Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
czwartek, 30 sierpnia 2012

Trudno przecenić rolę Międzyszkolengo Klubu Sportowego „Wiking” oraz Centrum Edukacji i Turystyki o tej samej nazwie w propagowaniu zwiedzania Szczecina i jego okolic od strony wody. Organizowane przez klub cotygodniowe wycieczki (dotowane przez Urząd Miasta, za co mu chwała) przyczyniają siędo ciekawego spędzania czasu przez samych szczecinian jak i stanowią fajną alternatywę dla turystów zwiedzających Zachodniopomorskie.

Odwiedziliśmy z Moim Aniołem Szczecin w ubiegły weekend i korzystając z pięknej pogody na zakończenie wakacji wybraliśmy się na wycieczkę pod nazwą „Szczecińska Wenecja”.

Start był zaplanowany na 10:30, więc mogliśmy spokojnie się wyspać. Przybyliśmy na Wyspę Jaskółczą punktualnie i już wkrótce wśród dwudziestu innych uczestników wodowaliśmy kajaki.

Szczecinska Wenecja 01

Najpierw popłynęlismy w dół rzeki. Minęlismy zabudowania dworca PKP. Wycieczki z przewodnikiem mają to do siebie, że człowiek dowiaduje się nowych rzezcy o mieście, które wydawałoby się, zna już całkiem dobrze. Wiedziałem na przykład, że zanim szczeciński dworzec stał się dworcem przelotowym, na początku stanowilł zakończenie linii prowadzącej z Berlina i był t.zw. dworcem czołowym. Nie wiedziałem jednak, że kiedy doprowadzono tutaj linię z Poznania, tory biegły mostem przez Odrę i odchodziły do dworca... prostopadle do już istniejących. Taki układ prostopadłych do siebie peronów istniał przez początkowe lata istnienia dworca, aż do 1859 roku, kiedy przekształcono go w dworzec przelotowy.

Zaraz za dworcem otworzyła się nam panorama na Czerwony Ratusz, a wkróce potem na kościół p.w. Św. Jana Ewangelisty ze strzelistymi wierzami katedry oraz rektoratu Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w tle.

Szczecinska Wenecja 02

XIV-wieczny kościół p.w. Św. Jana Ewangelisty jest drugą, najstarszą świątynią Szczecina. Ciekawe, że aby zbudować go na podmokłym guncie nad rzeką, musiano murowaną konstrukcję osadzić na wbitych w ziemię dębowych palach. Ile to wymagało wysiłku przy ówczesnej technice! Niestety, z upływem wieków  dębowe pale z coraz większą trudnością spełniały swoją rolę i konstrukcja kościoła zaczęła się... rozjeżdżać. Dziś można oglądać odchylone od pionu kolumny, które w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku zostały spięte u góry stalowymi linami. Dzięki temu stanowią dla siebie przeciwwagę i proces odchylania od pionu oraz nieuniknionego zdawałoby się zawalenia został powstrzymany. Ciekawe, że taką pieczołowitością ratowany kościół, przetrwał zmasowane bombardowania w II Wojnie Światowej, które zrównały z ziemią niemal całe Stare Miasto. Ba! Podczas prac konserwatorskich odkryto oryginalne, XIV-wieczne więźby dachowe, co oznacza, że ani ta, ani inna wojna, jak również żaden kataklizm tego kościoła nie doświadczył. Jest to więc wciąż ta sama, siedemsetletnia konstrukcja. Niestety, historyczne wyposażenie wnętrza miało mniej szczęścia i zostało zastąpione współczesnym, XX-wiecznym.

Przepłynęlismy pod Mostem Długim, zbudowanym na filarach zburzonego, przedwojennego poprzednika. Jeden i drugi był mostem zwodzonym. Tyle tylko, że obecny most podnoszony był po raz ostatni bodajże w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia i podczas zamykania dociskany był ciężkim sprzętem, ponieważ sam z siebie opaść nie chciał. Jego poprzednik zaś całkowicie otwierał się w kilkadziesiąt sekund. Zamykał oczywiście także. Ot, miara postępu technologicznego.

Pod ostatnim z mostów, którym Trasa Zamkowa wiedzie do centrum miasta zatrzymujemy się na chwilę, by zgłosić do kapitanatu portu nasz zamiar wpłynięcia na t.zw. obszar wód morskich. Oczywiście z morzem nie ma to nic współnego, a chodzi jedynie o fakt, że do tego miesca zapuszczają się statki morskie, których ruchem kapitanat portu zawiaduje.

Otrzymujemy pozwolenie na zgłoszony zamiar opłynięcia Wyspy Grodzkiej i ruszamy wprost na reprezentacyjne miejsce, znane chyba z wszystkich widokówek.

Szczecinska Wenecja 03.pg

Mamy rzadką możliwość podziwiania Wałów Chrobrego z zupełnie innej perspektywy. Przez lata była ona nidedostępna z powodu braku możliwości wejścia na teren portu dla przeciętnego śmiertelnika), a jęli nawet ktoś miał taką możliwość, to widok zasłaniały gęsto rosnące drzewa na wtórnie zdziczałej po wojnie wyspie. Sama wyspa była zaś dostępna głównie dla działkowców oraz trenujących w znajdującym się tam ośrodku kajakarzy.

Zatrzymujemy się u jej brzegów by spokojnie obejrzeć zabudowania na skarpach dawnego Fortu Leopolda, przekształconego w ową wizytówkę miasta przez burmistrza Hakena, który pozostaje póki co „burmistrzem wszechczasów”, z którego kadencji miasto rozwijało się najbujniej. To od jego nazwiska Wały Chrobrego przed wojną nazywały się Haken Terrase. Dziś Hermann Haken ma nazwane swoim imieniem rondo przy jednej z wylotowych ulic miasta.

Szczecinska Wenecja 05

Stoimy, a potem płyniemy wśród białych nenufarów. To widok jeszcze do niedawna nie do pomyślenia. Brudna i śmierdząca przed laty Odra powoli wraca do życia. Te nenufary to efekt m.in. uruchomienia oczyszczalni ścieków na Pomorzanach.

Szczecinska Wenecja 04

Połóudniowa część wyspy została wykarczowana i właśnie w sierpniu bieżącego roku na ten teren wkroczyły maszyny budowlane. To pierwszy etap przywracania wyspy mieszkańcom miasta. Ma być w przyszłości połączona mostkiem z nabrzeżem Starówka, zwróconym miastu przez port., a jako pierwsza powstanie tam marina. W podstawowej wersji (keje i sanitariaty) ma być gotowa już w przyszłym roku, kiedy to w Szczecinie odbędzie się po raz drugi finał Tall Ships Races. Z pierwszym finałem, przyznanym Szczecinowi w 2007 roku, było trochę (przy zachowaniu wszystkich proporcji)  jak z Euro 2012. Ogladając postęp prac przygotowawczych oraz porównując rzeczywistość z zamierzeniami, powszechnie przewidywano, że będzie wielka kompromitacja. Tymczasem impreza okazała się być wielkim sukcesem, po którym oragnizatorzy regat stwierdzili iż Szczecin postawił organizacyjną poprzeczkę bardzo wysoko. Było niemal oczywiste, że słynne regaty powrócą tu przy najbliższej nadarzającej się okazji i rzeczywiście, w krótce miastu przyznano organizację finału w roku 2013. Ciekawe, bo dokładnie za rok zwycięstwa będzie bronić Fryderyk Chopin, który pokonał wszystkich tegorocznych regatach i w niedawno świętował w Dublinie swój sukces na mecie w Dublinie. Właśnie Szczecin jest jego portem macierzystym.

Szczecinska Wenecja 06

Niedługo potem dotarlismy do północnych brzegów wyspy, skąd rozpościerał się widok elewator Ewa, którego charkterystyczna bryła na trwałe wpisała się w krajobraz miasta. Podczas wojny na jego szczycie nzajdował się punkt obserwacyjny, z którego informowano służby miejskie o zauważonych, nadciągających bombowcach. Na lewym brzegu rzeki zaś uśpione, tętniące kiedyś życiem stocznie, największe zakłady przemysłowe Szczecina, zatrudniające tysiące ludzi. Dziś wciąż jeszcze nie ma pomysłu co zrobić z tym wielkim, zamarłym obszarem po bankrutach.

Szczecinska Wenecja 07

Zawróciliśmy na południe, ale o tym już w następnym wpisie, bo za bardzo rozciągnęła mi się ta relacja.

Gdańsk; 30.08.2012; 07:00 LT

piątek, 24 sierpnia 2012

Pora na wyniki drugoiego konkursu. Północ minęła, a więc czas ogłosić, że zwycięzcą zostaje (fanfary)...  Altarys5!

Altarys5 trafiał prawie w dziesiątkę. Jego hotele o nazwach zawierających przynajmniej trzy litery z wymaganego zbioru znajdowały się niemal idealnie  w samych centrach miejscowości, całkowity rozrzut wyniósł... 200 metrów!

W szczegółach wyglądało to tak:

1.       KRAKÓW  - Hotel WENTZL   - (wymagane litery:  W, E, L)  - odległość od centrum  0.1 km

2.       WISŁA – Hotel  BIAŁY DWOREK – (wymagane litery:  A, D, W, R, E, K) – odległość od centrum 0.0 km

3.       KÓRNIK – Hotel RODAN – (wymagane litery: R, D, A) – odległość od centrum 0.1 km

Całkowity wynik (po zsumowaniu) wyniósł 0.2 km. Nikt lepiej nie trafiał.

Zwycięzca otrzymuje torbę termiczną z wkładem chłodzącym oraz napojami Warka Radler ufundowane przez Grupę Żywiec

oraz przewodniki w imieniu firmy HRS

      

Serdecznie gratuluję, Altarys5, a szczegóły wysyłki uzgodnimy e-mailem.

Gdańsk;  24.08.2012; 00:30 LT



sobota, 18 sierpnia 2012

Do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia mało kto wiedział, że pod skarpą tuż obok dworca PKP Szczecin Główny znajdował się największy cywilny schron z okresu II Wojny Światowej. Po wojnie został zaadoptowany na schron przeciwatomowy, więc oczywiście jego istnienie było objęte tajemnicą. Dopiero po upadku komuny, rygor informacyjny został poluzowany. Musiały jednak upłynąć kolejne lata, by przeciętny śmiertelnik mógł zajrzeć do środka. Wydzierżawiono schron od PKP i urządzono w nim ekspozycję oraz trasę turystyczną. Szybko okazała się on hitem i w 2008 roku zdobyła nagrodę jako Turystyczny Produkt Roku Województwa Zachodniopomorskiego.

Kiedy w maju bieżącego roku miałem okazję zwiedzać trasę z okresu II Wojny ŚwIatowej (oddzielna nawiązuje do okresu komunistycznego i przeciwatomowej funkcji schronu) nadal zdjęcia można było wykonywać tylko w niektórych miejscach.  Tajemnica obowiązuje.

Na początku wycieczki przewodnik wprowadził nas w temat nalotów na Niemcy, a na Szczecin w szczególności.

O ile naloty na miasto trwały od 1940 roku to jednak do 1943 roku nie przyniosły miastu wielkich strat. Alianci dopiero nabierali doświadczenia i doskonalili taktykę dywanowych nalotów. Na przykład jak podaje portal Sedina.pl -  http://sedina.pl/wordpress/index.php/2007/09/30/naloty-na-szczecin-we-wrzeniu-1941-r/ dwa wrześniowe naloty z 1941 roku przyniosły więcej strat niż wszystkie poprzednie, a jeden z nich (w nocy 19/20 września 1941 r., w wykonaniu 40 bombowców, pozbawił życia 5 lub 6 osób, raniąc 22). Hekatomba miała dopiero nadejść.

Niemcy oczywiście przygotowywali się na ewentualność nasilających się ataków. To właśnie w 1941 roku powstał schron w kompleksie dworca głównego. Od najwyższego wyjścia w rejonie dzisiejszego Placu Zawiszy do podłogi na poziomie tunelu pod peronami obiekt ma siedmanście metrów wysokości i pięć kondygnacji. Żelbetonowe ściany mają trzy metry grubości, a strop 2,80 metra. Najdłuższy korytarz ma sto metrów długości w linii prostej. Całość ma powierzchnię 2500 metrów kwadratowych i mogła pomieścić 2500 osób.

Zarządzaniem i kierowaniem przybywającą ludnością zajmowała się Obrona Przeciwlotnicza Rzeszy – Reichluftschutzbund (RLB). Powstała w 1933 roku organizacja skupiała 1 mln. 900 tys. Członków, z czego tylko sto tysięcy na stalych etattach – reszta to ochotnicy, głównie dziewczęta i kobiety, ponieważ mężczyźni w większości przebywali na froncie.

Po ogłoszeniu alarmu przeciwlotniczego ludność miała około dwudziestu minut na wejście do schronu. Potem zamykano hermetyczne drzwi i czekano na odwołanie.

Przed drzwiami porządku pilnowały właśnie funkcjonariuszki RLB.

Schron przeznaczony był wyłącznie dla niemieckich cywilów. W Szczecinie mieszkali również obywatele innych nacji oraz przebywała liczna grupa pracowników przymusowych z podbitych krajów. Wszyscy oni musieli szukać schronienia w innych miejscach, najczęsciej w piwnicach rozmaitych budynków.

Trasa zwiedzania wiodąca surowymi korytarzami urozmaicona jest ekspozycjami plakatów i zdjęć przybliżających tamte czasy.

Możemy więc oglądać propagandowe plakaty i odezwy z czasów, kiedy teutońska machina wojenna gniotła całą Europę i wydawała się nie do pokonania.

Oczywiście większa część ekspozycji poświęcona jest sytuacji w Polsce.

W miarę jak sytuacja na froncie zmieniała się na niekorzyść Niemiec, a alianckie lotnictwo zdobywało przewagę, angielsko-amerykańskie naloty stawały się częstsze i dotkliwsze. Ich kalendarium można znaleźć w kolejnym korytarzu.

Znamienne, że w 1945 roku przeprowadzono ich już tylko cztery – ostatni 9 marca. Nie było już widocznie potrzeby bombardowania czegolowiek. Znaczna część miasta była i tak zniszczona. Nadciągająca Armia Czerwona zajęła je 26 kwietnia, na tydzień przed upadkiem Berlina.

Za to w 1944 roku Szczecin przyjmował już cios za ciosem.

W historii II Wojny Światowej dużo wspomina się o masowych bombardowaniach Londynu i ilości bomb zrzuconych przez hitlerowców na stolicę Anglii. Od 1940 roku, kiedy trwała zaciekła Bitwa o Anglię do 1943 roku znacznie udoskonalono metody niszczenia oraz zabijania i chociaż na Szczecin spadło mniej bomb niż na Londyn, to jednak ilość materiałów wybuchowych i zapalających w nich użyta była nieporównywalnie większa. Jeżeli weźmie się pod uwagę różnice wielkości obu miast skala zniszczeń wydaje się zrozumiała.

W tym czasie przeciętny niemiecki mieszkaniec miasta wychodził z domu do pracy z podręczną walizką, w której miał najpotrzebniejsze rzeczy. Nie miał bowiem pewnośći, czy po zakończonej dniówce jego mieszkanie będzie jeszcze istnieć. Z tą walizką w razie czego mógł uciakać do schronu, a potem mieć zaspokojone podstawowe potrzeby gdy przyszło żyć gdzie indziej.

Jaka różnica nastąpiła między wspomnianym choćby wyżej „dużym nalotem” z 1941 roku a rokiem 1943 niech świadczy chociażby zaangażowanie sił i wielkość strat po nalocie w nocy 20/21 kwietnia 1943 roku (ponad dwa lata przed upadkiem miasta) „z okazji” 54 urodzin führera . Tym razem nad miasto nadleciało 339 bombowców zabijając 586 osób, w tym 89 dzieci (źródło: portal Sedina.pl, http://sedina.pl/wordpress/index.php/2009/04/21/nalot-na-szczecin-2021-kwietnia-1943-r/), ciężko raniąc 300. Kolejnych 300 osób zostało uznanych za zaginione. Tylko podczas tego jednego nalotu całkowicie zniszczono 300 budynków, ciężko uszkodzono 407, a średnio i lekko 2843. Portal Sedina.pl publikuje wspomnienia ostatniego hitlerowskiego prezydenta policji, C. Grundeya, który nominację otrzymał natychmiast po owym nalocie i z Berlina autostradą zdążał w kierunku Szczecina.

Osiągnęliśmy już autostradę na wysokości Eberswalde, kiedy na niebie ukazała się dziwna chmura. Siedzący koło mnie kierowca sądził, że należy się liczyć z ewentualnym deszczem. Jednak im dalej się posuwaliśmy, tym chmura stawała się większa i ciemniejsza. Dopiero na wysokości Prenzlau można się było przekonać, że to wysokie na setki metrów szaro-biało-czarne dymy i opary pożarów, unoszące się nad Szczecinem, które silnie kontrastowały z czystym błękitem nieba. Im bardziej się zbliżaliśmy, tym bardziej widoczne były nawet całe słupy ognia jako przedsmak tego, co nas tam prawdopodobnie czekało.

Z autostrady zjechaliśmy w Kolbitzow [Kołbaskowo]. W dzielnicy Scheune [Gumieńce] natrafiliśmy na pierwsze poważniejsze zniszczenia. Po obu stronach ulicy na ocalonych rzeczach bezradnie siedzieli ludzie – na sofach, krzesłach, stołach, które bezładnie, w najwyższym pośpiechu zdołali wynieść ze swoich zbombardowanych gospodarstw. Cały ten dobytek pilnowany był przez starsze dzieci i dziadków, podczas gdy dorośli troszczyli się o niezbędne sprawy i przyszłe noclegi.

Gdy wjechaliśmy do miasta, wokół nas roztaczał się makabryczny obraz zniszczeń przy Barnimstraße [al. Piastów]. Przy Galgwiese [ul. Dąbrowskiego] widać było wciąż tlące się ruiny płonących domów a ich mieszkańcy w bezsilnym zwątpieniu próbowali ratować resztki swojego dobytku. Wkrótce przejazd przez Barnimstraße zagrodziły rozrzucone siłą wybuchu wagony tramwaju, rozerwana trakcja elektryczna i rozwinięte węże strażackie, tak że trzeba było szukać objazdu. Pełne dymu i sadzą powietrze było nieznośnie gorące.

Hitlerowskie plakaty były już dalekie od buty z czasów początku wojny.

Oprócz materiałów wybuchowych, znaczna część to były zapalające bomby fosforowe. W płonących obiektach temperatury dochodziły do 1000°C. Podobna panowała w płonącej jak pochodnia słynnej, szczecińskiej „Kaskadzie” w 1981 roku. Od gorąca topiły się wtedy plastikowe elementy znaków drogowych w sąsiedztwie. W 1981 roku to był jeden budynek. Tymczasem w 1943 i 1944 w ogniu stały  całe dzielnice. Tak gwałtowny wzrost temperatury na stosunkowo dużej powierzchni powodował huraganowe wiatry w rejonach objętych pożarem. W mieście rozgrywało się więc prawdziwe piekło.

Mapa zniszczeń przedstawiona jest na poniższej mapce

Przestała istnieć niemal cała historyczna zabudowa miasta skupiona od wieków wokół rzeki. Po wojnie cegły z ruin zostały wykorzystane do odbudowy Warszawy.

Ekspozycja w korytarzach ukazuje zrujnowane miasto po objęciu go przez polską administrację.

Na portalu Sedina.pl, pod zamieszczonymi wyżej linkami znajdują się zdjecia wykonane bezpośrednio po nalotach. Trudno o tym nie myśleć kiedy przemierza się długie, surowe korytarze, z napisami i strzałkami malowanymi fosforyzującą farbą na wypadek braku prądu. Hermetycznie zamykane, zaopatrzone w niezbędne do życia materiały i instalacje miały pozwolić przetrwać grupie wybrańców. A, że koszmar nie skończył się 8 maja 1945 roku, nowe władze przystosowały schron do warunków wojny atomowej, bo przecież technologia zabijania posunęła się o kolejny krok do przodu. O tym jednak napiszę, kiedy przy okazji jednej z następnych wizyt w Szczecinie wybiorę się na tę drugą trasę.

Gdańsk; 18.08.2012; 16:45 LT

Czas minął. Pora rozstrzygnąć konkurs.

Uwaga! Fanfary!

Zwyciężczynią zostaje...  CARMEN!!!

Carmen już pierwszego dnia nadesłała propozycję, która nie została pobita:  SIEMIANÓWKA oraz (Jezioro) SIEMIANOWSKIE. Link do satelitarnego zdjęcia miejscowości i akwenu (http://goo.gl/maps/o4N9q) potwierdza prawidłowość zgłoszenia.

Zwycięskie miejsce znajduje się na Podlasiu, niemal przy samej granicy polsko-białoruskiej.

Niestety, nigdy nie miałem okazji być w Siemianówce, chociaż w ubiegłym roku dotarłem do Hajnówki i Białowieży. Dla mi podobnych pozostaje więc strona internetowa www.siemianowka.pl albo wikipedia: http://pl.wikipedia.org/wiki/Siemian%C3%B3wka.

A teraz szczegóły kalkulacji, która przyniosła zwycięstwo Carmen:

Suma liter: 11+13 = 24

Bonusy sponsora:

litera A: 3*2 = 6

litera E: 3*2 = 6

litera K: 2*2 = 4

litera W: 2*2 = 4

Joker:

litera  I: 5*5 = 25

„I” jako pierwsza litera miejscowości Inowrocław z notatki http://mojaszuflada.blox.pl/2008/05/MAJOWKA-4-WASKOTOROWKA-DO-BISKUPINA.html

Razem 69 punktów

Gratuluję Carmen. Wysłałem do Ciebie e-maila z prośbą o dane do wysyłki nagrody. Życzę smakowitej degustacji w nadchodzącym upalnym tygodniu i by torba termiczna przydała Ci się jeszcze tego lata.

Gdańsk; 18.08.2012; 00:30 LT

piątek, 17 sierpnia 2012

Przypominam, że jeszcze tylko do godziny 23:59 można zgłaszać propozycje do konkursu „Orzeźwiające Scrabble”, w którym do wygrania jest torba termiczna z zawartoscią ufundowana przez Grupę Żywiec.

Kto nie zdąży, może wziąć udział w kolejnym konkursie, w którym do wygrania jest identyczna nagroda: torba termiczna z wkładem chłodzącym (wartośc 200 zł) zawierająca dwie butelki oraz dwie puszki Warka Radler.

Napój oferowany obecnie przez browar w Warce powstał w Niemczech 90 lat temu. Niejaki Franz Kugler, właściciel pubu Kugler Alm leżącego w górach na szlaku rowerowym wiodącym z Monachium pewnego czerwcowego popołudnia 1922 roku stanął przed wyzwaniem obsłużenia około trzynastu tysięcy rowerzystów, którzy zjechali w tamte strony. Stojąc przed groźbą wyczerpania zapasów piwa, postanowił sztucznie zwiększyć jego ilość mieszjąc pół na pół z kilkoma tysiącami butelek lemoniady. Zaskoczonym turystom oświadczył, że jest to napój specjalnie wymyślony dla rowerzystów. Nazwał go Radlermass (Radler – rowerzysta, Mass – litr piwa). Nie wiem ile w tym prawdy, a ile legendy. Na pewno jednak Warka Radler doskonale smakuje i gasi pragnienie.

Dzisiejszy konkurs znów jest z gatunku tych „palcem po mapie”.

Zadaniem uczestników będzie znalezienie leżących najbliżej centrum miasta hoteli zawierających w swojej nazwie przynajmniej trzy litery z hasła WARKA RADLER, czyli:  A, D, E, K, L, R, W. Muszą to być trzy różne litery. Jeżeli jakaś się powtarza to jest wciąż liczona jako jedna litera. Zawodnicy rozpoczynają swoją wędrówkę w Krakowie i mają odwiedzić w sumie trzy polskie miasta (oprócz Krakowa dowolne dwa inne). W każdym z nich znajdują spełniający powyższe kryteria nazwy hotel leżący jak najbliżej centrum.  Zsumowany wynik odległości od centrum z trzech miast będzie rezultatem osiągniętym w tej konkurencji. Zwycięży ten, kto osiągnie najniżsy wynik (najmniejszą odległość).

W konkursie liczą się nazwy występujące na stronie HRS (link będzie podany w dalszym opisie) i w brzmieniu jak napisane są tłustą czcionką na tej stronie.

Aby więc wziąć udział w konkursie należy:

1.     Wejść na stronę HRS Hotele Kraków.

Wyglądać będzie ona mniej więcej tak:

  

2.   Ikona, która oznaczona jest na powyższym zdjęciu żółtą strzałką oznacza odległość od centrum. Należy, przewijając stronę, wybrać hotel o nazwie zawierającej trzy z liter:  A, D, E, K, L, R, W, leżący najbliżej centrum  (odległość od centrum widnieje pod wspomnianą wyżej ikoną). Jest to jedyny obowiązujący konkursowy wynik, nawet gdyby dane na stronie a jakiegoś powodu odbiegały od rzeczywistości.

3.     Następnie w  miejscu oznaczonym na powyższym zdjęciu zieloną strzałką wybrac dowolną inną polską miejscowość i postępować podobnie jak punkcie 2. Po wybaniu hotelu, przejść do trzeciej miejscowości i postępować identycznie. Wyniki (odległości) z trzech miejscowości zsumować

4.  Zgłoszenie do konkursu należy wysłać e-mailem na adres: searover@gazeta.pl. Powinno ono zawierać nick uczestnika, wyniki z poszczególnych miescowości (wraz z nazwami hoteli i linkami do stron, na których się znajdują) oraz wynik całkowity. Termin nadsyłania zgłoszeń upływa w czwartek 23 sierpnia o godzinie 23:59.

5.    Zwycięży ten, kto osiągnie najniższy, sumaryczny rezultat (odległość). W przypadku remisu, wygra ten, kto wcześniej przyśle swój e-mail. Zwycięzcę poproszę o podanie adresu do wysyłki nagrody. W przypadku uczestników z zagranicy musiałby to być adres w Polsce (do rodziny lub znajomych)

6.      UWAGA! Z uwagi na charakter nagrody (napoje zawierające alkohol) konkurs przeznaczony jest wyłącznie dla uczestników pełnoletnich.

I na koniec bonus. Tuż przed publikacją tego tekstu dowiedziałem się, że HRS Hotele także postanowił uhonorować zwycięzcę: przewodnikiem turystycznym.

Życzę miłej zabawy.

Gdańsk; 17 sierpnia 00:45 LT

 
1 , 2