Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
sobota, 27 września 2008

 

Pogoda trochę sie ostatnio poprawiła. To jedna z ostatnich okazji do spaceru w promieniach słońca. Z naszego biura na Monciak niedaleko, więc poszedłem zobaczyć jak postępują prace przy budowie nowego centrum Sopotu. Miał boweim swój Potsdamer Platz, największy plac budowy w Europie, Berlin, ma przy zachowaniu wszelkich proporcji Sopot. Jest to z pewnością największy plac budowy w Polsce jesli chodzi o miasta liczace kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. A i niejedno wieksze mogłoby pozazdrościć.

Duzo ostatnio pisze się o aferze korupcyjnej z udziałem prezydenta tego miasta, Jacka Karnowskiego. Dyskusje trawają, a strony sporu wyciagają coraz to nowe dowody, przyczym te prezydenckie wydają się mniej przekonujące. Abstrahując jednak od powyższego, trzeba przyznać, że ma Sopot szczęście do rządzących. Nie byli byc może nieskazitelnie czyści (chociaż zastanawiam się, gdzie takich polityków szukać), lecz mieli smiałą wizję, którą potrafili w stosunkowo krótkim czasie przekuć w czyn.

Z projektu przedstawionego na zamieszczonej wyżej ilustracji oddany do użytku  (i to jeszcze na wiosnę) został Hotel Sheraton, sąsiadujący z słynnym Grandem. W czerwcu gotowy był tunel po deptakiem, dzięki czemu biegnąca wzdłuż plaży główna ulica Dolnego Sopotu zachowała swoją funkcję, a piesi spokojnie moga spacerwać deptakiem z okolic dworca PKP az na molo.

Gotowe są juz surowe bryły pozostałych budynków, jak na przykład ciagnący się od Sheratona aż po molo Dom Zdrojowy

   

czy też centrum handlowo-usługowe

Z dużą przyjemnością spacerowałem wzdłuż niezbyt urodziwych płotów. Rozgrzebane budowy rzadko kuszą estetyką. Wyobrażałem już sobie jednak jak zupełnie inaczej (mam nadzieję, że pięknie) będzie tu w przyszłym sezonie. Ja już sobie ostrze zęby na multipleks. Z naszym charakterem pracy zawsze mieliśmy z Aniołem problemy, by zdążyć dojechać do Gdańska albo Gdyni wystarczająco wczesnie przed początkiem seansu. Teraz będziemy miec okazję do kilkuminutowego spaceru wzdłuż plaży by znaleźć się w sali kinowej. A po kinie... aż prosi się by chociaż na chwilę wyjść na molo...

Spacer w łagodnym, wczesnojesiennym słońcu miał jeszcze inną wielką zaletę. Wszedłem na chwile do empiku i... Nie, nie kupiłem płyty Marii Peszek. Na półce leżał bowiem egzemplarz zapisu na DVD koncertu „Zielono Mi”. Rozglądałem się za nim od dawna. Wydawało mi się niemożliwe, żeby wydając nagrania z rozmaitych imprez, pominieto przedsięwzięcie tak niezwykłe. Nie zastanawiałem się ani chwili. Nie było czasu na obejrzenie tego w Gdyni, lecz noc po powrocie na weekend do Szczecina była w sam raz.

Jest to jedna z tych płyt, które, gdybym musiał, zabrałbym ze sobą na bezludną wyspę. Koncert ten miał miejsce jedenaście lat temu. Aż dziwne, ze już tak długo Agnieszki Osieckiej nie ma wśród nas. Prowadząca, Magda Umer, rozpoczęła od słów, że chciała zdążyć przed Panem Bogiem. Zaczynała bowiem z myślą, że poprowadzi go razem z poetką. Niestety, Pan Bóg był szybszy.

Na scenie sama śmietanka polskiej estrady. Trudno wyliczać, bo właściwie pominięcie jakiegokolwiek nazwiska byłoby znacznym uchybieniem. Ale nie mogę sobie odmówić przyjemności wspomnienia Krystyny Jandy, Anny Szałapak, Zbigniewa Zamachowskiego, Piotra Machalicy, Grzegorza Turnaua, Edyty Geppert i wielu wielu... innych wielkich. A wśród nich oczywiście Maryla Rodowicz, której wykonania piosenek pani Agnieszki będą z pewnością pamiętane przez następne pokolenia. Zresztą występ tej piosenkarki zaznaczył się bardzo szczególnie. Ktoby pomyslał, że osoba tak obyta z rozmaitymi scenami, festiwalami, koncertami, oklaskiwana w tak wielu miejscach, po latach podczas owacji na stojąco zgotowanej przez opolską publiczność nie zapanuje nad emocjami. Cieknące po policzkach łzy jak u debiutantki oraz rozmazany makijaż pani Maryli to jedna z najbardziej wzruszających chwil koncertu (aż szkoda, ze realizator transmisji zrobił cięcie na inny plan do czasu aż piosenkarka się „pozbiera”). Ale nie jedyna, bo przejmujące było również finałowe wykonanie utworu „Niech żyje bal” przy wątłych płomykach zapalniczek trzymanych przez artystów i publiczność.

Wielkie brawa dla pomysłodawczyni koncertu za jego formułę. Zamiast sztampowego zapowiadania i wychodzenia kolejnych wykonawców na scenę, wszyscy na tej scenie znaleźli sie od razu i pozostali tam do końca występów biorąc udział w swoistym party. Z grona biesiadników, kolejni artyści wywoływani przez panią Magdę prezentowali piosenki ułożone chronologicznie od najwcześniejszych po tę ostatnią, skomponowaną przez Grzegorza Turnaua już po jej śmierci.

Myliłby się ten, ktoby pomyślał, że to był smutny koncret. Było tam sporo zabaway zwłaszcza przy piosenkach pisanych dla Maryli Rodowicz. Później jednak robiło się smutniej i powazniej, w miare jak smutniała i poważniała ich twórczyni. Smutek, ale jaki! Interpretacja Krystyny Jandy „Bo ja jestem proszę pana na zakręcie” jest taka, że ciarki przechodzą po plecach. Dla odmiany „Pijmy wino za kolegów”, bardzo oszczędne zarówno pod względem wokalnym (Wiktor Zborowski) jak i akompaniamentu, gra na zupełnie innych strunach wrazliwości. A co powiedzieć o przepięknej „deklaracji”, jak to ujęła Magda Umer, p.t. „Nie żałuję” w wykonaniu Edyty Geppert? To jeden z moich ulubionych utworów tam zaśpiewanych. Całe szczęście jednak, że nie muszę tworzyc rankingu, bo miałbym ogromne problemy. Przecież Anna Szałapak wprowadziła w trans publiczność w amfiteatrze niezwykle ekspresyjnym wykonaniem utworu „Grajmy Panu”.

W dobie laserów, diod, świetlnych efektów, w których prześcigają się festiwale, tamten koncert, zgodnie z tytułem odbył się w zielonej scenerii, Drzewa, krzewy, stosy warzyw i owoców, mnóstwo liści na scenie, tworzyły bardzo kameralny klimat pomimo tak wielkiego przedsięwzięcia.

Niejedną noc zarwałem oglądając po wielokroć nagrany jeszcze na kasecie VHS wprost z telewizora tamten koncert. Teraz będę go mógł oglądać do woli nawet podczas podróży, trzymając compact w płytowniku-niezbędniku.

Tyle napisałem o wykonaniu utwórów, a tak niewiele o tekstach. A przecież każdy z nich zasługuje na przynajmniej oddzielny akapit. To już jednak temat na oddzielny wpis.

Zamiast tego, zanzaczę, że na mnie zawsze jak zimny prysznic działają słowa wypowiadane przez Magdę Umer na samym początku, która cytuje Agnieszkę:

„W życiu nie odkładaj nigdy niczego na później. Bo może nie być żadnego później. Bo nagle nie wiadomo kiedy, nie wiadomo kto, nie wiadomo dlaczego, wyłączy ci prąd w środku dnia i pstryk – wszystko zgaśnie”.

W ostatnich dniach wspominałem je myśląc o majowej jeździe z moim tatą w jego strony rodzinne. Kto wie, czy nie był to ostatni moment na ową podróż sentymentalną? A przecież tyle rozmaitych planów kołacze w moje głowie i ciagle ten sam refren: „później, bo teraz nie ma czasu”.

 

Szczecin, 27.09.2008, 21:45 LT

czwartek, 25 września 2008

  

I znów jestem w Gdyni. Zmierzchało już, kiedy wczoraj opuszczałem Szczecin. Trasa Zamkowa, pomimo gromów sypanych na jej pomysłodawców zachwyca mnie za każdym razem ilekroć wjeżdżam do miasta, a nawet kiedy je opuszczam. Mozna się zżymać na gwałt na zrównanej z ziemią podczas wojny starówce, której trasa odebrała znaczną część terytorium, ale trudno nie zgodzic się, że wjazd pomiędzy wzgórzami z Zamkiem Książąt Pomorskich po jednej, a Wałami Chrobrego po drugiej stronie, z basenami portowymi i pełnomorskimi statkami, które prawie, ze można dotknąć, z katedrą nieco w bok od zamku, z barkami stojącymi w pęczkach na Odrze, jest niezwykle malowniczy.

Jak zwykle zaopatrzyłem się w płyty na drogę, by miec co słuchać podczas „dziur radiowych”. Dziury radiowe to okresy, w których moje ulubione rozgłośnie nie nadają audycji, które mnie interesują.

Jednak zaległości w rozmowach miałem takie, że zestaw słuchawkowy zwrócił mi się wczoraj po wielokroć. Pierwszy telefon zadzwonił jeszcze na Trasie Zamkowej, a potem już szło. Zakończyłem ów maraton rozmową z Aniołem, kiedy około sześćdziesięciu kilometrów dzieliło mnie od Koszalina, czyli półmetka trasy. Postój na kawę zaplanowałem sobie w Słupsku, więc potem przeleciałem po ulubionych kawałkach T-Love, a następnie sięgnąłem po wydobytą z wykopalisk płytę Macieja Zembatego z jego interpretacjami piosenek Cohena. Nie słuchałem jej chyba z rok. Obawiałem się, czy nie sprowadzi na mnie sennego nastroju, ale nie! To była prawdziwa uczta. „Słynnego, niebieskiego prochowca” mógłbym słuchac w nieskończoność, podobnie jak „Dance me to the end of love”, ale w ekstazę wprowadzało mnie jego wyśpiewywane do parnerki pytanie czy pokaże mu „swe nagie ciało”. To był dobry utwór na wprowadzenie do „trójkowej” audycji z Marią Peszek w roli głównej. Audycja kręciła sie wokół płyty „Maria-Awaria” i jej ksiązkowym towarzyszem „Bezwstydnikiem”. Z powodu Zembatego-Cohena na początku oraz przyjazdu do Słupska na końcu nie wysłuchałem tego programu w całości. Znam więc tylko dwie posenki z owego krążka. Muszę przyznać jednak, że obydwa wzbudziły moją sympatię i jeśli mi do weekendu nie przejdzie, to pewnie wybiore się w końcu do empiku by zakupic i wysłuchać oraz przeczytać w całości. Nie są to wielkie teksty. Pod względem literackim pozstawiają z pewnością wiele do życzenia, ale może taka była intencja autorki? Te prościutkie wierszyki są jednak bardzo nastrojowo zaśpiewane, a traktują o rzeczach miłych chyba wszystkim, poza tymi, ktorzy lubią się samobiczować. Tych jednak raczej trudno zadowolić. Seks, bo o nim mowa, jest z jednej strony podany niemalże bezwstydnie „kawa na ławę”, a z drugiej staje się przedmiotem słownej zabawy okraszonej nastrojowym głosem piosenkarki i spokojną muzyką. Z tych dwóch, które poznałem szczególnie podoba mi się to wyznanie, że piosenkarka „lubi być kurą domową”, w niedzielę rozbierać się do rosołu i podawać ukochanemu pierś z tego rosołu wprost do ust. Tyle rozmaitych skojarzeń z jedną kurką, układających się w sympatyczną, żartem opowiedzianą historię o seksie w niedzielene popołudnie (bo to chyba popołudnie i niedziela skoro rosół?). Trochę mi ten utwór przypominał piosenki-żarciki Osieckiej pisane dla Maryli Rodowicz obok poważnych, nieśmiertelnych hitów typu „Niech zyje bal”.

Do domu dojechałem krótko po północy. Drobna chwila dla komputera i poszedłem spać. Wspominam o tym komputerze, bo zbiegło się w nim kilka nawiązujących do bloga spraw. Oto niemal jednocześnie otrzymuję link do bloga opisującego mój związek z Aniołem oraz e-mail bardzo prywatny na ten sam temat. Jeden zwraca uwagę na piekną atmosferę i potrzebę pielęgnowania miłości, a drugi na... niebezpieczeństwa z tym związane, gdy spojrzeć na to z innej niż ziemska i doczesna perspektywy. I chociaż nie ze wsyzstkim sie zgadzam, to nie dlatego, że autor nie miał racji. Może nawet moje argumenty byłyby słabsze. Ale ja jakoś nie moge dopatrzyć się zła w tym co robię.Gdyby nie było tego związku, nic wokół by sie nie zmieniło, poza tym, że ja dalej byłbym sam. Jakoś nauczony o dobroci i miłosierdziu Pana Boga, nie pitrafię wyobrazic go sobie jako buchaltera bezdusznie egzekwującego przepisy, w oderwaniu od kontekstu. Tym się, mam nadzieję, różni sąd boski od ziemskiego, że potrafi wznieść się ponad pragrafy i ocenić po prostu czyjeś sumienie. Długi temat do dyskusji i zarazem kolejny przykład na rozmaitość ocen w zależności od punktu widzenia.

Inny fragment Mojej Szuflady trafił do... Wikipedii. I chociaż nie jest to nic wielkiego, bo każdy może tam wkleić, co mu sie podoba, to jednak mile łechce człowieczą próżność.

Miało byc jeszcze rozwinięcie tego wątku, ale nie dam rady. Co chwile przysypiam przed komputerem. Lepiej położę się teraz, by nie przysypiać rano w pracy.

Gdynia, 25.09.2008, 00:45 LT

niedziela, 21 września 2008

  

W oczekiwaniu na wiadomości wybrałem się na spacer. Jak trwoga do Boga. Tak jakoś krążyłem, że w końcu trafiłem do parafialnego kościoła moich rodziców. Tu kiedys chodziłem na religie, tu bywam na mszach za duszę mojej mamy. Tutaj trafiłem i teraz. Pamiętam surowy wystrój tego kościoła w latach siedemdziesiątych. Zniszczony od wojny dach, brak zwieńczenia wieży, szyby zbrojone w oknach zamiast witraży... Dziś to zupełnie inna świątynia. W Szczecinie, mieście raczej ubogim w pomniki, trudno nie odnotować istnienia aż dwóch przed kościołem p.w. Sw. Jana Chrzciciela. Jeden, poświęcony kardynałowi Wyszyńskiemu kiedyś już na tym blogu przedstawiałem. Dziś więc pora na inny, pamięci zamordowanych podczas II Wojny Światowej za wierność kościołowi.

Wewnątrz kościół równiez bardzo się zmienił. Ogromne witraże przyciagają wzrok bogactwem przedstawianych scen. Zupełnie odmienione jest sklepienie, teraz o dość niespotykanym, niebieskim kolorze.

Na jednej ze scian można obejrzeć kopię Całunu Turyńskiego. Zważywszy na fakt, że oryginał wystawiany jest na widok publiczny jedynie przy wyjątkowych okazjach, okazuje się, że wcale nie trzeba jechać do odległej Italii, by zobaczyć jedną z najcenniejszych i zarazem najbardziej kontrowersyjnych relikwii chrześcijaństwa.

Od niedawna w kościele tym znajdują sie również relikwie Matki Teresy z Kalkuty.

Dalsza część popołudnia minęła mi na próbach dodzwonienia się do szpitala. W końcu udało się. I jakże radosna wiadomość! Stan zdrowia taty stabilizuje się. Przenieśli go z sali wybudzeń na oddział intensywnej opieki medycznej. Lekarz uprzedza mnie, że to jeszcze nie zwycięstwo, ale spora szansa na nie. Wciąż za wcześnie większą pewność. Dziś podobnie: stan stabilny, większość parametrów w normie, ale jeszcze nie wszystkie. Jeszcze potrzeba czasu aby móc przenieśc go z sali intensywnej opieki na normalny oddział kardiologiczny. Lekarz mówi o „umiarkowanym optymiźmie”. Ten umiarkowany optymizm to jak los na loterii. Wrócilismy wszak z dalekiej podróży.

Przesuwam swój powrót do Gdyni i czekam pełen wiary w możliwości lekarzy, optymizm taty (oby nie przygasł) i to, że Najwyższy ma jeszcze w zanadrzu kilka rozdziałów księgi jego żywota.

Dziś po południu wybrałem się na imprezę p.t. Urodziny Sediny. Wiązała się ona z rocznicą odsłonięcia słynnego pomnika, który wkrótce stał się symbolem przedwojennego Stettina.

Kilka lat temu, jako jeden z przedstawicieli „Forum Dla Szczecina” miałem przyjemność brać udział w spotkaniu inauguracyjnym komitetu odbudowy pomnika. Niestety, wkrótce potem zacząłem pracować w Trójmieście i siłą rzeczy nie byłe w stanie udzielać się na „Forum”. Nie ja jeden zresztą i wkrótce ta spontanicznie zawiązana organizacja internautów przestała istnieć. Trochę wstyd, że nasz zapał okazał się słomiany a Stowarzyszenie Kupcy dla Szczecina bedący lokomtywą przedsięwzięcia ciągną projekt przy współudziale portalu „Sedina” oraz zapewne innych, z dużą szansą na sukces czyli powrót pomnika na Plac Tobrucki w 2010 roku.

Tak jak przed wojną, równiez i teraz mieszkańcy miasta wierzą, że obecność Sediny zapewnia rozwój i sukcesy Szczecina. A że wiara czyni cuda, kto wie? Może kiedyś okaże się okres „zapaści” od czasu zniknięcia pomnika kiedy losy wojny zmierzały ku klęsce Niemców aż po początek XXI wieku wiązać sie będzie własnie z nieobecnością Sediny?

Kiedy tak sobie spacerowałem rozmyślając nad najnowszą historią naszego miasta, natknąłem sie na ciekawie oznakowane skrzyżowanie, które mogłoby stanowić alegorię rozwoju Szczecina w ostatnich dziesięcioleciach.

Swoją drogą, ciekawe to zapłaciłby mandat? Ten, który skręciłby w prawo, czy ten, który zastowałby się do zakazu? A może ten co postawił owe znaki?

W ramach sedinowych urodzin można było w gmachu Muzeum Narodowego obejrzeć gipsowy model przyszłego pomnika. Muszę przyznać, ze zrobił na mnie znacznie większe wrażenie niż ten widoczny na starych widokówkach. Po prostu było widać znacznie więcej detali, a przy okazji można było obejrzeć całą kompozycję od tyłu, równie piękną, lecz znacznie rzadziej eksponowaną. Chciałem zrobić kilka zdjęć, lecz już przy pierwszej próbie zostałem przegnany przez panie bileterki.

Wieczór spędziłem przed telewizorem na oglądaniu fragmentów gali wręczenia nagród XXXIII Festiwalu Polskich Filmów w Gdyni.

Jakoś nie mam szczęścia do tego festiwalu. Odbywa się tak blisko mojego gdyńskiego domu, a uczestniczyłem w nim jak do tej pory tylko raz – dwa lata temu. Pamiętam m.in. przejmujący „Plac Zbawiciela”, który dziś przypomniała TVP Kultura. W ubiegłym roku okres festiwalu zbiegł się z moim wyjazdem na statek, a w obecny z operacją taty.

Złote Lwy otrzymała „Mała Moskwa” Waldemara Krzystka.

  

Z przyjemnością obejrzę, kiedy wejdzie na ekrany. Podobnie jak „Rysę” (juz jest) i „33 sceny z życia”

Szczecin, 21.09.2008, 01:45 LT

piątek, 19 września 2008

  

Szpital był zaplanowany na 17 września. Kolejne koronarografie nie poprawiały zdrowia taty na długo, więc lekarze postwaili na by-passy. Połowa urlopu jak mi pozostała (skromne dziesięć dni) musi mi wystarczyć na sprawy związane z tym wszystkim. Odwiedziny i ewentualna pomoc w domu w pierwszych dniach powyjściu ze szpitala. Dlatego po weekendowym pobycie w Szczecinie, wróciłem do Trójmiasta i czekałem na dalsze wiadomości. Trudno powiedzieć jaki jest grafik i ile trwa przygotowanie do operacji, a trzeba było „oszczędzać” urlop.

- Operacja będzie jutro – powiedział tato przez telefon. Wieczorem potwierdził.

Spakowałem rzeczy i ruszyłem w nocną jazde do Szczecina. Wyjechałem z Gdyni o 01:30 i tak jak się spodziewałem, wkrótce zaczęła się walka z sennością. Miałem to wkalkulowane w czas podróży wiec bez oporów i niepotrzebnego ryzykowania, zjechałem na krótką drzemkę na parkingu w Słupsku. Po drzemce kawa, kilka głebokich wdechów na świeżym, rześkim powietrzu i ruszyłem w dalsza drogę. Minąłęm Koszalin, ale za miastem monotonia nocnej drogi znów zaczęła przytępiac zmysły. Kolejny parking, tym razem w Krzywopłotach niedaleko słynnego pola naftowego koło Karlina, które wiele lat temu rozbudziło płonne nadzieje na polski Kuwejt w tamtym rejonie.

Myśłałem, że stamtąd wystraczy juz tylko jeden skok do Szcecina, ale musiałem zatrzymac się jeszcze raz w Nowogardzie. Stamtąd, przy swietle dziennym i przy dźwiękach porannej „Trójki” dojechałem nna miejsce. Dcchodziła ósma wiec nie jechałem już do domu lecz prosto do szpitala.

- Właśnie zabierają go na salę operacyjną – poinformowała mnie pielęgniarka.

I tak nie mogłem go zobaczyć, bo już wczesniej był w strefie sterylnej, w której nawet własnych rzeczy nie wolno było im trzymać, a co dopuero mówic o odwiedzinach....

Dostałem numery telefonów, pod którymi mogłem się dowiadywać o jego stan zdrowia. Wieczorem przyszła dobra wiadomość:

- Jeszcze nie jest wybudzony, oddycha przez respirator, ale pacjenci wybudzają sie zazwyczaj dopiero późnym wieczorem. Wszystko na razie w porządku i nie ma powodu do niepokoju.

- Kiedy mogę zadzwonić ponownie?

- Njalepiej jutro około dziesiątej-jedenastej. Wtedy bedziemy mogli powiedziec coś więcej.

Uff! Zeszło ze mnie napięcie. Tato ma przecież ponad 78 lat i wiek niestety nie jest jego sprzymierzeńcem w tej walce.

Przed południem kolejne próby połączeń. Dodzwoniłem się dopiero w południe.

- Niestety, w nocy miały miejsce powikłania i wystapiły objawy zawału mięśnia sercowego. Pacjent miał robioną koronarografię. W tej chwili jest na sali wybudzeń, przytomny, na własnym oddechu, ale za wcześnie by mozna było coś więcej powiedzieć o rokowaniach. To dopiero pierwsza doba po zabiegu.

Ponoć pierwsze trzy doby są najważniejsze. Mam zadzwonic po szesnastej. Będzie wiadomo coś więcej.

Najgorsza jest bezczynność oczekiwania. Cokolwiek by się nie zaczynało robić, myśli i tak wracają w stronę w szpitala.

Ale czekam.

Czekam.

Czekam na dobre wiadomości.

 

Szczecin, 19.09.2008, 14:25 LT

środa, 17 września 2008

  

Ależ się jesień zrobiła. A jeszcze tak niedawno...

W piątek w ramach przerwy na lunch poszliśmy z Aniołem na plażę. Wiało niemiłosiernie. Ale ja lubię taką pełną niepokoju pogodę. Uwielbiam patrzeć na spienione morze, zwłaszcza jak nie muszę w tym czasie zmagać się ze sztormem gdzieś na oceanie. I jeszcze do tego naburmuszone chmury nie wróżące niczego dobrego.

Anioł natychmiast rozpoczął pląsy na plaży. Uwielbiam przyglądac się jak biega, po chwili odwraca twarz w moją stronę, smieje się, a ja próbuję uchwycic to wszystko aparatem telefonu komórkowego.

Plaża była niemal pusta bo wszyscy pochowali się, a niektórzy pewnie popijali w zacisznych knajpkach grzańca zamiast tropikalnych drinków.

Przytuliliśmy się, ale nie na długo, bo obowiązki wzywały za biurka. Zresztą na dłużej bez solidnehj dawki aspiryny wiatr i tak pewnie by nam nie pozwolił.

Późnym popołudniem wyjeżdżałem do Szczecina. Kiedy dojeżdżałem na miejsce, nie wiał już, zle było przeraźliwie zimno. Bezchmurne niebo i napływające arktyczne powietrze zamieniły letnią jeszcze przecież noc w namiastkę grudnia. Za to kiedy wzeszło słońce, można było cieszyc się przepięknym porankiem. Niezbyt długo jednak, bo po południu znów pojawiły się chmury i znów zaczęło wiać. Pewnie dlatego tak niewiele osób przyszło na Wały Chrobrego na festyn zorganizowany przez Marynarkę Wojenną.

Z tej okazji odwiedził Szczecin nawet „Dar Młodzieży”.

Pokazy morskiego ceremoniału, filmy i zdjęcia ukazujące historię morksiego oręża przedstawiane na tle ORP „Kraków”ogladali tylko najwytrwalsi.

Nieco dalej na jednym z okrętów rakietowych mogłem zobaczyć bojową flagę tej formacji. Nie przypuszczałem, ze oprócz biało-czerwonej z orłem ich symbolem jest też... pająk.

No bo to pająk chyba?

To juz ja wolę logo Szczecina namalowane m.in. na rufie wodolotu „Bosman Express”. Mówi ono, że w 2050 roku to miasto ma być pływającym ogrodem. Krótko mówiąc, Szczecin stawia na zieleń i wodę.

Byłby to powrót do korzeni, bo z zieleni gród Gryfa słynął od dawna, a jak wykorzystywano otaczające akweny widać chociażby na starych fotografiach, gdzie oprócz nabrzezy czysto przeładunkowych istniało wiele nabrzeży pasażerskich, wokół których skupiały sie restauracje, kawiarnie i mnóstwo rozmaitych atrakcji w sam raz na niedzielne popołudnie. Chciałbym móc kiedys zobaczyć taki Szczecin, pełen stateczków białej floty, jachtów, parków, nowoczesnej architektury na zaniedbanych dziś wyspach Śródodrza. Jednak nawet jesli dobry Bóg pozwoliłby mi zostać na Ziemi do tego czasu, potrzebna jest jeszcze wola działania i wizjonerstwo władz miasta na miarę co najmniej Hermana Hakena, który zrealizował projekt Wałów Chrobrego, czy Johannesa Quistorpa, tego od Parku Kasprowicza i Jasnych Błoni. Rozsądek mówi co innego, lecz my Polacy mamy dusze romantyków, więc nie wierzę, że się nie uda.

Tymczasem nie udał się koncert Andrzeja i Mai Sikorowskich. To znaczy pod względem artystycznym udał się (przynajmniej do momentu, do którego go słuchałem), ale logistycznie był to niewypał.

Koncert zorganizowany był z okazji Dni Greckich. Żona Andrzeja Sikorowskiego jest Greczynką stąd w repertuarze jej męża i córki znajdują się utwory nawiazujące do tamtego kraju na południu. Mnie urzekł kilka miesiecy temu słuchany w Teatrze Muzycznym w Gdyni „Głos z oddali” będący wspaniałym popisem wokalnym córki Pana Andrzeja. Wystarczyło przymknąc powieki a Grecja znajdowała sie w zasięgu ręki.

Impreza miała odbyc się na zamkowym dziedzińcu lecz jeszcze raz człowiek przegrał z przyrodą. Pogoda przepędziła wszystkich do Sali Bogusława.

Kiedy tam dotarłem, wewnątrz było juz mnóstwo ludzi.Wciąż napływali nowi, którzy juz jednak nie mieścili się i zmuszeni zostali pozostac za drzwiami. Ja też słuchałem pierwszych piosenek własnie przez drzwi, ale bardziej było to domyślanie się o czym wokalista śpiewa i bazowanie na własnej pamięci tekstów „Pod Budą”. Uznałem, ze dalsze katowanie się nie ma sensu i w tej sytuacji lepiej po prostu posłuchać nagrań w zaciszu domowym.

Żałuję tylko, że nie doczekałem na „Głos z oddali” bo tego akurat w swojej kolekcji nie posiadam. Słuchanie jednak tej pięknej piosenki w podłych warunkach byłoby bardziej jej profanacja niż ucztą dla ucha. Może innym razem.

Skończył się już wtorek, a chłód nie ustępuje. Zdążyłem wrócić do Trójmiasta, a wiatr wieje nadal. W biurze grzeją kaloryfery, a w mieszkaniu zimno jak w psiarni. Rozumiem, że zbliza się koniec lata, ale żeby brac to aż tak dosłownie?

 

Gdynia, 17.09.2008, 01:30 LT

 

 
1 , 2 , 3