Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 30 października 2005

Wszystkich Świętych coraz bliżej. Po przyjeździe do Szczecina i prowizorycznym odespaniu poprzednich dwóch nocy udalem się na cmentarz, żeby oczyścić i udekorować grób babci. Ludzi było mnóstwo. Z pewnością Cmentarz Centralny, bodajże trzeci pod względem wielkości w Europie, będzie najruchliwszym rejonem miasta w ciągu najbliższych dni.

Wcześniej jednak, o świcie pojechałem na dworzec autobusowy odebrać Paulinę. Fajnie nam się gadało przy wczesnym śniadaniu. Podobały mi się jej teksty, które mi zaprezentowała. Cieszę się, że złapała bakcyla pisania i, że jest w tym coraz lepsza.

Na wieczór przyzwoitość nakazała zwolnić chatę, bo młodzież zaplanowała imprezę halloweenową. Nie podoba mi się kompletnie obcy zwyczaj, sztucznie zaszczepiony na nasz grunt. O ile nie mam nic przeciwko Walentynkom (odpowiednika raczej u nas nie było) to akurat  Wszystkich Świętych jest wpisane w naszą tradycję jako czas pamięci o tych co odeszli, zadumy nad przemijaniem, wyciszenia. Jesienne mgły, opadające liście coraz krótsze dni wydają się idealnym okresem na takie właśnie przeżywanie. Zdaję sobie jednak sprawę, że każda okazja jest dobra aby spotkać się z przyjaciółmi, więc pominąłem słowo „halloween” milczeniem, a imprezę nie tylko zaakceptowałem, lecz nawet wspomogłem organizacyjnie J Najbardziej podobało mi się gdy gimnazjalistki zakasały w południe rękawy i zabrały się do sprzątania zakurzonego podczas moich długich nieobecności mieszkania. Gdy wróciłem z cmentarza lśniło czystością. Co prawda teraz, po północy, wygląda o wiele gorzej niż rano przed sprzątaniem, ale wierzę, że pobojowisko zostanie ogarnięte gdy towarzystwo zwlecze się rano z łóżek. Najpierw jednak muszą iść spać na co w najbliższym czasie się nie zanosi.

Jak już więc wyżej wspomniałem, przyzoitość nakazywała wynieść sie z domu przynajmniej na czas rozkręcania się imprezy. Mogłem więc bez pośpiechu pogrzebać wśród płyt w Empiku (przegonili mnie gdy zamykali o osiemnastej), a przede wszystkim pójść do kina, bo jakaś długa przerwa zrobił mi się ostatnio. Wybór padł na „Komornika”.

Andrzej Chyra w pierwszych scenach pokazał to, co znałem z ”Długu” i zanosiło się przez moment na kalkę tamtego filmu. Egzekucje majątku mogły przyprawiać o dreszcze. Wkrótce jednak pomyslałem, że tytułowy komornik czynił t.zw. zajęcia z nakazem sądowym. Nie miały one ani krzty humanizmu, współczucia dla ludzkich tragedii, lecz czy jakakolwiek zajmowanie majątku może być humanitarne. Nie tak dawno wspominałem o tym, że stare przedmioty posiadają duszę pisaną ich historią. Trauma kradzieży z mieszkań polega często nie tyle na stracie czysto finansowej, co okaleczeniu psychicznym związanym z utratą pamiątek. Podobnie bywa z zajęciem komorniczym. Z drugiej strony – reakcje ludzi nawiedzanych przez egzekutora również były dalekie nie tylko od przyzwoitości lecz także przestrzegania prawa. Przyczyny zadłużenia też w wielu przypadkach nie były wynikiem splotu złych okoliczności lecz świadomego łamania prawa. Bezduszny wykonawca wyroków sądowych był twardym idealistą uważającym, że prawo powinno byc przestrzegane rygorystycznie bez względu na to, kogo ono dotyczy. Z jednakowym zapałem wykańczał więc zarówno pospolitych naciągaczy i złodziejszków działających pod płaszczykiem biznesu, jak i ubogie rodziny, które wszystkie pieniądze przenaczały n.p. na leczenie ciężko chorej córki. Można się było zżymać na lodowate serce i brak ludzkich uczuć komornika, lecz czy sami nie powtarzamy na codzień, że stanowienie prawa to jedno, a egzekwowanie to drugie i z tym drugim jest w naszym kraju fatalnie? Jeśli ktoś był bezduszny to chyba raczej sąd, który rutynowym wyrokiem nie tylko pozbawiał znajdujacych się na życiowym zakręcie ludzi resztek majątku, lecz także obdzierał ich z godności.

Jak to zwykle w filmach bywa (w życu też, chociaż rzadziej), pod wpływem pewnej tragedii zły bohater ulega przemianie. Zaczyna traktować poszczególne przypadki indywidualnie, dostrzegać wymiar ludzkich tragedii. Za pieniądze pochodzące z próby przekupstwa próbuje naprawić wyrządzone krzywdy. Szybko jednak okazuje się, że wpada w pułapkę lokalnych układów „nie do ruszenia”. Oskarżony, odzyskuje wolność za poręczeniem skorumpowanej elity prowincji, stając się  ich zakładnikiem. Amerykański film w tym momencie dopiero by sie rozpoczynał, a walka jedynego sprawiedliwego przeciwko potężnym, rządzącym miasteczkiem układom stanowiłaby zasadniczą, pełną dramaturgii treść opowieści. Oczywiście zakończonej happy endem. Polska jednak to nie Ameryka i u nas happy endu jeszcze długo nie będzie. Film ma realne zakończenie i pewnie dlatego opuszcza się kino z wielkim żalem i goryczą w sercu. Nie z powodu złego scenariusza lecz otaczającej nas rzeczywistości. Dawno nie czułem takiej bezsiły wobec problemów naszej, polskiej, szarej codzienności jak przy pojawieniu się napisów końcowych „Komornika”.

Marnym pocieszeniem (ale jednak) jest fakt, że i w USA nie jest tak cukierkowo jak sugerowałoby Hollywood. Afery z nadużyciem władzy sięgają nawet Białego Domu. Tyle tylko, że póki co, tam częściej są ujawniane.

Szczecin, 30.10.2005; 01:50 LT

01:55, searover
Link Komentarze (6) »
piątek, 28 października 2005

           

Próbuję sam. „Nie pasują”, to mało powiedziane. W ogóle nie bardzo jest je do czego włożyć. Czytamy więc instrukcję:

„Pojemniki z poszczególnymi kolorami tuszu należy włożyć do głowicy drukującej. W tym celu należy wyjąć ją z papierowego opakowania dołączonego do zakupionego sprzętu...”

- Widzieliście jakies papierowe opakowanie z głowicą?

- Nie.

- Kurwa mać!!!! Zaraz się wścieknę!!!

Telefon do sklepu. Poirytowany tłumaczę, co sie stało.

- Nie, nie została żadna głowica, ale przełączę cie do działu z częściami. Może oni mają.

Referuję więc sprawę panu z działu z częściami.

- Nie, nie mamy takich głowic.

- I co teraz? Nawet jeśli zwrócę sprzęt to naraziliśccie mnie na trzykrotną jazdę taksówką tam i z powrotem.

- To twoje ryzyko. Kupiłeś sprzęt z „open box” więc mogą trafić się niespodzianki. Dostałeś za to rabat.

- Ty to nazywasz ryzykiem??? Sprzedajecie drukarkę bez głowicy drukującej i ty mówisz, że to ryzyko związane z „open box”? Pogadam z sales managerem!

Rzut oka na zegar. Dochodzi dziewiętnasta. Dzwonimy do agenta, żeby zaaranzował taksówkę. „Dodzwoniłeś się pod numer sześć zero cztery (...) Po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość”.

Przypomniał mi się „Miś” i pamietna kwestia: „Zaraz odwiozą mnie do Tworek”. Miałem ochotę walić głową o blat stołu. W najczarniejszych scenariuszach nie przewidywałem, że kupno skanera zajmie mi cały dzień. Jeszcze nic konkretnego nie zrobiłem od rana. Cały plan pracy się zawalił. Na dodatek „normalne” taksówki nie maja wstepu na teren portu. Ograniczenia wprowadzone po pamiętnych atakach 11 września. Zresztą i tak nie mamy numeru telefonu taxi.

- Może znajde jakąś wizytówkę... Savannah, Brake, Gdynia... Nie, z Vancouver nie mam.

Chwila milczenia.

- Dobra, nie ma co się zastanawiać – powiedziałem do asystentów – wy to pakujcie zaraz donieście do bramy wjazdowej do portu. A ja biegnę tam już teraz, żeby ochrona zamówiła taksówkę.

Wyszedłem. Ciemno, deszcz leje, ja bez parasola (i bez kurtki, której nie zapakowałem do walizki). Tym razem przed oczami stanął mi film „Nic śmiesznego”: „To ja tu k... na deszczu stoję! Wilki!!!...”

Asysytenci dotarli do bramy równie przemoczeni jak ja. Tekturowy karton też zdrowo nasiąkł wodą. Taksówka na szczęście przyjechała szybko. Bez problemów dojechaliśmy do sklepu.

- Chcę rozmawiać z sales managerem – zacząłem groźnie.

- Zaraz, spokojnie. A co się stało?

Po raz kolejny opowiadm co się stało i to, że już sto dolarów wydałem na dodatkowe taksówki.

- Poczekaj, daj nam kilka minut – najwyraźniej nie chcieli wołać sales managera.

Poszliśmy do działu napraw.

- Zaraz znajdziemy głowicę.

- Mówliście że nie ma.

- Ten kto rozmawiał z toba przez telefon, nie spytał mnie – rozesmiał sie technik - Zaraz wyjmę z innego modelu. Powinna pasować.

Pasowała.

- Nie wyjde stąd dopóki nie zobaczę, że skanuje, kopiuje i drukuje – zastrzegłem.

Technik spełnił moją prośbę i wróciliśmy do działu sprzedaży.

- Zapłaciłeś dodatkowo sto dolarów za taksówki? Dobrze, zwrócimy ci połowę. Pięćdziesiąt. Daj rachunek.

W ten sposób cena drukarki została obniżona po raz kolejny. Tym razem ze 191 do 141 dolarów.

- Jeszcze tylko powiedz kto cie obsługiwał.

- Imienia nie znam. Jakiś Chińczyk albo Koreańczyk.

- A, to już wiemy.

Ciekawe co mu zrobili następnego dnia?

Na statek wróciliśmy o dwudziestej pierwszej. Sprzęt po ponownym podłączeniu zadziałał. Miałem już jednak serdecznie dość kupowania. A wystarczyło po prostu nie robić tego we wtorek

W niebie nad Grenlandią 27.10.2005

22:16, searover
Link Komentarze (1) »

           

- Zawołaj inego sprzedawcę.

Zawołał. Nowy miał rysy europejskie.

- Sprzedajecie mi sprzęt bez możliwości podłączenia do sieci? To przeciez bez sensu.

- Bardzo przepraszam, alo to sprzet demo, z wystawy. Kabel gdzieś zaginął. Możesz go jednak dokupić w innym sklepie. Sprzedawca (tu wskazał na Azjatę) udzieli ci rabatu.

Kierowca taksówki po raz kolejny zerknął na zegarek.

- Dobrze – zgodziłem sie zrezygnowany.

I poszedł.

Zostałem sam, bo Azjata pobiegł za nim i zawzięcie o czymś dyskutował. Przybiegł po chwili.

- Dziesięć dolarów – zaproponował.

- Co? Ja nie wiem czy uda mi sie kupić kabel poniżej tej kwoty, a jeszcze muszę jechać taksówką do innego sklepu! – coraz bardziej się wkurzałem i zaczynałem podnosić głos – Dwadzieścia!

- Piętnaście – odparł sprzedawca.

- Dobrze. Piętnaście.

Obniżył cenę do 191 dolarów, zakleił karton i odprowadził mnie do kasy. Po chwili jechałem już do innego sklepu, w którym kupiłem kabel i przejściówkę. Kosztowały mnie osiemnaście dolarów i dwadzieścia dwa centy.

W drodze na statek zdrzemnąłem sie lekko, dzięki czemu po powrocie mogłem wreszcie odebrać służbowe e-maile. Najwyższy czas, bo straciłem na zakupy ponad trzy godziny i zrobiło się popołudnie.

Przed kolacją zaczęliśmy instalować sprzęt. Włożyliśmy wtyczkę do gniazdka, kablem USB połączylismy z komputerem. Jeszcze tylko zainstalować sterownik.

- Gdzie płyta? – zapytał asystent elektryka?

- No właśnie, gdzie?

Rozpoczyna się goraczkowe przerzucanie zawartości kartonu.

- Instrukcje jest, cartridge są... Płyty... nie ma.

- Może gdzieś między palstikowymi workami? Była przecież!

- Nie ma.

Godzina 16:45. Ciekawe do której sklep jest czynny? My mamy odpływać nazajutrz o szóstej rano. Biorę rachunek, wykręcam podany na nim numer telefonu. Łączę się z działem komputerowym.

- Płyta? Czy została? Nie, nie widzę żadnej płyty.

- Musi być! Widziałem ją jak leżała!

- Moment... Jest! Była schowana w szafce! Do Canona?

- Tak do Canona!

Automatyczna sekretarka zdążyła powiedzieć mi, że sklep jest czynny do dwudziestej pierwszej, więc nie ma strachu. Dzwonimy do agenta, żeby jeszcze raz aranżował taksówkę. Przyjeżdża po dwudziestu minutach.

Tym razem nie jest już tak miło jak rano. Wszyscy wracają z pracy i na ulicach korki. W końcu jednak dojeżdżamy.

Sprzedawca (już inny) szybko wydaje płytę i po pięciu minutach możemy jechać z powrotem. Po przyjexdzie na statek poszedłem do messy na spóźnioną kolację, a potem kontynuowalismy instalację. Sterownik wgrany.

- Te cartridge coś nie pasują – sygnalizuje w pewnym momencie asystent.

- Jak to nie pasują?

c.d.n.

22:15, searover
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 października 2005

          

Po raz kolejny w tej podróży przemierzam promem Cieśninę Georgia pomiędzy Wyspą Vancouver a stałym lądem. Tym razem w drodze na lotnisko i dalej do domu. Nie zagrzeję tam miejsca zbyt długo. Mój współpracownik musiał nagle lecieć poza rozkładem na inny statek i mi został „w spadku” ten planowany wczesniej dla niego. Wszystko więc na to wskazuje, że 2 listopada wyruszę w podróż do Szwecji. Tym razem wezmę swój samochód dzięki czemu będę mieć większą swobodę ruchów i nie będę czuć się „bezdomny”. Auto jest takim przyjaznym miejscem, w którym mieści się mnóstwo drobiazgów czyniacych podróż jeszcze bardziej przyjemną, a które w żadnym wypadku nie znalazłyby sie na liście do spakowania do walizki. No i radio, płyty, postoje według uznania – uwielbiam to.

Mgły nad Cowichan Bay dziś rano, gdy przygotowywałem się do wyjazdu.

Nie miałem wielkiego wyboru w Vancouver. Statek odpływał do Cowichan Bay w srodę z samego rana, więc porzuciwszy przesądy pojechałem we wtorek rano załatwić dwie sprawy. Byłem umówiony na prezentacje mierników gazu (stosowane do sprawdzania składu atmosfery w zamknietych zbiornikach gdy trzeba do nich wejść – często okazuje się, że n.p. nie ma tam tlenu) a potem miałem kupić skaner z kopiarką i drukarką do statkowego biura.

Pan w firmie przywitał mnie wylewnie. Rozmawiałem z nim dzień wcześniej przez telefon. Wyjął ofertę, z której wynikało, że zaoszczędzimy dużo pieniędzy kupując sprzęt przed 1 listopada. Brzmiało obiecująco.

- Mogę zobaczyć ten zestaw? – pokazałem na jeden z listy, którą mi pokazywał.

- Oczywiście.

Poszedł do magazynu. Czekałem pięć minut, czekałem dziesięć, ale sprzedawcę najwyraźniej coś wessało. Taksówkarz dyskretnie spoglądał na zegarek. Kazałem mu czekać, bo cała wizyta miała mi zająć maksymalnie dwadzieścia minut. Pan wrócił po kwadransie.

- Przykro mi, ale nie mamy tych zestawów w magazynie. Bardzo mi przykro.

- Trudno. Poproszę w taki razie o prospekt.

- Bardzo proszę.

Pan zaczął grzebać w szufladzie. Wyciągał przeróżne cudeńka, lecz prospektu nie znalazł. Zaproponował zrobienie kserokopii jedynego, który posiadał. Zrezygnowałem. Zacząłem dyskutować o akcesoriach. Nie wszystkie były nam potrzebne. Poza tym zamiast pompki na baterię, do jednorazowego zaaspirowania gazu przed wejściem, wystarczyłaby o połowę tańsza ręczna. Chciałem ją zobaczyć.

- Muszę pójść do magazynu – odpowiedział pan sprzedawca.

Nie brzmiało to dobrze i rzeczywiście dobre nie było. Pan wrócił po kwadransie.

- Przykro mi, ale nie mamy takich pompek w magazynie. Ale za to znalazłem broszurki! – zakończył zdanie usmiechemod uch do ucha i pokazał prospekty, o które prosiłem.

- Hm, trudno, ale dziękuję przynajmniej za broszurki – odpowiedziałem bez przekonania oglądając obrazki – A ile kosztuje taki zestaw? – pokazałem na zauważoną nagle w prospekcie inną konfiguracie.

- Ten? – pan zaczął szukać w swoim cenniku – Tego nie mam na liście, ale zostaw mi swój e-mail to poszukam i ci wyślę. Zostawiłem. I rzeczywiście wysłał. Odnosiłem jednak nieodparte wrażenie, ze zupełnie niepotrzebnie telepałem się taksówką przez pół miasta.

- Dealer najwyraźniej był nieprzygotowany – powiedziałem do taksówkarza gdy szlismy na parking – teraz powinno już póść szybciej. Jakiś sklep ze sprzętem komputerowym. Może „Future Shop”?

- Dobrze. Jest nawet niedaleko.

W sklepie jeszcze nie zdążyłem się dobrze rozejrzeć gdy pojawił się sprzedawca, narodowości prawdopodobnie chińskiej albo koreańskiej.

- Czy macie sprzęt „dual voltage”, żeby pracował przy napięciu 220V? – wiedziałem, że prawdopodobnie nie mają, lecz nie zaszkodzi zapytać.

- Nie, nie mamy – odpowiedział sprzedawca

Dla pewności zajrzałem na tabliczkę z tyłu pewnego Canona.

Trafiony! Pracuje w zakresie 100-240 V! W dodatku cena jak na kombajn przystępna: 229.99 dolarów kanadyjskich.

- Biorę ten – powiedziałem zadowolony.

Pan spojrzał na kopiarkę, a potem na półkę poniżej. Ziała pustką.

- Przykro mi, ale w sprzedaży mamy tylko to co stoi zapakowane fabrycznie poniżej. Ten model jest juz wyprzedany.

Rzeczywiście, pod wszystkimi modelami stały góry kartonów, tylko pod moim nie było nic. Zacząłem oglądać tabliczki znamionowe pozostałych kopiarek. Żadna, oprócz jeszcze jednego Canona nie pracowała na 220V. Tamten drugi Canon kosztował jednak 400 dolarów. Wtedy przyszła mi do głowy pewna mysl.

- Słuchaj, ja nie muszę mieć oryginalnie zapakowanej drukarki. Mogą wziąć tą z wystawy, ale oczywiście przecenioną.

- Ja nie mogę przecenić. Musiałbym się zapytać Sales Managera.

- To idź i zapytaj.

- Dobrze, już idę

- Dobrze, idź.

Wrócił po chwili.

- Sales Manager zgodził się obniżyć cenę do 206 dolarów.

- Dobrze. Biorę.

- Ale muszę poszukać kartonu i akcesoriów.

- Dobrze.

Kartony znajdowały się na półce bardzo wysoko pod sufitem. Aby do niej sie dostać, należało skorzystać ze specjalnego pojazdu przypominającego miniaturową wersję samochodu z wysięgnikiem, z jakich czasem monterzy dostają się do ulicznych latarni. Problem w tym, że ów pojazd chwilowo był zajęty przy innym regale i należało poczekać kilka minut, aż skończą. Poczekałem. Taksówkarz zajął się oglądaniem kamer, spoglądając od czasu do czasu na zegarek.

Kiedy pojazd przyjechał, okazało się, że oryginalnego kartonu nie ma.

- Nie szkodzi, może być zwykły, jakikolwiek inny. – odrzekłem.

Pan się ucieszył i po chwili przyniósł garść akcesoriów.

- Płyta CD jest, instrukcja obsługi jest, cartridge są... Chciałbym jeszcze dokupić zapasowe cartridge.

- Dobrze. – Pan pogrzebał coś w swoim komputerze, popatrzył na półkę i odrzekł, że nie ma.

- Jak to nie ma?

- Takich nie ma. Trzeba zapytać w innym sklepie.

Teraz się wkurzyłem. Jeździć do innego sklepu po cartridge? Wziąłem instrukcję obsługi, poszedłem między regały. Po trzech minutach wróciłem z catridgami. Były wszystkie, jakie chciałem. Pan upychał właśnie kopiarkę w nieoryginalnym kartonie po chusteczkach higienicznych (skąd taki w sklepie z elektroniką?). Zmieszał sie trochę, ale nie za bardzo.

- A czy macie przejściówki z wtyczki amerykańskiej na europejską?

- Nie. Musisz zapytać w innym sklepie.

- Słuchaj, jeśli ten model jest dual voltage to może ma także wtyczkę europejską? Sprawdźmy.

- Nie, on nie ma żadnego kabla.

- Co?

- Nie ma kabla. Kabel zginął.

c.d.n.

Georgia Strait, 27.10.2005, 12:15 LT

23:20, searover
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 października 2005

 

Niedaleko kei, przy której stoimy znajduje się barak, w którym znaleźli sobie siedzibę morscy misjonarze. Pisałem już chyba kiedyś o tym jak zrzeszeni w rozmaitych organizacjach staraja się zawsze być blisko przebywających w portach marynarzy, umożliwiając im telefoniczny (a ostatnio coraz częściej e-mailowy) kontakt z rodzinami, drobne zakupy, rozrywke w postaci gier, lektury, filmów. Dbają o to, by pozostawieni samym sobie faceci nie padli łatwym łupem rozmaitych night-clubów czy drink-barów. Często, szczególnie w nowoczesnych, położonych daleko od miast portach, podczas krótkich, kilkugodzinnych postojów stanowia jedyny kontakt ze światem zewnętrznym (jeżeli nie liczyć dokerów).

Dziś po kolacji wybrałem się tam na parę minut, żeby sprawdzić skrzynkę e-mailową i poczytać w internecie o wczorajszych wyborach. W misji dyżur miało małżeństwo: Holender i Niemka z byłej NRD. Jak się później dowiedziałem oni zakładali tę misję w Vancouver dwadzieścia cztery lata temu.

Zaczęło się od zwykłej, kurtuazyjnej rozmowy. Opowiadałem z jakiego kraju jestem, co robię, oni na to, że dziś dużo się mówi u nich o Polsce w związku z wyborem nowego prezydenta. Potem oni zaczęli opowiadać o sobie skąd są i, że przyjechali tu prawie ćwierć wieku temu. I o tym, że zakładali misjonarską organizację „Lighthouse Harbour Ministeries”. Ja im na to, ze znam podobną: „Maritime Christian Ministries”, z Anglii.

- Z Anglii? Mieszkałem jedenaście lat w Wielkiej Brytanii.

- Znam pastora z Liverpool – kontynuowałem

- Z Liverpool? Czy to może Stan... (tu padło nazwisko)?

- Tak! Jego znam!

- Maria! On zna Stana i Irenę!!! – wykrzyknął do żony Teus.

Niesamowite, jak mały jest ten świat.

Oczywiście nie mogło już byc mowy o dłuższym surfowaniu. Usiedliśmy przy kawie i ciastkach (skąd wiedzieli, że właśnie tego mi było trzeba?) i zaczęła się długa rozmowa. Holender opowiadał mi o swoim życiu. O tym jak wychowany w tradyjnej, chrzescijańskiej rodzinie nie wierzył w Boga, aż pewnego dnia już niemal pełnoletni poczuł potrzebę zgłebiania Pisma. Powiedział rodzicom, że się nawrócił.

- Jak mogłeś się nawrócić skoro przez cały czas byłeś chrzescijaninem? Byłeś ochrzczony... – tłumaczyli rodzice.

-  Byłem, ale nie wierzyłem. Teraz wierzę.

Potraktowali to jako fanaberie wieku dojrzewnia, ale na wszelki wypadek odesłali do pastora. Pastor jednak argumentował tak samo jak rodzice, a młodemu chłopakowi nie wypadało się spierać. Ponieważ jednak czytał coraz więcej i na dodatek zaczął publicznie dyskutować o sprawach wiary, nie spodobało sie to ani rodzicom ani pastorowi, który, gdy nie pomogły ani prośby ani groźby... wykreslił chłopaka z listy parafian. Ten zaś nie przejął się tym i studiował Pismo dalej.

- Już Jezus powiedział, ze najtrudniej jest byc prorokiem we własnym kraju. - skomentowałem

W końcu rodzice ulegli i wysłali go do dwuletniej szkoły, gdzie mógł pogłębiać wiedzę prowadzony przez duchownych.

Później była opowieść o poznaniu Marii, która niedługo wcześniej opuściła z ciężko chorym ojcem NRD. O ich małżeństwie, o wyjeździe do Kanady, o dzieciach. Rozmawialismy też o religii, ale w bardzo osobistych aspektach. Podarował mi Nowy Testament z dedykacją, a na koniec zapytał

- Myslisz, że będziesz zbawiony?

Zamurowało mnie.

- Zbawiony? Gdybym chciał tak uważać, popełniłbym grzech pychy.

- Dlaczego?

- To chyba oczywiste.

- Zbawienie nie jest przecież efektem zwykłego położenia na szali dobrych i złych uczynków. To dar Boga, Jezusa, który wziął na siebie grzechy moje i twoje. Ja wierzę, że będę zbawiony nie przez swoje uczynki, bo przecież mimo wysiłków grzeszę, lecz przez odkupienie moich win przez Chrystusa. On zsyła nam dar, a nam wystarczy go jedynie zaakceptować.

- Jeżeli jest tak łatwo jak mówisz, to mielibyśmy samych zbawionych, którzy akceptowaliby ten dar, lecz używali życia w sposób daleki od Dekalogu.

- Nie, bo jeżeli na prawdę przyjmujesz Chrystusa i jego dar, to przestaje cię pociągać ciemna strona ziemskiego życia.

Trudno odmówić mu logiki, ale czy przekonał mnie w stu procentach? Co wobec tego z Sądem Ostatecznym? Odpowiedział natychmiast o złoczyńcach umierających na krzyżach obok Jezusa, z których jeden jeszcze tego samego dnia miał ze Zbawicielem trafic do Raju.

Czas mnie gonił, bariera jezykowa stawała się coraz bardziej dokuczliwa by swobodnie rozmawiać o niuansach, a poza tym Teus był zdecydowanie lepiej przygotowany teoretycznie.  Nieważne jednak. Bez względu na wynik tej rozmowy był to bardzo interesujący wieczór.

- Odwiozę cię na statek – zaproponował, gdy zbierałem sie do wyjścia.

Droga była jednak zbyt krótka, by kontynuować poprzednią dyskusję. Pożegnaliśmy się serdecznie.

- Masz mój e-mail. Napisz kilka słów i odwiedź nas gdy będziesz w Vancouver.

Vancouver, 24.10.2005, 22:15 LT

07:34, searover
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5