Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
poniedziałek, 29 października 2007

 

Pożegnania stały się nieodłączną częścią mojej egzystencji. Jakimś szalonym rytuałem, który odprawiam z częstotliwością daleką od normalnej. Anioł, dzieci, tato, dalsza rodzina, znajomi. Dla nikogo nie ma dość czasu i każdemu muszę coś ukraść, by podzielić się z innymi. Z jednej strony tęsknota i oczekiwanie radości powitania, lecz gdzieś w sercu odzywa się głos, że żal odjeżdżać. Zewsząd żal odjeżdżać, a zarazem wszędzie sie tęskni.

Odprowadziłem Paulinę na autobus i już nie opłaca mi się wracać do domu. Niedługo mam pociąg do Gdyni. Wstąpiłem więc do „Rycerskiej” na kawę i mam okazję napisać te parę słów. Żal mi, że już odjechała, bo fajnie minął nam weekend. Błogosławieństwem losu jest obecność Anioła. Wracam wpost w jej anielskie ramiona, pełne ciepła objęcia zawsze kojące moje potargane myśli i do jej uśmiechu obracającego nostalgię w radość i chęć życia.

Tym razem mieliśmy z Pauliną wyjatkowo dużo czasu dla siebie. Mniej czasu spędziła ze szczecińskimi koleżankami, a ja nie odwiedzałem taty, który wyjechał do Warszawy. Już sobotni poranek był ciekawy, bo tak jak teraz się rozjechalismy, tak wtedy zbiegły sie nasze drogi. Mój pociąg przyjechał pół godziny wczesniej niż jej autobus. W sam raz aby w tym czasie coś kupic na śniadanie, a potem już razem jechać do domu. Przy śniadaniu tyle rozmaitych opowieści, że bardziej z rozsądku niż z potrzeby poszliśmy spać o siódmej.

Nie chciałem budzić jej o dziewiątej. Niech odpoczywa. Sam pojechałem na cmentarz, zanieść świeże kwiaty i zapalić świeczki na grobie mamy i pozostałych krewnych.

Spotkalismy się przy obiedzie. Potem Paulina pobiegła zobaczyć się z dawno nie widzianymi znajomymi, a ja wykorzystałem czas na, krótki spacer po mieście. Po powrocie do domu zdrzemnąłem się trochę, a potem był wieczór z filmem. Nie wypożyczyliśmy nic nowego, ale za to po raz kolejny obejrzeliśmy „Amadeusza”. Trochę nam się rozciągnął bo w międzyczasie przyrządziliśmy sobie chińszczyznę na kolację, więc zakończylismy oglądanie grubo po północy.

Dzisiaj zaś po obiedzie ruszyliśmy na poszukiwania płaszcza na zimę. Płaszcz miał być z materiału podobnego do derki dla konia. Przynajmniej tak obrazowo opisała mi go Paulina. Derka dla konia! Czego to nie wymyslą! Nie miałem pojęcia czego idziemy szukać, ale w pierwszym sklepie zorientowałem się, że chyba chodzi o flausz.

- Cz y to ma być flausz? – zapytałem.

- A co to jest flausz? – odpowiedziała pytaniem Paulina – To ma być takie coś jak derka dla konia.

- To jest to, co własnie ogladądamy?

- Tak.

- No to chyba już wiem.

„Derkowe” płaszcze były w zbyt dużych rozmiarach i wydawało się, że juz się nie uda, gdy nagle w „Boutique – moda młodzieżowa” trafilismy na właściwe. I nawet cena pomimo „butikowej” nazwy sklepu, była przystępniejsza niż gdzie indziej. Jeszcze tylko zdecydować się na fason. Dłuższy do kolan, czy krótszy do połowy uda, z wysoko zapinanym paskiem?

- Weź ten drugi, podkreśli ci nogi i wydłuży je optycznie, a pasek ponad pępkiem jeszcze bardziej je uwydatni. – rzekłem okiem znawcy.

O dziwo, pomimo, ze mój gust na ogół rozmijał się z upodobaniami moich latorośli, na ten komentarz Paulinie aż się zaświeciły oczy. Byłem dumny z siebie.

Poszlismy za ciosem i jeszcze poszukaliśmy butów, co tez nie było łatwe zważywszy na liczbę warunków, które musiały spełniać. Kiedy jednak trafiliśmy na właściwe i zadowoleni opuszczaliśmy sklep, okazało się, że Paulina nie ma torebki. Została gdzieś przy siedziskach do przymierzania butów, ale w którym sklepie? I już radość przerodziła się w gorycz. Jak niewiele wystarczy by z jednej skrajności popaść w drugą?

- Pamietasz gdzie ją miałaś? – pytałem, szybkim krokiem schodząc na niższe pietro galerii... – Ja jeje nie widziałem od momentu przymierzania płaszcza.

- Nie! Miałam ją potem bo odbierała sms-a i wyciągałam telefon.

Galeria handlowa w niedzielne popołudnie. Tłumy ludzi.

- Przepraszam, nie znalazł tutaj nikt torebki?

- Nie – odpowiada pani za ladą – gdybyśmi widzieli pozostawioną bez opieki, sami byśmy ją zabezpieczyli do powrotu własciciela.

Szukalismy dalej. Nie było szans, by przeleżała bezpańsko w takim tłumie. Nagle Paulina puściła się biegiem do jedneo ze sklepów. Nie musiałem tam wchodzić. Wystarczyło na nią popatrzeć, kiedy po chwili podnosiła z podłogi pozostawioną tam przed dwoma kwadransami zgubę. Głeboki oddech ulgi. Odpływający stress. Nie wierzyłem w to cudowne odnalezienie. Teraz juz mogliśmy spokojnie wrócić do domu.

Kolacja, rozmowy o przeczytanych ostatnio książkach, o internetowych stronach, o filmach, muzyce, a także o rozmaitych błahostkach. Do dziewiątej, kiedy trzeba było zamknąć walizki, a także drzwi za sobą i wyruszyć w nocną podróż powrotną. Do następnego spotkania, mam nadzieję, że niedługo.

Szczecin, 29.10.2007; 22:50 LT

 

niedziela, 28 października 2007

O, nic a nic
O, nic a nic nie żal mi
Tamte sny
dobre, złe
śmiech i łzy
utonęły we mgle.
O, Nie i nie...
bo teraz wiem czego chcę
To co mam
rzucam w kąt
Idę tam
gdzie nieznany jest ląd.

Słodki urwał się film
Już nie sklei go nic
Pasmo najlepszych chwil
dziś przeglądam jak widz
I na starość, gdy wstecz
spojrzę za siebie w dal
wstyd mi może być, lecz...
Lecz na pewno nie żal.

O, nic a nic
O, nic a nic nie żal mi
Tamte sny
dobre, złe
śmiech i łzy
utonęły we mgle
O, nie i nie....
bo dzisiaj wiem czego chcę
Nie chcę dziś
wracać tam.
Pragnę iść
z Tobą do szczęścia bram.

http://www.artistdirect.com/nad/window/media/page/0,,292616-1409688-WMLO,00.html

Kiedy w finale spektaklu rozbrzmiewały słowa polskiego tłumaczenia (Andrzej Ozga) tej jednej z najbardziej znanych piosenek Edith Piaf, ścisnąłem tylko mocniej dłoń Mojego Anioła. Taki prosty zdawałoby się tekst, a tyle w nim nostalgii i zarazem optymizmu przed drogą w nieznane... Parę słów, a tyle prawdy o życiu każdego z nas. Chłonąłem każde słowo i walczyłem z drobnymi nerwowymi tikami zdradzającymi moje ogromne wzruszenie. Dla tego jednego utworu warto było przyjść na „Piaf” do Teatru Miejskiego w Gdyni.

Tak się złożyło, że to moje drugie spotkanie z historią życia Edith Piaf na przestrzeni ostatnich kilku tygodni. Najpierw był film „Niczego nie żałuję”, a teraz ten spektakl.

Nazwisko Jana Szurmieja jako reżysera wróżyło duchową ucztę, lecz na początku byłem trochę rozczarowany. Wydawało mi się, że gdyby nie oglądany wcześniej film, miałbym trudności w poskładaniem w całość krótkich epizodów (tak krótkich, że niemalże anegdot) z życia artystki. Raziła mnie też minimalistyczna scenografia ograniczona do dwóch krzeseł i stolika, które musiały wystarczyć za tło do opowieści o całym życiu „Wróbelka”. Ach, no i oczywiście mikrofon. On, a ściślej śpiewająca do niego niesamowita Dorota Lulka, ratowały pierwszy akt.

W drugim wszystko się odmieniło, a może to dla mnie bardziej  przekonywująca była opowieść o schyłku kariery piosenkarki. O mężczyznach przewijających się przez jej życie, którzy dzięki jej uporowi, wbrew logice zostali zauważani, a potem robili wielkie kariery (nie wiedziałem, że tak wiele zawdzięczali jej Yves Montand i Charles Aznavour), o uzależnieniu, z którego nie była w stanie się wydobyć, o samotności kiedy znalazła się na dnie. Ta samotność staje sie jeszcze bardziej wstrząsająca, kiedy czyta się fragment jej listu opublikowanego w programie:

„Kiedy dręczyła mnie brutalna choroba i stwierdzono, że jestem stracona dla piosenki, nikt nie przyszedł mnie odwiedzić. Przypominam sobie Boże Narodzenie 1958 roku. Opuściłam przedwcześnie klinikę, żeby przyjąć przyjaciół... Sekretarka dzwoniła do wszystkich znajomych, zapraszając ich na przyjęcie... Czekałam do trzeciej nad ranem i nikt się nie zjawił... Byłam sama, zupełnie sama w tym domu, specjalnie wielkim, żebym mogła przyjmować przyjaciół...

Zapadła mi w pamięć ostatnia scena z upuszczonym przez artystkę na podłogę jabłkiem, po którym wózek z Edith Piaf, przy skąpym oświetleniu, punktowo skierowanym na leżący samotnie owoc, wyjeżdża za kulisy, a potem widać już tylko cień aktorki śpiewającej „Non, je ne regrette rien”. W poruszający sposób przedstawione zakończenie życia piosenkarki.

Piosenki w inetrpretacji Doroty Lulki miały hipnotyzującą moc. Pomimo dwóch lat jakie upłynęły od premiery, publiczność nie szczędzi braw, a zgotowana jej owacja na stojąco była jak najbardziej zasłużona. Oczywiście po takich brawach trudno było nie bisować i to dopiero była prawdziwa uczta. Oto bowiem rozluźniona i nie skrępowana scenariuszem aktorka zaczęła prawdziwie bawić się śpiewanymi utworami. Widać było radość z tego co robi, a powtórne wykonanie „Non je ne regrette rien” było chyba takie, jak w spektaklu opisywała główna bohaterka, stwierdzając, że kiedy wychodzi na scenę nie ma mowy o oszczędzaniu się – zawsze daje z siebie wszystko. Na maksa.

Piękny spektakl, piękny wieczór. Do późna w nocy słuchaliśmy potem z Aniołem (przy świecach i winie, a jakże!) kasety z oryginalnymi nagraniami, a duet Piaf & Aznavour wykonujący „Les Amants” był wielokrotnie powracającym tłem, podczas którego, przytuleni i milczący zapominaliśmy o upływie czasu i całym Bożym świecie.

http://www.ilike.com/artist/Edith+Piaf/album/Edith+Piaf#

Szczecin, 28.10.2007; 02:20 LT

poniedziałek, 22 października 2007

 

Jakiś dzwonek usilnie próbował mnie obudzić. Długo to trwało, ale w końcu na wpółprzytomny uświadomiłem sobie, ze to telefon. Zerwałem się z łóżka i podbiegłem do parapetu (zawsze kładę telefon daleko, żeby nie móc wyłączyć budzika jednym ruchem ręki bez wstawania z łóżka).

- Cholera, co za staek znów dzwoni w środku nocy – przeklinał mój wewnętrzny głos kiedy biegłem do okna próbując jednoczesnie siłą woli otworzyć sklejone powieki.

I wtedy poraziło mnie ostre słońce. Piękny poranek. Złota jesień w najpiekniejszej swj okazałości.

- Cześć! Dojechałeś bez problemu? Nie dzwoniłem wcześniej... – obwieszczał głos taty w słuchawce.

No tak! To słońce wysoko nie mogło wróżyć nic dobrego. I telefon taty, który dzwonił sam, dopiero gdy ja nie dzwoniłem. Zaspałem.

Na telefonie była godzina 02:40. Budzik nastawiłem na 07:15. Budzik nastawiłem dobrze, tylko, że czasu nie zmieniłem na europejski. Gdyby nie tato, mógłbym spać nawet do trzynastej.

Taki był mój pierwszy poranek w... no właśnie nie wiem. W z powrotem III czy może już V Rzeczypospolitej? Zważywszy na dość krótki w historycznej skali epizod w budowie nowego, przyjmijmy, że to wciąż „Trzecia”. Od razu zrobiło sie przyjemniej. I nawet to spóźnienie do pracy nie było tak dotkliwe, gdy patrzyłem na owo słońce i budzącą się nową nadzieję.

Wczorajszy wieczór był taki nerwowy! To długotrwałe oczekiwanie na koniec wyborczej ciszy. Prawie trzy godziny. Ja miałem co robić, bo aby oszczędzić czas postanowiłem kupic bilet na pociąg przez internet. To taka nowinka zaserwowana przez PKP. Wystarczy zapłacić kartą, wydrukować bilet na domowej drukarce i można jechać. Sprawdziłem wszystko po trzykroć bo wiadomo jak to jest z nowinkami. W końcu poszło. Stałem się właścicielem pierwszego w moim życiu biletu kolejwego kupioneo w internecie. To znaczy, byłem na razie właścicielem czysto wirtualnym, bo pozostało jeszcze wydrukowanie. Kliknąłem. Drukarka długo się namyślała, potem zaczęła stękać i... usichła. Na ekranie komputera pojawiło się okno z informacją o błędzie. Chciałem je szybko zlikwidować i się zawiesiło. Okno udało się zamknąć ale drukarka stanęła na dobre. Postanowiłem anulować polecenie drukowania. W oknie drukarki pojawiła sie informacja „deleting printing”. Pojawiła się i wisiała sobie w nieskończoność. Cholera. Tu wieczór wyborczy, tu pociąg niedługo, pieniądze wydane, a biletu nie ma. W takiej chwili zazwyczaj wali się pięścią w stół, albo jescze lepiej w drukarkę, ale ja z nia teraz jak z jajkiem. To tak jakby ona połknęła moje dziewięćdziesiąt siedem złotych. „No drukuj, proszę, drukuj...” gotówżem był szeptać jej czule by za chwilę z furią „a żesz ty!” mało nie roztrzaskać jej na kawałki. Komputera zresztą też. Co gorsza, ponieważ bilet kupowałe po raz pierwszy, nie przeczytałem dokładnie czy gdzieś ta informacja się zapisuje. Pomyślałem o zresetowaniu komputera, ale co wtedy z moim biletem? Zniknie na zawsze? Dokopałem się jednak do informacji, że PKP pomyslało o drukowaniu późniejszym Wyłączyłem wszystko i włączyłem ponownie. Drukaraka się odblokowała, a po paru chwilach wypluła ze swoich trzewi upragniony bilet.

Wkrótce potem zaś była godzina 22:55 obwieszczająca koniec wyborczej ciszy. I pierwsze sondaże i przemówienie lidera zwycięskiej partii. A jeszcze potem tego, co zajął drugie miejsce z całkiem przyzwoitym wynikiem, lecz nie takim, jakiego się spodziewał. Jaka była różnica? Dyskutowaliśmy o tym w pracy. Te kilka minut przemówień wystarczyło by pokazać całą różnicę w podejściu do rządzenia. Z jednej strony Tusk mówiący ciepło, odwołujący się do ludzkich uczuć i pełen pojednawczych gestów również wobec ludzi, którzy głosowali na konkurentów. Z drugiej z zaciętą twarzą Kaczyński, obwieszczający, że PiS nie dał rady wobec zmasowanej kampanii przyciwników wykorzystujących nawet media tych, którzy zabili księdza Popiełuszkę. Ot, jescze chwila i gotowiśmy pomysleć, że to wspólnicy tych morderców wygrali wybory. Ach jakże błogo było wtedy pomysleć, ze taka retoryka to już tylko łabędzi (kaczy?) śpiew odchodzącej ekipy.

Obudziliśmy sie więc z nową nadzieją. Polacy raz jeszcze zmobilizowali się gdy trzeba było odepchnąc widma państwa niemalże policyjnego, z codziennością podsłuchów, denuncjonowania i rewolucją moralną pozerającą kolejno własne dzieci. Dobrze jednak mówił Tusk o wielkiej odpowiedzialności. Od niego i jego partii zależy teraz co zrobi z ową nadzieją. Czy potrafi wykrzesać z siebie charyzmę by porwać Polaków do budowy naprawdę wspólnego państwa? Czy stac go będzie na bycie premierem ponad podziałami i na prowadzenie skutecznej ekonomicznie polityki przy zachowaniu narodowej zgody? Polacy nie raz dowiedli, że zgoda bardziej jest u nich w cenie niż krzykliwe wymachiwanie szabelką. Przez zacietrzewienie w telewizyjnej debacie o  niewielki odsetek przegrał swoją drugą prezydenturę Lech Wałęsa. Podkreślanie prezydentury ponad podziałami i wyważone stanowisko dawały niezmiennie wyskie poparcie Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Daleko wyższe niż poparcie dla lewicy. I wreszcie wczoraj okazało się, że nie ma zgody kłótnie, wojny, podchody jakimi raczono nas przez ostatnie dwa lata. Jeżeli będzie ta zgoda i nowy premier nie ruszy na wojnę, a przy tym potrafi utrzymać godpodarczy wzrost, czekają nas bardzo ciekawe czasy. Ta kadencja będzie kończyc się wszak tuż przed Euro 2012.

Lecz jeśli premierowi zabraknie charyzmy. Jeśli uwikła się w polityczne gierki i wojenki, jeśli zaprzepaści mozliwości obecnej koniunktury gospodarczej... drugi raz naród może się już nie zmobilizować. A kolejny po „Nowej nadziei” odcinek gwiezdnej sagi brzmiał „Imperium kontratakuje”.

Sopot, 22.10.2007; 22:25 LT

niedziela, 21 października 2007

 

W 1692 roku w Salem doszło do zbiorowej histerii i procesów o czarnoksięstwo. Objęły one osiemdziesiat osób, z których dziewiętnaście skazano na smierć

W czasach licealnych, byłem w teatrze na spektaklu „Czarownice z Salem”. Kiedy więc w Visitors Center trafiłem na foldery reklamujące m.in. muzeum czarownic w tym mieście, i kiedy okazało się, że musiałbym tylko nieznacznie zboczyć z drogi, żeby tam dojechać, postanowiłem, że własnie to miejsce będzie celem mojej „sightseeing tour” przed odlotem. W sam raz na dobre dwie godziny spaceru, na który mogłem sobie pozwolić.

Zadowolony byłem z planu, ale zaczęły mnie niepokoić narastające korki po tym, jak opuściłem autostradę. Ostatni odcinek przed wjazdem do miasta był już prawie sparaliżowany, Auta posuwały się w żółwim tempie. Kiedy zaś dotarłem do centrum, okazało się, ze nie ma gdzie zaparkować. Tłumy ludzi, tłumy aut, wąskie uliczki, mnóstwo tablic ostrzegających przed odholowywaniem nieprawidłowo zaparkowanych samochodów. Naganiacze oferowali miejsca parkingowe za ceny rozpoczynające się od dwudziestu dolarów.

Już wszystko było jasne. Halloween! Czyz może być lepsza okazja na promocje miasta niż trwający przez cały październik, aż do Halloween, festiwal poswięcony magii i czarnoksięstwu w mieście, które zasłynęło jednym z najsłynniejszych procesów czarownic? A gdy jeszcze doda sie do tego trwającą od ładnych paru lat potteromanię? Wszystko jest na sprzedaż.

Niesamowicie plecie się historia rozmaitych miejsc. Gdyby nie ów proces, który stał się hańbą dla tej społeczności i przyczynił się do walnie do bardziej neutralnego swiatopogladowo ustroju późniejszych Stanów Zjednoczonych, dziś Salem byłoby mało znanym miasteczkiem, jakich wiele w tej okolicy. Tragedia w postaci skazania na śmierć tylu niewinnych przyczyniła sie do dzisiejszej prosperity miasta, do którego ciagną pielgrzymki złaknionych wrażeń turystów. Oczywiście najmniej chodzi już o sam proces i o historię. Salem wybrano na miejsce zabawy, doskonale nadające się ze swą przeszłością na rozmaite przebieranki.. Ot, zwykły karnawał.

Kiedy w końcu udało mi się znaleźć miejsce do zaparkowania i doszedłem do centrum spotkało mnie srogie rozczarowanie. Muzeum czarownic było oblegane przez tłumy przyjezdnych, a kolejka do kasy przypominała te po mięso znane u nas z casów komuny.

Ograniczony czasem zmuszony więc zostałem do rezygnacji z założonego planu. Wtopiłem się więc w tłum i urządziłem sobie spacer po centrum. Nie znalazłem nic szczególnego z zabytków, albo nowoczesnej architektury, co wyróżniałoby to miasto. Wyglądało tak, jakby wszyscy przyjechali tutaj przede wszystkim z głębokim przeświadczeniem, że to miasto rzeczywiście jest nawiedzone.

I miasto dba, aby goście nie byli rozczarowani. Nocne zwiedzanie miasta przy wątłym świetle świec lub pochodni to niemalże żelazny punkt programu. A muzea... Jest ich bez liku. Muzeum Koszmarów,  Laboratorium Frankensteina, Wioska Czarownic,  to tylko pierwsze z brzegu.

Turysci podejmują reguły gry i na deptaku przeiwja się niekończący sie pochód wiedźm, wampirów czarodziejów i innych podejrzanych typów

Wśród nich są „prawdziwi”, miejscowi czarownicy i rozmaite straszydła gotowe wystraszyć napotkanych przechodniów, ale takie mamy czasy, że już żadnej swiętości. Nawet straszydła nie robia wrażenia i jeszcze trochę, a to one zaczną sie bać.

Wśród zalewu taniej, jarmarcznej rozrywki znaleźć jednak można perełki (mam nadzieję, bo nie sprawdzałem). To na przykład spektakl „Cry Innocent”, który przenosi w mroczne czasy polowań na czarownice. Przedstawienie interaktywne, z udziałem widzów. Marzyłoby mi się, aby odtworzyc tamte czasy i atmosferę tak realistycznie, że uczestnicy imprezy gotowi byliby ulec zbiorowej histerii i przyczynic sie do skazania niewinnych. To byłaby bardzo ciekawa lekcja, obrazująca, że zwykli, godni szacunku ludzie gotowi są pogrążyć niejedno istnienie jeśli zdrowy rozsądek ugnie się przed jakąś paranoiczną ideą.

Dziś już nikt nie szuka czaroksiężników (chociaż ostatni proces o czary miał miejsce w Wielkiej Brytanii juz po II Wojnie Światowej), ale znamy dobrze z własnego podwórka polowania na czarownice innego rodzaju. Niejeden „myslący inaczej” przypłacił swoje poglądy utratą życia, a wielu złamaniem kariery zawodowej, zniszczeniem zycia prywatnego i.t.d.

Mam nadzieję, że stoisko z książkami oferuje nie tylko tanią, jarmarczną rozrywkę, lecz także coś poważniejszego.

Bo jednak przede wszystkim jest to wileka zabawa, karnawał. Nawet kina zmieniły repertuar.

Oczywiście mnóstwo stoisk towarzyszących, jak na każdym festynie, a mnie szczególnie zaskoczyło to oferujące „fried kiełbasę”.

Tylko dlatego, że pięć minut wcześniej zaliczyłem już przekąskę w ramach lunchu, odpuściłem sobie te kiełbasę. Inaczej bym nie przepuscił. Uwielbiam kiełbasy, a na dodatek wsparłbym nasz narodowy biznes. Bo niewatpliwie kiełbasa była dziełem polskich rąk.

Uff! Zdążyłem. Dochodzi dwudziesta. Za dwadzieścia minut ogłoszone zostaną wstępne wyniki wyborów i juz nie będzie mowy o siedzeniu przed komputerem. Potem zaś nocny pociąg do Gdyni.

Najważniejsze, że zdążyłem oddać swój głos. Wcześniej miła niespodzianka, że moje konkursowe hasło agitujące do udziału w wyborach znalazło uznanie w oczach jurorów i znalazło sie w gronie wyróżnionych w dodatku lokalnym.

A teraz już przed telewizor.

Szczecin, 21.10.2007; 20:20

 

sobota, 20 października 2007

Statek ostatecznie zacumował w Newburgh w południe, więc moja podróż nie okazała się bezproduktywna z punktu widzenia zawodowego. Tyle tylko, że musiałem dość mocno sprężać się, by wykonac przynajmniej plan minimum. Po intensywnym maratonie około wpół do ósmej wieczorem byłem gotów do drogi powrotnej.

Autostrada mimo późnej pory była nadal zatłoczona i nie zmieniło się to specjalnie nawet późnym wieczorem. Zacząłem zastanawiać się, czy w ogóle ruch na niej czasem zamiera jak to bywa u nas w środku nocy. Ponieważ jazda wymagała ciągłego skupienia, a zaczynało mi doskwierać zmęczenie, postanowiłem nie ryzykować i zatrzymałem się w hotelu. Uznałem, że lepiej się zdrzemnąć od razu i wstać odpowiednio wcześniej.

Ranek przywitał mnie mglisty.

Dotarłem jednak na statek niemal idealnie bo o 07:40. W sam raz aby po kawie zacząć dzień pracy. Inspektor z Det Norske Veritas, który jechał też z okolic Nowego Jorku, ale inną trasą, miałe mniej szczęścia. Zadzwonił, że stoi w korku i dojechał dopiero około dziesiątej. Nie podejrzewam  go, że pospał dłużej i nie chciało mu sie przyjeżdżać tak rano J.

Cały dzień był mglisty. Aż zacząłem sie zastanawiać czy samoloty następnego dnia wytstartują o czasie. Nastepny dzień był ważny, ponieważ miałem już zabukowany lot z Bostonu via Frankfurt do Berlina. Chciałem spokojnie zdążyć na wybory.

Dziś jednak pogoda od rana była przyzwoita. Upału i słońca nie było, ale na upartego można było chodzic w krótkim rękawku, co w porównaniu z prawdziwą Syberią sprzed kilku dni było dużym postępem.

Inspekcję zakończyłem wczoraj więc dziś mogłem pozwolić sobie na wczesniejszy wyjazd. Skoro już miałem samochód to mogłem wykorzystać go do jakiegoś krótkiego zwiedzania. Korcił mnie Boston, ale był za duży. Poza tym w Bostonie zawsze jeszcze moze mi się trafić jakiś pobyt w hotelu w oczekiwaniu na statek. Postanowiłem wybrać coś mniejszego na trasie. Zatrzymałem się w Visitors Centrer na granicy stanów New Hampshire i Massachusets i po chwili już wiedziałem. Salem! Miasto czarownic.

Ale tego juz nie zdążę opisać bo za pięć minut zaczyna się boarding na lot z Bostonu do Frankfurtu. Dokończę po drugiej stronie Atlantyku.

Boston, 20.10.2007, 15:25 LT

 
1 , 2 , 3