Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
środa, 31 sierpnia 2011

Malo mam czasu, bo juz prawie podchodzimy do portu.

Bopha coraz bardziej nam zagraza. Przesuwa sie systematycznie na polnoc i nabiera sily, a nas tymczasem czeka kilkunastogodzinny postoj w Busan, a potem jeszcze 16 godzin drogi wzdluz poludniowych wybrzezy Korei zanim zaczniemy uciekac na polnoc. Wszystko jest na styk. Mozemy zdazyc uciec, a mozemy nie. Jutro czeka mnie studiowanie prognoz pogody i wyscig z czasem

Ostatniej nocy skonczylem pisac list do M.  Ta ostatnia czesc wyszla zupelnie inaczej niz planowalem na poczatku. W ogole zrobilo sie to wszystko strasznie rozwlekle, osiem stron formatu A4, i chyba za bardzo monotematyczne. To, co napisalem, tylko w niewielkim stopniu przypomina zamierzenia. Wena gdzies uleciala. Dawna swoboda wyrazania mysli przepadla razem z nia. Poki co, list, taki jakim go napisalem lezy w zaklejonej juz kopercie i jutro zostanie wyslany. Ciekawe jak ona go odbierze? Narazie nie dzwoni, zgodnie z zapowiedzia. Jest gdzies na Slowacji ze znajomymi. Wroci prawdopodobnie w niedziele.

Ciesnina Koreanska,  07.09.2000,  Czwartek

Na poludnie od nas, miedzy 15 a 18 stopniem szerokosci geograficznej polnocnej powstala piekna zapora z trzech tajfunow. Saomai, Bopha i Wukong sa jeszcze dosc niemrawe i nie powinny nam przeszkodzic w spokojnym dojsciu do Busan. Wyscig moze zaczac sie potem, gdy stracimy troche godzin na wyladunek i ruszymy w droge z Busan do Inchon. Szczegolnie Bopha moze nam namieszac, bo jest najblizej i przesuwa sie wlasnie w kierunku Korei.

Nie chce mi sie pisac nic wiecej bo jest strasznie zimno na mostku. W dzien wlaczylismy klimatyzacje - chlodny nawiew bo robilo sie goraco, a tymczasem wieczorem temperatura na zewnatrz znacznie spadla i w kabinach zrobilo sie lodowato. Trzeba bedzie wylaczyc bo sie wszyscy poprzeziebiamy.

Morze Japonskie,  06.09.2000, Sroda

wtorek, 30 sierpnia 2011

Zanim napiszę coś o Pradze, zakończę wspomnienia z Bieszczadów...

Niedziela miała być przeznaczona na spacer po nieco mniej uczęszczanych szlakach. Liczyliśmy na to, że tłumy ruszą przede wszystkim na Połoniny Wetlińską i Caryńską oraz jak zwykle na Tarnicę. I nie pomyliliśmy się. Na leśnej ścieżce prowadzącej na Jasło,  nie spotkaliśmy absolutnie nikogo.

Bieszczady 62

Nie trzeba było się śpieszyć. Trasa nie była długa.

Bieszczady 63

Droga przez las ma to do siebie, że człowiek wspina się mozolnie krok po kroku i nic z tego nie ma. Nagroda w postaci widoków przychodzi dopiero na szczycie lub tuz pod nim. Nie było rady. Musieliśmy pokonać ów odcinek, czy nam się podobało, czy nie. Za to bukowy las bogactwem form umilał nam monotonną wędrówkę. Do czasu aż wyszliśmy na połoninę.

Bieszczady 64

Bieszczady 65

To był znak, że doszliśmy do czerwonego szlaku prowadzącego na Małe Jasło. Tam zrobiliśmy dłuższy popas. Tam też spotkalismy pierwszych tego dnia ludzi. Wszyscy leżeliśmy wśród brunatnych traw podziwiając panoramę na północ i zachód od szczytu.

Bieszczady 66

Bylibyśmy zostali tam dłużej gdyby nie rozbudowujace się chmury, które niosły ryzyko  kolejnej burzy. Ruszylismy więc dalej, na Jasło. Szybko okazało się, że tym razem chmury były jedynie straszakiem, ale za to po drugiej stronie Małego Jasła otworzył się nam widok na północny wschód, ku Połoninie Wetlińskiej, której grzbietem maszerowałem dwa dni wcześniej. Pięknie prezentował się Smerek, ze swoimi trawiastymi stokami oświetlonymi pełnym słońcem.

Bieszczady 67

W planie wycieczki z Jasła następowało zejście do naszej bazy w Przysłupie. Ja pomimo mocno poocieranych piet i licznych pęcherzy na palcach postanowiłem (sam, a jakże) iść nieco dłuższą trasa i zejść do Smerka, a stamtąd do Wetliny. W końcu następnego dnia miałem wyjeżdżać i nie wiedziałem kiedy znów dane mi będzie zawitać w Bieszczady.

Pożegnałem moich przyjaciół na Jaśle i ruszyłem w dół w kierunku niewielkiej przełęczy prowadzącej na Okrąglik. Tam zbiegały się granice Polski oraz Słowacji, Do samego szczytu błotnista droga wiodła przez las, z którego wychodziło się na niewielką polankę z charakterystycznym słupkiem granicznym. Dochodziły tam też szlaki ze Słowacji, więc nie zaskoczył mnie widok odpoczywających kilku osób.

Bieszczady 68

Bieszczady 69a

Tabliczki informowały o parku narodowym znajdującym się po tamtej stronie granicy.

Bieszczady 70

Nie zatrzymywałem się, lecz od razu ruszyłem czerwonym szlakiem ku Fereczatej. Podążając w milczeniu ogladałem porastający zbocza bukowy las i zatrzymywałem się od czasu do czasu, by uwiecznić to i owo.

Bieszczady 71

Byłem już mądrzejszy o wiadomosci zdobyte podczas czerwcowej wycieczki do Puszczy Białowieskiej, więc inaczej patrzyłem na powalone martwe drzewa. Nawet wśród tak długowiecznych organizmów, jakimi są drzewa można szybko dostrzec wymianę pokoleń i walkę o byt. Leżący  zmurszały pień, po którym za dwa – trzy lata nie pozostanie żaden slad  prypomina o odwiecznej przemianie solidnym, wiekowym świerkom, które jeszcze trzymają się mocno, ale obok wyrasta im groźny konkurent. Buk jest jezcze witki i młodziutki, lecz nie ulega wątpliwości, że to on będzie w końcu górą zanim i jego w końcu nie zagłuszą kolejne pokolenia.

Bieszczady 74

Póki co, te już martwe stanowią doskonałą pożywkę dla grzybów. Oczywiście dominują huby, ale nie brak też innych gatunków.

Bieszczady 75

Bieszczady 72

Zejście na dół było strome, więc moje stopy dokuczały szczególnie. Zaobserwowane w pewnym momencie w jakiejś przesiece stoki Połoniny Wetlińskiej dodały mi otuchy, ponieważ wynikało iż znajduję się już znacznie poniżej tamtych szczytów. Z mapy zaś wiedziałem, że końcowy fragment trasy miał być łagodny, czego nie mogłem się doczekać .

Bieszczady 76

Istotnie, tak było. Wkrótce potem ścieżka przybrała znacznie bardziej zbliżony do horyzontalnego przebieg, co oznaczało ulgę dla palców. Przeklinałem swoje campusy po raz kolejny i ślubowałem, że więcej na moje nogi ich nie założę.

Na dole najpierw zjadłem talerz pierogów huculskich, a potem poprawiłem naleśnikami z jagodami, po czym syty aż za bardzo ruszyłem na nocleg. Niedaleko gospodarstwa agroturystycznego , w którym mieszkaliśmy zastał mnie zachód słońca, więc po raz kolejny nie potrafiłem się oprzeć pokusie sfotografowania go.

Boeszczady 77

Powrotne loty z Rzeszowa miałem nazajutrz po osiemnastej, lecz do Rzeszowa trzeba było jakoś dojechać. Po dziesiątej wsiadłem więc do autobusu, któym miałem dojechac do Sanoka, a stamtąd łapałem następny do Rzeszowa.

Na lotnisko dotarłem przed czasem, więc mogłem przyjrzec się budowie nowego terminala , który ma zastąpić (?) dotychczas istniejący.

Lotnisko RzeszĂłw 1

To kolejny w Polsce nowy budynek dworca lotniczegoo. Będzie oddany do użytku wiosną 2012 roku,  Prawie wszystkie polskie lotniska wyraźnie nowocześnieją i pięknieją zarazem. Dobrze, że doczeka sie tego i Rzeszów, którego dotychczasowy budynek dworca chociaż z zewnątrz prezentuje się przyzwoicie (pomijając fakt mikroskopijnych jego rozmiarów) , to już wejście z płyty lotniska do terninalu przylotów przedstawia się żenująco.

Lotnisko RzeszĂłw 2

Lotnisko RzeszĂłw 4

Wyglada to jak wejście do jakiegoś baraku a, nie terminala lotniska.

Charakterystyczny samolot z „Damą z łasiczką” na ogonie wkrótce przyjął pasażerów na pokład. 

Lotnisko RzeszĂłw 3

Po starcie obserwowałem, oczywiście z aparatem w dłoni , zmieniające się za oknem krajobrazy. Najpierw srebrzysta wstążka Sanu w dole, a potem już tylko niebiańskie widoki: wspaniale wypiętrzone cumulusy i nawet tworzące się właśnie „kowadło” charakterystyczne dla niektórych chmur burzowych.

Lotnisko RzeszĂłw 6

Lotnisko RzeszĂłw 7

Za dwa tygodnie podobną trasą miałem lecieć do Pragi.

 Gdynia; 30.08.2011; 01:20 LT                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                  

czwartek, 25 sierpnia 2011

Notki z Bieszczadów niedokończone, Podlasie też czeka na ostatni wpis. Nie wyrabiam sie czasowo. A tymczasem nadchodzi kolejny dzień wolny i nowe wrażenia podczas przedłuzonego weekendu. Dawno juz nie wyjeżdżaliśmy nigdzie razem z Moim Aniołem. Wakacje jakoś przeciekły nam między palcami. Może jesienią znajdziemy trochę czasu by zawitać w cieplejsze strony kiedy u nas zaczną się szarugi. Póki co, ruszamy do Pragi. Na Hradcany, Most Karola, śladami Szwejka, Kafki, Muchy...

Startujemy w piątek wczesnie rano, a kiedy to wszystko opiszę? Musiałbym się chyba zaszyć w jakiejś puszczy na kolejne trzy dni...

Sopot, 25.08.2011; 23:35 LT

środa, 24 sierpnia 2011

Juz prawie dobe plyniemy na poludnie. Wczoraj nie mialem sily by napisac cokolwiek. Bol zoladka, goraczka, nudnosci... Najwyrazniej czyms sie strulem. Mozliwosci sa dwie: albo warzywami w salatce, ktore nie wiadomo jak byly myte, albo szaszlykiem. Tylko te dwie potrawy jedlismy wspolnie z chiefem mechanikiem dzien wczesniej i on takze mial identyczne problemy. Dzis zoladek juz tak nie dokucza, ale boli glowa i mam zawroty jakbym strzelil sobie setke wodki.

Chief mowil mi, ze slyszal kiedys opowiadanie, jak to dawno temu na Dalekim Wschodzie ikra pasli swinie - tyle tego bylo. Moze to prawda, moze nie, ale faktem jest, ze i dzis nie ma jej tu malo. Litrowy sloik czerwonego kawioru mozna kupic na targu juz za 150 rubli czyli za jakies 22 zlote. Nie zalowalismy wiec sobie, tak samo jak i wedzonego lososia, ktorego rowniez maja pod dostatkiem. Ach, chyba po zakonczeniu pisania tego tekstu ukroje sobie znow czarnego chleba i naloze gruba warstwe kawioru. Jeszcze mi sie nie przejadl.

Sprzedawali na targu rowniez grzyby. Kozaki i osaki. Cale wiaderka. Jestem jednak zbyt leniwy by zajac sie ich przyrzadzaniem wiec nawet nie pytalem o cene.

"Polskie pany". Kto by pomyslal, ze takie okreslenie, charakterystyczne dla europejskiej czesci Rosji, jest zywe takze i tutaj. Kiedy przedstawialismy sie, czesto ktos wolal do swoich znajomych: "sluszaj, eto polskie pany prijechaly", a zraz potem padaly propozycje pol zartem pol serio aby pomoc im pojechac do Polski.

W ogole to trzeba przyznac, ze ludzie okazywali nam wiele sympatii. Na pewno pomagala w tym tez znajomosc jezyka. Wciaz bardzo niewielu Rosjan wlada jako tako angielskim wiec autentycznie sie ciesza gdy ktos mowi tak jak oni. Doszlo nawet do tego, ze jedno z pism urzedowych pisalem po rosyjsku. W Seamen's Clubie gdy tylko powiedzialem, ze podobaja mi sie piosenki Pugaczowej, ktore wlasnie lecialy z glosnikow, od razu dostalem propozycje przegrania ich. I tak stalem sie posiadaczem compactu, bo okazalo sie, ze wygodniej im bylo nagrac plyte compactowa niz kasete.

Mam tez obiecana, jezeli jescze tu przyjedziemy, kasete z piosenkami ludowymi.

Morze Japonskie,  05.09.2000, Wtorek

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6