Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
wtorek, 31 sierpnia 2010

Tym razem podczas przerwy na lunch poszedłem sfotografować... krzyżaki. Zauważyłem, że kilka dorodnych pająków utkało pajęczyny nieopodal naszego biura. Mijam je każdego dnia. Co za paskudne stworzenia! Nienawidzę pająków! O ilez piękniejszy byłby świat bez nich!

a_DSC2835

No ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Możnaby więc nawet zgodzic się z błogosławieństwem dla nich, o ile brzmiałoby jak to dla cara, sformułowane przez rabina w „Skrzypku na dachu”:

- Niech Pan błogosławi pająki i zachowa je jeka najdalej od nas.

Krzyżaki zniechęcają mnie do udziału w  grzybobraniach, ponieważ umyśliły sobie właśnie wtedy, wczesną jesienią, masowo tkać sieci po lasch. Ludzi chcą łapać zamiast much? Kilka razy miałem wątpliwą przyjemność nadziania się na taką sieć gdy zbyt mocno wpatrywałem się w ściółkę. Z drugiej strony, kiedy znaczną część uwagi kierowałem na detekcję pajęczyn, moja wydajność w zbieractwie grzybów spadała dramatycznie.

Zdecydowanie przyjemniej jest je fotografować z pewnej odległości, niż próbować przeciskać się wśród rozpiętych między drzewami nićmi. Tym razem jeden z drapieżników leśnego mikroświata zajęty był konsumpcją schwytanej niedawno muchy.

a_DSC2838

Nie potrafię wykrzesac w sobie choćby odrobiny sympatii dla tych zwierząt,

a_DSC2839

O ileż przyjemniejsze są pszczoły uwijajace się wśród kwiatów na wydmach.

a_DSC2847

Ostatni dzień sierpnia był też ostatnim dniem mojej pracy na dotychczasowym stanowisku. Od jutra rozpoczynam nowy etap. Z jednej strony awans mile łechce meską próżność, z drugiej zaś oddala możliwość ponownego wejścia na mostek jakiegoś frachtowca, by poprowadzić go w kolejny rejs. Być może właśnie teraz stałem na rozwidleniu dróg, z których jedna prowadziła z powrotem na oceany, a druga ku sprawozdaniom, budżetom, skoroszytom, biznesowym kolacjom. Poszedłem tą drugą. Chciałbym kiedyś, odchodząc na emeryturę, powiedzieć sobie: „to był dobry wybór”. Narazie przede mną na tej ścieżce mgła i przyszłość w niewiadomych barwach.

Gdynia, 31.08.2010; 23:35 LT

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Przyjechałem na Dziewoklicz o dziesiątej, na otwarcie wypożyczalni kajaków.

- Dziś nieczynne. Zalane. – odpowiedział na moje zapytanie o kajak pan w gumowcach.

Rzeczywiście, woda sięgała pod drzwi magazynu.

Parnica 01

Co prawda było jej nieco ponad kostki i kaloszach bez problemu możnaby kajak wydostać, ale stanowczość informacji nie pozostawiała cienia wątpliwości, że nawet jeśli się da to i tak nie można.

- A nie wiecie panowie – (bo tymczasem na schodkach do baraku biurowego pojawiło się ich dwóch) – czy jest czynna jakaś inna wypożyczalnia?

- Ja tam nie wiem. Jak pan chce to na Miedwie niech pan jedzie, o!

Podziękowałem. Miedwie! Pod Stargard miałbym jechać! Z taką informacją ciężko będzie zrealizować projekt Floating Gardens 2050. Postanowiłem w ciemno spróbować znaleźć coś w okolicach Regalicy gdzie ulokowało się kilka marin. Pierwszy strzał chybiony. Drugi celny. Jachtklub „Pogoń” oferował kajaki.

- Chce się panu pływać w taką pogodę? – zapytał bosman przystani, ale tak retorycznie, przygotowując w międzyczasie kajak do wodowania.  Rzeczywiście, tempeatura oscylowała w okolicach piętnastu stopni, wiał silny wiatr, a jaskółki uwijające się nad mariną latały tak nisko, że brzuchami niemal szorowały po trawie.

Wypłynąłem jednak. Szkoda tylko, że z wyżej opisanych powodów, z godzinnym opóźnieniem, dopiero o jedenastej. No i plan musiałem zweryfikować. Zamiast wpływać do Szczecina od południa, wybrałem opcję wycieczki w kierunku miasta przez port, który mnie od niego oddzielał.

Opusciłem marinę i już po chwili znalazłem się na Regalicy, będącej wschodnia granicą szczecińskiego portu.

Parnica 02

Parnica 03

Po następnych kilkunastu minutach dotrłem do ujścia Przekopu Parnickiego, zwanego też po prostu Parnicą. Boje znaczyły tor wodny dla pełnomorskich statków.

Parnica 04

Kawałek dalej pred dziobem przemknął mi jeden z takich kolosów (w porównaniu z moją łupinką). To było skrzyżowanie z Przekopem Mieleńskim, nad którym w czasach komuny mieściła się przystań położonej na wyspie Plaży Mieleńskiej, mojej ulubionej. Po zmianie ustroju teren sprzedano (t.zn. sprywatyzowano) i plaża na trwałe zniknęła z krajobrazu miasta.

Przyglądałem się sunącemu w dół rzeki statkowi. Tyle razy sam pokonywałem tę trasę, gdy jeszcze pracowałem w PŻM.

Parnica 05

Przekop Mieleński odchodził w moją prawą stronę. Po lewej zaś miałem t.zw. Basen Górniczy, czyli główny ośrodek przeładunku węgla, z charakterysytycznym taśmociągiem na specjalnym pirsie, po obu stronach którego mogły cumowac masowce. W czasach komuny ów pirs oraz okoliczne nabrzeża zawsze pełne były statków. Wiadomo, eksport węgla był fundamentem budżetu państwa. Dziś jest tutaj znacznie spokojniej.

Parnica 07

Parnica 06

Ów taśmociąg był zbudowany w USA, o ile dobrze pamiętam w latach trzydziestych XX wieku. W latach pięćdziesiątych sprowadzono go do Szczecina na potrzeby tworzonego własnie terminalu przeładunkowego. Na owe czasy to był prawdziwy hit. Wagony ze Śląska po kolei wjeżdżały na specjalną obrotnicę (widoczną na lewo od taśmociągu), w której obracano je do góry kołami, błyskawicznie wysypując zawartość do położonego niżej zsypu, skąd węgiel trafiał na taśmę. Pusty wagon, odwrócony do właściwej pozycji, bez udziału lokomotywy zjeżdżał w dół, a potem lekko pod górę (widoczny w prawo od taśmociągu podjazd), by po przestawieniu zwrotnicy zjechac już na bocznicę. Wszystko to zapewniało wydajność załadunku w wysokości siedmiuset ton na godzinę. Dzisiaj taki wynik budzi co najwyżej uśmiech. Tysiąc ton na godzinę osiągają we własnym zakresie samowyładowcze statki mojej obecnej firmy, a jeden z terminali brazylijskich pobił rekord sypiąc dwadzieścia tysięcy ton rudy na godzinę. Inna sprawa, że juz podczas jednego z pierwszych załadunków złamano tam statek, którego konstrukcja nie wytrzymała takich naprężeń i przełamany zatonął przy nabrzeżu.

Tuż obok portu, na zarośnietych gęsto wyspach swój raj mają ptaki. Co chwilę podrywały się jakieś do lotu, ale ja majac ręce zajęte wiosłem, nie mogłem zajmować się fotografowaniem. Pomimo to jednak, kilka udało mi się uchwycić.

Parnica 08

Parnica 09

Kaczki w ogóle nic sobie nie robiły z mojej obecnosci.

Parnica 14

Drogę uprzyjemniały mi też liczne nenufary.

Parnica 10

Miajałm kolejne nabrzeża, stocznię Parnica, az w końcu pojawiły się mosty tras wjazdowych do centrum miasta. Zaczęło tez padać, co przy panującej temperaturze i wietrze przyjemne nie było.

Parnica 11

Kiedy schroniłem się pod jednym z wiaduktów, deszcz ustał. Mieli rację synoptycy, przewidując na moje szczęście opady przelotne.

Parnica 12

Niedługo potem skręciłem w boczny kanał, który prowadził mnie wprost do Odry i do miasta. Widać już było wieżę katedry oraz budynku rektoratu PAM. Jeszcze tylko ten most...

Parnica 13

... i miasto otworzyło się przede mną. Wypływałem na Odrę przy budynku Poczty Głównej.

Parnica 15

Przede mną teraz Most Długi

Parnica 16

Parnica 17

Za jego nitowaną konstrukcją zaczynał się odcinek, który najbardziej mnie interesował. Planowałem bowiem wcześniej opłynąć Wyspę Grodzką i popatrzeć na Wały Chrobrego oraz Zamek Książąt Pomorskich z odrzańskiej perspektywy. Czas mnie jednak gonił. Brakowało mie tej godziny, o którą opóźnił się mój start. Może więc innym razem.

Przepłynąłem pod Mostem Długim by spojrzeć na drugą stronę, po czym zawróciłem i ruszyłem w droge powrotną.

Parnica 18

Przy Przekopie Mieleńskim natknąłem się na jacht, który podobnie jak ja zdążał do mariny. Przy tym wietrze przemknął szybko obok mnie i tyle go widziałem.

Parnica 19

Parnica 20

Najgorszy był ostatni odcinek Regalicą. Pod prąd i pod wiatr.

Parnica 21

Posuwalem się jednak mozolnie naprzód i wkrótce wpłynąłem do niewielkiego kanału, w którym witała „moja” marina.

Parnica 22

Gdynia, 30.08.2010; 07:55 LT
niedziela, 29 sierpnia 2010

W weekend poprzedzający mój wyjazd do Chin byłem w Szczecinie i wybrałem się na spacer do katedry.

Szczecin 2010-07 (1)

Dawno zniknęła już wiekszość rusztowań i cieszy oczy wyczyszczona elewacja, a przede wszystkim wysoki chełm wieży. Na jej szczycie, w kuli pod krzyżem zamknięto świadectwo obecnych czasów – kilka pamiątek oraz wpisy osób, swiadków budowy wieży. Kto wie, może za jakieś dwieście lat, jakiś konserwator zabytków otworzy ową kulę i znajdzie przesłanie z przeszłości?

Lubie obserwować jak katedra pięknieje z roku na rok. Dość powiedzieć, że przez pierwsze trzydziesci lat po wojnie prawie nic tam się nie działo i ruiny po zbombardowaniu straszyły w centrum miasta. Drugie trzydzieści lat, to doprowadzenie do stanu obecnego, w czym najwiekszy chyba udział ma obecny proboszcz, ksiądz Jan Kazieczko, w równym stopniu duchowny co i błyskotliwy manager.

Lubię oglądać witraże. Może dlatego, że pamiętam jeszcze zwykłe, zbrojone szyby w szczecińskich kościołach, dominujące jeszcze w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Dziś można kontemplować grę świateł krążąc wokół świątyni od okna do okna.

Szczecin 2010-07 (7)

Wśród nich są tak niecodzienne motywy jak lokomotywy i nowoczesne statki czyli szczególnie mi miłe obiekty J

Szczecin 2010-07 (3)

Szczecin 2010-07 (2)

Zupełnie nowym elementem jest jednak krypta biskupia, w której dokonuje się pochówków szczecińsko-kamieńskich biskupów. Jej budowa stała się swego rodzaju koniecznością, jeżeli chciało sie dochowac wierności tradycji, by biskupi na zawsze spoczywali w miejscu swojej posługi. Następująca po sobie śmierć dwóch z nich przyspieszyła te prace. Miałem okazję obejrzeć kryptę zanim zejście do niej przysłoni gotowa już płyta

Szczecin 2010-07 (6)

Szczecin 2010-07 (5)

Szczecin 2010-07 (4)

A dziś (korzystając z kolejnego pobytu w Szczecinie), jeśli pogoda pozwoli (na razie są chmury, lecz nie pada) wybieram się kajakiem obejrzeć miasto z nieco innej perspektywy. Jeśli się uda, to relacja pojawi się wkrótce. Zamykam więc kompa pakuję rzeczy i jadę do stanicy wodnej na Dziewokliczu.

Szczecin, 29.08.2010; 08:40 LT

piątek, 27 sierpnia 2010

Rano tylko kropiło od czasu do czasu. Po obiedzie niebo pociemniało jeszcze bardziej i zerwał się silny wiatr. Temperatura zaczęła lecieć w dół na łeb, na szyję. Ponoć ktoś widział na termomemtrze zaledwie +14˚C.

Sopockie plaże opustoszały.Okupowały je jedynie mewy.


Pod „Tropikalną Wyspę”, koło której jeszcze tak niedawno opalalismy się podczas przerw na lunch, teraz docierały coraz bardziej agresywne fale,


Niektóre parasolki stały już w wodzie.


Pogoda u schyłku wakacji zrobiła się iście październikowa. Ciekawe, czy to juz koniec lata?

Gdynia, 27.08.2010; 22:55 LT

wtorek, 24 sierpnia 2010

Opuszczając w kwietniu Chiny nie zdążyłem opisać wycieczki do Wu Xi i tak już zostało. Luka. Myślę, że pora nadrobić to przy okazji dopiero co zakończonej podróży, bo jeśli nie teraz, to kiedy?

Remont był już zakończony. Negocjacje odnośnie rachunku także. Zostało wolne popołudnie przed wyjazdem następnego dnia do Szanghaju. Dyrekcja stoczni zapytała o nasze plany. Wspomniałem, że mamy zamiar wybrac się do Wu Xi, aby zobaczyc wielka statuę Buddy. To poruszyło ambicję managerów, którzy stwierdzili, że stocznia załatwi nam samochód i kogoś jako przewodnika w ciągu najbliższej godziny. Padło na Mr. Wanga, z którym jeszcze tego poranka prowadziliśmy negocjacje. On także nie widział jeszcze Wielkiego Buddy, więc miał okazję skorzystać.

Niestety, nie dopisała nam pogoda. Lało coraz bardziej. Zatrzymalismy się gdzies po drodze i Mr. Wang w ramach reprezentacji zakupił wszystkim parasolki.

Po mniej więcej półtoragodzinnej podróży dotralismy do Wu Xi, a ściślej do kompleksu swiatyń Lingshan. Obszar jaki zajmiwały, był ogromny. Ruszylismy szeroką aleją za innymi pielgrzymami, którzy tak jak my chronili się pod parasolami.

Wu Xi 02

Daleko w tle majaczyła we mgle sylwetka gigantycznego Buddy, lecz póki co wszyscy zatrzymywali się przy wielkiej kolumnie w formie kwiatu lotosu,

Wu Xi 01

Mielismy szczęście. Po chwili bowiem wśród rozbrzmiewającej zewsząd spokojnej muzyki płatki kwiatu zaczęły się rozchylać i ukazały małego Buddę.

Wu Xi 03

Mały budda miał podniesioną lewą rękę w geście błogosławieństwa i udzielał go wszystkim obracając się  powoli o trzysta sześćdziesiąt stopni.  Zalatywał ów pokaz kiczem na kilometr, lecz wystarczyło odwrócic się i popatrzec na twarze zebranych wokół ludzi by zaakceptować ów show. Inaczej ranilibyśmy ich uczucia religijne.

Wu Xi 07

Kto mógł, ten robił pamiątkowe zdjęcia. A w dobie telefonów komórkowych niemal każdy może.

Wu Xi 06

Wu Xi 21

Wu Xi 22

Kiedy mały Budda ponownie skrył się w zamkniętym kwiecie lotosu, przyszła pora na napełnienie butelek wodą ze świętego źródła, z którego zasilane są fontanny tryskające wokół kolumny.

Wu Xi 23

Na całym świecie modlimy się do rozmaitych bogów, lecz rytuały pozostają te same. Cześc oddawana obrazom lub posągom, wiara w uzdrawiającą i zapewniającą pomyslność moc świętych relikwii, pełna pokory modlitwa... Tyle ofiar pochłonęły bezsensowne wojny religijne, a być może kiedyś, u kresu tego świata okaże się, że nie miały one znaczenia, bo w rzeczywistości wszyscy modlili się do tego samego Stwórcy, lecz w rozmaity sposób wyobrażanego?

Ruszylismy w dalszą drogę, by po kilku minutach dotrzeć do figury przedstawiającej dłóń Buddy wraz z pieczęcia oznaczającą bezpieczeństwo. Ludzie wierzą, że dotknięcie owej dłoni i okrążenie jej zapewni pomyślność. Brązowa statua błyszczy się wypolerowana na lini dotyku tysięcy albo i milionów dłoni.

Wu Xi 09

Od dłoni wielkie schody wiodły ku cokołowi, na którym wznosił się 88-metrowy posąg Buddy. Jego głowa ginęła w chmurach.

Wu Xi 10

Kiedy weszlismy wyżej, stopniowo postac ukazał nam się w całości.

Wu Xi 12

Po natępnych kilku minutach dostalismy się na szczyt cokołu, by stanąć u stóp Buddy.

Wu Xi 20

Jego paznokcie równiez były wypolerowane od ciągłego dotykania przez przybyszów.

Wierzący skupili się na modlitwie.

Wu Xi 13

Z cokołu rozpościerał się widok na cały, światynny kompleks.

Wu Xi 14

Po obejściu posągu dookola, zaczęlismy marsz w dół. Na dziedzińcu jednej ze świątyń w specjalnych misjach płonęły setki kadzidełek. Na specjalnych wieszakach zawisły wokół nich tabliczki. Nie wiem co oznaczały. Najprawdopodobniej inetncje modlitwy,

Wu Xi 15

Nieco dalej kolejny posąg Buddy, tym razem z dziesiątkami dzieci.

Wu Xi 16

Trzeba przyznać, że artyście nie brakowało pomysłowości, by oddać charakter psocących bez umiaru chłopców, figlujących na ciele roześmianego Buddy. Przy nim nic złego nie mogło im się stać

Wu Xi 17

Wu Xi 18

Zabrakło juz czasu, by odejśc w bok, ku widocznej za posągami smoków pagodzie Manfeilong

Wu Xi 19

Zreszta nie tylko te jedną opusciliśmy. Udało nam się przejśc jedynie wzdłużną oś kompleksu od bram wejsciowych do posągu oraz z powrotem. Obszary leżące po bokach może uda się kiedys obejrzec przy innej okazji.

Przemoczeni pomimo parasoli, kecz zadowoleni wsiadaliśmy do auta. Wreszcie po kilku tygodniach remontu, kiedy nasze życie ograniczało się praktycznie do terenu stoczni, mogliśmy także coś zwiedzić. A następnego dnia czekał Szanghaj i między innymi okazja do wjazdu na platforme widokową wieżowca w kształcie otwoeracza do butelek, ale o tym napisałem już wtedy.

Gdynia, 24.08.2010; 13:35 LT

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5