Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 30 września 2007

 

Monotonny krajobraz za oknami pociągu. Bardzo już jesiennie. Ołowiane niebo tak jak i wczoraj wbrew zapewnieniom synoptyków, że juz od sobotniego popołudnia zrobi sie słonecznie. W tak melancholijnych „okolicznościach przyrody” jadę do Gdyni.

Miało być tak pięknie. Oglądanie, zaraz po przyjeździe, siatkarskiego finału z udziałem „Złotek”. Oglądanie razem z Aniołem, co sprawiłoby, że te mnóstwo sportowych emocji okraszone zostałoby garscia niezwykle pięknych, kameralnych doznań natury czysto estetycznej.

„Złotka” jednak przegrały i ich mecz o brązowy medal wypadł akurat podczas mojej podróży. Jeszcze nie łączyłem się z internetem, więc nie wiem jak im poszło. Obawiam sie, że trauma utraconego, a bedącego już w zasięgu ręki złota odbije swoje piętno na ich psychice. Walka o brąz to już jest „tylko” finał pocieszenia. Chociaż wiele zespołów dziękowałoby niebiosom za taki wynik, to w przypadku tej drużyny spełnieniem marzeń nie był. Mogą nie wykrzesac już z siebie tej woli walki. Mam jednak cichą nadzieję, że odcięcie mnie od telewizora sprawi, iż wszystko wroci do normy i nasze siatkarki rozniosą (może już rozniosły) Rosję w pył.

Anioł się rozchorowal. Nie, nie z powodu przegranej siatkarek. Prawdopodobnie w pracy ktoś rozsiał trochę wrednych wirusów. A przed wrednymi wirusami nawet anioły nie są w stanie się obronić. Kuruje sie więc ten mój Anioł w domu i w tej chwili najważniejszy jest spokój i odpoczynek by przynajmniej jutro mógł rozwinąć skrzydla.

Wszystko wskazuje więc na to, że spędzę ów wieczór pod znakiem spokoju, oststnich dawek gripexu, by ostatecznie dobić bedącą w odwrocie moją infekcję i chyba wczesniejszym pójściem spać bo w pracy, już wiem, czeka na mnie mnóstwo dodatkowych spraw do załatwienia.

Wczoraj, jak zwykle w sobotę, poszedłem z tatą na cmentarz. Rozmawialiśmy o rozmaitych codziennych sprawach. Opowiadał o tych codziennych drobiazgach i o krotkich, telefonicznych rozmowach z mieszkającą w Warszawie siostrą. Z całego rodzeństwa juz tylko ich dwoje zostało. Samotnych, bo małżonków także pochowali. Zastanawiałem się podczas tej rzomowy nad jesienią ich życia. Szarą i monotonną. Myślałem jak niewiele już oczekują od losu. Nic wielkiego już nie planują. Taka niedzielna rozmowa telefoniczna urasta do rangi wielkiego wydarzenia. Będąc już blisko osiemdziesiątki, nie wsiada się tak po prostu do pociągu.

I podczas tego naszego spaceru wpadłem na pomysł.

- A może chciałbys ją odwiedzić?

- Jak? Przecież to daleko.

- E tam! To sprawa względna. Zafunduję Ci bilety lotnicze tam i z powrotem. Godzina lotu i bedziesz na miejscu.

Tato chwilę się zastanawiał.

- Może masz rację. Nie byłoby głupio... Zobaczymy po Nowym Roku.

- Nie ma co odkładać do Nowego Roku. Ciocia ma za parę tygodni imieniny. Polecisz na imieniny, pogadacie sobie do woli a następnego dnia wrócisz.

- Jak juz polecę, to zostałbym jeszcze jeden dzień.

- Wrócisz kiedy zechcesz. Ja tylko mówię, ze samolotem to nawet i w jeden dzień bez noclegu dałbyś radę.

Tato znów się zastanawiał.

- Polecę w piątek rano, a wrócę w niedzielę wieczornym samolotem.

Potem pomyślał jeszcze chwilę.

- Zrobię jej niespodziankę. Dopiero po wylądowaniu w Warszawie zadzwonię, że jadę z zyczeniami imieninowymi

Tato jeszcze kilkakrotnie wracał do tego pomysłu i juz planował z detalami całą podróż. Byłem lekko zszokowany, że tak bardzo go to ruszyło. Myslałem, że bedę musiał go przekonywać, a tymczasem watpliwości nie było w ogóle. Postanowiłem więc dołożyć mu wrażeń.

- Jeżeli juz rozmawiamy o podróżach, to może wpadłbyś na parę dni do Gdyni? Mieszkanie nie jest jeszcze całkiem urządzone, ale jest gdzie spać. Zobaczyłbyś jak mieszkam...

Tato jeszcze bardziej zapalił sie do wyjazdu.

- Chętnie. Nieraz o tym myślałem żeby pojechać.

I znów zaczęło się snucie planów co chciałby zobaczyć, dokąd sam by pojechał w Trójmiescie, kiedy będę w pracy.

Byłem zdumiony. Wyglądało tak jakbym po wielu, wielu latach trafił w dziesiątkę jego oczekiwań. Nie przypuszczałem, że te dwa wyjazdy będą dla niego tak wielką przyjemnośćią. Hm, po kimś przecież to zamiłowanie do rozmaitych podróży odziedziczyłem. Dziś, kiedy odwiedziłem go przed wyjazdem, wróciliśmy znów do planowania terminów. Warszawa już prawie zaklepana, a termin wyjazdu do Gdyni będzie zależeć od tego, jak długo ja będę tym razem w Polsce. Może w przyszłym roku zamiast tradycyjnego swetra, szalika czy innego mniej lub bardziej trafionego prezentu kupię mu na urodziny jakiś wyjazd do sanatorium albo coś w tym rodzaju? Ciekawy jestem czy będzie zainteresowany?

Sam jestem może nawet bardziej zadowolony niż on. Cieszę się, że mogłem trochę ubarwić jego obecne życie.

Gdzieś za Lęborkiem, 30.09.2007; 17:30 LT

sobota, 29 września 2007

Sobota. Godzina 19:20.

Wszystko juz przygotowane.  Kolacja na stole, szarlotka na deser, goraca herbata, goracy Gripex, bo się w podróży przeziębiłem i tylko mam nadzieję, że nic na kojenie smutków potrzebne nie będzie. Włoszki po raz drugi pokonały Rosjanki. Czy podobna sztuka uda się polskim siatkarkom z Serbkami?

Ach, jakże im tego życzę!

Oby tylko nasze dziewczyny nie zlekceważyły przeciwniczek mając w pamięci gładką wygraną 3:0 sprzed kilku dni. No i oby moja obecność przed telewizorem (pierwszy raz po powrocie z podróży) nie przyniosła pecha.

Zaczyna się. Hymny.

Aj, nerwowo. Punkt za punkt do stanu 4:4, potem 6:4 dla naszych, ale 7:8 na pierwszej przerwie. Po przerwie nasze grają spokojniej. Juz 10:9!

12:12 i chyba sędziowie pomylili się na naszą korzyść przy przełożeniu reki przez Glinkę. 13:12! Ale zanim to napisałem już 14:15 dla Serbek. I 15:16 na drugiej przerwie. Bardzo nerwowo. Bardzo. A po przerwie zrobiło się 17:16 dla naszych i serbski trener bierze czas. Uff! Wygrac teraz te piłkę! Nie wygrały. 17:17. Ależ fatalny aut Serbek! 18:17! Drugi aut i 19:17! Niesamowity blok i 20:17! Znów czas dla Serbek. O rany, ale blisko... Jeszcze tylko pięć punktów. Grać jeden za jeden i byłoby dobrze J Aut naszych L Aut Serbek J 21:18. Aj, nie przebijaja sie nasze. Dwa punkty stracone, ale w końcu sie udało i 22:20. Jeszcze trzy... fatalne przyjęcie Serbek i atak był formalnością. 23:20! Dwa razy nasze broniły, ale za trzecim razem jest 23:21. A teraz to co miało być bez trudu skończone nie wyszło. 23:22. Gubią sie nasze przy odbiorze. 23:23. Kurczę, a juz tak blisko było. Czas bierze nasz trener. W siatke bije Brakocevic! 24:23! A teraz 24:24. W aut po bloku i prowadzimy 25:24! I juz 25:25. Punkt dla Serbek L 25:26. Czas dla Polski. 25:27 i 0:1 w setach. Cholera jasna! Od stanu 23:20 nasze cos się zacięło i nasze przegrały ten fragment 2:7.

Idę zaparzyć kawę.

Nie wygląda to dobrze. Serbki grają jak w transie. Nasze z wielkim trudem zdobywają punkty. Rywalkom przychodzi to dużo latwiej. Ale póki co jest 3:3. Źle gra nsz blok, zły odbiór w kolejnej akcji i 4:6. Nasz blok nadal nie istnieje. Ataki przechodzą z trudem. Na pierwszej przerwie wynik 6:8. Nie widać uśmiechów na twarzach naszych dziewczyn. Nie można juz teraz przegrać drugiego seta, ale jest 6:9. Wreszcie atak i wreszcie blok w nastepnej akcji i juz tylko 8:9.  Jest jednak źle. Już 9:12. Serbkom wychodzi wszystko. Bronią nawet beznadziejne piłki. 9:13 i czas dla polskiej drużyny. Serbki roześmiane. U nas powaga. As serwisowy i 9:14. Na drugiej przerwie technicznej 10:16 i wygląda to coraz gorzej.

Ależ wymiana! Serbki broniły z beznadziejnych. Nasze też i w końcu punkt. 11:16. Udany blok! 12:16. Może to bedzie przełom? Aut z zagrywki i 12:17. Punkt za punkt. Walka po obu stronach. Przewaga jednak się utrzymuje. 15:20. Dwa punkty dla naszych i 17:20. Trener Serbii prosi o czas. I już w normie. 17:22. Znów pięć punktów przewagi. Czas dla Polek. Ostatnia szansa na zryw. 19:23. Punkt dla Polek. 20:23 i czas na żadanie Serbii. Ich trener nie pozwala nawet na mozliwość zbliżenia się. I 20:24. 21:24, ale czy stac nas na kolejne trzy punkty bez straty ani jednego? Nie. 21:25. W setach już 0:2 i trzeba wygrać trzy kolejne bez straty ani jednego. Siatkówka zna takie przypadki, ale wszystko musialoby się diametralnie zmienić. Boję się, że morale naszych dziewczyn mocno osłabło. A Serbia jest na fali.

Mówi się, że kto przy stanie 2:0 nie kończy meczu wynikiem 3:0, ten przegrywa 2:3. Wierzę w to, bo co pozostało? Pierwsza akcja nieudana. 0:1. Znów nie gra blok. 2:3. Potrzebny jest przełom, a tego nie widać. Jak przetracic kręgosłup Serbek? Bronią nawet beznadziejne piłki i każdy punkt przychodzi nam bardzo ciężko. 5:5.  Piłka w linii po naszym ataku ale sędzia pokazuje aut. 5:6. Lecz na przerwę techniczną nasze schodzą z prowadzeniem 8:7. Po raz pierwszy w tym meczu. 10:7 po przerwie! Cos zaskoczyło! Może wreszcie? Zaczęły się uśmiechać. Czas dla Serbii. 11:7!!!!! Teraz to Polki bronią beznadziejne piłki! 12:7!!!!  I w końcu aut z zagrywki. 12:8. Juz 12:9. Kolejny punkt Serbek, 12:10 i nasz trener bierze czas by przerwać tę passę. Wreszcie gra nasz blok. 13:10. Znów blok i 14:10! Rewelacja!!!!! Ach, serw w siatkę i 14:11. Znów walka o każdą piłkę i 16:13 na drugiej przerwie technicznej. Juz tylko 16:15. I skończył sie piekny okres przewagi. 16:16. Demoluje nas drakocevic swoimi serwami. 16:17. Tragedia. 16:18. 16:19 L Czas dla naszych. Nasze przegrały 0:6 po drugiej przerwie.Boje się, ze już się nie podniosą. Wreszcie. 17:19. 18:19. Ale już 18:21. Bardzo źle. 20:23 i bardzo blisko końca meczu. Glinka i 21:23! 21:24 Meczbol.. 21:25. Ależ żal.

Wszyscy już chyba przed meczem pogrzebali Serbię. I niestety zawodniczki też. Mecz chyba został przegrany w pierwszym secie, kiedy przy stanie 23:20 nie udało się wygrać tamtej partii. Gdyby nasze prowadziły 1:0, wszystko zapewne potoczyłoby się inaczej. Obydwie drużyny uwierzyłyby, ze to powtórka z poprzedniego meczu. Cóż, mozna tylko gdybać.

Wszystkiego bym się spodziewał, tylko nie tego, że tak gładko przegramy ten mecz. Nawet kawy nie dopiłem.

Szczecin, 29.09.2007; 21:00 LT

czwartek, 27 września 2007

Jutro o tej porze będę już w Szczecinie. Miło podróżować z taką świadomością. W ogóle podróżować jest miło. Nawet jeśli niewiele się ogląda. Nie wiem co takiego jest w atmosferze dworców, czy to lotniczych, czy kolejowych, że tak mnie rajcują. Wystarczy rzucić hasło „rozkład lotów” czy „plan podróży”, a juz pojawia się ta przyjemna dawka adrenaliny. Zaczyna się dziać coś nowego. Działa to zawsze, nawet jeśli jadę harować jak wół i żadne atrakcje oprócz pracy na mnie nie czekają. Cóz więc dopiero kiedy przemieszczając się lotniskowymi pasażami z każdą chwilą zbliżam się do domu!

Aż się boje pomyśleć co się stanie gdy w sobotę zasiądę przed telewizorem by oglądać półfinałowy mecz naszych siatkarek. Znając mój wpływ na wyniki polskich sportowcow, jeszcze morze się zdarzyc, ze bidulki przegrają. Z drugiej strony – poprzednie dwie edycje kobiecych mistrzostw Europy z oglądałem od deski do deski i za każdym razem zły czar nie działał. Może więc i tym razem... Ale by było... Trzecie mistrzostwo z rzędu... Tfu! Tfu! Tfu! Trzeba być bardzo ostrożnym, zeby nie zapeszyć.

Póki co, dumny jestem z moich młodych sportowców. Tomek zajął w swojej kategorii trzecie miejsce w biegu ze Śnieżki do Samotni. Zdobył najprawdziwszy medal! Ogromnie sie cieszę, bo mi pomimo wielu prób na rozmaitych polach trafiały się co najwyżej dyplomy za udział. Raz jeden udało mi się zająć trzecie miejsce w biegu przełajowym na mistrzostwach szkoły i do dziś pamiętam każdy metr tamtego finiszu jakby to był co najmniej finał igrzysk olimpijskich. Myslę, że olimpijskie przesłanie „nieważny wynik, ważny udział” można rownie dobrze parafrazować na „nieważna ranga zawodów, ważny udział”. Swoja drogą pamiętam jakie wrażenie kilka lat temu zrobiła na mnie wizyta na meczuhokejowym szkolnej drużyny w Port Alice na wyspie Vancouver. Port Alice to niewielka osada. Niedzielny poranek, nie było gdzie iść więc wstapiłem do tej hali. A tam tłum rodziców, krewnych, przyjaciół zywiołowo dopingujący druzynę kilkunastoletnich chłopców zmagających się z rówiesnikami z jakiejś sąsiedniej osady. Dla nich zapewne tamten mecz był także nie mniej wazny niż zmagania reprezentacji Kanady.

Paulina też w czołówce w biegu na mniejsza skalę. Zajęła drugie miejsce w przełajowym biegu i zakwalifikowała się do międzyszkolnych zawodów. Niestety opłaciła to skręceniem kostki i nie wiadomo czy da radę pobiec. Ale mam nadzieję, że nawet jeśli nie uda jej się teraz to powalczy jeszcze następnym razem.

W poniedziałek debata panów K. Ciekawy jestem czy puszczą nerwy premierowi jak kiedys prezydentowi Wałęsie. Wydaje mi się, że Kwaśniewski jako bardziej opanowany i mniej radykalny ma znacznie większe szanse na zwycięstwo w tym słownym pojedynku niż radykalny Kaczyński. Przy okazji tej debaty myslę jednak nad niemrawością Tuska, który właśnie po raz kolejny zostaje wymanewrowany przez sprytniejszego w politycznch gierkach premiera. Wiadomo, że w całej tej debacie najmniej chodzi o wynik, lecz o t.zw. szum medialny. Kaczyński bezceremonialnie degraduje Tuska do rangi polityka nr3 stwarzając iluzję, że w poniedziałek zmierzy się dwóch liderów politycznej sceny. Co ugra Kaczyński to jego, bez wzgledu na to z kim by nie debatował. Lecz głosy zyskane przez Kwasniewskiego nie dostaną się Platformie i o to w tym wszystkim chodzi. Tusk widząc co się dzieje, niczym petent prosi o debatę, a Kaczyński odmawia, bo dla niego Tusk się nie liczy. I kto tu wydaje się silniejszy. Smutne to, bo nie kibicuję PiS-owi, ale coraz bardziej obawiam się, (a może dałem się przekonać wrażym siłom) że Tusk typem wodza nie jest i im wcześniej pozwoli rozgrywać karty innym politykom ze swojego ugrupowania, tym lepiej. Ale to już chyba za późno. Nie w tej kampanii. Gdzie więc szukać nadziei?

Na pewno i nadziei i radości i wszelkiego szczęścia mogę szukac w ramionach Mojego Anioła, więc tym bardziej spieszno mi do samolotu. Już się nie mogę doczekać.

Za trzy kwadranse startuję do Waszyngtonu. Potem długi lot do Frankfurtu i na koniec skok do Berlina. A stamtąd to już prawie rzut kamieniem.

Good bye Norfolk!

Norfolk, 27.09.2007; 15:25 LT

 

wtorek, 25 września 2007

 

W samolocie American Airlines może nie było tak urzedowo przyjaźnie jak w Caribbean, ale tak zupełnie oschle też nie. Zanim jednak przejdę do lotu, muszę napisać o urzędowej uprzjemości na Trynidadzie zanim zapomnę.

Ponieważ lokalna karta SIM dobrze sprawdzała się w Chinach, również na Tryninadzie zaopatrzyłem sie w stosowną, zeby móc korzystać z internetu nie płacąc jednoczesnie za roaming. Tu także wydawało się, że jest to strzał w dziesiątkę. Przez dwa dni wszystko działało bez problemu, ale potem przycisk „connect” w stosownym okienku programu zrobil się nieaktywny. Pomyślałem, że konto karty pewnie zostało wyczerpane i zasiliłem je dość hojnie, żby nie mieć znów problemów. Przycisk „connect” jednak nadal nie działał. Skutkowało to moimi kolejnymi telefonami do biura obsługi klienta, którego obietnice naprawy albo przynajmniej oddzwonienia przez serwisantów okazały się czczym gadaniem. Pies z kulawą nogą nie zainteresował się moją sim kartą. Natomiast uprzejmość pozostawała bez zarzutu.

Dzwoniłem tam chyba z sześć razy. Za każdym razem odpowiadała oczywiście inna spośród wielu operatorek, lecz zawsze witała się tymi samymi słowami, brzmiącymi mniej więcej tak:

- Dzień dobry. Dziekujemy za korzystanie z sieci „Digicel” i za telefon do nas. Zapewniamy „excellent service”. W czym mogę pomóc?

Tutaj ja zaczynałem referować problem i wtedy pani operatorka łapała mnie, na którymś z przecinków i informowała:

- Żeby zapewnić „excellent service” potrzebuję odpowiedzi na kilka pytań. Jak masz na imię?

Tylko za pierwszym razem byłem zaskoczony. Potem już przedstawiałem się z imienia od razu, panienka wklepywała do komputera, a ja wracałem do tematu.

- Wracając do tematu, chciałbym poinformować...

- Poczekaj Darius. Dzwonisz z Trynidadu?

Po tym pytaniu nastepował szereg kolejnych, zawsze takich samych, które chyba niczego do sprawy nie wnosiły. I wreszcie na koniec, kiedy udało mi się w końcu dorwać do głosu i całkowicie zreferować problem, otrzymywałem wyklepane na pamięć zapewnienie:

- Ok, Darius. Nasi technicy dołożą wszelkich starań by problem usunąć. Nie mogę zapewnić, że skontaktują sie z toba jeszcze dzisiaj, ale na pewno oddzwonią jutro.

Na moje nieśmiałe uwagi, że jak na razie to ja kontaktuję się któryś raz, pani po drugiej stronie słuchawki odpowiadała, że teraz to juz na pewno, bo sprawa jest w systemie komputerowym

- Czy jest jeszcze coś w czym mogłabym ci pomóc? – zamykała uprzejmie dyskusję na temat sim karty.

- Nie, na razie nie. – odpowiadałem grzecznie.

- W takim razie dziękuję ci Darius za telefon i za to, że korzystasz z operatora „Digicel” Zapewniamy excellent service...

Pani mówiła za każdym razem to samo i czasami wypowiadała te słowa z szybkością oraz wdziękiem automatu. Zastanawiałem się, czy w ogóle rozumie sens wypowiadanych słów. Za każdym razem kiedy kończyłem rozmowę czułem sie jakby ktoś zrobił mnie w balona potokiem miłych, acz bezsensownych słówek, a ja nie miałem  dość tupetu, by na grzeczność odpowiedzieć warknięciem, że „ja wam pokażę”.

Pani na poczcie zamykająca za czasów komuny okienko karteczką „przerwa śniadaniowa” i patrząca z wilczą satysfakcją na długi ogonek klientów była przynajmniej prawdziwym człowiekiem, a nie jakąś zaprogramowaną maszyną. Skutek zaś był ten sam. A może nawet lepiej, bo takiej pani można było normalnie po ludzku wykrzyczeć co się sądzi o takich praktykach i, że jeszcze kiedyś zrobią z tym porządek.

Spece wymyślili, że można robic tak samo jak do tej pory, ale trzeba urobić klienta kulturalnie i z uśmiechem na ustach. Wiadomo przecież, że „klient w krawacie jest mniej awanturujący się”.

Nieco mniej sztampowo było we wspomnianym samolocie American Airlines.  Kiedy wyczerpała mi się bateria w laptopie i zabrałem się za czytanie książki, przechodzący obok steward pokazał na tytuł i zapytał, co to za język? Na moja odpowiedź, że polski, zaczął się rozwodzić nad pięknem naszego kraju. Mówił o tym, że był w Tatrach, w Wieliczce, Krakowie, Warszawie i Gdańsku, skąd pojechał do kraju, którego nazwy zapomniał, ale zaczynała się na literę H.

- Hungary? – zapytałem.

- Oh, yes! Hungary!

Byłby opowiadał dłużej, co było bardzo miłe, ale pogoniła go towarzysząca  mu stewardessa, bo ludzie w dalszych rzędach niecierpliwie czekali na kawę.

Moją uwagę zwrócił jednak inny ze stewardów, który albo miał iście amerykańskie poczucie humoru i bezpośredniość, albo, co mi sie wydawało bardziej prawdopodobne, dziabnął sobie co nieco. Najpierw bowiem długo dyskutował wesoło z jakimiś pasażerami, zupełnie nie przejmując się, ze samolot podchodzi do lądowania i nawet reszta personelu pokładowego od dobrych paru chwil siedziała juz zapięta w fotelach. Kiedy zdecyował się ruszyć w kierunku swojego miejsca, samolot był juz może tylko z piętnaście metrów nad ziemią. Siedziałem w takim miejscu, że nie dałem rady zauważyć czy zdążył usiąść zanim wylądowalismy. Ale to był tylko początek. Zazwyczaj przy wyjściu stewardessy tradycyjnie żegnają pasażerów. Zawsze szczerze im współczuje owego wypowiadanego automatycznie dwieście razy „good bye, thank you” bo tak wymaga instrukcja opracowana gdzieś w biurze. Ten steward zaś zamiast potoku tych samych formułek odprawił przy drzwiach prawdziwe show.

- Dziękujemy Wam! Nie zapominajcie o nas! Nasze samoloty otwarte są 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu, więc zapraszamy o każdej porze! Szczególnie dziękujemy Wam, że zechcieliście zostawić u nas swoje pieniądze!

Stewardessy uśmiechały się lekko zażenowane. W końcu nie wiadomo czy jakiś smutas nie poczuje się urażony. Wszystkim chyba jednak to spontaniczne pożegnanie przypadło do gustu, bo zrobiła się ogólnie wesoła atmosfera.

W następnym samolocie procedury wzięły górę kiedy przez okienko fotografowałem kołujący w strugach ulewnego deszczu inny samolot. Stewardessa, odczekała aż skończę i obejrzę jak wyszło, po czym oznajmiła:

- Przepraszam, ale przepisy zabraniają fotografowania samolotów.

- Zabraniają? Nie wiedziałem. – Nie chciałem mówić, ze takich zdjęć mam co najmniej kilkanacie w swojej kolekcji, bo jeszcze by mnie gotowi byli zamknąć, albo co najmniej umieścić na liście „klientów których nie obsługujemy”. Dodałem więc tylko standardowe „sorry”.

- Przepraszam, ale przepisy wymagają abyś skasował te zdjęcia.

- Dobrze, skasuję.

- Ale teraz. Ja muszę widzieć, że je skasowałeś.

Nie było rady. Nie będzie zdjęcia samolotu w ulewnym deszczu.

Kiedy po przylocie do Norfolku odnalazłem swoje bagaże na taśmie, spostrzegłem, że obydwa uchwyty jednej z moich walizek są z jednej strony oderwane. Zgłosiłem reklamację.

- Przepraszam, ale American Airlines nie uznają reklamacji dotyczących wyrwanych uchwytów i odłamanych kółek. – zakończyła szybko sprawę pani w okienku. Szybko i zasadniczo. Bez owijania w bawełnę, że zapewniają „excellent service” i cieszą się, że leciałem z nimi.

W Norfolku również, jak to już się wiele razy w USA zdarzyło, nikt na mnie nie czekał. Agent miał mój rozkład lotów, ale się nie pojawił. Wyłączył też, chyba na wszelki wypadek, komórkę. Dochodziła północ. Znałem nazwę kei, przy której stał statek, ale nie wiedziałem gdzie się ona znajduje. Taksówkarz, ktorego wziąłem z postoju też nie wiedział. Na szczęście udało mi się dodzwonic do kapitana i ten nas naprowadził. Dotarłem na statek około pierwszej w nocy i dowiedziałem się, ze o szóstej rano kończą wyładunek i odpływają. Była to więc iście ekspresowa, nocna wizyta. Po wschodzie słońca pożegnałem ich i wylądowałem w hotelu w oczekiwaniu na następny statek. Tym razem agent nie zawiódł i załatwił transport oraz nocleg. „Hotel Mariott” źle się dziś u nas kojarzy. Idąc korytarzem, rozglądam się za kamerami. Staram się zachowywać przyzwoicie, bo chociaż macki ministra Ziobro jeszcze tu chyba nie siegają to kto wie czy kiedyś nie będą? Kłaniam się Wielkiemu Bratu.

Norfolk, 25.09.2007; 09:25 LT

poniedziałek, 24 września 2007

Zakończyłem pobyt na Trynidadzie. Dyrekcja wzywa mnie na przyszły wtorek do Sopotu, a ja nie zdążyłbym dopłynąc do USA i wrócić na czas do Polski. Trzeba było więc zakończyć wizytę.

Żeby jednak nie zmarnować tak pieknie przed dwoam tygodniami zaplanowanej podróży, dyrekcja znalazła mi zajęcie zastępcze. Zwizytuję dwa statki, które co prawda do „mojej stajni” nie należą, ale przynajmniej wyręczę kolegów, którzy też na nadmiar wolnego czasu nie narzekają.

Wsiadłem więc do samolotu, który z Port of Spain wiezie mnie teraz do Miami. Tam szybka przesiadka do Nrofolku i koło północy powinienem byc na miejscu. A od rana kolejne zajęcia. I jak się uda to może zdążę na weekend do kraju.

Szkoda, ze nie jest to samolot Carabbean Airlines jakim leciałem w tę stronę. Na pokładzie American Airlines nie jest juz tak przyjaźnie.

Niewiele zobaczyłem na Trynidadzie poza przemysłowym krajobrazem portu. Niewiele interesujących przeżyć zaliczyłem jeżeli nie liczyć uporczywej walki z wydzielającym się z ładunku wodorem, którego rosnące stężenie spędzało nam sen z oczu. Moge jednak powiedzieć, że to kraj zamieszkiwany przez bardzo miłych i uprzejmych ludzi. Wzajemna serdeczność, pomoc, uśmiech tak bardzo dominują, że zastanawiałem się czy nie jest przypadkiem uwarunkowana genetycznie. A jesli do tego doda się odrobinę karaibskiej beztroski, życie pomimo wielu problemów zaczyna płynąc w rytmie reggae.

Myślę, że napis na proporcu wiszącym w hallu lotniska nie odbiega od rzeczywistości. To chyba rzeczywiście jest kraj, gdzie każdy, niezależnie od wyznania i koloru skóry, znajdzie miejsce dla siebie.

Dlatego cgociaż zobaczyłem niewiele, to z odrobiną żalu stąd wyjeżdżam. Może kiedys tu wrócę i znajdę trochę czasu by wychylić nos poza portowe nabrzeża?

Odrobinę czasu jednak znalazłem, by rozpocząć realizację planów związanych z nowym blogiem. Chciałbym w nim ocalic od zapomnienia skrawki opowieści z życia moich rodziców, dziadków, może i innych osób, z ktorymi się zetknąłem, pomieszane ze wspomnieniami swoich lat dziecinnych. Nie wiem czy nie jest to kolejny słomiany zapał, lecz dopóki nie spróbuję, nigdy się nie dowiem. A czasu mam niewiele. Mama już niczego więcej nie opowie. Jeszcze jest szansa popytać tatę i ciocie zanim wszystko zginie na zawsze w otchłani niepamięci. To przecież część mojej własnej historii. Dlatego dołączę do niej i swoje dziecięce wspomnienia, o które z wiekiem coraz trudniej. Nie będzie to nic wielkiego – zwykłe zdarzenia, które lepsze są od innych tylko dlatego, że nie zostały jeszcze zapomniane. Mozaika faktów, albo lepiej: okruchy z bogato zastawionego stołu życia. Stąd www.okruchy.blox.pl

P.S.

W trakcie pisania poniższej daty dotarło do mnie, że to juz jesień. Ależ żal! Znów wieczory bedą zaczynac się zaraz po obiedzie, deszcz przeganiac będzie ze spacerów, na butach wszechobecne błoto... Trzeba jakoś przetrzymać nadchodzące pół roku. Aby do marca.

Nad Karaibami, 23.09.2007; 16:25 LT

 
1 , 2