Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
środa, 27 września 2006

                          

W taki dzień jak ten to chyba nie mozna nie odnotować sprawy, która zdominowała wszystkie media. Posłanka „Samoobrony” Beger Renata Beger, do spółki z dwoma dziennikarzami TVN sprawiła psikusa PiS-owi nagrywając i upubliczniając próbę przeciagnięcia jej w zamian za rozmaite korzysci z obozu Leppera do partii Kaczyńskich.

Podniósł sie wrzask z jednej strony, że mamy do czynienia z próbą korupcji i udowadnianie, że były to normalne negocjacje polityczne z drugiej. Prawda jak zwykle, lezy gdzies po środku. Uważam, ze jak wiele politycznych afer, ta nagłośniona jest nieproporcjonalnie do jej wagi, ale rozumiem – trwa właśnie polityczne przesilenie, ważą sie losy i rządu i Sejmu, więc to byc może już początek przedwyborczej agitacji. Ja jednak odczuwam swoista schadenfreude z kilku innych powodów:

  1. Oto mistrz w podkupowaniu posłów wpadł we własne sidła. PiS od początku kadencji Sejmu kaperował posłów, którzy co prawda do PO nie należeli, lecz byli z nią z racji politycznych sympatii kojarzeni. Szczytowym osiągnięciem było tu obsadzenie Zyty Gilowskiej na stanowisku ministra finansów. Tej samej, która przez PO skazana została na banicję za nepotyzm. Moim zdaniem wczesniejszy „sąd” Platformy nat tą panią i reakcja niewspółmiernie surowa w stosunku do innych „przewinień” rozmaitych członków partii były zwykłą kiełbasą wyborczą, ale mniejsza z tym. PiS wręcz chełpił się, że wykorzystał to, co przeciwnik podał mu na tacy. Obecne masowe kupowanie posłów Samoobrony odbywało się niemalże w świetle jupiterów przy świętym oburzeniu Leppera i uśmiechów pewnych siebie PiS-owców, którzy w weekend wszem i wobec ogłaszali, ze nowa koalicja już w zasadzie istnieje i pozostały jedynie do omówienia sprawy kosmetyczne. I oto ten pogrzebany juz Lepper (bo przecież nie posłanka Beger sama z siebie) montuje prowokację, która wywala wszystkie kalkulacje do góry nogami. Okazał się cwańszy od Kaczyńskich. Niby drobiazg, może nic dobrego dla Polski, ale satysfakcja, że buta i pewność siebie zostały ukarane.
  2. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie. To przecież PiS pragnał inwigilować, lustrować, usuwać ze stanowisk. To PiS z lubością grzebał w teczkach i prawdopodobnie nie stronił tez od podsłuchów. Dziś z obrzydzeniem ustami swoich przedstawicieli mówi o ubeckich metodach dziennikarzy i Samoobrony. No cóż, uczniowie przerośli mistrzów.
  3. PiS zarzuca swoim politycznym przeciwnikom, że sztucznie rozdmuchują banalne rozmowy, które są nieodłączną cechą polityki i były uprawiane przez kipiące dziś z gniewu partie. Pomijając fakt, że czym innym jest podział stanowisk miedzy dogadującymi się w koalicji partiami, a czym innym oferowanie korzysci za wystąpienie z partii, kosztem której wbrew wyborcom chce się wzmocnić, nie sposób zapomnieć że PiS miał być ta partią moralnej odnowy. Powiewem prawości w skorumpowanej i zabagnionej polskiej polityce. Jeżeli nie wczesniej to dzis na pewno utracił cnotę i słusznie ktoś proponował by panowie zastanowili sie nad zmianą nazwy. Jeżeli inne partie są z podejrzanego, mafijnego układu to trudno usprawiedliwiać się ich przykładem, podpisując sie zarazem: „Prawo i Sprawiedliwość”.
  4. Rządzący obóz oburza się, że oto krąży nad nami widmo powtórki z pamiętnej nocy teczek. Wrogowie znów są o krok od obalenia rządu. Takimi samymi, niecnymi metodami. Pewne chińskie przysłowie poucza: „wstyd jest dwa razy poślizgnąć się w tym samym miejscu”.

Nie darzyłem i nie darzę polityków PiS-u sympatią. Życzyłem im jednak dobrze po wyborach ubiegłego roku, wierząc, że sukces każdej demokratycznie rzadzącej formacji przekuwa się na lepsze życie rządzących przez nia obywateli. Więcej jednak niż prawdziwego rzadzenia, było wiecznego ścigania prawdziwych i domniemanych przeciwników oraz obrażania się na media za niewłaściwe przedstawianie budowniczych IV RP. Igrzyska wypełniły naszą codzienność. No to mamy igrzyska.

Gdynia, 27.09.2006; 23:00 LT

wtorek, 26 września 2006

                 

Pora wrócić do wakacyjnej opowieści o Chorwacji, bo inaczej będzie się ciagnąć za mną do późnej jesieni.

Wyspę Rab mielismy ciągle w dole przed sobą. Raz z lewej a raz z prawej strony, w zalezności od układu serpentyn. W dolnej części trasy pojawił się asfalt i nawet słupki na skraju przepaści. Jedynie szerokość szosy wciąż daleka była od komfortowej.

        

Zjazd jednak z każdą minutą stawał się łatwiejszy , a kiedy zjechalismy na sam dół, do przystani promowej i kiedy z odpływającego promu patrzylismy na siegające chmur skaliste, zbocza nie mogliśmy uwierzyć, że kilkadziesiąt minut wcześniej kluczylismy tam samochodem.

Wycieczka do parku narodowego Plitvickie Jezera była jednym z ostatnich punktów programu. Wcześniej urządziliśmy sobie wyprawę na Kamenjak (408 m.n.p.m.). Nie była to jakaś rewelacyjna wysokość, chociażby w porównaniu z Przełęczą Alan. Ot, zwykły spacer. Wyszliśmy z Barbatu, gdzie mieszkaliśmy i ścieżką w góre mielismy dojść do Svatego Damjana czyli ruin koscioła pod wezwaniem tego świętego. Dalej już prawie po płaskim, grzbietem ciągnacym się wzdłuż wyspy mieliśmy dotzreć na najwyższe wzniesienie (Kamenjak) i drogą w dół zejść do Rabu. Oszacowaliśmy czas trwania wycieczki na około trzy godziny i postanowiliśmy wyruszyc zaraz po śniadaniu, żeby w południe gdy słońce będzie już grzać mocno, znaleźć się na dole i pójść na plażę.

Do ruin doszliśmy bardzo szybko. Potem rzeczywiście zrobiło sie prawie płasko, jeśli nie liczyć nieznacznych wyniesień Srednjaka i Kamenjaka. Tyle tylko, ze to płaskie to było morze kamieni porosnięte co najwyżej ostami i poprzecinane niekończacym sie labiryntem murów oddzielających nędzne pastwiska (?) różnych właścicieli. Chyba pastwiska bo jedynymi żywymi istotami jakie tam zobaczyliśmy były nieliczne owce. Popijaliśmy nieroztropnie, bez umiaru zabrany zapas wody, bo nie było na co go oszczędzać. Podejście zaliczone. Od tej pory miało być tylko łatwiej.

Ścieżka jednak istniała tylko na mapie. Szło się wzdłuż murów po skalnym rumowisku, gdzie każdy kamień był luźno związany z podłożem, więc każdy krok wymagał uwagi, aby wskutek jakiegoś fałszywego ruchu nieopatrznie nie skręcić nogi. Zajęci patrzeniem pod nogi zgubilismy szlak. Niewiele to zmieniało bo Srednjak był przed nami i wystarczyło wejśc na górę na krechę by znów znaleźć się na oznakowanej trasie. Szliśmy jednak powoli. Dokuczały osty i luźne kamienie, a na dodatek trzeba było sforsować kilka płotów. W końcu jednak dotarliśmy.

Widok był przedni, lecz słońce zdążyło już wzejść bardzo wysoko. Morze białych kamieni  stało się istną patelnią. Zdążyliśmy zmęczyć się upałem oraz powolnym marszem, a Kamenjak wydawał się teraz tak odległy.

Co gorsza, wypiliśmy większośc wody i teraz należało zacząć ją wydzielać. Szliśmy powoli skrajem pionowo opadającego ku morzu północno-wschodniego zbocza. Widoki były wspaniałe, ale gorąco robiło się nie do wytrzymania.

Na dodatek Paulina powiedziała mi, że źle się czuje i wyraźnie zwalniała i tak niemrawe tempo marszu. Zacząłem obawiać się, żeby nie dostała udaru cieplnego. Byliśmy na kompletnym odludziu, bez odrobiny cienia i bez wody jeśli nie liczyć resztek zapasów.

Kiedy droga nieco odbiła od skraju przepaści trafiliśmy na jakieś samotne karłowate drzewko. Schroniliśmy się w jego mizernym cieniu i odpoczęlismy chwilę. Nie było jednak sensu siedzieć dłużej. Z każdą chwilą żar stawał się coraz większy. Posuwaliśmy się powoli, a w pobliżu Kamenjaka zobaczyliśmy jadące w dół auto. Wiedzielismy, że z Rabu na szczyt wiedzie droga, ale nie sądzilismy, ze aż tak dobra. Trzeba było jeszcze sforsować kilka płotów i już. Byliśmy tak zmęczeni, że nie chciało nam się podchodzić na szczyt. Jak najszybciej do Rabu, do cywilizacji. Humory nam sie poprawiły. Wiedzieliśmy, ze jesteśmy bezpieczni, bo w dole pojawiły się pierwsze domy. Do Rabu było jednak ładnych parę kilometrów, a poza tym, ze droga była dobra zmieniło sie niewiele. Upał trwał. Już niemal w samym Rabie to nie Paulina ale ja padłem. To było potknięcie na nierównym asfalcie, lecz nie byłem w stanie zamortyzować upadku i zaliczyłem najprawdziwszy pad twarzą w glebę. Ponieważ zamykałem pochód naszej grupki, rodzinka idąca z przodu nie widziała co sie dzieje. Odwrócili się dopiero na dogłos walącego się cielska i plecaka. Zobaczyli mnie leżącego jak długi z nosem w ziemi i usłyszałem tylko podniecone głosy

- O Boże! Udar!

- Zaden udar – uspokajałem ich, przyjmując powoli pozycje siedzącą – Potknąłem się.

- Możesz iść?

- Jasne, że mogę.

- Tato, wyglądałeś tak, jak na filmach ludzie idący ostatkiem sił przez pustynię, kiedy padają i juz nie są w stanie się podnieść – tłumaczyła mi z przejęciem Paulina.

Na szczęście miasto juz się zaczynało. I nawet nie weszliśmy do pierwszego lepszego sklepu, lecz dołożyliśmy ze trzysta metrów by usiąść w ogródku nad zatoką. Nie pamiętam dokładnie co kto pił. Ja w każdym razie duszkiem wypiłem pół litra zimnego piwa, a ponieważ czekał mnie jeszcze pięciokilometrowy marsz do Brabatu po samochód by wrócić nim po rodzinkę, jako ciag dalszy zamówiłem lirową wodę mineralną. Z lodówki oczywiście. Piwo to chya wyparowało ze mnie zanim doleciało do żołądka, ale wodą z każdym łykiem delktowałem się coraz spokojniej.

Do Barbatu nie poszedłem sam, bo Paulina na ochotnika postanowiła mi towarzyszyć. Przegadalismy całą drogę i zleciała nam nadspodziewanie szybko.

A ja do dzisiaj zastanawiam się nad skutkami lekceważenia podstawowych zasad. I ja i Eks latami łaziliśmy po górach i nie raz forsowaliśmy duże odległości. Zapewne dlatego wyjście na Kamenjak potraktowaliśmy jak spacer a nie jak górską wycieczkę i taka lekkomyślność mogła nas drogo kosztować.

A ponieważ nie dawała mi spokoju swiadomość, że z tego wszystkiego na sam Kamenjak nie weszliśmy, w ostatni dzień przed odjazdem wyjechaliśmy tam samochodem Tą samą drogą, którą wcześniej schodziliśmy w dół. Miło było na szczycie. Może dlatego, że dzień był pochmurny i słońce nie prażyło. Ale najbardziej dobił mnie widok najprawdziwszego baru, na stoku poniżej. Baru położonego w bok od drogi, ale za to z przepięknym widokiem na Rab. Nie mogłem pogodzić się z myślą, że wtedy, wyczerpani , przechodzilismy tak blisko. Doszliśmy wtedy jednak do drogi w miejscu, z którego odnogi prowadzącej do przyczepy kempingowej robiącej za bar nie było juz widać.

Gdynia, 26.09.2006; 00:55 LT

niedziela, 24 września 2006

Znów w Gdyni. Po permanentnych problemach z sennością w okolicach północy ostatnio wyjeżdżam ze Szczecina nieco wcześniej. Pora w sam raz, żeby jeszcze trochę posiedzieć, nie kłaść sie spać. Idealnie byłoby w domu, ale nie chce mi sie denerwować bałaganem lub kolejnym nie dotrzymaniem słowa przez robotników. Najpierw więc zatrzymałem sie na kolacji na Skwerze Kościuszki. Stąd już, gdyby nie Kamienna Góra, widać byłoby moje okna.

Sobota i niedziela minęły leniwie, chociaż nie tak bardzo jak tydzień temu. Poranne spanie w niedzielę do dziesiątej ma swój niezaprzeczalny urok. Gazeta czytana bez pośpiechu podczas przydługiego śniadania również. I to bezchmurne niebo oraz przyjemne, nienachalne ciepełko, wbrew kalendarzowej jesieni.

Piątkowy wieczór upłynął jak zwykle na słuchaniu trójkowej listy przebojów. Potem moje niedawne odkrycie czyli podsumowanie dnia w „Jedynce” zakończone Kroniką Sportową, dizęki czemu kończę dzień na bieżąco. A kiedy słuchając ulubionego Cohena w wersji Zembatego byłem juz o kilkaset metrów od domu, nagle natknąłem się na rozpaczliwie machające stadko „siedemnastek”. Dziewczyn było sześć i miały poważny problem, ponieważ dyskoteka, do której się wybierały (cholera, nie wiedziałem, że niemalże po sąsiedzku mam takową) była tego dnia zamknięta i one biedaczki utknęły. Taksówkarz nie chciał ich zabrać bo było ich za dużo. Pięć godzin jazdy w milczeniu oraz niezaprzeczalny urok młodych sprawiły, że postanowiłem zawrócić i łamiąc przepisy odwieźć całą szóstkę do centrum. Trafił mi się więc na koniec dnia powiew młodości. Kiedy słuchałem ich dialogów, przypomniały mi się licealne lata. Dziewczyny najbardziej zdumiało, że nie bałem się ich zabrać o tak późnej porze. Odpowiedziałem, że patrzyło im z oczu na tyle dobrze, że nie podejrzewam ich o trzymanie noża w zanadrzu. Któraś z tyłu odpowiedziała, że noża nie ma, ale ma za to buty na szpilkach. Kurczę, głupio bym wyglądał z takim butem w głowie. Zrewanżowałem się zdziwieniem, że takie młode wsiadają późnym wieczorem do nieznanego samochodu, ale one też stwierdziły, że wyglądałem na, he he, godnego zaufania. Obiektywnie i one i ja głupio zrobiliśmy. Ja głupiej, bo wiek obliguje mnie do posiadania krzty tak zwanej życiowej mądrości.

Podwiozłem grupę pod sam kolejny klub i życząc dobrej zabawy, w miłym nastroju skierowałem się do domu.

Licealne lata będę mógł prawdopodobnie przypomnieć sobie za dwa tygodnie. Mój stary, dobry „Pobożniak” będzie bowiem obchodzić 60-lecie. Wyjazd do Chin akurat nie doszedł do skutku więc mam szansę aby wziąć dzień urlopu i zawitać na piątek do Szczecina. Może być ciekawie J

A dostałem już zaproszenie do udziału w obchodach 60-lecia szkolnictwa morskiego w Szczecinie. No proszę: impreza goni imprezę. Nie tylko siedemnastki mają na nie monopol J

Gdynia, 24.09.2006; 23:10 LT

czwartek, 21 września 2006

              

Jesień przyszła, ale wieczór znów pozwolił mi na siedzenie na swiezym powietrzu. Łapię więc te ostatnie okruchy lata i korzystając z leniwej atmosfery przywołuję sierpniowe wspomnienia.

Poddróż z Wenecji do Chorwacji pamiętam przede wszystkim jako niezwykle malowniczą tracę wiodącą chorwackim wybrzeżem. To wjeżdżaliśmy wysoko, majac hen w dole jak na dłoni cały archipelag, to znów zjeżdżliśmy nad sam brzeg, gdzie wystarczyło niemalże tylko otworzyc drzwi auta, by znaleźć sie na plaży.

Wieczorem dojechalismy do malutkiej miejscowości Jablonec, skąd odpływały promy na Wyspę Rab. Długa kolejka aut nie wróżyła nizcego dobrego, lecz trzy promy kursowały pełną parą nie zwracając uwagi na rozkład jazdy. Podobało mi sie takie elastyczne podejście. Uwinęli sie z kolejką bardzo szybko, a zapowiadało się, że będziemy stac do północy.

Teraz powinienem zacząć pisać o Wyspie Rab, aby było chronologicznie, lecz nie mogę odmówić sobie najpierw opowieści o podróży nad Plitvicke Jezera. Ponoć będąc w Chorwajcji, koniecznie należy tam pojechać. To tak jakby być w Polsce i nie zajrzeć w Tatry albo na Mazury. Do tego słynnego parku narodowego było z Rabu jakieś sto sześćdziesiąt kilometrów. Stwierdziłem, że najlepiej pojechać „na krechę”, trzeciorzędnymi drogami zamiast omijać góry szosami lepszej jakości. Konieczność zatankowania sprawiła jednak, ze porzuciliśmy mój zamiar i pojechaliśmy dookoła przez przełęcz na wysokości bodajże 980 m.n.p.m. Widoki były przednie.

Plitvickie Jezera zaskoczyły mnie ogromnym tłumem zwiedzających. Przy takiej ciżbie nasze Tatry latem wydają się pustawe. Kompleks tych jezior to ciekawe zjawisko. Leży ich chyba kilkanaście jedno nad drugim, a zasilanie potokami wody powoduje, ze jej nadmiar przelewa się niżej i niżej tworząc niesamowite kaskady ciagnące się jak okiem sięgnąć. Bywają wysokie wodospady i bywają niziutkie progi wodne, bywają wąskie strugi spadające w dół i wielkie rozlewiska spadające wśród traw cała swoja szerokością. Są wielkie jeziora, po których mogą kursować pasażerskie stateczki, a są i stawy niewiele wieksze od kałuży.

I jeszcze jedno urzekało. To barwa wody. Tak intensywnego turkusu nie widziałem chyba nigdzie.

 

Plitvickie Jezera nie były jednak dla mnie aż takim cudem, bym miał wspominać je z jakąś ogromną nostalgią. Obejrzelismy, przeszlismy całą trasę i ruszyliśmy w drogę powrotną. Teraz nie było powodu by omijać zagrdzające dostęp do morza góry. Naprzód drogą, którą mieliśmy pokonać rano. Przez Przełęcz Alan na wyskości 1414 m.n.p.m.

Dopóki jechaliśmy drogą drugorzędną, było w porządku. Jechało się dobrze. Oglądaliśmy pokiereszownae przez karabinowe pociski mury budynków. To wzbudzało lekką grozę. Pomyśleć, że tak niedawno tutaj zamiast sielskiej atmosfery trwała strzelanina i przetaczał się wojenny front...

Kiedy zjechaliśmy na drogę trzeciorzędną, komfort podróży się skończył. Przeraźliwie wąska i  niewyobrażalnie kręta szosa prowadziła nas po górskich stokach i nie pozwalała nabrać prędkości. Z przerażeniem stwierdziłem, że na serpentynach taka droga nie posiada zadnych zabezpieczeń. Ani słupków ani tym bardziej barierek. Krótko mówiąc, jeden fałszywy manewr i spada się w przepaść.

Mijaliśmy kolejne wzniesienia i doliny, aż w końcu zaczęło sie to najważniejsze. Wjazd na główny grzbiet. Droga wiła sie jak szalona, a zza zakretów wypadały niewidoczne wczesniej zza zbocza samochody. Przypominało mi to rosyjską ruletkę. Do czasu, aż zza jakiegoś zakrętu wypadła ciężarówka. Poszły w ruch klaksony, my kołami na pobocze (na szczęście stok opadał w tym miejscu łagodnie i był zalesiony, a ciężarówka wjechała w strome zbocze. Poza nerwami nic sie nikomu nie stało i ruszyliśmy dalej. Troche tylko bardziej roztrzęsieni. To znaczy roztrzęsieni byliśmy we trójkę, oprócz mojej Eks, która robiła za kierowcę i nic sobie z zajścia nie robiła. Eks uwielbia szybką jazdę, ale została przez nas werbalnie zmuszona do nieprzekraczania 40 km/h. Egzekwowaliśmy głośno swoje prawo wpoatrzeni w licznik, by nie patrzeć w przepaść J

W pewnym momencie, a musieliśmy być już dość wysoko, pojawiło się oczekiwane przez nas skrzyzowanie. Szosa, którą jechaliśmy miała pobiec dalej wzdłuż zbocza, a my mielismy skręcić w lewo wprost na przełęcz. Drogowskaz, rzeczywiście stał: „Przęłęcz Alan 7 km”, tyle tylko, ze był to zwykły drogowskazik na kawałku deski, malowany ręcznie, z zaznaczonym turystycznym szlakiem. Droga zaś, którą on wskazywał była lesną drogą szutrową, bez kawałka asfaltu. Nie wyglądało to ciekawie. Wydawało mi się, że to nie jest właściwe skrzyżowanie. Ale ile dróg mogło prowadzić wśród tych stromizn na przełęcz?

- No ile? – pytała Eks – Popatrz tam dalej. Tam już są przepaście. Skąd miałaby biec jakas inna droga?  Bardzo chciałem wierzyć, że jakaś inna, ukryta droga asfaltowa tamtedy jednak biegnie, lecz trudno było odmówic logiki wywodowi Eks. Innej drogi być nie mogło. Pojechaliśmy tą szutrówką. Jechało się lasem, nachylenie stosunkowo łagodne, więc było całkiem przyjemnie. Natychmiast odkryłem, że na tej drodze nie da się jechać szybciej niż 30 km/h i uznałem to za ogromną zaletę mając na uwadze ciągoty Eks do przyspieszania. W końcu wyjechalismy z lasu, zrobilismy jeszcze kilka zakrętów i zobaczylismy oczekiwaną tabliczkę:

 

Była malowana tak samo jak ów drogowskaz na skrzyżowaniu siedem kilometrów wcześniej. Przełęcz mnie nieco zaskoczyła. Spodziewałem się przesmyku na miarę Zawratu, a tyczasem było to dość łagodne siodło z lasami dookoła. Pomyślałem, że nie taki diabeł straszny... Zrobilismy kilka pamiątkowych zdjęć i pojechaliśmy dalej.

 

Nieco poniżej przełęczy minęliśmy schronisko, a po chwili skaliste zbocze zaczęło stromo opadać w dół. Przed nami, niemal półtora kilometra w dół rozpościerała sie tafla Adriatyku z licznymi wyspami. Zatrzymaliśmy się, by poptarzeć. Wysiadła Eks, wysiadłem ja i za chwilę usłyszałem wrzask dzieci. Samochód odjeżdżał z powodu słabo zaciągniętego hamulca ręcznego. Nie zdążył sie jeszcze rozpędzić, a ja stałem nie wiecej niż dwa metry od niego więc natychmiast wskoczyłem do środka i zaciągnąłem hamulec. Było to drugie na tej trasie, traumatyczne przeżycie dzieciaków po ledwie unikniętej kolizji z ciężarówką. Dla mnie stress większy (ale i ciekwaszy!) o tyle, że  kilka dni wcześniej sniło mi się, że nie zaciągnąłem dobrze hamulca gdzieś na drodze i auto na moich oczach wpadło do rzeki. Zastanawiałem się nad związkiem przyczynowo skutkowym i nad istnieniem t.zw. snów proroczych.

Ruszyliśmy dalej. Droga wiła się wzdłuż cholernie stromego zbocza, a lasy ustepowały miejsca skałom. Zakręty były bardzo ostre i tak jak wcześniej, nie było nawet jednego kamienia, który mógłby stanowic mizerną barierkę na wypadek nie wyrobienia się na łuku. Zastanwaiałem się też co będzie, jeśli wypadnie na nas jakieś auto zza skalnego załomu, lecz od czasu kiedy wjechaliśmy na szutrówkę nie spotkalismy ani jednego samochodu.

 

Na kolejnym zakręcie znów się zatrzymaliśmy, ale tylko na chwilę, aby zrobic zdjęcie przepieknie widocznej hen pod nami naszej Wyspie Rab.

Wiecej już dziś nie napiszę, bo nie przyjmie edytor.

Gdynia, 21.09.2006; 22:25 LT

poniedziałek, 18 września 2006

               

Kto wie czy to nie ostatni prawdziwy dzień lata roku 2006? Jest tak ciepło, że z przyjemnoscią usiadłem przy kawie w opustoszałym po filmowym festiwalu ogródku na tarasie Silver Screen. Minęło dopiero wpół do ósmej, a juz robi się ciemno. Jesień tuż tuż, już słychać jej kroki. Trzeba więc korzystać z pisania naświeżym powietrzu, póki jeszcze można.

W miniony weekend z powodu jakichś sieciowych akcji naszych komputerowców zmuszony byłe zostawić laptopa w biurze. Wakacje od przymusu czytania i pisania e-maili. Sobotę poświęciłem na oglądanie transmisji z rozdania nagród na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych oraz na spotkanie z dawno niewidzianym kumplem ze szkolnej ławki. Niedziela to szaleństwo snu do dziesiątej i jeszcze większe czytania w łóżku ksiązki do jedenastej. Dopiero potem zrobiłem śniadanie, posłuchałem ulubionej muzyki, znów poczytałem, a następnie spakowałem walizki i odwiedzając po drodze tatę, a późnym popołudniem grób mamy, z cmentarza wyruszyłem w podróż powrotną do Gdyni. Postanowiłem leniuchować z premedytacją, trochę na zapas,  bo dawno nie miałem tak zupełnie beztroskiego dnia.

W sobotę pomyslałem o blogu i zajrzałem do kafejki internetowej, ale chyba była podła. Dwukrotnie nieoczekiwanie skasował mi się zaawansowany tekst. Trzeci raz nie próbowałem. Uznałem, że to najwyraźniej znak, nakaz odpoczynku od komputera, więc postanowiłem sie zastosować.

Bradzo byłem ciekaw wieczornej gali w Teatrze Muzycznym w Gdyni, bo to przecież pierwszy festiwal, który zaliczałem tak aktywnie.

Byłem zaskoczony ilością nagród dla „Statystów”. Film mi nie znany, więc będę musiał wybrać sie przy okazji. Przez długi czas byłem lekko zaskoczony ciszą wokół „Placu Zbawiciela”. Poza nagrodą za drugoplanową role kobiecą film wydawał się być niezauważony. Na szczęście laury, razem z tą najważniejszą nagrodą, spłynęły pod koniec ceremonii. Zaskoczony też byłem werdyktem publiczności bo w tej kategorii „Plac Zbawiciela” wydawał się pewniakiem, lecz widzowie wybrali „Jasminum”. I słusznie. Oglądałem ten film ładnych parę tygodni temu i po prostu zapomniałem, ze konkuruje. „Jasminum” to wspaniała, ciepła opowieść, a „Plac Zbawiciela”? Po projekcji „Placu” część ludzi zaczęła klaskać, a ja nie mogłem sie do tego zmusić. I chyba nie tylko ja, bo owacja wkrótce umilkła i w ciemnej jeszcze sali zapanowała cisza. „Jasminum obejrzałbym raz jeszcze z przyjemnością. „Plac Zbawiciela” raczej co najwyżej dla towarzystwa. To wbrew pozorom wyraz uznania dla pracy twórców zarówno jednego jak i drugiego filmu.

Z przykrością odnotowałem, że umknął mi kolejny ważny film, na który wybierałem się jak przysłowiowa sójka za morze, aż zniknął z ekranów. „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” otarł się o Złote Lwy, a ja chyba już tylko fuksem załapię sie na jakiś pokaz kinowy.

Co teraz? Teraz to chyba już tylko czekanie na jesień. Może w końcu nadejdzie upragniony koniec remontu mieszkania? Pewnie wyjadę na jakieś dwa tygodnie do Chin, a kiedy wrócę, zaczną się deszcze, wiatry, ołowiane chmury. W takie dni to tylko oglądać ciepłe filmy, pisać bloga, z gorącą herbatą w kubku patrzeć na morze. I odliczac dni do wiosny.

Gdynia, 18.09.2006; 20:15 LT

 
1 , 2 , 3