Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
czwartek, 29 września 2011

Sto kilkadziesiąt kilometrów na północny zachód od Manili znajduje się miejscowość Subic. Tam firma Wärtsilä założyła jeden z rozsianych po swiecie swoich ośrodków treningowych. Ten szkoli m.in. kadetów, czyli przyszłych oficerów i to on był celem naszej wyprawy.

Pierwotnie mieliśmy jechać tam już pierwszego dnia, lecz szef ośrodka zadzwonił z informacją, że droga do nich po tajfunie jest nieprzejezdna. Tarasują ją zwalone ogromne drzewa, które najpierw trzeba usunąć. Poza tym nie mają prądu, a w związku z tym prawie nic nie działa. Nawet wody nie mają, bo nie pracują pompy. W tej sytuacji postanowiliśmy wyjazd przełożyć na czwartek.

Cawartkowa poranna prasa na pierwszych stronach donosiła o śmiertelnych ofiarach tajfunu Pedring jak go nazwali po swojemu Filipińczycy.

Manila 30

W artykule można było przeczytać, że podczas największego ataku żywiołu fale przedarły się przez falochron i zalane (oraz ewakuowane) zostały m.in. szpital, ambasada USA i pięciogwiazdkowy hotel (to ten, w którym mieliśmy mieszkać). Na dodatek do wyspy zbliża się kolejny tajfun, przez Filipińczyków nazwany Quiel, który w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin wtargnie na wody terytorialne Filipin, a potem nawiedzi dokładnie te same miejsca co jego poprzednik.

Manila 31

Za rogatkami Manili większych szkód widac nie było, ale im dalej na pólnoc tym gorzej. Kiedy po jakims czasie skręciliśmy na zachód, prosto w kierunku Subic, widoczne zniszczenia były coraz dotkliwsze. Pobocza drogi usiane były licznymi gałęziami, które odpowiedzialne za to służby sprawnie usuwały z drogi. Jednakże z pniami drzew już tak łatwo nie było, a drzew połamanych jak zapałki pojawiało się coraz więcej.

Manila 32

Za którymś zakrętem zobaczyliśmy zsuniętą do rowu cysternę.

Manila 33

Ta miała i tak więcej szczęścia niż osobowe auto kilka kilometrów dalej, na które upadło potężne drzewo. Kierowca miał szczęście, bo chociaż pień i konary zgniotły niemal cały dach, to jakimś cudem kawałek nad jego głową został nietknięty. Nie wiadomo jednak, czy na sąsiednim fotelu nie siedział pasażer. Jeśli siedział to chyba nie miał wielkich szans.

Ciekawsze, że „flying foxes”, czyli „latające lisy”, jak nazywa się największe na świecie nietoperze najwyraźniej tajfunem się nie ekscytowały i dalej wisiały spokojnie głowami w dół.

manila 34

Wkrótce na drodze pojawiły się zwalone prawdziwe olbrzymy. Teraz rozumiem dlaczego szef ośrodka odradzał nam wczoraj podróż tutaj. Na szczęście zdążono już użyć pił i szosę przynajmniej częściowo udąło się udrożnić.

Manila 36

Manila 37

Jechaliśmy przez dżunglę jeszcze kawałek i... spotkaliśmy siedzącą przy drodze grupę małp. Siedziały spokojnie na słupkach barierki na poboczu drogi. Ponoć często tam się pojawiają. Niczym autostopowicze błagają kierowców o zmiłowanie, tyle tylko, że nie chodzi o podwiezienie w inne miejsce lecz o coś do jedzenia.

manila 39

Na jednym ze słupków siedziała sobie małpia mama z dzieciątkiem. Jak się robi zdjęcia „w locie”, z samochodu, to zawsze nie wyjdą te najfajniejsze. Akurat autofocus złapał ostrość na tło, a nie na obiekt na pierwszym planie no i wyszło jak wyszło, a poprawić już nie zdążyłem.

Manila 40

Jeszcze kawałeczek szosą i drogowskaz skierował nas w lewo w boczną drogę biegnącą nieco w górę wzdłuż strumienia. Po chwili pojawiły się budynki ośrodka Wärtsili. O tym jednak opowiem w następnym wpisie, bo jet lag jet lagiem, a rano jednak trzeba będzie jakoś wstać.

Manila; 30.09.2011; 03:00 LT

Wygląda na to, że przyjechałem na Filipiny tuż po przejsciu tajfunu, a umknę tuż przed. Nadciąga bowiem kolejny...


Manila, 29.09.2011; 08:30 LT

 

wtorek, 27 września 2011

Ten kasztan ma już rok. Wciąż noszę go przy sobie. Mój Anioł podniósł go spontanicznie, kiedy we wrześniu ubiegłego roku szliśmy do kolejnego banku.

Kasztan

- Na szczęście!  - powiedziała i przed wejściem dała go mi.

Szczęście dopisało.  Przyznano nam kredyt, w czwartek pierwsze rzeczy osobiste wnieśliśmy do pachnącego jeszcze świeżą farbą mieszkania. Czasu niby miałem dość, specjalnie wziąłem trzy dni urlopu, żeby zebrać wszystkie swoje rzeczy z Gdyni, ale nagle okazało się, że mam lecieć do Manili. I tak oto w poniedziałek rozegrał się istny horror czasowy.  Żeby zdążyć załatwić wszystko na Filipinach musiałem wylecieć w poniedziałek po południu. Musiałem też załatwić w biurze parę spraw, które nie mogły czekać do mojego powrotu. W międzyczasie pakowałem ostatnie rzeczy do samochodu by zawieźć je do nowego mieszkania. Trzeba było też dograć sprzątanie poprzedniego mieszkania przez pewną firmę, którą to pracę należało potem odebrać i rozliczyć się. No i jeszcze pojechać na dworzec po Paulinę. Nie wiem jak ze wszystkim zdążyłem, ale tak naprawdę odetchnąłem dopiero w samolocie do Frankfurtu.

Nie zdążyłem już przenocować pod nowym adresem. Uczynię to w następny weekend.

Lot do Singapuru mimo, że blisko dwunastogodzinny przeleciał nie wiadomo kiedy. Po prostu zamknąłem oczy i obudziłem się gdy do przylotu pozostały dwie godziny i stewardessy rozpoczęły przygotowania do serwowania śniadania. Oczywiście w Singapurze tak naprawdę było już wtedy popołudnie. Trzeba było przestawić zegarki z czasu europejskiego.

Po wylądowaniu nie mieliśmy wiele czasu bo za parę minut miał rozpocząć się boarding na nasz kolejny samolot do Manili. Wystarczyło jednak by przyjrzeć się i docenić urodę lotniska Chang. Tyle zieleni w tak zatłoczonym miejscu widuje się rzadko.

Chang 01

Chang 06

Podobnie „ekologiczne” lotnisko znam tylko jedno: Vancouver. Tam również można spacerować wśród akwariów, górskich strumieni, indiańskich totemów. W Singapurze jednak było więcej roślin. Ogromne storczyki, przeróżnego rodzaju palmy tworzyły gęsto porośnięte ogrody ciągnące się wzdłuż głównego pasażu. W każdej chwili można było przysiąść nad sadzawką pełną ryb i poczytać gazetę, albo po prostu kontemplować widoki w oczekiwaniu na samolot.

Chang 03

Chang 02

Chang 04

Przez wielkie okna widać było jeszcze jumbo jet Lufthansy, którym przylecieliśmy.

Chang 05

Po kolejnych trzech godzinach lotu, wieczorem wylądowaliśmy w Manili. Lał deszcz. Przedstawicielkka hotelu, która wyszła po nas na lotnisko powiedziała, że z powodu tajfunu, który przeszedł nad miastem dzisiejszego ranka i wyrządził wiele szkód, ucierpiał również i ich budynek. Musieli przenieść gości do innych hoteli w Manili. Podobnie postąpili z nami. Trafilismy więc ostatecznie do innego miejsca niż planowaliśmy. 


Na szczęście wiatr osłabł już mocno i dokucza jedynie deszcz. Ulice są pozalewane. Spojrzałem na prognozę pogody. Wygląda na to, że padać może nawet do końca tygodnia. Słońcem więc chyba się nie nacieszę, chociaż temperatura w granicach +27°C.

Manila, 28.09.2011; 02:00 LT

sobota, 24 września 2011

Zaladunek w Wostocznym zblizal sie do konca. Spodziewalismy sie, ze do wieczora bedzie po wszystkim. Inspektor ze strony ubezpieczyciela przedstawil nam liste rekomendowanych uwag na kwitach sternika. Dotyczyly one roznych uszkodzen lub zanieczyszczen przewozonego towaru. Oczywiscie w interesie portu bylo aby tych uwag bylo jak najmniej.

Na negocjacje przyszla kobieta i to bylo pierwsze zaskoczenie. Inaczej (twardo) rozmawia sie z facetem, a inaczej z kobieta. A jeszcze gdy kobieta jest mloda, urodziwa, trzepocze rzesami, robi smutne miny to w ogole o jakichkolwiek negocjacjach nie moze byc mowy. Uff, to byla strasznie ciezka proba.

- Panie kapitanie, po co te wszystkie uwagi? Przeciez ten ladunek jest dobry. My tak sie staralismy. Reperowalismy opakowania gdy byly uszkodzone, a pan pisze tak, jakbysmy nic nie robili...- i tu ta smutna mina i strach, co na to powie jej szef jak zobaczy tyle uwag.

- Ja sie zgadzam, ze robiliscie co bylo mozna i nawet to moge poswiadczyc na pismie. Ale wszystkiego nie udalo sie naprawic i to wcale nie jest wasza wina. Ladunek szedl z Kazachstanu, przeszedl przez wiele rak. To nie wy go uszkodziliscie. Ale nie da sie ukryc, ze uszkodzenia sa.

- Ale po co tyle pisac...Panie kapitanie. Zreszta co my tak na pan. Poznajmy sie. Lena jestem. - tu Lena wyciagnela swa dlon.

- Darek - podalem jej swoja, nie powiem, ze nie zaskoczony.

- Dareku, po co tyle pisac? Az szesc uwag! Zostawmy tylko te jedna - pokazala palcem na jakas malo znaczaca.

Rozbawila mnie jej odmiana mojego imienia. Atmosfera zrobila sie luzniejsza, ale bylem czujny, zeby nie ustapic.

- Lena, gdyby to byl moj ladunek, to bym sie zgodzil. Dogadalibysmy sie na pewno. Ale ja mam jeszcze ludzi nad soba, ktorzy sporo placili inspektorom za te ekspertyze.

- Ja mam tez pryncypalow nad soba! - Lena znow zrobila sie zalosnie przestraszona.

- A to pech! Popatrz Lena, gdyby nie szefowie, juz bysmy mieli sprawe zalatwiona i czas wolny...Ale sam widzialem te uszkodzenia.

- Ale malo ich jest.

- Ale sa.

- Ale po co pisac jak malo?

- Po to, ze sa

- Nie moge sie zgodzic. Musze zadzwonic do Moskwy, ale tam dopiero szosta rano, jeszcze spia. Jak sie nie dogadamy to musimy isc do ladowni sprawdzac te uszkodzenia.

- Dobra, idziemy do ladowni!

- Ale ja mam sukienke, a na nogach szpilki. Jak ja zejde? - Lena zrobila sie jescze bardziej godna wspolczucia.

- Ja mam trampki i jeansy. Pozycze ci. Chodz, idziemy do ladowni, hi hi...

- To moze ja narazie wyjde, a wy sie dogadujcie - powiedzial agent, przysluchujacy sie jako neutralny obserwator

- Nie Andriej, zostan - rozesmiala sie Lena - Ja Dareku wszystko objasnie. Darek, ja zgadzam sie na ta druga uwage, ale ty zrezygnuj z pozostalych.

I tak w kolko Macieju przez ponad trzy godziny. Podczas nich ja schodzilem do ladowni (Lena obserwowala z gory) i pokazywalem uszkodzenia, ze sa. Lena dzwonila do Moskwy, tamci do Kazachstanu i do naszych inspektorow. I tak krok po kroczku, az w koncu udalo sie zakonczyc. Z szesciu uwag wybronilem...szesc rezygnujac tylko z jednego slowa. Zamiast "widoczne slady rdzy na ladunku" napisalem "widoczne slady rdzy" (no gdzie moga byc widoczne jescze, jesli kwity dotyczyly ladunku, ale ustapilem).

Lena pojechala przygotowywac dokumenty, a tymczasem ze mna w dyskusje w dali sie szefowie portu, ktorzy od jakiegos czasu ja wspomagali.

- Panie kapitanie, skad pan tak dobrze zna rosyjski?

- Ze szkoly. A poza tym pracowalem osiem miesiecy sam jeden wsrod Rosjan i Ukraincow.

- Ja jestem Ukrainiec - rzekl jeden z nich. Urodzilem sie w Odessie, a moj ojciec byl Polakiem.

- A ja pochodze z Magadanu - rzekl na to drugi, jakby to mialo jakies znaczenie. -To moze sie napijemy za spotkanie?

- Ale praca...- zaczalem sie bronic

- Pan kapitan mowiacy po rosyjsku! Takie spotkanie! My tez nie mozemy duzo bo Pawel kieruje, a ja potem gram w tenisa. Symbolicznie, pol literka. Ja skocze do sklepu i zaraz przyniose.

Obawialem sie, ze jest to dalszy ciag negocjacji i proba zmiekczania mnie, ale okazalo sie, ze bylo to ze szczerego serca. I nawet nie wypilismy calej flaszki wiec rzeczywiscie bylo symbolicznie.  A goscie opowiadali ciekawie o swojej podrozy do Kazachstanu zima, o tajdze w okolicach Wostocznego i o tym jak trzy lata temu z tajgi na droge wyszedl tygrys i to akurat wtedy gdy ludzie szli na przystanek kolejki elektrycznej aby dojechac do pracy.

Potem goscie sobie poszli, a ja udalem sie z chiefem mechanikiem do pobliskiej restauracji, w ktorej rzekomo serwowali befsztyk z wieloryba. Nie moglem przepuscic takiej okazji. Tym bardziej, ze zazdrosc mnie zzerala, bo chief juz kosztowal tego dzien wczesniej.

W restauracji odbywalo sie akurat jakies przyjecie, chyba urodzinowe. Panie w wieczorowych kreacjach, a panowie, nieliczni zreszta, w... dresach!!! Bylo to chyba najmocniejsze moje doswiadczenie w Wostocznym. Takiego widoku sie nie zapomina. Moze konkurowac nawet z tigrem na ulicy. Ale jakimz rozczarowaniem okazal sie wieloryb! Chief wiedzial z grubsza jak sie to wymawia po angielsku, ale najwyrazniej nie wiedzial jak sie pisze. Pomylil wieloryba (whale) z cielecina (veal). Trudno. Moze kiedy indziej i gdzie indziej. A prawde mowiac to troche mnie dziwilo to, ze mozna zamowic w restauracji mieso zwierzecia, ktore jest pod ochrona.

Na statek trzeba bylo wrocic wczesniej bo okolo osmej mial byc koniec zaladunku. Potem zrobila sie z tego 22.00, nastepnie 01.30, a ostatecznie zakonczyli o 03.05. Pol nocy spedzonej na oczekiwaniu i kontrolowanej drzemce w ubraniu. Nastepnie podpisywanie dokumentow i straszne korowody z papierami celnymi na przejazd z Wostocznego do Nachodki. Z jednej strony zatoki na druga. Niecale dwie godziny jazdy. A trzeba bylo m.in. plombowac ladownie. W koncu odcumowalismy o 07.10. Cala noc praktycznie nieprzespana.

Nachodka,  28.10.2000, Sobota

piątek, 23 września 2011

Tę podróz zaplanowaliśmy już w marcu. Najtrudniejsze było... skoordynowanie promocji. Najpierw na „Grouponie” kupiliśmy dwa noclegi w czterogwiazdkowym hotelu w Pradze tuż obok Placu Wacława. W miedzyczasie LOT ogłosił promocyjną sprzedaż biletów po Europie. Trzeba było teraz wybrać okres, kiedy bilety rzeczywiście kosztują tak tanio i kupić je na taki dzień, na który obowiązywać będzie także rezerwacja hotelu. Wyszło nam, że najlepiej będzie pasować końcówka sierpnia. Czekania od marca prawie pięć miesięcy, ale kiedy nie odlicza się dzień po dniu, czas przelatuje nie wiadomo kiedy...

I nadszedł piątek – dzień wolny od pracy, w którym grubo przed piątą rano pojawilismy się na lotnisku, by polecieć samolotem do Warszawy. Tam przesiedliśmy się na lot do Pragi i około dziewiątej wylądowaliśmy w stolicy Czech. Lotnisko Ruzyne nie jest położone w mieście jak Okęcie. Do Pragi trzeba dojechać kilkanaście kilometrów. Jest kilka opcji, a my wybraliśmy autobus nazywający się airport express albo jakoś podobnie. Jego zaletą jest, że jedzie prosto do dworca głównego (Hlavni Nadrazi) zatrzymując się po drodze chyba tylko dwa lub trzy razy, podczas gdy autobusy miejskie z lotniska docierają jedynie do końcowych stacji metra. Niestety, jest to jedyna zaleta tego autobusu. Cżęstotliwość kursowania (co pół godziny) sparwia, że jest potwornie zatłaczony juz na samym początku. Ściśnięci jak śledzie w beczce podróżowaliśmy na stojąco czterdzieści pięć minut. Kiedy czekaliśmy na ów, pożal się Boże express, z lotniska odjechało kilka autobusów miejskich. W drodze powrotnej nie popełniliśmy drugi raz tego samego błędu, lecz dojechaliśmy metrem do koncowej stacji Dejvicka skąd co dziesięć minut odjeżdżały autobusy na Ruzyne. Czasowo wyszło tyle samo, albo nawet ciut krócej, finansowo znacznie lepiej bo nie zaplaciliśmy nic dodatkowo korzystając z wykupionego wcześniej trzydniowego biletu na komunikację miejską , no i przede wszystkim było luźniej.

Dochodziła jedenasta, kiedy dotarlismy do naszego hotelu „Felix”. Doba hotelowa zaczyna się dopiero od czternastej. Chcieliśmy tylko zostawić walizki, ale sympatyczna obsługa tego hotelu od razu udostępniła nam pokój. Moglismy więc spokojnie wziąć prysznic po podróży (ważne bo tego dnia w Pradze dzień był wyjatkowo upalny), a nawey trochę się zdrzemnąć, ponieważ poprzedzającą noc mieliśmy zupełnie nieprzespaną.

Po wyjściu z hotelu najpierw koniecznie posililismy się slynnymi kiełbaskami serowanymi w kioskach na Placu Wacława. Co ja mówię: kiełbaskami. To były wielkie kiełbasy w bułce. Tradycyjne hot dogi to przy nich mikrusy.

Tego dnia w Pradze niebo było zupełnie bezchmurne, a temperatura w cieniu wynosiła +35°C. Nie jest to pogoda sprzyjająca spacerom po mieście, więc z utęsknieniem czekaliśmy na wieczorną wycieczkę statkiem po Wełtawie, która mogła przynieść ulgę. A tymczasem snuliśmy się powoli uliczkami Starego Miasta.

Praga miała to szczęście lub nieszczęście, że zajęta została przez hitlerowców bez walki. Europa w świetle jupiterów poświęciła niepodległość tego młodego kraju, rzucając go na żer III Rzeszy w złudnej nadziei, że nasyci tym szaleńca i kupi pokój. Dzięki temu jednak zabytkowa zabudowa miasta ocalała. Podobnie wyzwolenie miasta, które nastąpiło w ostatnim dniu wojny, tydzień po upadku Berlina, gdy niemiecka armia była już w kompletnej rozsypce, nie spowodowało wielkich zniszczeń. Dzięki temu w odróznieniu od n.p. Warszawy cieszy oko zachowanym starym układem miasta. To, że zachowane, to nie wszystko. Praga była bogatym miastem i to widać na każdym kroku. Każda kamienica jest pełna rozmaitych ozdób. Gdzie się nie spojrzy, tam rzeźby i malowidła. Niezależnie od epoki, w której powstawal budynek.

Praga 01

Praga 02

Praga 03

Jednym z najpiekniejszych budynków jest secesyjny Miejski Dom Reprezentacyjny (Obecni Dum). Tutaj w 1918 roku ogłoszono niepodległość Czechosłowacji i tutaj w 1989 roku miało miejsce pierwsze spotkanie komunistycznyc władz z Forum Obywatelskim Vaclava Havla, które doprowadziło do oddania władzy demokratycznie wybranym przedstawicielom narodu.

Praga 04

Upał dawał się nam we znaki, więc zanim zwiedziliśmy muzeum Alfonsa Muchy, postanowiliśmy napić się piwa w jakiejś ustronnej gospodzie. Tak trafiliśmy do restauracji „V cipu”, cokolwiek by to miało oznaczać.

Praga 08

Warzono tam piwo na miejscu, co już samo w sobie było fajne.

Praga 05

Takie zamówiliśmy.

Przy okazji obejrzałem wiszące na ścianach ciekawe pamiątki, jak na przykład rozmiate zarządzenia, aby nie rozmawiać o polityce, czy nie wprowadzać psów.

Praga 06

Praga 07

Muzeum Muchy oferuje zwiedzjącym ekspozycję co najmniej kilkudziesięciu jego dzieł. Prace tego artysty rozpoznawalne są niemal natychmiast dzięki charakterystycznej kresce oraz tematyce (kwiaty, portrety, ludowe stroje...).  Trudno mówić o secesyjnej sztuce nie wspominając tego malarza. Sławę zdobył w wieku 35 lat tworząc w 1894 roku plakat do sztuki „Gismonde”.


Plakatom pozostał wierny i była to główna dziedzina jego twórczości. Wiele z nich eksponowanych jest właśnie w owym muzeum. Szkoda tylko, że praskie muzea są tak drogie. Zobaczenie na przykład owej ekspozycji to równowartość kilkudziesięciu złotych od osoby (180 CZK = 32 PLN).

Praga 09

Praga 10

Praga 11

Po wyjsciu z muzeum poszliśmy na staromiejski rynek.

Praga 12

Tam zawsze są tłumy, ale ten przed zegarem był szczególny. Trwał w milczeniu. Myslałem, że wszyscy kontemplują urodę owego czasomierza, ale po chwili zrozumiałem. Zbliżała się pełna godzina i ten tłum turystów czekał na przedstawienie odgrywane przez mechaniczne figurki pojawiające się w specjalnym okienku.

Praga 13

Wśród wąskich uliczek często trafialiśmy na sklepy oferujące absynt. Czechy były jednym z dwóch (oprócz Wielkiej Brytanii) karjów w Europie, gdzie oparto się tujonowej histerii i nie zakazano sprzedaży tego trunku. Daremnie trudziłem się w poszukiwaniu absyntu w Paryżu pomimo, że był tam bodaj najchętniej spożywany (albo pod jego wpływem tam powstały najwieksze dziela sztuki). Francja zezwala dziś u siebie na produkcję absyntu jedynie na eksport, a Czechy są pod tym wzgledem prawdzimym El Dorado.

Praga 14

O wpół do siódmej wieczorem zaczynała się nasza wycieczka „Prague by night”. Wtedy jeszcze było całkiem widno, ale rejs statkiem miał trwac trzy godziny. Ruszyliśmy w górę rzeki w kierunku słynnego Mostu Karola. Obok nas kręciło mnóstwo innych stateczków pasażerskicg. Tak licznej białej floty mógłoby pozazdrościć Pradze niejedno morskie miasto.

Praga 15

Mieliśmy stolik na górnym pokładzie co o zmierzchu w ów upalny dzień było doskonałym miejscem do odpoczynku i zarazem podziwiania przy lampce wina do kolacji zmieniających się widoków.

Praga 17

Stateczek bez problemu mieścil się pod przęsłem czternatowiecznego mostu.

Praga 18

Oglądaliśmy panoramę starego miasta w świetle zachodzącego słońca.

Praga 19

Potem przepłynęliśmy przez śluzę i dalej w górę rzeki aż zupełnie wyplynęliśmy poza miasto. Wtedy statek zawrócił ogladaliśmy te same widoki, ale już rzeczywiście „by night”.

Praga 20

Kiedy wróciliśmy do hotelu dochodziła północ. To był długi dzień. Na szczęście w hotelu „Felix” śniadanie serwują do poludnia, więc nie musieliśmy nazajutrz zrywać się o świcie.

Gdynia; 23.09.2011; 09:50 LT

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6