Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
czwartek, 30 października 2008

Zhoushan to główna wyspa owego archipelagu leżącego nieco na południe od ujścia Jangcy. Brzmi dumnie, ale nie ma tu jakichś wielkich miejscowości\, zwłaszcza jak na warunki chińskie. Nowoczesna architektura dotarła już i tutaj

Po nowoczesnych ulicach jeżdą jeszcze w najlepsze rowerowe riksze, na niewielkich odległościach konkurując z taksówkami.

Współczułem świniom, które mijały ową rikszę. Dla nich to zapewne ostatnia przejażdżka samochodem. Potem trafią w zmienionej postaci do jednego z takich przydrożnych barów, czegoś w stylu popularnego „Drive thru”. Nie zsiadając ze skutera można zamówić sobie coś ciepłego.

    

Na dłuższe przyglądanie się nie miałem juz czasu, bo czekał tramwaj wodny. Wyglądał dośc porządnie i nawet duży ciekłokrystaliczny telewizor umilał pasażerom życie. Mi jak zwykle nie umilało ich charakterystyczne „charchanie”. Przy siedzeniach w korytarzu porozstawiane były jednak gustowne puszki z błyszczącej stali nierdzewnej, do których towarzystwo chętnie i obficie spluwało.

Kiedy po przyjeździe na miejsce siegnąłem po swoją torbę komputerową, palce trafiły na coś śliskiego. Spojrzałem i żółądek niemal wywrócił mi się na lewą stronę. Ktoś nie trafił do puszki i solidnej wielkości flegma wylądowała na mojej torbie. W niej tkwiły teraz moje palce.Wyszedłem na keję i tam wycierając torbę czym się da, spotkałem agenta, który miał odwieźć mnie do stoczni.

Tam, co było bardzo miłe, widząc, że zbliżam się do budynku wybiegł mi na spotkanie Yan. Yan nadzorował remonty poprzednich moich statków i chociaż ścieraliśmy się czasem ostro, to jednak nie było chyba tak źle. Przywitaliśmy się serdecznie, bardziej jako dobrzy znajomi niż pracownicy kooperujących firm. Yan przydzielił mi biuro, w którym potem siedliśmy pogadać, a następnie zaprosił mnie na lunch w stoczniowej kantynie. Potem pożegnaliśmy się, a ja poszedłem załawiać sobie chiński telefon.

Takie to wszystko teraz proste: idziesz do sklepu, kupujesz i dzwonisz. Ostatnio w USA kupowałem telefon wśród regałów supermarketu. W szczelnie zamkniętej plastikowej zgrzewce znajdował się aparat telefoniczny i karta sim, która po przyjściu do domu samodzielnie się uaktywniało. W Chinach równie. Za 300 yuanów (około 120 złotych) kupiłem dość prostą Nokię bez sim locka, a nastepnie za 100 yuanów kartę sim i już mogłem rozmawiać. Instrukcja obsługi była co prawda po chińsku, ale z podstawowymi funkcjami nie ma przecież problemu. Najważniejsze, że pani w punkcie oobsługi klienta przestawiła mi język wyświetlacza z chińskiego na angielski. Korzystając z chi ńskich znaków (czyli po prostu nachybił-trafił) móglbym nie trafić na taką opcję. Oczywiście, to, że ma ustawiony język angielski, nie oznacza, ze nie otrzymuję takich na przykład sms-ów:

Chciałem jeszcze doładować telefon większą ilością yuanów ponieważ wiem, że zazwyczaj konto wyczerpuje się w najmniej dogodnym momencie. Chciałem jakoś odwlec te chwilę. Ale jak? Panie w punkcie obsługi klienta znają po angielsku tylko kilka słów. Chciałem przede wszystkim dowiedzieć się ile minut będę mógł rozmawiać na kupioną dopiero co kartę.

-         How many minutes can I talk at present with this card?Pani spojrzała na mnie jak na kosmitę i pokręciła głową na znak, ze nie rozumie. Przystawiając telefon do ucha pokazałem na migi, że pytam o długość rozmów.

- 100 yuans! – odpowiedziała radośnie pani – Hundred yuans! – powtórzyła.Nie dałem za wygraną. Poszerzyłem mój język migowy o zegarek. Pokazałem na niego, a potem na telefon, pytając jeszcze raz:

- How much time can I talk?

- A, time! – załapała wreszcie pani.

- Yes, time! – odpowiedziałem.

Pani wzięła mój telefon i ustawiła na zegarze właściwą godzinę. Nie chciałem jej robić przykrości, więc udałem, że o to właśnie mi chodziło i z uśmiechem na ustach pożegnalem się.

W pobliskim sklepie papierniczym kupiłem biurowe przybory. Zapłaciłem 32 yuany i poprosiłem o rachunek do rozliczenia. Dostałem taki

Ciekawe jak do takich rachunków na codzień podchodzi nasza księgowość oraz przełożeni kontrolujący zasadność zakupów. Właściwie to muszą wierzyć na słowo.

Po południu spotkałem się z szefami działów odpowiedzialnymi za poszczególne prace, a następnego dnia popłynąłem motorówka na statek, który z powodu braku miejsca przy kei wciąż stał na redzie.

Pogoda nie była najlepsza. Tam przecież też już jesień, chociaż na razie cieplejsza niż u nas. Na statku omówilismy sprawy remontowe, a po kolacji wróciłem na ląd.

Stocznia po zmierzchu wygląda imponująco. Ilość doków, suwnic, prowadzonych prac może przyprawić o zawrót głowy. A dowiedziałem się, że jest ona jedną z dwustu stoczni znajdujących się w rejonie ujścia rzeki Jangcy. Tylko na Wyspie Liuheng jest ich pięć. To może swiadczyc o skali konkurencji z jaką borykac się muszą europejskie stocznie, w tym nasze trzy najbardziej znane, których losu właśnie się ważą. Za kilkanaście albo kilkadziesiąt lat pewnie i Chińczycy zmierzą sie z podobnym problem kiedy setki tysięcy, albo i miliony ludzi zaczna protestowac przeciw zamykaniu ich zakładów, przegrywających z tańszymi usługami na przykład w Bangladeszu albo gdzieś w Afryce, która może kiedyś wreszcie sie przebudzi. Jestem pewien, że tak będzie. Już teraz ceny (i płace) w Chinach rosną. Wystrczy spojrzeć na rachunki jakie płaciliśmy za remonty w tej stoczni w 2007 roku iporównać z ofertą złożoną nam obecnie. Koszty samej robocizny prze rok wzrosły średnio o jakieś osiemdziesiąt procent. To nadal taniej niż gdzie indziej, ale juz nie tak bardzo. To już nie jest przysłowiowe „pół darmo”. Rok temu wymiana stali (płaci się od kilograma, a cena ta zwiera w sobie już w sobie robociznę) kosztowała dziesięciokotnie taniej niz w USA. Dzis już tyko sześciokrotnie.

 

Wyspa Liuheng, 31.10.2008, 05:45 LT

 

poniedziałek, 27 października 2008

Uff! To był bardzo ciężki tydzień. I to paradoksalnie w czasie, kiedy z prac stoczniowych działo się bardzo niewiele. Mój wyjazd zbiegł sie jednak z opracowywaniem budżetów na rok następny. Siedziałem więc po nocach i układałem tę liste planowanych kosztów do każdego z moich statków z osobna.

Dziś po raz pierwszy mogłem wieczorem usiąść przed komputerem wyłącznie dla przyjemności.

Ostatnia noc w Polsce też nie była spokojna. Późnym wieczorem sprawdzalismy z Aniołem nadbrzeżny pas między Przymorzem a Sopotem w nadziei odnalezienia zaginionego sąsiada, który rano przed sniadaniem wybrał się na krótką przejażdżkę rowerem i nie powrócił do wieczora.

Nie natrafiliśmy na niego. I oprócz nadziei kołatały się po glowie rozmaite czarne myśli, które odganiane, powracały jeszcze bardziej natrętnie.

Jeśli można mówić o jakiejkolwiek przyjemności w tego typu poszukiwaniach, to było taką oglądanie owej nocy. Bezchmurne niebo, cisza, wspaniała widzialność i niezwykle spokojne morze. Aż żal, że nie mógł to być normalny spacer.

Nad ranem na szczęście zaginiony się odnalazł. Poturbowany w wypadku trafił do szpitala. Bez większych obrażeń więc tym bardziej szczęśliwie w porównaniu z ponurymi  rozmyślaniami w poprzednich godzinach.

Do lunchu jeszcze popracowałem, a potem powrót z biura do domu, walizkę w rękę, do taksówki i na lotnisko. Około dwudziestej byłem już we Frankfurcie.

W Chinach wylądowałem następnego dnia rano polskiego czasu. Tam jednak była już 15:30. Zanim dojechałem na krajowe lotnisko, zdążyło zrobić się ciemno. Przejazd oraz bilet na nastepny lot aranżowała nasza agentka Sophia. Już trzeci raz spotkałem ją w Szanghaju. Zresztą znajomych twarzy pojawi się wkrótce więcej.

Tymczasem po odprawie pożegnalismy się, a po przejściu kontroli osobistej poszedłem na kolację. Kontrola osobista odbywa się zresztą bez specjalnych ceregieli. Miła pani kazała stanąć mi na niewielkim podwyższeniu, po czym sprawdziła dokładnie wszystkie zakamarki garderoby (i pod nią), którą miałem na sobie. W Europie albo w USA rzecz nie do pomyślenia. Zastanawiałem się czy mechanizm działa też w odwrotnym kierunku – to znaczy, czy panowie kontrolerzy przeszukują panie.

Kolacja na lotnisku była pierwszym posiłkiem w chińskim stylu podczas tej podróży

Była też ostatnią okazją do zjedzenia sernika, pożegnania z którym nie mogłem sobie odmówić. Sernik nie był juz taki smakowity jak w Polsce, ale jeszcze można było przypomniec sobie tę konsystemncję i aromat. Następny trafi się zapewne dopiero w podróży powrotnej

Ze smakołyków zaś najmilej jak do tej pory wspominam garnek grzybów. To już było na Wyspie Liuheng. Zamówiłem je sobie na kolację,

Te, które w pierwszej chwili wziąłem za makaron były jeszcze najbardziej do grzybów podobne. Reszta bardziej przypominała patyki. Było tez coś, co wyglądało jak kawałek kory. Zastanawiałem się, czy to na pewno do jedzenia. Twarde, ale gdy ugryzłem, poczułem delikatny posmak grzybów – coś jakby pleśń na kawałku kory. Przeżyłem jednak, więc chyba było jadalne.

Wtedy na lotnisku, po kolacji poszedłem w kierunku swojej bramki. Zauważyłem, po drodze stojącego młodego mężczyznę, który bił głową w ściane przed toaletą. Toalety były bezpłatne, więc chyba nie zabrakło mu juanów. Może nie zwróciłby aż tak bardzo mojej uwagi gdyby nie fakt, że stał tam już i tak samo bił głową w mur, kiedy przechodziłem idąc na kolację. Spokojnie, cicho, rytmicznie, z zamkniętymi oczami, bez zadnego grymasu na twarzy. Miałem ochotę zapytac go co robi, ale przypomniałem sobie o barierze językowej.

Dzis na przykład zamówiłem do kolacji lody.

- Ice cream and coffee. Na koniec. – podkresliłem, ze na koniec bo porzednim razem przyniesiono mi wszystko razem. Musiałem zjeść lody między jednym daniem a drugim.

- Ice cream and coffee – potwierdziła pani kelnerka. To że kawę przyniesiono mi od razu, jeszcze przed zasadniczym jedzeniem, nie zrobiło na mnie wrażenia. Nie piłem jej jednak oszczędzając do lodów. Popijałem za to zimną wodą minrealną, która uprzejma pani raczyła mi podać, Wodę wypiłem, kolacje zjadłem, kawa zdążyła wystygnąć a lodów jakoś nie było. Kiedy ostatni klienci wyszli, a panie kelnerki zaczęły ściągać ze stołów obrusy poprosiłem o ten ice cream.

- Jeszcze raz? – oburzyła się pani.

- Jak to jeszcze raz? – oburzyłem sie ja.

- Stoi „ice spring” pokazała na butelkę wody mineralne „from natural spring”

- Nie „spring” lecz „cream”- tłumaczyłem bardzo powoli.

- Kucharz poszedł do domu - odpowiedziała mi na to równie powoli.

Dopiłem zimną kawę i tez poszedłem.

Myślę, że z owym mężczyzną też bym sobie nie pogadał.

Po nieco ponad półgodzinnym locie, wylądaowaliśmy na wyspie Zhoushan.

Tam czekał mnie nocleg w hotelu, a następnego ranka przeprawa promem na wyspę Liuheng.

Wyspa Liuheng, 28.10.2008, 01:15 LT

 

 

wtorek, 21 października 2008

Wszystko co dobre, kiedyś się kończy. I pobyt w Szczecinie, i spotkanie z Aniołem w Trójmieście. Teraz już siedzę na gdańskim lotnisku w oczekiwaniu na samolot do Frankfurtu. Czeka mnie potem jeszcze lot do Szanghaju, potem lokalnymi liniami do Zhoushan, a w czwartek promem z Zhoushan na Wyspę Liuheng, gdzie mieści się stocznia. Resztę napiszę już stamtąd albo może gdzieś po drodze. Teraz trzeba już powoli kierować się w stronę samolotu.

Gdańsk, 21.10.2008; 17:35 LT

sobota, 18 października 2008

  

Jesień nie pozostawia złudzeń. Drzewa w Alei Fontann juz niemal całkowicie pozbawione są liści. Tylko patrzeć jak w obawie przed mrozem zakręcone zostaną zawory z wodą.

Jednak skrawki niebieskiego nieba jeszcze się pojawiają, tak jak wtedy, gdy pojechałem na Wały Chrobrego zakupić pamiątkową monete z Sediną.

Moneta (nakład 3000 egzemplarzy) ma zasilić fundusz odbudowy pomnika. Na awersie widac wlasnie ów pomnik, a na rewersie m.in. herb Szczecina nadany miastu przez króla Szwecji w 1659. To było w czasach kiedy Szwecja zajmowała obydwa (północny i południowy) brzegi Bałtyku i zanim odsprzedała Szczecin Prusom..

  

Miniony tydzień to jednak przede wszystkim okres poszpitalnej rekonwalescencji mojego taty. Trochę wywrócił się mój porządek dnia, ale miło było pójść z nim dziś na spacer i obserwować dobrą formę fizyczną.

A kiedy nie zajmowałem się naszymi sprawami, śledziłem perypetie z wyjazdem do Brukseli pana premiera i pana prezydenta. Myslę, że trudno po tym wszystkim o jakieś odkrywcze stwierdzenia. Jak większość ludzi byłem po prostu zażenowany całą tą sytuacją. Nigdy nie ukrywałem, ze moje sympatie polityczne są po stronie Platformy, lecz tym razem przyszło mi sie wstydzić również i za nich. Tak, wstydzić, bo cudzoziemcy nie będą wchodzić w niuanse różnic politycznych. Dla nich to właśnie jest Polska. Polska, która tuz po przyjęciu do Unii zaczęła mocno mieszać, stając nierzadko prawie samotnie przeciwko całej reszcie. Teraz owa reszta miała spokój, bo ważniejsze od przedmiotu negocjacji było to, kto zdoła usiąść na dwóch krzesłach przewidzianych dla polskiej delegacji.. W mediach dyskutowano tylko o tym. Im bliżej szczytu, tym było gorzej. Premier zachował się jak chłopiec z piaskownicy. Nie lubił tego drugiego chłopca, to zabrał zabawki i sobie poszedł. To znaczy, poleciał do Brukseli i nie dał samolotu. Zagrał na nosie prezydentowi bo poleciał pierwszy i zaklepał „raz, dwa, trzy – mój samolot”. Czyli co? Czego mieliśmy sie dowiedzieć? Że prezydent to frajer i dał się wyrolować zamiast lecieć już w poniedziałek i zaklepać samolot przed premierem? Ponoć jeden i drugi pan myślą wyłącznie o Polsce. Nam jednak wciąż najlepiej się za Polske walczy oraz umiera. Kiedy zaś trzeba po prostu coś zbudować, zaczynają się schody. Walka to chwała, martyrologia to pomniki i karty w podręcznikach historii. Codzienne budowanie zaś to jedynie nuda i ból mięśni albo głowy nazajutrz. Dlatego łatwiejsze niz codzienna harówka jest poszukanie sobie nowego przeciwnika. Oprócz walki, naszego narodowego zywiołu, zawsze mozna na takiego przeciwnika wskazac palcem i powiedzieć: „to przez niego nasze niepowodzenia”. Czasem do głosu na krótko dochodzi rozsądek i myśl: „może by usiąść tak razem i razem coś zbudować zamiast wszystko niszczyć? Może odpuścić i zawrzeć jakis kompromis?” Z kompromisem jest jednak tak jak z ową szklanką do połowy pełną albo pustą, w zależności od punktu widzenia. Dla nas kompromis to niemal zawsze synonim porażki. Nie potrafię zrozumieć dlaczego widząc twarde stanowisko przeciwnika i zdając sobie sprawe, że obydwaj brną w slepą uliczkę, ci wydawałoby się poważni ludzie nie byli w stanie uzgodnic jakiegoś kompromisowego stanowiska – takiego żeby i ambicje nie zostały urażone, i negocjacje się toczyły z pozytkiem dla kraju. Niedawno pisałem o tym, ze trudno oczekiwac powaznego traktowania przez obcych, gdy sami siebie nie traktujemy poważnie, tymczasem najwyższe władze urządzają kabaret , pośmiewisko na całą Europę, a potem przed tą Europą odgrywają scenki p.t. „nic sie nie stało”. Widocznie to była ta chwila rozsądku. Chwila, bo nastepnego dnia wszystko wróciło do normy, czyli do wzajemnego obrzucania się błotem. Ma żal do obydwu tych polityków oraz ich partii. Jest mi najzwyczajniej przykro. Czuję się, jakbym szedł na spacer z zagranicznymi przyjaciólmi na reprezentacyjny deptak i trafił tam między kiboli z orłami na piersiach, którzy urządzili sobie na serio ustawkę w postaci plucia. I te plwociny dosięgły także i nas, a ja muszę wycierac twarz i tłumaczyć zdumionym przyjaciołom, że to tylko tak głupio wyszło, bo my, Polacy jesteśmy zupełnie inni. Ja tłumaczę, oni kiwają głowami w milczeniu, lecz nie wiem czy wierzą, czy też nie.

Tak mi się skojarzyło z kibolami przy okazji burd na Słowacji. Miała tam byc chwała, a wyszło może nie jak zwykle, lecz jak często się zdarza. Futbolowi profesorowie wielkiej piłki nie pokazali, bo cała para poszła w mecz z Czechami. Kiedy w końcu Smolarek strzelił zasłuzoną bramkę,  wszystkim: i mi, i ludziom na trybunach, i piłkarzom się zdawało, że już wygraliśmy. Wszystkim sie zdawało, że to Polska gra jeszcze, a to echo, a raczej Slovensko grało. I nawet nie mam żalu o to, ze polska drużyna straciła głupio dwie bramki w minutę. Nie my pierwsi i nie ostatni. Przykro było jednak atrzec na to co działo się w nastepnych minutach. Zamiast rzucić sie do odrabiania strat, piłkarze rzucili się na... przeciwników. Zaczęły się przepychanki, szarpaniny, złośliwości. Sekundy zaś upływały i coraz mniej zostawało ich na grę. Nawet jeśli to Słowacy prowokowali, to przecież im o to chodziło, by wśród dyskusji a nie podczas kopania piłki nadciągał ostatni gwizdek. Piłkarz rozsądny nawet będąc obrażanym, wznawiałby szybko grę, bo nic nie smakuje tak słodko jak zemsta w postaci strzelonej bramki. Ale gdzie tam! Głupie bramki stracić to nie dyshonor, lecz boiskowej obelgi albo szturhańca odpuścić nie można! Pies trącał wynik – nie czas żałowac bramek gdy naszych obrażają!

Po tym meczu trochę mniej żałowałem, że nie zobaczyłem w ubiegłą sobotę pojedynku z Czechami. Wybrałem się z Pauliną do Teatru Polskiego na „Mistrza i Małgorzatę”.

Spektakl ten grany jest już na deskach szczecińskiego teatru od kilku lat. Mieliśmy z Pauliną ten kłopot, że ona nie przeczytała jeszcze książki w całości, a ja przeczytałem ją bardzo dawno – jeszcze w czasach studenckich, albo tuż po. Cięzko było nam więc odnieść się bezpośrednio do oryginału. Na scenie niewiele było odniesień do wczesnokomunistycznej Moskwy i może słusznie, bo dzięki temu spektakl stawał sie bardziej uniwersalny. Nawet wątek tytułowych Mistrza i Małgorzaty nie dominuje, podobnie zresztą jak na kartach powieści. Piłat i Joshua... grani przekonująco ale nie sa to sceny, które zawładnęłyby umysłem na długie tygodnie. Natomiast Woland i jego świta podobali mi się bardzo. Podobnie jak klimat przedstawienia odgrywanego w większości przy dość oszczędnym oświetleniu.

No i muzyka! Muzyka jest rewelacyjna. To ona, oprócz oświetlenia tworzy klimat i na pewno stanowi co najmniej połowę sukcesu tego spektaklu. Teraz nawet odrobinę żałuję, że nie pokusiłem się o zakup płyty i ograniczyłem się jedynie do programu.

 

Szczecin, 18.10.2008, 16:35 LT

piątek, 17 października 2008

  

Bywanie w Szczecinie w weekendy ma tę wadę, że stępia się czujność w rejonie stref parkingowych. W weekend się nie płaci, wiec kiedy nagle przytrafi sie zostać w dzień powszedni, płaci się frycowe. Nie miałbym jednak nic przeciwko, gdyby karano jedynie gapiostwo. Niestety, niektórzy funkcjonariusze Strefy Płatnego Parkowania znacznie lepiej czuliby się jako sędziowie biegów sprinterskich niż na obecnym etacie. Godzina 14:40. Próbuje zaparkować w rejonie ulicy Obrońców Stalingradu. Ciężko. Wszędzie tłok. Znajduje jednak na samym końcu, tam gdzie ulica ta łączy się z Aleją Niepodległości, a tuz obok zbliża się na odległość kilku metrów Aleja jana Pawła II. Między nimi stoi tylko budynek BPH. Wysiadam i rozglądam się za parkometrem. Nie ma. W naturalnym odruchu idę więc na druga stronę bankowego budynku licząc, ze parkomat znajdę własnie przy Jana Pawła II. I rzeczywiście stoi. Chwila na przestudiowanie taryf oraz instrukcji obsługi i po chwili staję się szczęśliwym posiadaczem biletu parkingowego wydrukowanego o 14:41. Wracam do auta, a tam właśnie dwuosobowy patrol kończy operacje wydruku mandatu. Wydruk z godziną 14:42.

- Co państwo robią?! – krzyczę na nich - Przecież ja tylko poszedłem do parkometru kupic  bilet!

- My przyglądaliśmy się i nikogo przy parkometrze nie było – pan kończąc zdanie wskazał palcem na parkometr stojący po drugiej stronie ulicy, pod płotem okalającym budowę Galerii Kaskada. Rzeczywiście, nie zauważyłem go wcześniej.

- A co to? Tylko ten jeden parkometr obowiązuje? Ja poszedłem do tego za bankiem.

- Trudno. Mandat juz wydrukowany. Może pan reklamować.

Niech to szlag! Teraz trzeba jeździć do biura SSP, żeby sprawę odkręcić. Kiedy po przebijaniu się przez zatłoczone w popołudniowym szczycie ulice dotarłem do biura strefy, moja wściekłość sięgała zenitu i siła woli powstrzymywałem się od eksplozji. Niczym rewolwerowiec w westernie wkroczyłem jak burza do budynku.

- Gdzie przyjmują reklamacje? – spytałem przechodzącej pracownicy.

- Ostatnie drzwi na lewo.

No, ja wam teraz pokażę! Otworzyłem drzwi, a tam zza biurka urzędująca pani powitała mnie takim uśmiechem, jakby czekała tylko na mnie. Moja złość została nadwątlona.

- Przyszedłem reklamować ten mandat! Został wystawiony minutę po zakupie biletu w parkomacie!

- Proszę usiąść – pani usmiechnęła się jeszcze bardziej, choć przed chwilą wydawało mi się, że już bardziej nie można – Może pan mi pokazac ten bilet i mandat?

- Prosze bardzo! Minuta różnicy! To już normalnie chodzić nie można, tylko trzeba jak odtrzutowiec gnać do parkomatu i z powrotem? – próbowałem robic groźną minę, ale czułem, że coraz słabiej mi sie to udaje.

- Oczywiście reklamację uznajemy. Mandat anulowany. Czy potrzebuje pan jakieś zaświadczenie w związku z tym incydentem? – pani spojrzała na mnie pytająco nie przestając się uśmiechać.

Kurczę, no jak to tak? Przychodze do urzędu i bez kłótni, bez łaski zostaję obsłużony? Organizm się buntuje, ale nie ma co fukać – juz po sprawie.

- Nie, nie potrzebuję zaświadczenia, ale poproszę o ten bilet z powrotem, bo postój opłaciłem do siedemnastej.

- Ach, oczywiście. Pozwoli pan tylko, że w takim razie zrobię kserokopię do swoje dokumentacji?

- Oczywiście, że pozwolę. Proszę bardzo!

Pani oddała bilet i pożegnaliśmy się uprzejmie. Reklamacja trwała około dwie minuty.

Przed wejściem do budynku stał stolik, a przy nim jakis pan zbierał podpisy pod projektem referendum w sprawie zniesienia stref płatnego parkowania. Podpisałem się, bo czułem się w jakis sposób poszkodowany. Przykro jednak by mi było gdyby z tego powodu owa miła pani miała stracić pracę.

Następnego dnia rano pojechałem załatwić kilka spraw i przed cukiernią Kocha przy Jagiellońskiej musiałem kupic nowy bilet.. A co tam! Kupię od razu do południa – pomyślałem sobie i położyłem wydruk na desce rozdzielczej. Potem podjechałem pod dom mojego taty nieopodal. Pomny szybkości kontrolerów, wyszedłem do auta juz kilka minut przed dwunastą, żeby przedłużyc postój. Prawie wrzucałem przygtowaną monetę, gdy nagle mój wzrok padł na przednią szybę. A tam, pod wycieraczką powiewała biała szarfa mandatu.

Co teraz do cholery?! Spojrzałem na zegarek. Jeszcze nie było dwunastej. Po chwili sie wyjaśniło. Bilet kupiłem w podsterfie B, a zaparkowłem w podstrefie A. Mój tato ma szczególny przywilej mieszkania u zbiegu trzech podstref: A, B i C. Przez to już dwukrotnie zdarzyło mi się kupic bilet w jednej strefie, który potem nie pasował do innej. Oczywiście przytrafiło mi się to wyłącznie przez głupotę i nieuwagę, ale jednak trudno jest mi się oprzeć wrażeniu, ze przyjazne dla przecietnego obywatela to te strefy nie są.

I tak zamiast krótkiej wzmianki, wyszedł mi o płatnym parkowaniu cały wpis.,

 

Szczecin, 17.10.2008, 01:00 LT

 
1 , 2 , 3