Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
poniedziałek, 21 września 2009

Sluzy Gatun. Jeszcze tylko zjazd "po schodach" w dol i opuscimy Kanal Panamski. Od przyjazdu na statek nie mam normalnego dostepu do internetu, wiec pisze do prawdziwej szuflady. Kiedy juz doplyniemy do USA, wtedy wrzuce to wszystko hurtem. No i milo bedzie zasmakowac znow pobytu na ladzie. Jeszcze troche. Jeszcze przetrzymac pare dni tropikalnych upalow i znajdziemy sie znow w naszej, normalnej strefie klmatycznej. A w Portsmouth jak pojde do Starbucks'a i odpale w laptopie internet to konmi mnie stamtad nie wyciagna. Nalog to straszna rzecz :)

Sluza Gatun, 21.09.2009; 09:40 LT

sobota, 05 września 2009

Obfitujący w wydarzenia tydzień...

Pamiętam popołudnie w Szczecinie sześć lat temu, kiedy odprowadzałem do samochodu Eks i dzieciaki, a potem wracałem do pustego już mieszkania. Dwudniowe sprzątanie żeby nie myśleć. Oczywiście widywałem się z dziećmi potem w miarę regularnie, lecz były to już tylko weekendowe bądź wakcyjne spotkania. Coś się bezpowrotnie skończyło.

I oto od poniedziałku znów doświadczam prawdziwego ojcowstwa z wszystkimi codziennymi, domowymi sprawami. Tomek postanowił kontynuowac naukę w Gdyni i znów mieszkamy razem. Muszę przyznać, że bardzo jestem tym wszystkim podekscytowany. Ile przyjemności w wykonywanych wspólnie bzwyczajnych domowych zajęciach! Ile przyjemności w zwyczajnym spędzaniu razem czasu – słuchaniu muzyki, surfownia po internecie, czy nawet oglądaniu telewizji.

Sobota miała być w całości spędzona z Aniołem. Mieliśmy zaliczyc dwa znajome śluby, a potem wspólnie obejrzeć zmagania piłkarskiej reprezentacji. Kiedy oglądamy razem to nasi na ogół wygrywają.

Wystarczył jednak jeden telefon ze statku by wszystko się rypło. I weekend, i kolejene kilka dni urlopu od połowy przyszłego tygodnia, i mistrzostwa Europy w siatkówce, i (to już niemal tradycja) Festiwal Polskich Filmów Fabularnych.

Szybkie pakowanie walizek i dzisiejszy wieczór zamiast w Gdyni spędzam już na lotnisku w Madrycie. Za chwilę wsiadam do samolotu, który zwiezie mnie do Limy. A stamtąd jeszcze jakies dwieście kilometrów samochodem do Pisco. Coś mi ostatnio Ameryka Południowa przypada. Jak nie wkacyjnie to służbowo. Jeszcze mam w głowie smutne pożegnanie z Aniołem i szybkie, w drzwiach, z wracającym ze szkoły Tomkiem.

Tym statkiem popłynę potem do USA. Kiedy wrócę, pewnie będzie zaczynać się już październik. Żegnaj więc lato do nastepnego roku.

Madryt, 04.09.2009; 23:50 LT

 

 

 

czwartek, 03 września 2009

Następnego dnia postanowiliśmy obejrzeć kolorowe domki w położonej nad kanałem dzielnicy Boca, wzniesionej (i opanowanej) kiedyś przez włoskich imigrantów. Wcześniej jednak trafilismy na deptak ulicy Florida skąd co pół godziny odjeżdżały autobusy turystyczne – znane niemal na całym świecie piętrusy bez dachu. Jeździliśmy po mieście ze słuchawkami na uszach, skąd dobiegał angielski komentarz przewodnika. Wysiedliśmy właśnie na przystanku Boca.

Kolorowe domy to zaledwie kilka uliczek zabudowanych lichymi kamieniczkami i budynkami z desek oraz blachy falistej. Pewnie nie byłyby godne zwrócenia uwagi gdyby nie te kolory i atmosfera dzielnicy opanowanej przez bohemę.

Atmosfera bardzo przypomina mi krakowski Kazimierz (przy zachowaniu wszystkich proporcji bo Kazimierz jest dużo, dużo większy i okazalszy). Też pełno tutaj knajpek no i oczywiście mnóstwo sklepików z mniej lub bardziej wyszukanymi pamiątkami. A od rozmaitych jarmarcznych „atrakcji” dla turystów aż się roi.

W tym zalewie rozmaitej tandety i blichtru można odnaleźć perełki, jak na przykład płaskorzeźby na elewacjach domów, pochodzące z czasów kiedy je wznoszono i będące swoistym świadectwem teamtego okresu.

Z Boca kolejnym autobusem turystycznym wrócilismy do centrum, gdzie czekała nas wizyta w informacji turystycznej. Chcieliśmy dowiedziec się jak najwięcej na temat rozmaitych ineteresujących nas opcji podróży poza stolicę Argentyny.

Spędziliśmy tam chyba kilkadziesiąt minut, wyszliśmy objuczeni stertą folderów i poszliśmy na obiad, podczas którego mieliśmy podjąć decyzję co do planów na następne dni. Były to chyba najtrudniejsze dla mnie chwile podczas całego wyjazdu. Niewiele pamiętam z tego obiadu. Chodziliśmy po ulicach, zamawialiśmy coś w restauracji, a mi głowa pękała od natłoku informacji. Wiedziałem, że teraz decyduje się praktycznie cały kształt naszego tu pobytu. Chciałem by każdy z nas znalazł w nim coś dla siebie, ale jednocześnie limitował nas termin powrotu. Mieliśmy czas do weekendu. Studiowałem rozkłady jazdy autobusów, promów, rozważąłem wszystkie za i przeciw.

Kiedy już raz podejmie się decyzję, bez względu na to czy jest ona dobra, czy zła, spada jakiś ogromny kamień z serca. Później jest już tylko realizacja planów, która cokolwiek by się nie działo, nie absorbuje już tak umysłu. Ulga. To przede wszystkim pamiętam.

Zakomunikowałem, że wieczorem wyjeżdżamy do Mendozy. Pojedziemy nocnym autobusem przez całą Argentynę na zachód, aż do podnóża Andów. Tam spędzimy dwa dni na zwiedzając winnice oraz wybierając się w Andy. Potem powrót również nocnym autobusem do Buenos Aires, śniadanie w naszym hotelu i zaraz po nim rejs szybkim katamaranem na północny brzeg La Platy do Sacramento w Urugwaju. Powrót tego samego dnia wieczorem. Sobota, ostatni dzień, miała być chwilą wytchnienia – spacerem po Buenos Aires bez żadnego konkretnego planu.

Spojrzałem na zegarek. Było już chyba po piątej, a autobus do Mendozy odjeżdżał o 20:30. Wcześniej jednak musieliśmy kupić bilety na przejazd, a przede wszystkim zarezerwować sobie miejsce na promie w piątek, co jak się potem okazało wcale nie było takie łatwe. Rozpoczęły się rajdy taksówkami na dworzec autobusowy, potem do biura „Buquebus” – kompanii utrzymujacej liniowe połączenia z Sacramento i na koniec do hotelu. Cały czas spoglądałem nerwowo na zegarek. Szczególnie wizyta w Buquebus ciagnęła się niemiłosiernie. Najpierw oczekiwanie w kolejce, potem informacja, że brak już biletów, potem, że są, ale w pierwszej klasie, ale w końcu trzymaliśmy je w garści i na dodatek z wykupioną opcją wycieczki autokarowej dla takich jednodniowych turystów, organizowanej przez tę samą firmę. W hotelu mielismy czas tylko na szybkie przepakowanie się. Chyba nie więcej niż pół godziny. A potem znów taksówka bo już nie było czasu na spacer do metra.

Dalekobieżne autobusy w Argentynie to w porównaniu z naszymi luksus niebywały. Trzynastogodzinną podróż do Mendozy mieliśmy spędzić w klasie zwanej w tej akurat firmie royal suite. Generalnie dostępne są trzy rodzaje miejsc, które w zależności od przewoźnika rozmaicie się nazywają. Normalne siedzenie z odchylanym oparciem, pośrednie między fotelem a łóżkiem, czyli odchylane oparcie plus specjalny, regulownany podnóżek na łydki i stopy oraz pełne łóżko, czyli fotel który rozkłada się całkowicie do poziomu, tworząc leżankę. Do tego dostaje się jasiek i koc, a więc spanie przypominające podróż kuszetką w pociągu. My właśnie wybraliśmy taką opcję.

Wkrótce po rozpoczęciu podróży stewardessa zaczęła roznosić kolację. Niech się schowają posiłki serwowane w samolotach. Otrzymaliśmy całą tace rozmaitych przekąsek – pieczywo plus sery, wędliny, deser i.t.d. To był całkiem obfity posiłek, ale okazało się, że był on wstępem do kolacji na ciepło. Oczywiście do tego ciepłe lub zimne napoje, a kiedy już najedzeni oddaliśmy tace i mogliśmy oglądać film, widoki za oknem (było już ciemno więc ich nie za wiele) albo szykować się do snu, zaoferowano szampana, whisky albo napoje bezalkoholowe. Wszystkie te atrakcje zawarte w cenie biletu w klasie royal suite. Nie był on tani. W przeliczeniu na nasze kosztował około dwieście złotych od osoby, ale chciałbym móc w Polsce podróżować autobusem n.p. ze Szczecina do Krakowa w podobnych warunkach za podobna cenę. Albo w podobnych warunkach podróżować autokarem do Włoch, Francji czy Chorwacji.

Wkrótce zasnęlismy, a kiedy się obudziłem wokół rozciągało się płaskie pustkowie.

Tak sobie wyobrażąłem ten kraj. Trawiaste równiny po widnokrąg.

W końcu jednak pojawiły się góry. Poczatkowo daleko, biała mgiełką gdzies na horyzoncie, lecz z każdą minutą coraz bardziej wyraźne.

Autobus złapał trochę opóźnienia spowodowanego wypadkiem na autostradzie, ale za to mieliśmy okazję kontemplowac widoki przy świetle dziennym. Oczywiście personel autobusu serwowal na pokładzie również śniadanie, więc przedłużenie aż tak bardzo nam nie doskwierało.

W Mendozie zakwaterowaliśmy się w hotelu El Portal Suites, który był doskonałym wyborem. Za dość przystepną jak na hotel cenę (około 220 złotych za „dwójkę”) otrzymaliśmy całe apartamenty składające się z sypialni, pokoju dziennego, kuchni oraz łazienki. Full wypas jak na jedną noc. Najważniejsze jednak, że hotel oferował nam pośrednictwo w załatwianiu wycieczek, które chcieliśmy tu zrealizować. Mieliśmy do wyboru wycieczkę organizowaną przez biuro podróży, lub niewiele droższą przez VIP service. Te z biura podrózy uniemozliwiały nam uczestnictwo zwłaszcza z powodu naszego planowanego wyjazdu o 18:30 nastepnego dnia (autobus wycieczkowy wracał o 19:00). Za cenę o 80 zł większą mieliśmy do naszej wyłącznej dyspozycji wygodny samochód i kierowcę (oraz przewodnika zarazem) dobrze mówiącego po angielsku. "Mendoza Transfer", bo tak nazywa sie ta firma, to był strzał w dziesiątkę.

Gdynia, 03.09.2009, 08:10 LT

środa, 02 września 2009

Poniedziałkowy wieczór zastał nas przy obelisku upamiętniającym założenie Buenos Aires.

Jest to jeden z najbardziej charakterystycznych punktów miasta, położony w osi najszerszej ulicy miasta, Avenida de 9 Julio. Ta ulica, składająca się z ośmiu pasów ruchu w każdą stronę, plus dodatkowo dwupasmowe jezdnie wspierające po każdej ze stron tej arterii (co w sumie daje dwadzieścia pasów!) to najszersza ulica nie tylko argentyńskiej stolicy, lecz całego świata.

Obelisk i szeroka aleja były jednak tylko wstępem. Główną atrakcją wieczoru miało być coś zupełnie innego. Pokaz tanga. Ten taniec, który właśnie w Argentynie się narodził i uważany początkowo za nieprzyzwoity, wkrótce jednak podbił świat dumnie wkraczając na salony, stanowi jedno z największych dóbr kulturalnych tego kraju. Jako fragment narodowego dziedzictwa jest szczegolnie eksponowany. Nie wymaga to chyba jednak specjalnego wysiłku ze strony państwa (tak mi się wydaje) ponieważ Argentyńczycy kochają tango i w stolicy przewija się bardzo często. Kochają je ludzie na całym świecie, więc turyści chętnie uczestniczą przynajmniej w pokazach.

Tak było i z nami. Jest wiele miejsc, gdzie można zobaczyć ten taniec w wykonaniu profesjonalistów. Od deptaka na głównej ulicy handlowej, Florida, przez rozmaite bary, które zainwestowały w tancerzy, mniejszej rangi teatry, aż po kilka najbardziej utytułowanych, bedących wizytówką miasta. Wybraliśmy „Carlos Gardel”, tę górna półkę. Kosztowało słono, ale też warto było poczuc całą te otoczkę, począwszy od przyjazdu po nas samochodu do hotelu (i odwiezieniu po przedstawieniu), po sam wystrój sali z lożami na balkonach i stolikami w głównej sali, wokół których uwijali się kelnerzy (drinki – alkoholowe i bezalkoholowe wliczone w cenę biletu).

Przedstawienie było niezwykłe. Nie było to zwykle odtańczenie (mistrzowskie!) rozmaitych kawałków. Każdy taniec to była oddzielnie opowiedziana historia.

Czasem rozgrywała się wśród bogatej scenografii, a czasem jak gdyby dbając o to, by widza nie rozpraszało nic poza tej sceny bohaterami, w zupełnej pustce, ale za to przy doskonałej muzyce z wybijającymi się na plan pierwszy akordeonami (?), które stanowiły aż połowę składu orkiestry. Orkiestra, co ciekawe, nie znajdowała się z przodu, ukryta poniżej sceny jak to zazwyczaj się dzieje w muzycznych teatrach, lecz nad sceną, na czymś w rodzaju balkonu. Dzięki temu muzycy stanowią również pod względem wizualnym integralną część przedstawienia.

Lecz najważniejszy oczywiście w tym wszystkim jest taniec. To co wyprawiali tancerze niejednokrotnie zapierało dech w piersiach. Niesamowite ewolucje. Gdyby jednak sprowadzić je wyłącznie do pokazów zręczności, zbliżylibyśmy się szybko do cyrkowych sztuczek. Tymczasem, jak już wspomniałem, każdy numer to oddzielnie opowiedziana historia. Czasem nie było (na pozór) nic szczególnie trudnego, ale za to niezwykle sugestywne aktorstwo rozpalało publiczność do białości. Rozpalało, bo jakżesz nie mogło jeśli tango to zmysłowy, kipiący od namiętności obraz gry pomiędzy kobietą a mężczyzną.

Z oczywistych względów robienie zdjęć z fleszem, albo filmowanie aktorów jest zabronione. Te zdjęcia, które robiłem z prowizorycznego statywu (za który służył kieliszek od wina) na naszym stoliku, prawie zupełnie nie oddają magii pokazu. Pomijając niedoskonałości techniczne, są to tylko pojedyńcze kadry. Trzeba by być wirtuozem fotografii by jednym zdjęciem oddać cały klimat takiego tańca.

Moim ulubionym kawałkiem był taniec, który rozpoczynał sie bardzo powoli lecz obiecywał wielkie namiętności. Gdzieś w narożniku sceny, siedząca w fotelu dziewczyna celebruje nakładanie bucików. Już sam ten fragment był majstersztykiem, bo wydawałoby się, że to dla tancerza rzecz nie do zagrania. Trudno wszak o mniej statyczne okoliczności. A jednak urzekło mnie właśnie to preludium. Później zaś jest z każdą minuta coraz ciekawiej. Pojawia się na czarno ubrany amant, który porywa do szaleńczego tańca całą w czerwieni dziewczynę. Partnerka wydaje się być jak z plasteliny – wiotka i jak gdyby pozbawiona własnej woli, zdana na to, co wyczyniać z nią będzie partner o hipnotyzującym spojrzeniu. A ten w finale miota nią tak, jakby żonglował piłeczkami tenisowymi, a nie żywym człowiekiem. Kiedy jedna z figur kończy się horyzontalną pozycją dziewczyny trzydzieści centymetrów nad ziemią, gdy jej napięte jak struna ciało opiera się na jednym końcu bucikami o podłogę, na drugim zaś karkiem spoczywa tuż nad podłogą na dłoni tancerza, na widowni zrywa się wrzawa i oklaski niczym na jakimś koncercie rockowym. Oni jednak nie czekają aż ucichnie. Ten numer to tylko sekundowa przerwa, muzyka płynie dalej i dalej tancerze wyczyniają kolejne cuda. Jeszcze teraz, gdy piszę te słowa, przyjemny dreszcz przechodzi mi po plecach.

Jak wcześniej wspomniałem, tańce jak ten powyżej niosą pokusę sprowadzenia tanga tak wykonywanego do cyrkowych sztuczek. Na szczęście tak nie jest i całe przedstawienie zachowuje wyważone proporcje. Nawet jednak gdy ogląda się tancerzy w bardziej tradycyjnych figurach, trudno oprzeć się maestrii ich warsztatu. To co wyczyniają z nogami od kolan w dół wymyka się niemalże prawom fizyki. Jak dwoje ludzi może z taką gracją wykonywac jakieś niesamowite przeplatanki stóp i łydek (grając oprócz tego całym ciałem), często w ogromnym tempie nie zahaczając o siebie ani razu? Ja wzrokiem za nimi nie nadążałem, a oni dają radę kończynami.

Piękny to był pokaz. I jeżeli czegoś miałbym żałować z wyjazdu do Argentyny, to może faktu, że nie trafiliśmy na mistrzostwa świata w tangu, które w tym czasie odbywały się w Buenos Aires. Zabrakło czasu. Nawet nie wiem czy dostalibyśmy bilety (może skończyłoby się jak z „Piaf”) i nie sprawdziłem gdzie dokładnie to się odbywało – widzieliśmy tylko liczne reklamy informujące o tym wydarzeniu.

Gdynia, 02.09.2009; 08:15 LT