Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 29 października 2006

               

Cofanie czasu o godzinę jest bardzo przyjemne. Jak dla mnie, mogłoby sie przytrafiać co tydzień. Dzięki temu mam wreszcie leniwy poranek, tym przyjemniejszy, ze z chmurami i deszczem w tle podczas gdy ja na razie nie musze nigdzie wychodzić. Reklamy kłamią i mimo wielu spotów  w telewizji, prawdziwego czasowstrzymywacza nadal nigdzie nie moge kupić. A potrzebuję go pilnie, bo jakoś ostatnimi tygodniami coraz mniej wyspany chodzę do pracy, a i z wieczornego nadganiania biurowych zaległości coraz mniej wychodzi. Życie singla jest znacznie bardziej ustabilizowane. Ma czas na pracę, zjedzenie kolacji, obżeranie się ciastem, obejrzenie telewizyjnych wiadomości oraz czytanie w wannie. Kiedy pojawia się ktoś, kolację je się w pośpiechu na śniadanie,  zamiast ciasta konsumuje się owoce i Kinder Bueno na deser, gazety leżą odłogiem, a zamiast ślęczenia nad raportami wciąż tylko seks i seks J Troche szkoda tych serków pleśniowych bo rano już troche obeschnięte, ale wieczorem jakoś nie ma na nie czasu.

Każdego dnia odkrywam niezbadane krainy. Niektóre może nie tyle niezbadane co dawno opuszczone. Chodziłem kiedyś po ich obrzeżach. Ich piękno przykryły chaszcze i pajęczyny, lecz teraz karczuję sprzątam i podziwiam na nowo. Wyglądają niczym przepiękne ogrody, w których w każdej chwili mozna znaleźć chwile ukojenia pośród zaganianej codzienności. Są też i turnie niebotyczne, strome i niedostępne, na które wydawało mi się, że nigdy się nie porwę. Z nich to dopiero jest widok! Ale jaką frajdę daje wspinaczka! Są także oazy mlekiem i miodem płynące, pełne rajskich stworzeń, przecudnych kwiatów, z anielskimi chórami w tle. Tam nie trzeba nic robić. Wystarczy być, leżeć na ciepłym piasku  i przymknąć oczy z rozkoszy. Zapuszczam się coraz bardziej w ten coraz mniej znany kontynent i czasami zastanawiam się czy to rozsądne. Dżungla pełna niesamowitych zapachów kusi wciąż nowymi owocami, do których karczuję drogę pośród lian i zarośli. Nie mam mapy więc ciężko byłoby wracać z tak daleka gdybym gdzieś pobłądził. Zbyt wiele jednak razy cofałem się przed laty w gąszczu takich ścieżek by teraz nie zaryzykować. Odkrywcy nie zawracają.

Ależ ciepły i słonecznie lipcowy ten październik...

Szczecin, 29.10.2006; 11:30 LT

                 

Kiedy czytam o kolejnym czarnym marszu, zastanawiam się czy powoli nie staje się on niewiele znaczącym rytuałem. Po każdej wyjątkowo odrażającej zbrodni  rozpoczyna sie pochód milczącego protestu, a potem wszystko wraca do normy. Tym razem cały kraj wstrząśniety był samobójstwem czternastoletniej Ani, która targnęła się na własne życie po quasi-gwałcie dokonanym na oczach całej klasy. Winni, jej rówiesnicy, są już pod policyjnym dozorem. Dyrektor szkoły nie jest już dyrektorem, a nauczycielka, która pozostawiła klasę samą, też została ukarana. Wydawać by sie mogło, że wyjatkowo szybko i zgodnie rozliczono się z tą kolejną degeneracją szkolnego życia. To dobrze, że dyrektor albo kurator tracą stanowisko. Nie zawinili bezpośrednio (tak sądzę) ale ich przykład powinien pobudzic do działania innych, aby nie spali zbyt spokojnie. Uważam jednak, że są to wszystko akcje zastępcze. Oczywiście nieobecność nauczycielki w klasie była jedną z głównych przyczyn tragedii. Doszło do niej jednak w wyniku niespotykanego rozwydrzenia jakiegos odsetka młodzieży. Rozwydrzenia, które obecność nauczyciela powstrzymałaby tylko na czas tej obecności. Krótko mówiąc, mozna było zapobiec skutkowi, ale nikt nie próbował wyeliminować przyczyn.

Maciej Giertych nie jest moim ulubionym politykiem, lecz akurat w tym przypadku przyznaję mu rację. Nie da się utrzymać dyscypliny w szkole gdy szkolni chuligani będą cieszyć sie statusem świętych krów.

Dużo sie pisze o patologiach generowanych w gimnazjach, a mało kto wspomina, ze to nie rodzaj szkoły lecz ten specyficzny wiek uczniów jest tykająca bombą zegarową. Nie ma chyba nastolatka, który w owym „oślim” wieku nie wystawiał nerwów swoich rodziców na poważne próby. Wiedzą o tym psychologowie, wie o różnicach każdy przeciętny człowiek, lecz nie widać jakiegoś specjalnego traktowania gimnazjów kosztem n.p. podstawówek  albo liceów. Tyle samo wymaga sie i tak samo traktuje dziewięciolatków zapatrzonych w swoja panią, osiemnastolatków na progu dorosłości, jak i czternastolatków, którym dzieciństwo i dorosłość, życie i komiks, zło i dobro skotłowane burzą hormonów i bezkrytycznie przyjmowanej dawki pop kultury miesza sie zupełnie. Wszystkie te dorastajace dzieciaki powinny być dziećmi specjalnej troski, bo niejedną zbrodnię popełnili ci z t.zw. dobrych rodzin, po których nikt podobnego zachowania by sie nie spodziewał. W tym kontekście wydzielenie gimnazjów w rzeprowadzonej przed kilku laty reformie, którą teraz się ostro krytykuje nie uważam za rzecz złą. Problem w tym, że mając ów trudny wiek podany na gimnazjalnej tacy nie ma pomysłu co z nim zrobić i w efekcie są to szkoły jak wszystkie inne.

Nie pomoga jednak żadne reformy oświaty jeżeli podstaw nie wyniesie się z domu. Nie jestem w stanie zrozumieć zachowania feralnej klasy. Cóż warte są protesty, łzy, deklaracje sprzeciwu, jeżeli nieliczna banda łobuzów robi co chce na oczach biernej reszty. Tu tkwi całe zło. W bierności. Nie darmo program poprawy bezpieczeństwa w Nowym Jorku posiłkował się hasłem „zero tolerancji”. A przecież nawet nie trzeba było byc „bohaterem” rzucjącym sie do fizycznego starcia. Dziś, kiedy telefony komórkowe stały się jednym z podstawowych gadżetów nastolaków, wystarczyłby jeden sms do kogoś z innej klasy albo do innego nauczyciela. Dręczyciele nawet nie wiedzieliby kto wezwał pomoc. A gdyby nawet sprzeciwić sie fizycznie? Zatrzymani wcale nie byli jakimiś osiłkami. Co sprawiło, że pozostałej części klasy, znacznie liczniejszej przecież od napastników , nie stać było na jakiekolwiek działanie? Właśnie to jest przerażające. Tak jak nie pomogli swojej koleżance, tak z obojętnościa przejdą obok katowanego przez bandytów sąsiada, albo obok plądrowanego sklepu. Dopóki nie zmienimy mentalności, że dla świętego spokoju lepiej nic nie widzeć, sami siebie wystawiamy jako łatwy łup dla bandziorów. Marsze są spektakularne, ale lepiej zamiast marnowac zapał na ich organizację, zacząć szukać zła wokół siebie i tam je tępić w zarodku. Akcja trudniejsza bo nie jednorazowa, lecz rozłożona na lata. I znacznie mniej atrakcyjna medialnie. Dopóki jednak bezkarne bedzie mazanie sprayem po świeżo pomalowanych budynkach, rozwalanie siedzeń w tramwajach, zadymy na stadionach, a policja masowo bedzie umarzać śledztwa w sprawie drobnych kradzieży albo bójek bo zawalone pracą sądy i tak zniweczą ich wysiłek uznając je za wystepki o małej szkodliwości społecznej, żadne marsze nic nie zmienią.

Szczecin, 29.10.2006; 09:45 LT

niedziela, 22 października 2006

Siedzę sobie w Piszu w knajpce nad rzeką i zajadam przecudnie podany serniczek:

To juz droga powrotna z mojej wycieczki na Kurpie. Misja zaaranżowania budowy nowego nagrobka (stary już prawie całkiem się rozsypał) dla mojego dziadka, który leży sam jeden w swej rodzinnej wiosce została zakończona. Przy okazji była to dla mnie sentyentlana podróż w rodzinne strony mojej mamy i przypomnienie wakacyjnych wyjazdów do dziadka kiedy byłem jeszcze w wieku przedszkolnym. Tam biegalismy do lasu na grzyby. Tam ganialiśmy dziadkową świnię, ochrzczona przez nas imieniem „Edek” ku wściekłości sąsiadki, której syn też tak sie nazywał. Tam urządziliśmy zjeżdżalnię z krytego słomą dachu szopy i wiele innych głupot jakie tylko grupie dzieciaków mogą przyjść do głowy.

Dziś z dziadka gospodarstwa został tylko ślad w postaci porośniętego chaszczami placu. Nabywca, po śmierci dziadka 33 lata temu wyburzył chałupę i zabudowania gospodarcze, ale na budowę forsy juz mu chyba nie starczyło.

Niby i tak to wszystko nie nasze, ale jakos żal. Zarosła zielskiem scenografia dziecięcych wspomnień.

Widok z „naszego” podwórka nadal pięknie sielski, kojący napięte codzienną bieganiną zmysły.

Mazowsze i Kurpie to kraina wierzb. Przepięknie prezentowały się wczoraj. Są takie bardzo polskie. Szkoda, że nie zaistniały w żadnym z symboli naszego kraju. Jedna uchowała się na pomniku Chopina w Warszawie. 

Podczas tej wycieczki niejednokrotnie zachwyciłem sie urodą pięknie odrestaurowanych niewielkich miasteczek. Jeszcze kilkanaście lat temu „straszyły” zaniedbane i szpetne, dziś urody może im pozaqzdrościć niejedno miasto wojewódzkie. Szkoda, że nie zawsze stać mnie na szastanie czasem, by tak jak tym razem w Piszu, Łomży, Troszynie, Ostrołęce, zatrzymywac się w mijanych po drodze miejscowościach. Myslę, że jest z czego byc dumnym.

No dobrze, ja tu klika, a czas płynie. Kończę więc i ruszam w dalszą podróż.

Pisz, 22.10.2006; 16:10 LT

             

piątek, 20 października 2006

              

Poszliśmy na “Karola, papieża, który pozostał człowiekiem”. Muszę przyznać, że reżyser wiernie trzymał sie tytułu i pokazał Karola Wojtyłę właśnie jako zwykłego człowieka, a nie postać na piedestale. Nie był to paradokumentalny życiorys lecz film skupiajacy sie na charakterystycznych elementach tamtego pontyfikatu. Być może kiedyś, kiedy minie wiecej czasu i nabierzemy dystansu do wydarzeń z kwietnia 2005 roku, pojawią się też filmy traktujące wnikliwiej o pojedyńczych epizodach życia tego niezwykłego człowieka.

 

Oczywiście nasze wciąż świeże, sieroce rany najsilniej reagują na zapis ostatnich chwil życia oraz pogrzeb. Tam wykorzystano zdjęcia dokumentalne. Wciąż cos ściska w gardle, a moja partnerka długo po zapaleniu swiatła doprowadzała do porządku zapłakane oczy. Moim zdaniem Adamczyk zagrał swoją postac rewelacyjnie. Musi teraz szybko przyjąć jakąś nowa rolę, by nie zostać zaszufladkowanym przez widzów na długie lata jako papież, tak jak Gajos niemal na zawsze pozostał Jankiem z „Pancernych”, a Mikulski Klossem.

Uwielbiam w mojej partnerce to, czego nigdy alo prawie nigdy nie znalazłem w poprzednim związku: wrażliwość, skromność, ciepło. Jest całkowitym zaprzeczeniem mojej Eks. Eks była silna i konkretna. Nie marnowała czasu na zajmowanie się głupotami. W życiu jak i w mieszkaniu musiał byc porządek. Lubiła mieć ostatnie słowo w niemal wszystkich sprawach. I wpoiła mi prawdę, że faceci to świnie, którzy myslą wyłącznie o seksie. Teraz stoi przy mnie kobieta, ktora jest ukojeniem po zalatanym dniu. Nie walczy jak lwica o swoje gdy pani w sklepie nie tak zapakuje towar albo źle ukroi plasterek sera. Byc może nie powinno tak być. Ja jednak cenię sobie ten spokój. I nieporządek, który nie wynika z żadnej ideologii, lecz z uświadomienia sobie, że sterylność nie jest w życiu najważniejsza. Spędziliśmy po kinie długi wieczór w spartańskich warunkach permanentnego remontu, lecz przy świecy, czerwonym winie i argentyńskiej muzyce w tle. O takich klimatach marzyłem jeszcze w kawalerskich czasach. Potem poletko marzeń zarosło chwastami i wydawało się, że zdziczeje do cna. Rozkwitło nieoczekiwanie tej jesieni. Nieoczekiwanie. Tak. To najlepszy dowód, że warto co rano wstawać z łóżka, bo życie zwykło podsuwać nam na tacy delicje w najmniej spodziewanych momentach.

Gdynia, 20.10.2006, 00:55 LT

środa, 18 października 2006

Kiełbaski w sosie leczo. Taki był mój pierwszy ciepły posiłek na nowym mieszkaniu. Pierwszy, bo wreszcie zainstalowano kuchenkę. Po czterech i pół miesiaca remontu. Ekipa rozgrzebała przez ten czas wszystko i pomimo sporego zaawansowania nic na sto procent nie skończyła. Na dodatek twierdzą, że skończyła się kasa. Moja cierpliwość tez się wyczerpała. Nie mam złudzeń, że wyegzekwuję od nich to, na co zaliczkę wpłaciłem. Za mała suma aby angażować się w procest sądowe. Wkurza mnie jednak, że jest mnóstwo niedoróbek niczym z głębokiej komuny. Oto bowiem zainstaowano mi kilka dni temu (wreszcie!) w kuchni zlewozmywak, na którym lezy karteczka z napisem: „Brak uszczelek. Nie używać”. Lodówka owszem, działa, ale pani projektantka najbliższe gniazdko zaprojektowała trzy metry od niej. Przedłużacz biegnie wzdłuż ściany przez pół pokoju. Przez kuchnię nie może, bo musiałby biec przez środek od przeciwległej ściany. W łazience zamontowano reflektorki, których nie można włączyć. Nawet pani projektantka nie wie, jak się je włącza, bo jedyny włącznik zapala swiatło ogólne. Listę możnaby ciągnąć długo.

Dobrze, że mam teraz co innego w głowie. Spacery na jesienną plażę albo wieczorne wypady do kina rekompensują mi ponurą rzeczywistość z nawiązką. Bo czymże jest taki problem wobec wszechswiata? No właśnie, czymże? Odpowiedź znalazłem w internecie pod hasłem „jacy mali jesteśmy”.

No, wcale nie tacy mali. Jak widać, bijemy na głowę wiele innych ciał niebieskich:

 

Jednak zależy do kogo równamy. Wobec takiego Jowisza albo Saturna nie bardzo jest się czym pochwalić:

A już zupełnie żałośnie, jak zresztą wszystkie planety, wypadamy wobec Słońca. To powszechnie znany fakt:

Tak samo jak i to, że Słońce także do olbrzymów nie należy. Gdzie mu tam do, na przykład, Polluxa albo Arcturusa!:

 

Tyle tylko, że Arcturus to jeszcze gorszy konus w porównaniu z Antaresem:

 

A Antares w porównaniu z Pistol Star,

 

Która to gwiazda jest pyłkiem niemalże dla największej znanej gwiazdy: VV Cefeusza.

 

Dobrnęłiśmy do końca? Nie, bo ta najwieksza znana gwiazda na poniższej ilustracji zajmuje mniej więcej 1/2500000 część piksela.

 

Oszczędzę sobie porównywania galaktyk. Na szczęście niektórzy naukowcy skłaniają sie ku tezie o ograniczoności wszechswiata. Pozwoli to uniknąć konieczności nieskończonych porównań, a poza tym, jak powiedział kiedyś Woody Allen, odkrycie ograniczoności Wszechświata to doskonała wiadomość dla tych, którzy nigdy nie pamietają, co gdzie położyli.

A teraz mozna iść spać. Do bezpiecznego łóżka w całkiem sporym budynku położonym w centrum dużego miasta.

Gdynia, 18.10.2006; 00:25 LT

00:37, searover
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3