Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 25 października 2009

Uwielbiam tematy związane z kosmitami. To taka moja słabość. Juz jako dziecko z wypiekami na twarzy śledziłem prasowe newsy na temat zaobserwowanych UFO. Wtedy bezkrytycznie sądziłem, że kontakt z pozaziemską cywilizacją jest sprawą nawet nie lat lecz miesięcy. Niejednej nocy budziłem się z koszmarnych snów gdy diabły i inne potwory wczesnodziecięcej wyobraźni zajęli przybysze z obcych planet.

W dorosłym życiu lubiłem wracać do tamtych klimatów z lubością śledząc nieśmiertelną „Wojnę światów”, albo „Dzień Niepodległości” czy opowieści rodem z Archiwum X..

Nie mogłem więc nie trafic na „Dystrykt 9”

Reklamy zapowiadały, że jest to początek nowego nurtu w kinie science-fiction. Oto bowiem mamy nie eksploatowany wcześniej wątek kosmitów bezbronnych, których ludzkość z powodów humanitarnych decyduje się przyjąć na naszej planecie.

Osiedlono w jednej z dzielnic Johannesburga – t.zw. Dystrykcie 9.

Film opowiada co z tego wyszło.

Muszę przyznać, że bardzo mnie to interesowało. Jak twórcy pokażą zderzenie dwóch tak odmiennych cywilizacji?

Anioł z założenia nie chodzi na filmy s-f. Nie interesuje jej to. Dlatego zapowiedziałem, że obejrzę go podczas weekendu, w Szczecinie.

- To juz lepiej chodźmy razem teraz. Obejrzę go – powiedziała.

Ucieszyłem się i w środę kontynuowaliśmy nasz filmowy maraton,  tym razem sledząc t.zw. kino akcji.

O jakże mi było wstyd, że zabrałem Mojego Anioła właśnie na taki film. Zniechęci się zupełnie do s-f. Pełno tam było bowiem niedorzeczności. Juz sam pomysł osiedlenia kosmitów w slumsach wielkiego miasta wydaje się hm... nazwijmy to eufemistycznie mało prawdopodonbny. Spróbujmy to sobie wyobrazić: oto po raz pierwszy w historii ludzkość nawiązuje kontakt z przybyszami z kosmosu. Obcy potrzebują pomocy. Co robią ludzie? Wydzielają im kawałek obszaru slumsów i tam osiedlają, po czym... zostawiają samym sobie. Nikt nie prowadzi żadnych badań, nie próbuje zawiązać bliższych kontaktów, dowiedzieć się czegoś o ich dziedzictwie. Zamiast tego „opiekuje” się nimi nigeryjska mafia przemytników która za bezcen skupuje broń, by w zamian po paskarskich cenach sprzedawać odkryty przez kosmitów wielki przysmak – kocią karmę. Dlaczego kociej karmy nie mógł dostarczać choćby ONZ, trudno dociec. Dlaczego nie widać zainteresowania rządów, naukowców, organizacji międzynarodowych? Nie wiadomo. Wiadomo, że jedyną organizacją, która tam działa, zresztą w bardzo podejrzany sposób, to firma produkująca broń.. To jest czarny charakter. Tak jednoznaczny i przewidywalny, że nudny juz chyba nawet dla dwunastolatka.

Nie będę streszczać akcji bo nie ma sensu. Wszystko co nastepuje to tylko pretekst do jatki. Krew (i jej odpowiednik u kosmitów) leje się strumieniami, pociski fruwają wszędzie. Klimat rodem z mniej skomplikowanych gier komputerowych. Owszem, są ciekawe efekty specjalne, ale jak długo można emocjonować się zwykłą strzelaniną? Nawet jeśli jest dobrze sfilmowana..

Oczywiście można doszukać się prób przemycenia głębszych przesłań w treści filmu. Ot choćby takich na przykład, że slumsy same z siebie stają się kryminogenne bez względu na to, kogo się w nich umieści. Albo, ze jest to krytyka przyjętego modelu rozwoju miast – molochów, gdzie poza centrum mieszkańcy często pozostawieni są sami sobie, wystawieni na bezprawie dominującej tam mafii. Życie w takich dzielnicach zazwyczaj niewiele jest warte, a ewentualne konflikty rozstrzyga się nożem albo rewolwerem. Tyle tylko, że są to tezy równie odkrywcze i sensacyjne jak ta, że ziemia jest okrągła. Przylepiono na siłę do treści cokolwiek, co uzasadniałoby kanonadę wystrzałów, nieustające pościgi i generalnie eskalację przemocy. To miało wygenerować kino akcji, jakiego jeszcze nie znaliśmy.

Akcja była tak napięta, że pomimo hulu wystrzałów, Anioł zasnął mniej więcej w połowie seansu. Nie budziłem mojej narzeczonej, bo uznałem, że dobry zdrowy sen jest więcej wart niż śledzenie tej historii. Zresztą ja śledziłem ją do końca. Film zakończono tak, że kręcenie częsci drugiej wydaje się niemal pewne. Wydaje mi się, że jeśli do tego dojdzie, to na mnie jego producenci juz nie zarobią. Myślę, że znacznie lepiej forsę przeznaczoną na bilet na ten film przeznaczyć na coś innego.

Szczecin, 25.10.2009; 02:15 LT

Sypnęło mi wizytami w kinie podczas ostatniego tygodnia. Pora więc napisać to i owo. Odpuszczę „Przerwane objęcia” Almodovara, ponieważ zdarzały mi się pewne fragmenty, hm..., nazwijmy to nieciągłości akcji. Niechodzi mi tu bynajmniej o niedospanie spowodowane maratonem. Przez wszystko w życiu trzeba przejść, niekoniecznie w ustalonej z góry sekwencji. Grzecznie chadzałem oglądać filmy jako nastolatek, to mogę zakosztować całowania się podczas seansu w wieku bardzo dojrzałym. Tym bardziej, że Anioł już był w kinie na tym filmie zanim wróciłem ze statku, a ja ciągle byłem bardziej spragniny objęć jej, niż nawet wybitnego reżysera.

- Nudziłeś się na filmie...

- Skądże! Wcale się nie nudziłem! – zaprotestowałem zdecydowanie.

Mam nadzieję, że nie rozpraszaliśmy zbytnio naszych sąsiadów.

- Popatrz, coś jest tym Almodovarze i Penelope Cruz – kontynuowałem – Oni wszak nas połączyli.

To fakt. Nasz związek zaczął się wspólną (bardzo grzeczną, nawet bez trzymania za ręce) wizytą na filmie „Volver” tego samego reżysera i z tą samą aktorką w roli głównej, trzy lata temu. To po nim, podczas wieczornego spaceru obok wyłaniających się dopiero z ziemi Sea Towers doszlismy do wniosku, że chcemy byc razem.

Drugim seansem tego tygodnia, na którym juz wykazaliśmy absolutnym zdyscyplinowaniem, była adaptacja opowiadania Coelho „Weronika postanawia umrzeć”.

Tak się złożyło, że pomimo zaliczenia kilku książek tego autora, „Weoniki” ani ja, ani Anioł nie przeczytaliśmy. Teoretycznie więc reżyser mógł nam wcisnąć wszystko.

- Dobrze, że kobieta to reżyserowała – swierdził w oczekiwaniu na seans Mój Anioł.

Ja zastanawiałem się, jak będzie wyglądać przeniesienie na ekran atmosfery opowiadania Pablo Coelho. Autor ten ma bowiem zazwyczaj dość mocno rozbudowaną rolę narratora. Często jest to bardziej wykład o życiu niż powieść. Jeżeli więc zrezygnować z narratora, to po odcedzeniu jego wszystkich wątków niewiele akcji do zagrania pozostanie.

Pamiętam podobne obawy przed ekranizacją „Samotności w sieci” przed kilku laty. Ciekawiło mnie, jak twórcy poradzą sobie z utrzymaniem napięcia na ekranie pokazując ludzi przez większą część czasu klikających w klawiaturę i gapiących się w monitor. Obawy okazały się słuszne i film się nie obronił.

Myślę, że podobnie jest z „Weroniką”. Owszem, jest to dobre kino, lecz na pewno nie będzie to hit ani nawet hicik sezonu. Trzymał mnie w napięciu o tyle, że nie znałem treśći książki, więc interesowało mnie jak to się skończy, a nie zgodność z tekstem pisanym. Nie trzeba jednak być wielkim znawcą, by zorientowac się, że Coelho, jakiego znamy z książek, na ekranie jest niewiele.

Gdybym nie przeczytał zwiastunów, które objaśniają dlaczego młoda kobieta postanowiła popełnic samobójstwo, z dość krótkiej sceny wprowadzającej trudno byłoby mi odgadnąć, o co chodzi. Pytania, o t.zw. sens życia stawiał sobie chyba każdy i gdyby reagować w ten sposób, wybilibyśmy się juz dawno sami bez potrzeby prowadzenia wojen. Podobnie w dalszej części filmu. Główna bohaterka, jak objaśniano w opisach akcji, zaczyna pod wpływem nieuleczalnej (ponoć) wady serca inaczej patrzeć na świat. Cieszy się każdym detalem życia, każdą chwilą. I znów odnoszę wrażenie, że ci, co to pisali bardziej wiedzą to z książki niż czują po obejrzeniu filmu. Odmiana spojrzenia na życie wynika na filmie nie tyle z niewielkiej ilości czasu, jaki jej pozostał, co z zakochania się, który to stan raczej rzadko bywa kontrolowany chłodnym umysłem. A zakochała się wcale nie dlatego, że niewiele życia już było. Zakochiwanie się rzadko kiedy zdarza się „dlatego, że” lecz „po prostu”. Spada na nas niespodziewaanie i nagle.

Cały Coelho tak na dobre wyłazi dopiero w ostatniej scenie, w liście doktora będącym de facto cytatem z książki. Nie jest to teza odkrywcza. Słyszałem wielu ludzi, którzy głosili podobne, mam okazję znać osoby, które zweryfikowały swoje podejście dożycia podczas poważnych chorób (nagle okazuje się, że bardzo ważne kiedyś sprawy nie znacza tak naprawdę nic, a znaczenia nabierają rzeczy, na które zdrowy wcześniej nie zwracał w ogóle uwagi). Tym niemniej warto to usłyszeć jeszcze i jeszcze raz. I warto iść do kina mimo wszystko. Film arcydziełem nie jest, ale to solidne i wartościowe kino. Jeśli już wydwać dwie dychy, to lepiej aby zastanowić się przez chwilę czy zamiast smakowac każdą chwilę swojego życia, nie pochłaniamy go po łebkach, szybko i byle jak, niczym zapakowane w tekturę żarcie z fast foodu? Lepiej pomyśleć nad tym, niż gapić się bezmyślnie w ekran gdzie trwają jatki rodem ze „strzelanek” gier komputerowych, reklamowane cynicznie jako mistrzostwo swojego gatunku. Ale o tym już w następnym wpisie.

Szczecin, 25.10.2009; 00:05 LT

 

piątek, 23 października 2009

Po blisko dwóch miesiącach znów dotarłem do Szczecina.

Jazda samochodem miała być wyzwaniem. Musiałem być w Szczecinie w godzinach pracy urzędów, ponieważ zebrało się do załatwienia kilka spraw. Zakładałem, że wyjadę wcześnie rano, aby dotrzec na miejsce około południa.

Wziąłem na tę okolicznośc dzień wolny, ale jak to zwykle bywa, stwierdziłem, że po całyum tygodniu w biurze zaległości zamiast się zmniejszyć to urosły, a piątkowa absencja tylko to pogorszy.

Zostałem więc dłużej. Odprowadziłem Anioła do domu, pożegnaliśmy się, a sam wróciłem do raportów i e-maili. Zeszło mi prawie do dwudziestej trzeciej. Głodny dotarłem do domu pół godziny przed północą i zabrałem się za smażenie jajecznicy na kiełbasie z zakupionych wcześniej na ten cel świezych półproduktów. Nie zdążyłem dobrze pozmywać, gdy nadszedł sms od Tomka, że ich autokar już wjechał w granice Trójmiasta. Wracali ze szkolnej wycieczki. Wychowawczynie prosiły o odbiór młodzieży z autokaru sprzed szkoły, by sami nie wałęsali się po nocy. Z mojej strony dodatkowym bodźcem był fakt, że nagły wrześniowy wyjazd uniemożliwił mi jakikolwiek kontakt z nauczycielami. Była więc okazja, by się poznać i by panie wychowaczynie wiedziały, że ojciec jest i czuwa mimo wszystko.

Dojechali na miejsce dwadzieścia po pierwszej. Zanim wróciliśmy do domu i zanim sam się spakowałem do wyjazdu, zrobiła się trzecia. Nastawiłem budzik na piątą i pełen niepokoju oczekiwałem przebudzenia. Na dodatek prognoza pogody nie była najlepsza. Deszcz i mgły. Obawiałem się, poważnych problemów z sennościa.

Spięty wyskoczyłem z łóżka jak tylko zadzwoniło. O 05:40 w ciemnościach spowijających Gdynię ruszałem w drogę. Na dobry początek puściłem sobie płytę Macieja Zembatego i przy radosnych piosenkach opowiadających, że „w prosektorium najprzyjemniej jest nad ranem” albo, że „nic tak nie śmierdzi jak moje onuce”, przeplatanych jego wykonaniami ballad Cohena dziarsko mknąłem przez pustawe jeszcze ulice. Plan minimum zakładał dotarcie do Słupska, gdzie miałem zatrzymac się na śniadanie i krótką drzemkę.

Ku mojemu zdumieniu jednak, adrenalina spowodowana obawą przed niewyspaniem zrobiła swoje. W dobrej formie dojechałem do Słupska, więc pomimo depresji oszukanego żołądka, który nastawił się na kawę i jedzonko w tym mieście, nie zatrzymywałem się i postanowiłem zrobic popas dopiero w Koszalinie. To był dobry pomysł. Dojechałem w sam raz, gdy ziewanie zaczynało być coraz częstsze. Zjadłem kanapkę, wypiłem dużą kawę, poczytałem gazetę, po czym opuściłem oparcie fotela i usiłowałem zasnąć. Po kilku minutach jednak coś walnęło tak, że poderwałem się gwałtownie. A to tylko pani z samochodu, który własnie zaparkował obok, zapomniała, że nie tylko jej auto tutaj stoi i otworzyła z rozmachem drzwi na całą szerokość. Wysiadłem by obejrzeć, ewentualne zniszczenia, ale na szczęście huk był większy niż spowodowany efekt. A może to dlatego, że głowę trzymałem przy tylnych drzwiach akurat. Tych, które dostały.

Wydzielona w ten sposób kolejna dawka adrenaliny spowodowała, że zrezygnowałem z dalszej drzemki i ruszyłem dalej. Na tej dawce osiągnąłem Płoty, a potem Żabowo lecz czułem, ze zaczynam jechać na „rezerwie”. Zaraz za Żabowem zjechałem na najbliższy parking i tam zaliczyłem czterdzieści minut porządnej drzemki. Wystarczyło by spokojnie i bez problemów dojechać do Szczecina.  A zapowiadany deszcz jak nie padał, tak nie padał. Całą trasę zaliczyłem na suchej nawierzchni.

Los mi sprzyjał także w urzędach. Wyjątkowo sprawnie, prawie bez kolejek wszystko załatwiałem. Odwiedziłem potem tatę, zjedliśmy z nim i z bratem obiad, a potem ruszyłem do domu. Jedno pranie, drugie pranie, komputer, ale przede wszystkim wyjęcie wreszcoie z pudełka i „odpalenie” nowego aparatu. Ten niedawno zakupiony w Chinach niestety nie wytrzymał zbyt długo. Od końca września bazuję tylko na aparacie w komórce. Kiedy w końcu w niedzielę zdecydowałem się na zakup dobrego sprzętu, to z braku czasu przeleżał on nierozpakowany aż do dzisiaj.

Nie moge jednak szaleć zbyt długo bo o wpół do szóstej rano muszę byc na dworcu PKS po Paulinę. Nie widzieliśmy się od sierpniowego, wakacyjnego wyjazdu. Kończę więc pisanie i szybciutko do łóżka, żeby nie zaspać i być w formie w sobotę.

Szczecin, 23.10.2009; 22:45 LT

Klikać można wszędzie. Wyjazd na maraton był jednak dla mnie pierwszym, większym wyjściem do internetowej społeczności w realu. I chociaż nie czułem jakieś przeogromnej potrzeby kontaktu (brakuje mi czasu dla najlepszych przyjaciół znanych od wielu lat, więc cóż mogę zaoferować następnym?), to jednak było to ciekawe doświadczenie. Przede wszystkim przestałem postrzegać sieć przez pryzmat „anonimowych” nicków. Dostrzegłem ludzi, konkretne twarze, osoby. I gdybym nawet nigdy więcej miał ich w realu nie spotkać, to jednak było to jak tchnięcie duszy w bezduszne (jak się twierdzi J ) maszyny tworzące sieć.

 

Już po maratonie dowiedziałem się o problemie Annyblack. Podczas maratonu pisała gdzies po przeciwnej stronie podkowy ułożonej ze stołów. Nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa. Myślę jednak, że jakaś solidarność nocnych maratończyków wymaga, aby sprawę rozpropagować.

 

Oto link do reportażu, jaki ukazał się w TVN:

http://www.tvn24.pl/12690,1625188,0,1,jak-sie-zyje-w-polsce-ze-stwardnieniem-rozsianym,wiadomosc.html

A to link do subkonta Annyblack. Do Mojej Szuflady zagląda codziennie trochę osób. Jeśli chociaż jedna dorzuci jakąś symboliczną kwotę, będzie to maleńki kroczek naprzód, a przecież kropla drąży skałe.

http://annablack.blox.pl/strony/SUBKONTO.html

 

Nie wszystkim damy radę pomóc. Tyle potrzebujących wokół nas, że choćbysmy rozdali wszystko, i tak byłaby to tylko kropla w morzu potrzeb. Tym niech zajmują się ministrowie oraz herosi z rozmaitych organizacji. Pojedyńczy człowiek może zaś pomóc innemu pojedyńczemu człowiekowi. Pamietam jak kiedyś, przy innej okazji, ktoś zachęcał do takiej pomocy słowami, że są kwoty (dla jednych większe, dla innych mniejsze), od których braku potencjalny ofiarodawca nie poczuje się biedniejszy. Nie wpłynie ten fakt w istotny sposób na jego życie. I odwrotnie – zachowanie tych pieniędzy nie sprawi, że poczuje się bogatszy. Wyda je z pożytkiem dla siebie, lecz także życia znacząco nie odmieni. Taką kwota dla jednych może być dwa złote, dla innych dwadzieścia, a dla jeszcze innych dwieście. Każda z nich to kropla drążąca skałe choroby i zwiększająca szanse chorego.

 

Żeby być w pełni obiektywnym, pozwalam sobie zaprezentować też link do gorącej dyskusji, jaka rozpętała się pod jedną z notek dotyczących Annyblack na maratonowym blogu.

http://maraton.blox.pl/2009/10/O-jednej-z-nas.html#ListaKomentarzy

Każdy ma prawo prosić o pomoc i każdy ma prawo jej odmówić. Żyjemy na szczęście w wolnym kraju. Każdy ma prawo mieć własne zdanie. Mnie nie przekonują argumenty przeciwników pomocy, ale pojmuję ten tok rozumowania i nie polecam ich autorów diabłu. Każdy z nas ma inne doświadczenia życiowe, inne poglądy, inny charakter. Nie ma przymusu iść tą samą drogą. Dzięki temu nasza cywilizacja może ewoluować. Ważne tylko byśmy sobie na wzajem okazywali szacunek, potrafili rozmawiać, a nie obrzucali jedni drugich błotem przy pierwszym lepszym zgrzycie. Błota i pomyj dość w Sejmie, więc ktos musi dać przykład politykom.

Szczecin, 23.10.2009; 21:25 LT

wtorek, 20 października 2009

Świat jeszcze spowijał mrok, kiedy krótko po szóstej opuszczaliśmy budynek Agory.

A już o 06:53 wsiadałem do pociągu intercity zdążającego do Gdyni. Byłem pełen obaw czy dojedzie, czy będzie pąd w gniazdkach, woda w toalecie, a na korytarzach nie będzie leżeć snieg. Krótko mówiąc, czy aby nie będzie tak jak zwykle. Nie było, bo też i noc to była niezwykła. W kiosku dostałem Politykę, wsiadłem do czyściutkiego przedziału, w którym działał termostat i mogłem sobie precyzyjnie ustawic temperaturę +22˚C. Z głośników uprzejmy pan maszynista (albo konduktor) informował i mijanych stacjach, a pani stewardessa częstowała darmową kawą. Wagon trzymał się szyn idealnie, sunąc łagodnie w niemal zupełnej ciszy. Ech, gdybyż to tak zawsze, a nie tylko z okazji Nocnego Maratonu Bloggerów...

Przeczytałem kilka zdań w Polityce, ale głowa szybko zaczęła opadac mi wprost w otwarte czasopismo. Odłożyłem je, uwieczniłem jeszcze telefonem komórkowym zamglony krajobraz za oknem i nie walczyłem juz dłużej. Zapdłem w głęboki sen.

Gdzieś tam słyszałem przez sen, że Działdowo, że Tczew, ale tak na dobre otworzyłem oczy gdy głos z głośników oznajmił, że dojeżdżamy do Gdańska. W sam raz by rozbudzić się i rześkim już wysiąść na peronie w Gdyni. Jeszcze był czas, i na drzemkę i na „Przerwane objęcia” Almodovara i wcale nieprzerwane Anioła.

A dziś już od rana robota, robota, robota. Wątpliwe uroki biurowej codzienności. Musi jednak być i taka, bo inaczej nie docenialibyśmy rozmaitej maści przerywników. A na pamiątkę ostatniego weekendu oprócz blogowych zapisków i kubka pozostał prestiżowy, a jakże, znaczek „strong bloggera”

Gdynia, 20.10.2009; 00:55 LT

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7