Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
czwartek, 30 września 2010

Jak to zwykle przed wzięciem dnia wolnego bywa, służbowe sprawy nie cierpiące zwłoki należało zamknąć przed wyjściem z biura. Trudno jednak znaleźć takie, które zwłokę byłyby w stanie zaakceptować, więc siedziałem, siedziałem, siedziałem. Podziwiam cierpliwość mojego Anioła, ale ona tez nie miała lekko – lawina spraw nie cierpiących zwłoki jeszcze bardziej.

- Potrzebuję jeszcze piętnaście minut – powiedziała, kiedy zacząłem porządkować biurko.

- Ok, no problem.

- O której wyjeżdżasz?

- Pociąg mam o 21:45.

- No to dobrze, że spytałam – powiedziała, odkładając papiery. Było już dobrze po dwudziestej.

- Spoko, nie ten pociąg, to inny, a jak nie to samochód – odpowiedziałem spoglądając na zegarek.

Wyszliśmy parę minut potem.

Odwiozłem Anioła do domku, a kiedy przyjechałem do siebie, była już dziewiąta. Szybko przebrałem się w białą koszulę i garnitur, powiedziałem Tomkowi, że jadę do Szczecina i już mnie nie było. Po drodze uświadomiłem sobie, że nie zabrałem ładowarek ani do laptopa, a ni do telefonów. Trudno, za późno, żeby wracać.

Zostawiłem samochód przed parkingiem na dworcu, kupiłem bilet i wkrótce wysyłałem sms-a do Anioła, że zdążyłem

Wyjąłem z kilka wydrukowanych, zaległych e-maili i dokończyłem to, na co w biurze nie starczyło już czasu. Po północy jednak zmorzył mnie sen.

Kiedyś istniało nocne połaczenie kolejowe pomiędzy Gdańskiem, a  Szczecinem, lecz PKP uznało, że się nie opłaca. Teraz pociąg odjeżdża około osiemnastej (kiedy ja dopiero kończe pracę), a następny o szóstej rano. Za późno, bym zdążył na pogrzeb. Pojechałem więc z przesiadką w Poznaniu.

Około dziesiątej pojawiłem się przed bramą główną cmentarza. Klasowe towarzystwo właśnie zaczynało się schodzić. Pierwsze tematy wiadome – choroba Marioli. Ponoć bardzo długo zachowywała optymizm i pogodę ducha. Jeszcze na kilka tygodni przed śmiercią wspominała, że swoje pięćdziesiąte urodziny chciałaby spędzić w Paryżu. Dziś, w dniu swojego pogrzebu, obchodziłaby urodziny czterdzieste dziewiąte...

Całą grupą poszliśmy w kierunku kaplicy. Jak na dość liczną klasę, nie było nas dużo – raptem jedenaście osób.

- Jadzia w Kanadzie, Lilka w Rzymie, Witek w Niemczech, Marzena w Niemczech... – wyliczał Jarek i brzmaiło to trochę jak „Co się stało z naszą klasą” Kaczmarskiego. Tym niemniej trochę osób w Szczecinie jeszcze zostało i szkoda, że nie przyszli.

W kaplicy, w centralnym punkcie urna z prochami Marioli oraz jej zdjęcie obok. Organowa muzyka w połaczeniu z pięknym, pełnym smutku lecz i kojącym śpiewem solistki budowały nastrój. Dobrze, że ksiądz nie wychodził zbyt szybko. Na Cmentarzu Centralnym, gdzie pogrzeby odbywają się co pół godziny nie sposób oprzec się wrażeniu, ze to jakaś niemalże taśmowa produkcja. Dłuższa niż zwykle cisza, w której mieszały się dokładnie tyle, ile było trzeba, organy i ów solowy śpiew, pozowliły wyciszyć się i skupić. Niektore koleżanki wycierają łzy...

Liturgia odprawiana przez ksiedza oraz jego krótkie kazanie bardzo stonowane i odwołujące się do najprostszych uczuć. A potem panowie podnoszą urnę i niosa wraz z krzyżem i kwiatami do karawanu. Szczeciński cmentarz jest ogromny i nie ma czasu, żeby maszerowały kolejne procesje. Karawan ze zmarłym na czele, potem samochód z księdzem, potem autokar z gośćmi, a orszak zamykają prywatne samochody.

Wsiadamy do autobusu.

Jarek, Grzegorz i ja na ostatnich siedzeniach z tyłu.

- Jak na wykopkach – zagaja Jarek i już wiemy co ma na myśli. Słynną aferę w klasie maturalnej, kiedy podczas jazdy kierowca spostrzegł, że na tylnych siedzeniach palą papierosy. Wychowawczyni bardzo się wtedy wkurzyła, a że nikt się nie przyznawał groziła rewizją bagaży. I to dopiero byłaby masakra, ponieważ zgodnie z umową niemal każdy wiózł ze sobą butelkę wina, które miało byc spożyte podczas nocnych imprez wykopkowego tygodnia...

Zza chmur wyjrzało słońce i wróciła znów złota, polska jesień – jakby specjalnie na tę jedną godzinę.

Urna wkrótce znika przysypana ziemią, a grób pokrywa się kwiatami. Ksiądz odjechał. Pora i na nas.

Za bramą cmentarza powracają przyziemne sprawy i wygłupy w stylu, że „szlak przetarty i teraz to już pójdzie szybko”. A kiedy próbowalismy umówić się na jakieś większe spotkanie, znów ktoś dorzucił że trzeba się spieszyć, zebyśmy wszyscy zdążyli....

Na wszelki wypadek idziemy do knajpy już teraz. Rozchodzimy się około trzynastej. Potem czytam o pilnych rozmaitych analizach do przesłania na Cypr i pochałania mnie pisanie. Kończę godzinę przed odjazdem pociągu do Gdańska. Wyrusza punktualnie, o 17:38 i o dwudziestej drugiej wysiadam w Gdyni.

Gdynia, 30.09.2010; 00:30 LT

poniedziałek, 27 września 2010

Trzecia klasa liceum. Jarek zadzwonił do mnie wcześnie rano.

- Stefan, pamiętasz, że dziś jest wielkie swięto? Dorota kończy osiemnaście lat i umawiamy się, że przychodzimy wcześniej przed lekcjami, żeby jej złożyc życzenia....

To była pierwsza „osiemnastka” w naszej klasie.      

Tak mi się jakoś skojarzyło, bo dziś znów dostałem telefon od Jarka.

- Stefan, nie wiem czy już wiesz... Dzisiaj umarła Mariola.

To będzie pierwszy pogrzeb w naszej klasie.

 Mariola

Mariola, na zdjęciu z lewej strony... Nowotwór nie dał jej szans. Niech spoczywa w pokoju.

Nasza Wychowawczyni zawsze na pierwszym miejscu stawiała klasową solidarność. Tę solidarność przez małe „s”, ale najprawdziwszą. Nawet gdy część klasy poszła na wagary, to większym problemem wydawał się dla naszej Pani Profesor nie tyle sam fakt opuszczenia lekcji (który oczywiście surowo potępiła), co swego rodzaju rozłam, w wyniku którego część ludzi została na lekcjach., a część odpuściła je sobie. Nawet wycieczka do Warszawy, z której pochodzi powyższe zdjęcie mogła się odbyć pod warunkiem, że pojadą wszyscy – jeśli komuś brakowało kasy, to należało wymyślić jak temu zaradzić.

Z Mariolą do końca była (oprócz matki staruszki) tylko grupka wiernych jej przyjaciółek z klasy.  One ją pielęgnowały, robiły zakupy, wspomagały swoim towarzystwem. Aż do wczoraj.

Gdynia, 27.09.2010; 02:30 LT

niedziela, 26 września 2010

Oglądanie wystaw w muzeum wbrew pozorom nie jest prostym zadaniem. Właściwie to ma sens jedynie wtedy, gdy jest selektywne. W przeciwnym wypadku głowa i nogi błyskawicznie puchną od natłoku eksponatów, które i tak prędzej czy później układają się w pamięci w bliżej nieokresloną mozaikę. A co dopiero począć z tak ogromnym zbiorem dzieł, jakim dysponuje Luwr? Może to zabrzmi jak herezja, ale uważam, że tak doskonały adres, szkodzi samym... dziełom. W większości miast nawet najdrobniejsza spinka do włosów z Mezopotamii, fragment egipskiego posążka czy niewielka akwarela średnio znanego malarza doczekałyby się specjalnej ekspozycji będąc jednocześnie ozdobą i reklamą danego muzeum. W Luwrze dziewięćdziesiąt procent zwiedzających mija dzieła znacznej wartości nawet się przy nich nie zatrzymując, nie zdając sobie sprawy z ich wagi dla danej dziedziny sztuki. Ba! Rzuciwszy jedynie okiem na jakiś obraz, albo rzeźbę, często nie mają juz siły ani ochoty, by przeczytać opis z nazwiskiem autora oraz tytułem. Myślę, że nawet w samym Paryżu owe dzieła cieszyłyby się większym uznaniem, gdyby rozdzielono je na kilka adresów. Po prostu każda z wycieczek za punkt honoru obrałaby sobie odwiedzenie przynajmniej kilku z nich. Na Luwr natomiast przeznaczają jeden dzień (oczywiscie nie cały) i nikomu (a już najmniej samym turystom) nie przychodzi do głowy by taką wizytę podzielić chociażby na dwie części. Przecież kosztowałoby to dwa razy drożej i zajęło więcej czasu.

Z drugiej strony, co ja się czepiam? Przecież nigdzie nie jest napisane, że każdy turysta ma obowiązek zapoznać się ze zbiorem Luwru. Jeżeli juz jednak się chce, dobrze jest z góry założyć sobie plan, co się chce zobaczyć, i nie zajmowac sobie czasu całą resztą. Przecież nie wszyscy mają jednakowe zainteresowania.

Takie założenie pryjęliśmy i na przykład z góry odpuściliśmy sobie ogladanie całego poziomu podziemi, by móc skupić się na innych rzeczach i przede wszystkim wyrobic się w czasie.

Paulinę najbardziej kręci Mezopotomia i Egipt oraz sztuka średniowieczna, więc zaczęliśmy od Kodeksu Hammurabiego, przy okazji oglądając próbkę pisma klinowego.

Paryz 20

Paris 21

Jak tu jendak tak zupełnie pominąć francuską rzeźbę z XVIII i XIX wieku, który to dział znajdował się po drodze? Siła rzeczy chciało się przystanąć chociażby przy niektórych eksponatach.

Paris 22


Moją uwagę zwrócił też górny fragment kolumny z pałacu króla Dariusza. Zważywszy, ze takich kolumn było co najmniej kilkadziesiąt, całość musiała być ogromna.

Paris 23

Paris 24

Wśród eksponatów egipskich liczne posągi, sarkofagi miesząły się ze sobą. Już ich trochę widziałem w innych muzeach, więc bardziej zainteresowała mnie Księga Umarłych oraz Sfinks.

Paris 25

I tak dotarlismy do starozytnej Grecji reprezentowanej przez ogromną kolekcję rzeźb.

Paris 28

Paris 30

Tłum w jednej z sal nie pozostawiał wątpliwości: zbliżaliśmy się do Afrodyty, przechrzczonej na Wenus z Milo.

Paris 26

Paris 27

Hm, dlaczego akurat ta została wybrana wśród wielu innych? Dlaczego ona stała się ikoną greckiej rzeźby? I czy rzeczywiscie wszyscy zachwycają się urodą własnie tej jednej?

A taka, na przykład Artemida?

Paris 29

A Trzy Gracje? A nimfa?

Paris 31

No i przede wszystkim Nike z Samotraki, całe szczęscie, że pieknie wyeksponowana nie w Sali, lecz na schodach. Przy niej też, siłą rzeczy zbierają się tłumy.

Paris 32

Paris 33

Jeżeli jednak chodzi o rzeźby w ogóle, to moim absolutnym numerem jeden w całej kolekcji Luwru jest osiemnastowieczna „Psyche i  Kupidyn” Antonio Canovy.

Paris 34

Dobry rzemieślnik wyrzeźbi w kamieniu każdą postać, czego przykładem chociażby zatrzęsienie socrealistycznych monumentów. Oddać jednak w zimnym marmurze gorące uczucie kochanków, ich spojrzenia, czuły dotyk, miłosne uniesienie – to już jest wyzwanie, do którego potrzeba t.zw. iskry Bożej.

Paris 35

Wracałem do tej rzeźby kilkakrotnie. Z pocżątku, żałowalem, że stoi przy oknie, w plątaninie świetlnych refleksów, ale one w pewnym sensie dodały jej uroku – scena wydawała się jeszcze bardziej naturalna. A kiedy spojrzałem pod innym kątem, końcówki skrzydeł Kupidyna rozświetliły się, przepuszczając przez swą strukturę promienie słońca.

Paris 36

Uff! Zaliczyliśmy parter i z przyjemnością zrobiliśmy sobie przerwę na kawę. Czuliśmy już w nogach owo zwiedzanie.

Pierwsze piętro to przede wszystkim Mona Lisa – uleglismy owczemu pędowi, przyznaję. A niełatwo było się do niej dopchać, pomimo przeznaczonej całej ściany tylko dla niej jednej

Paris 37

Obraz odgrodzony barierkami i zabezpieczony pancernymi szybami... I znów pytanie, ile w tym naprawdę niedoścignionego geniuszu (żaden inny obraz nie jest tak chroniony), a ile marketingu?

Paris 38

W każdym razie pielgrzymują do niej wszyscy – najstarsi z najmłodszymi, niezależnie od dzielących ich poglądów, czy hołubionych nurtów w sztuce.

Paris 39

No dobrze, Mona Lisa obejrzana, lecz jak teraz odsiać ziarno od plew? Gdzie tu w ogóle są plewy? Ruszamy, by obejrzeć kilka wybranych. „Wolność widodącą lud na barykady” Delacroix, „Tratwę Meduzy”, ale przecież tyle jest po drodze, jak chociażby „Koronacja Npoleona I” Davida, czy „Pandemonium” Martina, przedstawiający pałac demonów i Szatana dowodzacego zbuntowanymi aniołami.

Paris 40

Paris 41

Paris 42

Paris 43

Gdzieś pod koniec wędrówki po pierwszym piętrze docieramy do apartamentów Napoleona III. Wszak to przeciez Pałac Królewski

Paris 44

Paris 45

Paris 46

Z drugiego piętra wyglądamy przez okno na dziedzińce. Szklane piramidy na zewnątrz oraz kolekcja rzeźb wewnątrz. Właśnie ten rzut oka na wewnętrzny dziedziniec mówi wiel o charkterze muzeum, w którym pomimo tylu znakomitych dzieł, panuje raczej swobodna a nie napuszona atmosfera. Ludzie spacerują, niektórzy siedzą na schodach, inni co bardziej zmęczeni, wprost na podłodze. Ktoś coś rysuje, ktoś robi notatki, wielu fotografuje...

Paris 47

Paris 48

Potem ruszamy oglądać moje ulubione malarstwo flamandzkie. Koniecznie chciałem obejrzeć dzieła Vermeera, ale było ich bardzo mało. Za to Rubens, van Dyck, Rembrandt i tylu innych, mniej znanych.

Paris 50

I te liczne obrazy zamrznietych kanałów, po których suną sanie łyżwiarze, czy po prostu szaleje na nich dziatwa. Czyż te płótna sprzed dwóch – trzech stuleci nie są najlepszym dowodem na ocieplenie klimatu? Któżby dziś odważył się wjechać saniami na kanał w poblizu Amsterdamu, nawet gdyby wyjątkowo pokrył się warstewką lodu?

Paris 49

Nie damy rady. Jeszcze jedna przerwa, nie tyle by się napić, co żeby po prostu usiąść. Ale przy okazji przekąszamy coś, bo nie jedliśmy nic od śniadania, a słońce właśnie chowa się za dachy pobliskich budynków.

Jeszcze tylko malarstwo francuskie od XVII do XIX wieku. Drobne trzydzieści sal. Zatrzymujemy się na dłużej tylko przy niektórych. Zamierzamy bowiem jeszcze innego dnia  skupić się na impresjonistach w Muzeum d’Orsay. Kończymy. Dochodzi dwudziesta pierwsza. Na dworze mrok.

Paris 51

Spedziliśmy w Luwrze osiem godzin. Dniówkę. I tak tez się czuję, jak po dniu ciężkiej pracy. A miało byc selektywnie...

Rzut oka na piramidy, tym razem „by night”.

Paris 52

A teraaz szybko metrem do hotelu, odpocząć z pół godziny, bo to bynajmniej nie koniec dnia.

Paryż, 19.09.2010: 12:05 LT

sobota, 25 września 2010

Nasz hotel znajdował się w strategicznym miejscu, naprzeciwko Gare du Nord. Wystarczyło więc przejść na drugą stronę ulicy,  rozpakować się i ruszac na spotkanie miasta. Na początek wybraliśmy sie po sąsiedzku na Montmartre.

Zapadał już zmierzch, kiedy wspinalismy się po schodach ku kościołowi Sacre Coeur.

Paris 01

Umówilismy się, że nie będziemy odwracać się, dopóki nie znajdziemy się na górnym tarasie. Kiedy wreszcie to uczynilismy, cały Paryż mieliśmy u stóp.

Paris 02

Moją uwagę zwrócił jasny kolor budynków, kontrastujący z coraz badziej burym niebem. Na próżno szukalismy jednak Wieży Eiffla, która odnalazła się po bardziej medotycznie przeprowadzonej panoramie, gdzieś wśród drzew, ponad dachami najblizej położonych domów.

Paris 03

Całe wzgórze okupowane było przez tłumy Paryżan oraz turystów. Podobnie było i w kościele, wewnątrz którego najbardziej podobała mi się ogromna mozaika nad głównym ołtarzem.

Z głowami pełnymi pierwszych wrażeń zeszliśmy w dół by poszukać jakiejś kafejki, w której moglibysmy zjeść kolację. Usiedliśmy tak, jak to często bywa we Francji, przy stoliku wprost na ulicy. Siedzieć, jeść spokojnie, popijać wino i przyglądać się przechodniom. Ktoś właśnie potrącił oparty o słup rower, który przewrócił się z łoskotem. Opiera go teraz ponownie, rozgladając się z niepewnoscią czy gdzieś nie pojawi się rozgniewany właściciel. Dalej jakaś pani nerwowo przeszukuje torebkę. Niełatwe to zadanie, bo torebka duża, torba właścicwie. Kobieta kuca, kładzie torbę na chodniku i grzebie jeszcze raz. Stara się zachowac spokój, ale w końcu podnosi ją gwałtownie i szybkim krokiem rusza tam, skąd przyszła. Obserwujemy te scenki mimochodem, prowadząc w międzyczasie normalną rozmowę...

Z nowym zapasem sił nie chce nam się jeszcze wracać do hotelu, więc dyskutując idziemy w kierunku przeciwnym. Boulevard Clichy – neonów coraz więcej i gwar coraz większy. Im bliżej Placu Pigalle, tym częściej w miejsce zwykłych sklepów oraz barów pojawiają się sex shopy.

Paris 06

I wreszcie niemalże historyczne już nazwy: Chat Noir oraz przede wszystkim Moulin Rouge.

Paris 04

Paris 05

Paris 09

Przed słynnym kabaretem ogromna kolejka. Policja kieruje ruchem, a jakaś telewizja nagrywa jakiś reportaż z tancerkami (?) w roli głównej.

Paris 10

I nawet gdybyśmy chcieli odżałowac ponad sto euro od osoby za spektakl (a nie zamierzaliśmy), to i tak bardzo długa kolejka przed kasami nie wróżyła łatwego wejścia.

Paris 11

Poszliśmy dalej. Plac Pigalle ze swoimi przybytkami został daleko z tyłu. Na ulicach wciąż jednak było gwarno.  W ogóle nie odczuwało się zbliżającej się północy. Jakiż to kontrast w porównaniu na przykład z niemieckimi miastami, które często już o dwudziestej wyglądają jak wymarłe.

Metrem wrócilismy do hotelu. Postanowiliśmy nie nastawiać budzika, lecz dać sobie możliwość porządnego wyspania się nazajutrz.

I tak też uczyniliśmy. Kiedy wreszcie wyszliśmy z hotelu i w jednej z pobliskich kafejek chcieliśmy przekąsić coś na śniadanie, kelner kilkakrotnie pytał, czy nie chodzi nam przypadkiem o lunch? Ponieważ nie chodziło, z przykrością przyznał, że nie mają nic do zaoferowania. W kilku nastepnych było podobnie. W końcu gdzieś udało się dostać bagietkę z camembertem dla mnie i jakąś sałatkę dla Pauliny. Kiedy wyszliśmy, było już po dwunastej.

Pojechaliśmy zwiedzać Luwr.

Trzeba było swoje odstać w kolejce do szklanych piramid na dziedzińcu. Oczywiście dla konserwatywnie nastawionych znawców architektury taka piramida to świętoktradztwo. Burzy powszechnie zaakceptowany porządek. I pewnie w dziewięciu na dziesięć miast takie rozwiązanie byłoby nie do pomyślenia. Udowadnianoby barbarzyństwo, nieuctwo oraz brak gustu twórców. Paryżowi, Nowemu Jorkowi czy Szanghajowi wolno jednak więcej.

Paris 12

Nie jestem koneserem architektury i nie mi się wypowiadać na temat wartości owych nowoczesnych konstrukcji, które wyrosły na terenie Pałacu Królewskiego. Mogę jednak stwierdzić, że dla Luwru to był początek nowej epoki. Nigdzie w pałacowych wnętrzach nie zmieszczonoby tylu punktów serwisowych (bez szkody dla powierzchni ekspozycji) co tutaj.

Paris 13

Może to brzmi obrazoburczo, gdy w takiej świątyni sztuki zamiast o przesłaniu rzeźb czy obrazów, wspomina się o toaletach i bufetach, ale właśnie z tego powodu błogosławiliśmy podziemia pod szklaną piramidą kilkakrotnie. Poza tym pełno tam było... automatów biletowych. Prosta rzecz i powszechnie stosowana w na dworcach kolejowych, a przed muzeami wciąż widuje się kilkudziesięciometrowe kolejki do kas, tak jakby ręcznie sprzedany i skasowany bilet był lepszy od wydruku z automatu.

W Luwrze po bilet w kolejce się nie stoi. Automatów starcza na bieżące obsługiwanie wsyzstkich chętnych. Sprzedają bilety całodniowe, dzięki czemu odpada problem kasowania. Z kwitkiem, z wydrukowaną datą można wielokrotnie wchodzić i wychodzić z muzeum. Można więc w dowolnym momencie wyjść z sal, wrócić pod piramidę, by napic się czegoś, albo coś zjeść, skorzystać z toalety, a potem ponownie wrócić do strefy gdzie wstęp tylko za biletami.

Poza tym z centralnie położonych podziemi dogodne wejścia prowadzą na trzy strony muzeum, kierując i rozdzielając ruch zgodnie z zainteresowaniami zwiedzających. Ten proces wspomagają też windy, dzięki którym można od razu rozpocząć oglądanie niemal z dowolnego miejsca.

Paryż, 18.09.2010; 18:50 LT

środa, 22 września 2010

o dotarciu do dworca Bruksela Midi, skąd o 16:13 mieliśmy odjeżdżać do Paryża, w pierwazym rzedzie zatroszczyliśmy się o zamknięcie bagaży w skrytkach, a przy okazji usiedlismy na poranną kawe. Picie kawy odbyło się w towarzystwie konia, który zajął jedno z krzesełek przy naszym stoliku. Szkoda, że pomimo swej elegancji był sztuczny.

Bruksela 1a

Potem wsiedliśmy do metra. Łatwo powiedzieć, a ile musieliśmy się namęczyć, żeby kupić bilet. Automatów biletowych było mnóstwo, a kasa.... jedna. Przed nią stała kilkunastometrowa kolejka oczekujących. Desperacko próbowalismy więc pokonać automat. Przyjazny był do momentu realizacji płatności i do tej chwili komunikował się z nami po angielsku. Kiedy przyszło włożyć kartę do specjalnego otworu i podać pin, zaczynały się schody. Komunikat w jeżyku francuskim sugerował, że z kartą jest coś nie w porządku. Zmieniliśmy kartę i... to samo. Nie mieliśmy monet, żeby machnąć ręką na elektronikę i skorzystać z bezdusznej maszyny w tradycyjny sposób. Nie było rady, ustawiliśmy się pokornie w ogonku, który na szczęście przesuwał się dość szybko.

- Nie przyjmujemy zagranicznych kart – odparł kasjer, kiedy przyszła nasza kolej – Akceptujemy tylko belgijskie.

No to teraz już wiemy, dlaczego zignorował nas automat. Dobrze, że mieliśmy w portfelu jakieś euro. W przeciwnym wypadku po wypłacie z bankomatu przyszłoby nam stać w kolejce ponownie.

Pierwsze wrażenia po wyjściu ze stacji metra, kiedy już dojechaliśmy do centrum, nie były najfajniejsze. Architektoniczny chaos – dziewiętnasto i dwudziestowieczne kamienice, piękne same w sobie, poprzetykane jakimiś nowoczesnymi konstrukcjami z betonu, metalu i szkła, dominującymi nad linią zabudowy wysokością, niczym jakiś nieudany fotomontaż. Dopiero gdy dotarlismy na starówkę, znaleźlismy budynki znane z choćby z Brugii, Antwerpii czy Gandawy – pełne porzepychu postawione przed wiekami przez bogatych mieszczan.

Bruksela 06

Bruksela 07

Bruksela 16

Wśród nich nich dominował na rynku ratusz, zbudowany w gotyckim stylu, który oczywiście musiał przewyższać wszystko to, czym starali się zaimponować pojedyńczy mieszczanie.

Bruksela 05

Bruksela 08

Naszymi wrotami na starówkę, była królewska galeria Św. Huberta – handlowy pasaż będący skromniejszą kopią mediolańskiej galerii Viitorio Emanulle II.

Bruksela 02

Nie było tam takiego zatrzęsienia bogatych sklepów, jak w mediolanie, ale jeśli komuś zbywało nieco euro, mógł spokojnie trzydzieści pięć tysięcy zainwestować w misę do trzymania butelek szampana odpowiednio schłodzonych. Niezbędna w każdym domu.

Bruksela 03

Bruksela 04

Opuszczając rynek, niemal natychmiast natknęłiśmy się na muzeum... czekolady. Być w Belgii i nie zajrzeć do takiego przybytku.... niemożliwe!

Przywitano nas ciasteczkiem zanurzonym w płynnej czekoladzie, która natychmiast zastygała na jego powierzchni.

Bruksela 09

Potem miałem okazję po raz pierwszy zobaczyć „na żywo” owoce kakaowca.

Eksponat zanurzony w formalinie przedstawiał kakaowe ziarna upchane wewnątrz owocu.

Bruksela 15

Dowiedziałem się też, że rośliny te uprawiane są na całym świecie niemal dokładnie wzdłuż równika, jednak aż siedemdziesiąt procent światowej produkcji przypada na Afrykę, z czego połowa na Wybrzeże Kości Słoniowej. Cena tabliczki czekolady zależy więc w dużej mierze od sytuacji w tym niewielkim kraju.

Bruksela 14

Potem odbyła się prezentacja, podczas której pani opowiedziała nam trochę o różnych gatunkach czekolad.

- Oddzielamy masę kakaową, czyli samo „suche ziarno” od zawartego w nim tłuszczu, który znany jest jako masło kakaowe, by je potem mieszac ponownie – tłumaczyła pani – W zależności od proporcji, otrzymujemy czekoladę gorzką, mleczną albo... białą. Biała czekolada to niemal w całości masło kakaowe czyli... sam tłuszcz. Nazdrowsza jest oczywiscie gorzka (pięćdziesiat do siedemdziesięciu procent kakao).

Bruksela 11

Bruksela 12

Ciekawie było oglądać jak pani demonstrowała produkcję pralinek, najpierw tworząc „muszelki” w specjalnych formach, potem pokazując jak się je napełnia rozmaitym nadzieniem, a na koniec zamyka. Gotowe, świeżo przygotowane, lecz puste pralinki (proces napełniania i twardnienia, trwałby zbyt długo) mieliśmy okazję skosztować.

Bruksela 13

Prawdziwe, już pełne pralinki, były do kupienia w jednym z licznych sklepów z czekoladą. Łasuchy powinny omijać takie przybytki z daleka, by nie wystawiać się na prawdziwe męki Tantala i zachować odpowiednie proporcje między grubością własnej sylwetki a portfela.

Bruksela 17

Bruksela 18

Kupiliśmy odrobinę, tak na skosztowanie.

Czas nas zaczynał gonić, więc pospieszyliśmy się, by jeszcze zdążyć obejrzeć katedrę Św. Michała

Bruksela 19

Uwielbiam witraże, a pod tym względem katedra zachwycała.

Bruksela 20

Bruksela 21

Oczywiscie nie tylko witrażami, bo i bogato zdobioną ambona, i licznymi rzeźbami, m.in. Madonny depczącej demona.

Bruksela 31

Kiedy wsiedliśmy do metra (a właściwie szybkiego tramwaju trasę przez centrum pokonującego pod ziemią) rzut oka na zegarek sprawił, że zdecydowaliśmy się jeszcze wysiąść na chwilę by chociaż spojrzeć na słynna fontannę Maneken Pis. Ów sikający chłopiec stał się symbolem Brukseli, podobnie jak odpoczywająca na kamieniach syrenka – Kopenhagi.

Bruksela 24

Dość długo (jak na warunki, gdy pozostały czas liczy się w minutach) wędrowaliśmy w kierunku, gdzie miała znajdować się fontanna. A kiedy już doszliśmy, okazało się, że jest... zasłonięta.

Bruksela 25

Jakieś towarzystwo związane z Nikaraguą celebrowało tu swoją, niezrozumiałą dla nas uroczystość.

Bruksela 27

W jej finale w końcu posąg (posążek właściwie) odsłnięto, a chłopiec przebrany był w jakiś rytualny strój (z głową konia – co te konie nas dzisiaj tak prześladują). Zebrany tłum zaczął po francusku spiewać jakąś piosenkę, z której rozumiałem tylko powtarzające się słowa „Maneken Pis”, a gdy chłopiec siknął, podniósł się ogromny aplauz.

Bruksela 26

Jeszcze jakaś pani w sukni w barwach narodowych Nikaragui pozowała do fotografii i byc może było w planie coś jeszcze, ale my zdecydowanie musieliśmy już wracać.

Niedługo potem podstawiono nasz pociąg, Thalys.

Bruksela 28

Zajęliśmy wygodne miejsca (szczególnie zagłówki były miękkie niczym poduszki) i wkrótce ruszyliśmy. Po drodze, niczym w samolocie serwowano napoje i kanapki. Działał też bezprzewodowy internet.

Patrzylismy jak pędzące w tym samym kierunku autostradą samochody zostają w tyle jakby stały w miejscu. Wewnątrz zupełnie nie czuło się prędkości, bo pociąg sunął po szynach cicho i gładko.

Po osiemdziesięciu minutach wysiadalismy już na Gare du Nord w Paryżu.

Bruksela 29

Paryż, 17.09.2010; 11:40 LT

 
1 , 2