki wyrażania bądź potęgowania emocji bohaterów jak i dziewięćdziesięciu procent męskiej populacji. Proste, samcze mózgi w chwili zdenerwowania, zagrożenia albo entuzjazmu rzadko kiedy silą się na wyszukane metafory by artystycznymi środkami wyrazić stan duszy wygłaszającego mowę. Samiec w owych przypadkach używa zazwyczaj kilku albo kilkunastu słów, a jedynie tembr głosu i dynamika z jaką je wypowiada pozwalają zorientowac się, czy jego duszę drąży melancholia, czy też może wkurzył się na coś, albo wręcz przeciwnie – spotkało go niesamowite szczęście. Wiem coś o tym, bo wracając po kilku miesiącach spędzonych na oceanach musiałem bardzo się kontrolować, by w potocznych komunikatach używać wyłącznie słownikowej mowy ojczystej. A i tak do dzisiaj wśród znajomych krąży anegdota, o tym jak nie mogąc przez dłuższy ustalić jakiegoś grafiku zajęć, na kolejną propozycję, że może w czwartek fuknąłem poirytowany:

- Jak w czwartek!? Kurwa, Boże Ciało jest w czwartek!

Byłbym przysiągł, że tego nie powiedziałem, ale wszyscy świadkowie są przeciwko mnie.

Teraz pracuję przede wszystkim z paniami, więc staram się jeśli już nie dopieszczać poszczególne frazy, to przynajmniej konstruować je z zasobów akceptowanych przez środowisko na t.zw. poziomie. A przecież nie dalej jak dziś wieczorem kiedy postanowiłem na chwilę wpaść do biura dokończyć robotę i przed drzwiami zorientowałem się, że moja saszetka z kluczem do nich znajduje się wewnątrz (zapomniałem jej zabrać gdy odwoziłem Mojego Anioła do domu i kiedy przygotowywałem samochód, ona swoim kluczem zamknęła biuro)... kiedy tak stałem przed owymi drzwiami i żadne usprawiedliwienie zaistniałej sytuacji poza własną głupotą nie przychodziło mi do głowy, to spontanicznie wyrwało mi się tak, że aż odruchowo obejrzałem się szybko by zobaczyć, czy aby nikt nie słyszał...

Dialogi są więc, uważam, mocną stroną tego filmu. Argumentacja w nich używana równie prosta i nieskomplikowana jak mężczyźni są. I emocje także. I hipokryzja też jakby... I cała prawda o kobietach, dzięki czemu panie śmieją się równie czesto co panowie. Ma zresztą Koterski świetny dar obserwacji rozmaitych, drobnych ludzkich dziwactw. Na wyżyny wzniósł się w tym w "Dniu świra". Niejednokrotnie ze znajomymi komentowaliśmy pokazywane tam natręctwa, ze śmiechem przyznając, że są one także naszym udziałem. W "Babach" jest podobnie. Najbardziej ucieszyły mnie dywagacje jednego z bohaterów na temat, za przeproszeniem, t.zw. dużej potrzeby załatwianej przez panie i pełne wyrzutu westchnienie, iż myślał iż one tego nie robią, "a przynajmniej mama nie". Dowiedziałem się bowiem, iż nie byłem sam w swoich wyobrażeniach, w których nie mieściła się możliwość, by tak piękne, zmysłowe istoty mogły oddawać się czynnościom tak nieestetycznym.


Trudno jest utrzymać widza przed ekranem, gdy nie dzieje się na nim nic. Obawiałem się, że po pół godzinie ogarnie mnie znużenie, bo przecież równie dobrze zamiast takiego filmu mógłbym zafundować sobie słuchowisko. A jednak ogląda się świetnie do samego końca. I gorąco polecam jako rozrywkę na długi, jesienny wieczór zarówno mężczyznom jak i kobietom, mistrzom słowa jak i mniej wprawnie nim władającym, feministkom jak i machos. Każdy znajdzie w nim cos dla siebie. I choć nie jest to obraz na miarę "Złotych Lwów", to jednak dobrze utwierdzić się w przekonaniu, że baby jednak różnią się od chłopów, i to dość znacznie.

Gdańsk; 25.10.2011; 01:20 LT

poniedziałek, 24 października 2011

Kiedy wreszcie bede mogl wyspac sie normalnie?

Do Ciesniny Hainan weszlismy przed polnoca z niedzieli na poniedzialek. Myslalem, ze kolejna, trzecia z kolei zarwana noc bedzie ciezka, ale gdzie tam. Sieci, sieci, sieci. Rybackie oczywiscie. Daly mi taka dawke adrenaliny, ze zapomnialem zupelnie o spaniu.

Cale hektary zastawione migajacymi swiatelkami boi. Jakies stroboskopowe szalenstwo w tym waskim przeciez przejsciu. Bylo ich tyle, ze autentycznie nie bylo wolnego miejsca by moc sie przecisnac. Wykonywalismy jakies karkolomne slalomy, tym "ciekawsze", ze odbywajace sie na silnym pradzie, a wiec stale trzeba bylo przewidywac jak daleko statek zostanie zniesiony gdzies w bok. Musze przyznac, ze kilka razy tylko manewr prawo albo lewo na burte pozwolil mi tak zarzucic rufe, ze o metry uniknela niechybnego wplatania rybackiego ekwipunku w srube.

Kiedy wreszcie przeszkody sie skonczyly, z przyjemnoscia pomyslalem o czekajacej mnie perspektywie jajecznicy na boczku na sniadanie i zaraz potem zalegnieciu w koi.

Pozniej przebudzenie, o osiemnastej dojazd na rede Haiphongu i znow mozna bedzie isc spac...

Wzrastajacy rozkolys w miare zblizania sie do wyjscia z ciesniny wyleczyl mnie szybko z tych mysli. A odebrana na teleksie prognoza pogody rozwiala zludzenia. "Silny polnocno-wschodni monsun przyniesie sztormowe wiatry nad Zatoka Tonkinska..." Cholerne, rozbudowane, kontynentalne wyze znad Chin i Syberii! To przez nie to wszystko. Ledwie wiec wychylilismy sie za ostatni cypel polnocnego brzegu, a uderzyla w nas z boku wichura. Fale rosly bardzo szybko, a wraz z nimi przechyly i trzeba bylo wkrotce zmieniac kurs na sztormowy, a potem redukowac predkosc. Wszystko, zeby ograniczyc przechyly i tapniecia w wyniku zderzen z falami. Z porannych planow zrealizowalem wiec tylko jajecznice na boczku, a potem zamiast w koi, znow wyladowalem na mostku. Gdzies kolo poludnia sytuacja sie ustabilizowala na tyle, ze moglem polozyc sie chociaz na troche, w ubraniu. A po pietnastej wyraznie zaczelo sie poprawiac. Bylismy tez coraz blizej polnocnych brzegow zatoki i fale nie byly juz tak wielkie. Dzieki temu okolo siedemnastej moglismy zmienic kurs na prowadzacy nas do Haiphongu, a nie gdzies na manowce. Moglem wreszcie normalnie polozyc sie spac, ale godzine pozniej obudzil mnie chief, informujac, ze przyszedl teleks od czarterujacego odnosnie nastepnej podrozy. Trzeba bylo potwierdzic jego odebranie, sprawdzic, czy mamy odpowiednie mapy, a jesli nie, to zamowic oraz przeliczyc i podac jak najszybciej czarterujacemu ile paliwa bedzie nam potrzeba. Kolejna godzina minela, ale wreszcie potem juz nikt mi nie przeszkadzal. Obudzono mnie dopiero o dwudziestej trzeciej, kiedy podchodzilismy na rede Haiphongu. O polnocy rzucilismy kotwice. Potem znow biurokracja, teleksy i okazalo sie, ze nie mozna wyslac e-maili poniewaz nie mozemy sie polaczyc z zadna stacja brzegowa. Ani chybi cos z antena. No tak, krotki przeglad wystarczyl by znalezc przyczyne: sztorm zerwal przewod antenowy. Chief mechanik polaczyl go prowizorycznie, aby mozna bylo wyslac poczte, ale i tak skonczylem wszystko dopiero o drugiej w nocy. A o czwartej kolejne budzenie, pilot i jazda do portu. Zacumowalismy o 08.30.

Pierwsze doswiadczenie z Haiphongiem to... armia shipchandlerow, a raczej shipchandlerek, bo w tej roli wystepowaly najczesciej mlode dziewczyny. Tak na oko jakies 18-20 letnie, chociaz niektore wygladaly co najwyzej na 16. Kazda chciala byc pierwsza i kazda oferowala "najlepsze" ceny. Ktora wybrac? Ceny prawie jednakowe, rzeczywiscie warzywa i owoce (a glownie to mialem kupowac) bardzo tanie. Moze ta, ktora tak zalosnie prosi "captain, help me, buy in my company" i po dziecinnemu wydyma usta w podkowke? Ale zaraz potem nastepna oferuje te sama sztuczke (?), z tym, ze dodatkowo niemal placze gdy nie skladam zamowienia. Oj jak ciezko... Juz wiem dlaczego nie przysylaja facetow. A moze wziac wlasnie od tego faceta, ktory ma wizytowke zatytulowana "Stary Polak" i mowi po polsku, bo kiedys u nas studiowal?

On zreszta, "general manager" tez wzial ze soba na okrase "asystentki", lat okolo siedemnastu. Po przesluchaniu wszystkich i zebraniu sterty wizytowek oraz cennikow, wybralem w koncu tych, ktorzy zaproponowali najwiekszy, bo 15-procentowy upust. Tak ideal siegnal bruku. Znow zwyciezyla forsa. Ale musze przyznac, ze najbardziej cieszylem sie, ze mam to juz za soba. Rzutem na tasme maly biznes zrobily dwie asystentki, ktore przysluchaly sie mojej rozmowie z agentem i pytaniom o internet-cafe. Zaproponowaly, ze zamiast z internet-cafe, za podobna oplata moge klikac od nich z biura. Zgodzilem sie, bo biuro maja ponoc tuz przy porcie, a one zadowolone, ze nie wroca z pustymi rekami.

Potem rozpoczely sie negocjacje odnosnie drewna sztauerskiego. Sa tego zawsze straszne ilosci, bo wypelnia sie nim puste przestrzenie, zabezpieczajac ladunek przed przesunieciem. Potem najnormalniej w swiecie sie wyrzuca, ale najpierw trzeba to wszystko pozbierac i usunac z ladowni. Zmora zalogi pokladowej, bo jak zwykle, wszystko trzeba bedzie zrobic szybko, aby ladownie byly czyste przed nastepnym portem.

No i teraz pojawila sie grupa policjantow, ktora pytala, czy moze zabrac sobie to drewno.

Sami by pozbierali i wywiezli, jezeli pozwolimy. Z celnikami nie ma problemu. Jezeli nie ma problemu z celnikami to w porzadku, czemu nie, ale tak zupelnie za darmo sie nie godzi... Nas, cudzoziemcow, i tak zawsze kantuja w obcych portach na ile dadza rade. Mowie wiec, ze sie zgadzam, ale na wymiane. Cos za cos. I tak zaloga otrzymuje kilka kartonow coca-coli oraz piwa, a ja jakis wietnamski obraz. Kicz, ale puste, szare sciany kabiny z pewnoscia ozywi. Marynarze najbardziej jednak zadowoleni sa z tego, ze ktos za nich odwali sprzatanie ladowni.

Haiphong,  21.11.2000, Wtorek

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5