Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 30 września 2012

Jeszcze nie zdążyłem dobrze ochłonąć po powrocie z Bukaresztu, a już wykroiła się nowa podróż. Wymieniłem tylko rzeczy w walizce a dziś o świcie pojawiłem się na gdańskim lotnisku. Tym razem lot do Mexico City. Służbowo, więc bez turystycznych fajerwerków, ale kierunek egzotyczny. Przez szybę terminalu zrobiłem zdjęcie samolotu, którym miałem pokonać pierwszy odcinek trasy.

 

Na lotnisku rozczarowaniem była wizyta w lounge. Po wielu latach korzystania nagle okazało się, że moja srebrna karta Miles and More nic tu nie znaczy.

- Od 1 września na loty Lufthansy wpuszczamy tylko posiadaczy złotej karty, a od 1 października ta sama zasada dotyczyć będzie podróży Lotem – poinformowała mnie pani w saloniku dla uprzywilejowanych pasażerów.

- Ta jaki sens ma posiadanie srebrnej karty? Jedną z głównych zalet była możliwość oczekiwania na lot  w dość komfortowych warunkach.

- Karta nadal jest akceptowana w salonikach prowadzonych bezpośrednio przez linie lotnicze. My jednak, jak większość lounges w Polsce jesteśmy „kontraktowi” i linie lotnicze wypowiedziały nam współpracę na dotychczasowych warunkach.

No cóż, trzeba będzie zrezygnować z wizyt w salonikach w Polsce. W Monachium, w firmowanych przez Lufthansę miejscach, srebrna karta nadal jest akceptowana, co potwierdzam pisząc te słowa w saloniku z bezpłatnym internetem, drinkami i przekąskami.

Pora jednak się zbierać. Następny przystanek – Nowy Jork.

Monachium; 30.09.2012; 10:05 LT

sobota, 29 września 2012

Zakładam trzy dni jazdy w każdą stronę, oraz jeden dzień w Bukareszcie. Biorąc pod uwagę, że to wyjazd na jeden koncert – całkiem spore wyzwanie, jak nie przymierzając pielgrzymka do Częstochowy. Kilkanaście minut po dziewiątej ruszam na trasę. Po drodze w miescie tankuję jeszcze bak paliwa do pełna i można jechać. Piękna, słoneczna pogoda. Szybko przemierzam obwodnicę Trójmiasta i wkrótce jestem już na autostradzie A1. Ruch niewielki, więc jedzie się bardzo przyjemnie.

Szybka kawa w Mc  Donald’sie i już niedługo obwodnica Torunia. Tam kończy się dobre. Jeszcze niedawno plany nawet po weryfikacji były takie, że autostradą do Łodzi miało się dojechać już jesienią. Niestety, wypowiedzenie umowy dotychczasowym wykonawcom i rozpisanie kolejnego przetargu sprawi, że prawdopodobnie ten odcinek zostanie oddany do uzytku dopiero w 2014 roku. Za Toruniem zaczyna się więc byle jaka, połatana stara „jedynka”. Można obserwować zastój prac za całkiem zaawansowanych odcinkach budowy nowej drogi. Ruch się wzmaga, więc prędkość maleje. Posuwam się cierpliwie pośród tirów w kierunku Łodzi. W końcu pojawiają się tramwaje. To najdłuższa w polsce linia tramwajowa biegnaca z Łodzi do Ozorkowa. Około czterdzieści kilometrów.

Jeżdżą po nie stare składy, bo też i same tory nie są chyba w najlepszym stanie. Aż się prosi o remont i puszczenie tą trasą szybkich, nowoczesnych składów, bo sam idea takiej linii wydaje się trafiona w dziesiątkę.

W końcu Zgierz i Łódź. To straszne, że tak wielkie miasto do tej pory nie doczekało się obwodnicy. Sprawę załatwi pewnie wkrótce autostrada i węzeł dwóch przecinających się bardzo ważnych szlaków: A1 i A2. To sprawi, że Łódź będzie chyba najlepiej skomunikowanym z resztą kraju miastem w Polsce. Póki co przejazd z północy na południe lub odwrotnie to droga przez mękę: konieczność wjazdu do miasta, czekania na światłach na dziesiątkach skrzyżowań. I ten czas, czas, czas! Zatrzymuję się w kolejnym Mc Donald’sie. Kawa, parę odpowiedzi na służbowe e-maile korzystając z darmowego wi-fi i jadę dalej. W Krakowie mam spotkac się z Pauliną i Tomkiem, którzy dzień wcześniej wylądowali w Pradze wracając z Indii i po odpoczynku w Jeleniej Górze, jadą pod Wawel. Stamtąd po naszym spotkaniu Tomek wróci pociągiem do Gdyni spakować się na wyjazd do Londynu, a Paulina dosiądzie się i dalszą drogę będziemy kontynuować już razem.

Tymczasem na ostatniej prostej wyjazdu z Łodzi ogromny korek. Budowa węzła trasy S8, zwężenie jezdni do jednego pasa i w efelkcie straciłem tam niemal godzinę. Uff, dalej powinno być już tylko lepiej. Znów zaczyna się dwujezdniowa droga. Najpierw autostrada, a potem dawna „Gierkówka”. Przyspieszam. Po prawej kominy elektrowni Bełchatów oraz hałdy ziemi wydobytej podczas odkrywania zalegających niżej złóż węgla brunatnego. Usypywanie 1350 milionów m³ ziemi trwało od 1977 do 1993 roku. W efekcie powstała sztuczna góra o wysokości 386 m.n.p.m. (około 180 metrów ponad oryginalny poziom gruntu). Dziś znajduje się na niej wyciąg krzesełkowy oraz stoki narciarskie i trasy rowerowe. Na samym szczycie Góry Kamieńskiej (taką otrzymała nazwę) znajduje się elektrownia wiatrowa.

Częstochowa i kolejny korek ziwązany z robotami drogowymi. Tym razem pół godziny straty.

Wjeżdżam na Śląsk i w końcu docieram do skrzyżowania z autostradą A4. Słońce zachodzi.

Na szczęście Kraków coraz bliżej.

Jestem już zmęczony po sześciuset kilometrach jazdy, więc dwugodzinny postój w Krakowie dobrze mi zrobi. Paulina i Tomek w letnich ciuchach, a tu pierwszy dzień prawdziwie jesiennego ochłodzenia. Ponoć na Podhalu tej nocy tempetratura ma spaść w pobliże zera. Żadne spacery, siedzimy w pizzerii, a kiedy mija dwudziesta pierwsza, pora ruszać w dalszą drogę. Żegnamy się. Z Tomkiem zobaczymy się najwcześniej za kilka miesięcy. Oby mu się wiodło na londyńskiej uczelni. Z Pauliną ruszamy dalej. Podkręcam ogrzewanie i daję jej swój sweter. Obserwuję na wyświetlaczu jak temperatura stopniowo spada. W końcu dochodzi do +2°C. Dobrze, że nie musimy stać gdzieś na przystanku autobusowym.

W tle gra radiowa „Trójka”, ale my jesteśmy pochłonięci rozmową. Paulina opowiada przygody z ich podróży po Indiach. Mijamy granicę. Do miejscowości Ždiar, gdzie mamy zrezerwowany nocleg dojeżdżamy już po północy. Ciemno, wszystko pozamykane. Musimy dzwonić do właściciela hotelu, by nam otworzył, ale już wkrótce jesteśmy w ciepłym pokoju.

Rano budzi nas widok ośnieżonych, tatrzańskich szczytów. Jak się po otwarciu oczu zobaczy przez okno coś takiego, od razu chce się wstawać. 

Sopot; 29.09.2012; 15:00 LT

poniedziałek, 24 września 2012

Parkujemy przed hotelem. Jest punktualnie dziewiętnasta. Licznik wskazuje 1765 km. Jak na tak dużą odległość dojechalismy idealnie. Do koncertu pozostała godzina. Teraz pozostało tylko zameldować się, odebrac bilety z recepcji i ruszyć na Piata Constitutiei.

A wszystko zaczęło się jakieś siedem lat temu, kiedy na urodziny wręczyłem Paulinie książkę z wierszami kanadyjskiego poety. Tak ją urzekł, że dziś wie o nim niemal wszystko. Nie mogła obejrzeć jego koncertów w Polsce w ubieglych latach, więc logiczne było iż tegorocznej, promującej nową płytę trasy „Old Ideas Tour” opuścić nie możemy. Tyle tylko, że trasa nasz kraj omijała. Co prawda artysta śpiewał blisko, bo i w Kopenhadze, i w Goeteborgu, i w Berlinie, lecz akurat w tym czasie Paulina z Tomkiem przemierzali szlaki w Indiach.

Ja tymczasem szukałem możliwości obejrzenia koncertu gdzieś na południu Europy. Lizbona oraz Istambuł daleko. Barcelona i Madryt także. W Weronie bilety wyprzedane. Pozostał Bukareszt. Samolot nie był tani, więc postawiłem na samochód. Nigdy nie byłem w Rumunii, a na Węgrzech tylko raz i to na chwilę, przy samej granicy ze Słowacją, więc byłaby okazja zobaczyć coś ciekawego.

 

Ruszyłem z Gdańska, a Paulina dołączyła do mnie w Krakowie, niemal prosto z samolotu z Indii. Po trzech dniach jazdy zatrzymaliśmy się przed hotelem w Bukareszcie.

Kiedy o 19:50 doatrliśmy pod bramki, ochrona stwierdziła, że nie wpuści mnie do środka z aparatem forograficznym. Nie było rady, musiałem go gdzieś zostawić. Wracać do hotelu? Akurat ktoś, kto przyjechał na konert, zwalniał taksówkę. Łapię ją, jedziemy do hotelu, zostawiam aparat i wracamy pod bramki. Cały kurs kosztował w przeliczeniu na nasze około 5,50 zł. Kiedy mijam bramki, artysta wykonuje właśnie „Dance me to the end of love”, żeby rozruszać publiczność. Przeciskamy się z Pauliną do naszych miejsc.

Leonard Cohen młodość zostawił dawno za sobą, ale jak na 78-letniego artystę (obchodził urodziny dzień przed koncertem) na scenie radzi sobie świetnie. Śpiewa stare doskonale wszystkim znane utwory wzbudzając tym nieustannie entuzjazm zgromadzonej na placu kilkutysięcznej widowni. Przeplata je utworami z nowej płyty. Te jeszcze się nie osłuchały, ale brzmią dobrze. Kiedy po półtorej godziny zaczyna przedstawiać towarzyszących mu muzyków i chórki (jak on to robi! Niejeden showman mógłby uczyć się od niego skromności oraz dobrych manier), jestem przekonany, że dojechaliśmy do końca. A tymczasem artysta oświadcza, że... po przerwie nastąpi druga część koncertu! Trzy i pół godziny! Tyle trwał. Od 20:00 do 23:30 z okolo dwudziestominutową przerwą. Byłem lekko zszokowany. Jak on wytrzymuje taką trasę? Wytrzymał świetnie i zaprezentował chyba wszystko co ma najpiękniejszego w repertuarze, nie śpiesząc się, kawałek po kawałku.

Pozbawiony aparatu, próbowałem uwiecznić cokolwiek telefonem komórkowym.

 

Artysta bisował trzykrotnie przy owacji na stojąco. Pewnie nie było ani jednej osoby, która nie mogłaby odnieść do siebie chociaż pojedyńczych jego tekstów. Ale też mało który facet potrafi pisać o najprostszych sprawach, o miłosci tak pieknie jak Cohen. Warto było jechać trzy dni by zobaczyć go na żywo.

W niedzielę był odpoczynek i zwiedzanie Bukaresztu, a jutro rano ruszamy w drogę powrotną. O tym jednak co widzieliśmy na trasie opowiem już w następnych wpisach.

Bukareszt; 24.09.2012; 01:40 LT

sobota, 15 września 2012

Po dość późnym obiedzie pozostało nam przejść kilkadziesiąt metrów w kierunku gdzie na maszcie łopotała turecka flaga. Restauracja, w której jedliśmy znajdowała się niemal na końcu greckiej części ulicy Ledra. Po chwili byliśmy już przy posterunkach granicznych zlokalizowanych na tej właśnie ulicy.

Nikozja 09

Jeśli czytelniku owo miejsce przywodzi Ci na myśl osławiony Checkpoint Charlie w Berlinie, zwróć uwagę, że mur dzielił Berlin przez nieco ponad 28 lat, podczas gdy podział Nikozji trwa już o dekadę dłużej i nic nie zapowiada, by niesławny jubileusz czterdziestolecia separacji w 2014 roku miał się nie ziścić.

Politycznymi komplikacjami nowożytnej historii wyspy możnaby obdzielić kilka krajów. Zamieszkana głównie przez Greków i Turków przez ponad trzysta lat stanowiła część Imperium Ottomańskiego aż do 1878 r. Wtedy to  przeszła pod kontrolę Wielkiej Brytanii. Pomimo to jednak sułtan turecki pozostawał formalnym władcą. Kiedy jednak po wybuchu I Wojny Światowej Turcja i Anglia znalazły się w przeciwnych obozach, Cypr został anektowany przez Koronę Brytyjską. Taki stan przetrwał aż do zakończenia II Wojny Światowej, po której zaczął tworzyć się nowy porządek, a coraz to nowe kraje uzyskiwały niepodległość. Pytanie tylko, jak niepodległy Cypr wyobrażali sobie jego mieszkańcy? Wśród greckiej części popularna była idea „enosis” czyli zjednoczenia z Grecją. Dla odmiany znaczna część tureckich polityków dopuszczała „taksim” (podział wyspy) jako optymalne rozwiązanie.

W 1950 roku, na długo przed przyznaniem niepodległości referendum przeprowadzone w greckojęzycznych parafiach wykazało, że 96% Greków Cypryjskich popiera ideę enosis. Inicjator owego referendum, arcybiskup Makarios został jeszcze w tym samym roku ogłoszony przez swoich rodaków przywódcą narodowym.

Pierwsza połowa lat 50-tych XX wieku to próby arcybiskupa Makariosa umiędzynarodowienia sprawy Cypru na forum ONZ i uzyskania poparcia tej organizacji dla przyłączenia wyspy do Grecji. Fiasko tych strań spowodowało przyzwolenie Makariosa na walkę zbrojną, którą podjęła Narodowa Organizacja Bojowników Cypryjskich (EOKA). Jawne i stanowcze próby połączenia z Grecją wywołały kontrreakcję Turcji co wzmogło napięcie między obydwiema nacjami. W 1955 roku Anglicy deportowali arcybiskupa Makariosa na Seszele, chcąc w ten sposób uciszyć niewygodnego przeciwnika. Już rok później doszło do kryzysu sueskiego. Zaangażowana w interwencję zbrojną przeciwko Egiptowi Anglia potrzebowała Cypru jako miejsca na bazy oraz źródła zaopatrzenia. Grecja jednak sprzyjała Egiptowi, co sprawiło, że zacieśniły się stosunki angielsko – tureckie i pojawiła się przychylność Anglików dla idei taksim.

Priorytetem jednak było utrzymanie jedności wyspy i temu były poświęcone negocjacje niepodległościowe prowadzone przez trzy strony: Grecję, Turcję i Wielką Brytanię. W 1959 roku uzgodniono ostatecznie podstawy ustrojowe. Prezydent republiki miał być wybierany spośród greckiej społeczności, a wiceprezydent – tureckiej. 70% miejsc w parlamencie miało przypadać Grekom Cypryjskim, a 30% Cypryjskim Turkom. Wreszcie 16 sierpnia 1960 roku proklamowano niepodległość Republiki Cypru, a jej prezydentem został uwolniony w 1957 roku arcybiskup Makarios. Kiedy w 1963 roku prezydent zaproponował zmiany w konstytucji, Turcy odebrali to jako kroku enosis. Na wyspie wybuchły walki pomiędzy zwaśnionymi narodami, które kosztowały życie kilkuset osób. Interweniowała ONZ, ustanawiając rozjemcze, międzynarodowe siły zbrojne UNFICYP do ochrony kruchej równowagi. Tym niemniej w 1964 roku arcybiskup Makarios wypowiedział traktat o sojuszu pomiędzy Cyprem, Grecją oraz Turcją i zażądał opuszczenia wyspy przez oddziały tureckie. ONZ znów wszczęła negocjacje, które jednak przez kolejne lata nie przynosiły przełomu. Po kryzysie roku 1964, przyszedł bliźniaczy w 1967, a następnie w 1974. W Grecji rządziła już wtedy junta t.zw. czarnych pułkowników. Ich współpraca z Makariosem układała się źle, więc postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i aby przeprowadzić enosis powołali bliźniaczą oragnizację zbrojną EOKA-B. 15 lipca 1974 roku przeprowadzają zamach stanu, w wyniku którego prezydentem zostaje członek EOKA-B, zwolennik enosis, Nicos Sampson. W odpowiedzi 20 lipca następuje inwazja na wyspę wojsk tureckich w celu „ochrony Turków Cypryjskich”. 22 lipca udaje się wynegocjować zawieszenie broni, a dzień później Sampson podaje się do dymysji. Kiedy w Genewie toczą się rozmowy pokojowe z udziałem Grecji, Turcji i Wielkiej Brytanii, wojska tureckie nieoczekiwanie wznawiają ofensywę i w ciągu trzech dni opanowują 37% powierzchni wyspy. Taksim stało się faktem. 13 lutego 1975 zostaje ogłoszone powstanie autonomicznego Federalnego Państwa Tureckiego Cypru. ONZ ustanawia strefę buforową, której bronią wojska UNFICYP.

Lata kolejnych negocjacji nie przynoszą przełomu, a wręcz przeciwnie. 15 listopada 1983 roku proklamowane zostaje już nie autonomiczne, lecz całkowicie niepodległe państwo: Turecka Republika Cypru Północnego. Zostało ono natychmiast uznane przez Turcję i na tym się skończyło. Żaden inny kraj nie uznał niepodległości Cypru Północnego.

Kiedy w 1990 roku Cypr rozpoczął starania o przyjęcie do Unii Europejskiej, wydawało się, że to dobry moment na ponowne zjednoczenie. Znów rozpoczęło się pasmo negocjacji. Ich przełomowym momentem był t.zw. Plan Annana. Sekretarz genneralny ONZ, Kofi Annan przedstawił w grudniu 2002 roku kolejne rozwiązania dla przyszłego, wspólnego państwa. Napotykając opór prezydenta Cypru Północnego, zaproponował referendum po każdej ze stron , aby mogli się wypowiedzieć zwykli obywatele. Propozycja została przez stronę turecką odrzucona, wobec czego 16 kwietnia 2003 roku Cypr podpisał traktat o akcesji do UE z dniem 1 maja 2004 niezależnie od tego, czy uda się wynegocjować zjednoczenie wyspy, czy też nie. Do referendum ostatniej szansy doszło 24 kwietnia 2004 roku na tydzień przed wejściem Cypru do UE. Poddano pod głosowanie kolejną, piątą już wersję Planu Annana. Ku zaskoczeniu wszystkich plan odrzuciło 76% Greków Cypryjskich, podczas gdy 65% Turków Cypryjskich było za. Do zjednoczenia nie doszło i tydzień po referendum Cypr przystąpił do UE bez części tureckiej.

3 kwietnia 2008 roku na podstawie porozumienia między władzami obu części wyspy otwarto przejście graniczne na ulicy Ledra umożliwiając po wielu latach ponowne, łatwiejsze kontakty pomiędzy rozdzielonymi społecznosciami.

Właśnie teraz mieliśmy przekroczyć owo przejście. Pomiędzy posterunkami greckimi, a tureckimi ropzościera się buforowa strefa niczyja. W  niej można spotkać koczujących demontrantów na rzecz ponownego zjednoczenia i wspólnej, pokojowej egzystencji obu narodów.

Nikozja 10

Tureccy funkcjonariusze straży granicznej wystawiają nam wizy.

Nikozja 11

Nikozja 12

Przechodzimy. Stare miasto, to wewnątrz murów biegnących idealnie po okręgu ( z jedenastu bram doń wiodących pięć jest po stronie greckiej, pięć po tureckiej, a jedna w strefie buforowej) jest jakby bardziej uśpione. Blisko przejścia granicznego tętni życiem. Tam weszliśmy do cukierni, by spróbować tureckich słodyczy. Im dalej jednak od głównej ulicy, tym ciszej. Wygląda tak jakby wieczorna aktywność przełożyła się również na stan budynków. Czas jakby się tam zatrzymał. Za to przyłożono się do flagi, która ułożona ze świateł na odległym zboczu przypomina, do kogo należy ta ziemia.

Nikozja 13

Nagle wśród ciszy opustoszałych uliczek, gdzieś nad dachami zaczyna płynąć zawodzenie muezina.

Nikozja 14

Wkrótce odnajdujemy jego źródło. To meczet Selimiye Camii.

Nikozja 15

Kolejne miejsce gdzie pragmatyzm wziął górę i na potrzeby światyni zaadopotowano gotycki kościół, usuwając jedynie niewskazane zdobienia.

Trochę dalej napotykamy samochód wojsk ONZ. Żywy dowód, że UNFICYP wciąż pilnuje strefy buforowej.

Nikozja 16

Domy w pobliżu strefy wyglądają  na zupełnie opuszczone. A może to nie wina strefy lecz ogólnej kondycji tutejszego starego miasta? Wygląda trochę upiornie, ale trudno odmówić tym zaułkom swoistego uroku.

Nikozja 18

W końcu dostrzegamy zamknięte na głucho bramy zamykające biegnące dalej ulice. Konstrukcja daleka od perfekcji muru berlińskiego, lecz wcale nie mniej złowroga.

Nikozja 19

Musimy wrócić do ulicy Ledra. To nie problem. Wystarczy iść wzdłuż strefy buforowej. W końcu jest. Tym razem kontrolują nas funkcjonariusze greckiego posterunku. Kilka metrów dalej rozpoczyna się normalne życie. Setki przechodniów, otwarte sklepy oraz bary. Wieczorne zycie wydaje się dopiero rozkwitać.

Szczecin; 15.09.2012; 01:15 LT

wtorek, 11 września 2012

Już ponad pół roku minęło od naszej podróży na Cypr, a poza krótkimi zajawkami z podróży niewiele napisałem. Cóż, życie toczy się dalej i generuje kolejne notki, a do raz pozostawionych tematów wracać coraz trudniej. Ponieważ jednak jesień zapowiada się ciekawie i znów będzie o czym pisać, postaram się wrócić w kilku najbliższych notkach do naszej walentynkowej podróży na Wyspę Afrodyty, by zamknąć tamtą podróż.

Do Nikozji położonej mniej więcej w centrum wyspy dotarliśmy bez problemu.

Hotel jednak znaleźliśmy z pewnym trudem. Nie wydrukowałem bowiem zawczasu mapki, lecz jedynie adres. Później okaząło się, że stolica Cypru stanowi konglomerat odrębnych jednostek municyplanych i ta sama nazwa ulicy w obrębie wielkiej Nikozji powtarza się kilkarotnie. Słowo „wielkiej” jest tu oczywiście mocno na wyrost. Wliczając bowiem obie części podzielonego miasta, liczy ono około trzysta pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców – niewiele jak na światowe standardy dotyczące stolic. Ponieważ na dodatek nie mieliśmy planu miasta (to nie od uwierzenia, ale na regałach dużych polskich księgarni można było znaleźć mapy tak odległych krajów jak Chiny czy Meksyk, a jakiejkolwiek mapy Cypru nie sposób znaleźć), błąkaliśmy się po uliczkach korzystając z GPS w tlefonie komórkowym, kiedy akurat znaleźliśmy się w obrębie darmowego wi-fi. Podczas takiego błądzenia wjechaliśmy w pewnym momencie na ulicę, która kończyła się zaporą z opon i jakimś na pozór opuszczonym posterunkiem. Znak „stop” i groźnie wyglądające napisy zakazywały dalszej jazdy. Do tego fragmentu ulicy nie docierało już światło ulicznych latarni. Staliśmy więc pogrążeni w ciemnościach, w zupełnej ciszy kompetnie sami bowiem wokół nie było żywej duszy. W takich nieco upiornych okolicznościach po raz pierwszy dane nam było doświadczyć podziału wyspy i miasta, o czym jednak szerzej napiszę później.

Odnaleźliśmy w końcu hotel i nazajutrz po śniadaniu ruszylismy na zwiedzanie.

Centrum Nikozji nie sprawia wrażenia metropolii. Wręcz przeciwnie. Starówka przypomina niewielkie, śródziemnomorskie, albo kolonialne miasteczka.

Nikozja 01

Wąskie uliczki i parterowe lub co najwyżej jednopiętrowe budynki z oknami zasłoniętymi charakterystycznymi, drewnianymi okiennicami tworzą specyficzny klimat znany mi z fotografii starej Hawany. Może dlatego, że znaczna część tych budynków podobnie jak i na Kubie lata świetności ma już za sobą. A jednak taki vintage style ma szczególny urok. Czy te niebieskie drzwi na poniższym zdjęciu wygladałyby ciekawiej, gdyby je wyczyszczono i pomalowano świeżą farbą?

Nikozja 02

Oczywiście nie jest to argument za tym, aby wiekowe budowle pozostawić samym sobie i przyglądać się, jak ładnie niszczeją. Rząd Cypru i władze Nikozji wprowadziły w życie specjalny program mający ratować zabytki. W niektórych domach pozostały przed generanym remontem jedynie mury oraz oryginalne drzwi.

Nikozja 03

Te już odnowione wyglądają czysto i schludnie.

Nikozja 21

Gdzieś jednak uleciała aura tajemniczości zastygła w patynie kołatek przytwierdzonych do pokrytych złuszczoną farbą desek.

Nikozja 04

Plątaniną uliczek dotarlismy do niedostępnego za wyskim płotem z kutego żelaza Pałacu Arcybiskupiego. Przed nim stoi pomnik Arcybiskupa Makariosa – pierwszego prezydenta niepodległego Cypru. Przez kraty i szyby można podziwiać wystawione na pokaz limuzyny, którymi poruszał się arcybiskup. Ciekawostka dla pasjonatów automobilizmu. Największą atrakcją (przynajmniej dla nas) okazał się niepozorny, stojący trochę na uboczu kościół Agios Ioannis.

Nikozja 05

Z zewnątrz nic szczególnego. Kiedy jednak przekoroczy się niewielkie drzwi, otwiera się inny świat. Świątynia powala na kolana przepychem zdobień, z których największe wrażenie robią chyba niezwykle kolorowe freski pokrywające szczelnie każdy kawałek muru. Fotografowanie wewnątrz jest zabronione, więc zdjęcia można obejrzeć jedynie w oficjalnych publikacjach albo przewodnikach.

Zaczęliśmy wracać i parę minut później ujrzeliśmy taką budowlę:

Nikozja 06

Te charakterystyczne łuki przyporowe... Gdyby nie palmy, możnaby pomysleć, że to jeden z gotyckich kościołów Paryża. Istotnie, to najprawdziwszy europejski gotyk. Kościół ów należał do klasztoru Augustynów istniejącego tu od XIV wieku. Tyle tylko, że po zajęciu Cypru przez Turków w 1570 roku, dowódca zwycięskich wojsk nakazął przekształcenie koscioła w meczet. Od tej pory nad świątynią rozbrzmiewa z dobudowanego minaretu zawodzenie muezina.

Nikozja 07

Meczety buduje się tak, by jedna z ich osi skierowana była ku Mekce. Ten kierunek determinuje cały układ świątyni, w której wszystko ma swoje miejsce. W zaadaptowanym na meczet kościele kierunek modlitwy należało zachowac bez względu na oryginalny przebieg murów, który oczywiście w żaden sposób z położeniem Mekki nie współgrał. Widać to chociażby po układzie dywanów – chodników rozpostartych na podłodze, by pomóc ustawić się wiernym. Nie biegną ani wzdłuż, ani w poprzek, ani nawet po przekątnej, lecz pod jakimś przypadkowym, wydawałoby się katem.

Nikozja 08

Meczet Ömeriye, bo taką nosi nazwę dawna, chrześcijańska świątynia jest udostępniony dla niewiernych. Weszliśmy z Moim Aniołem do środka. Byliśmy jedynymi osobami oprócz mężczyzny, który zajmowął się utrzymywaniem porządku w światyni. Podszedł do nas i zwrócił się do mnie, bym powiedział Aniołowi, że kobieta powinna mieć głowę nakrytą. Ciekawe, że nie powiedział tego wprost do niej, lecz do mnie. Co kultura, co religia, to inny obyczaj – cały czas się tego uczymy.

W świątyni natrafiamy na drzewo genealogiczne największych proroków. Dla muzułmanów Jezus był jednym z proroków, a nie Bogiem. Pomijając rozważania teologiczne, dla przeciętnych śmiertelników takich jak my szczególne znaczenie owego drzewa polegało na tym, że pozwalało uświadomić sobie jak niewiele wbrew pozorom dzieli trzy wielkie religie monoteistyczne. Wszystkie wywodzą swoje korzenie od Adama i Abrahama, rozdzielając się gdzieś potem. Ten sam Bóg, Jahwe, Allah. Te same korzenie, te same cele, by czynieniem dobra  zapewnić sobie przychylność Najwyższego i wieczne zbawienie. Tyle podobieństw, a tyle nienawiści, lub co najmniej nieufności, której nie udało się wyplenić przez wieki wspólnej egzystencji

Nikozja 20

Gdańsk; 11.09.2012; 00:45 LT

 
1 , 2