Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Ten obszar, pomimo, że częściowo znajdujący się w administarcyjnych granicach miasta, przez długi czas był prawdziwą terra incognita. Przynajmniej dla przeciętnych mieszkańców.W apogeum mojego zainteresowania turystyką kajakową, kiedy to w każde wakacje wyruszaliśmy na inną trasę, szukaliśmy ich w rozmaitych zakątkach Polski i nawet do głowy nam nie przyszło by zastanowic się co mamy tuż pod nosem. Nie było map, przewodników, a graniczny charakter Odry pomimo iż była to „granica przyjaźni” z NRD,  niósł ze sobą liczne restrykcje.

Odkąd „odkryto” Międzyodrze i utworzono tam park krajobrazowy, udostepniając go turystom (stanice wodne, przystanie, mapy) zawsze chciałem zobaczyć go chociaż namiastkę, ale nigdy nie było czasu.

Kończą się kolejne wakacje i pomyślałem, że jeśli nie tej niedzieli, to znów chyba przyjdzie odłożyć to na kolejny rok. Nie chciałem czekać. Spakowałem walizki i wrzuciłem do bagażnika samochodu (żeby potem już nie wracać do domu przed wyjazdem do Gdyni) i pojechałem na kapielisko Dziewoklicz, na terenia którego znajduje się stanica wodna PTTK „Międzyodrze”.

Niedługo potem wodowałem już mój kajak.

W tym samym czasie wypływała niedzielna wycieczka organizowana przez PTTK. Mógłbym się zabrać z nimi, lecz nie miałem tyle czasu. Przepłynęłiśmy więc razem tylko początkowy odcinek.

  

Dawniej Odra na południe od Szczecina toczyła swe wody licznymi meandrami w szerokiej, torfowej dolinie. Niemcy, którzy przywiązywali dużą wagę do zagospodarowania naturalnych szlaków komunikacyjnych, nakładem wielkich środków „wyprostowali” i uregulowali dwa główne koryta: Odrę Wschodnią i Odrę Zachodnią usprawniając żegluge na tych szlakach. Kilkukilometrowy pas lądu pomiedzy nimi poprzecinano licznymi kanałami, rowami melioracyjnymi i zagospodarowano rolniczo. Jak wielka to była praca niech swiadczy fakt, że wykopano ich ponad sto kilometrów! Do tego oczywiście śluzy, jazy, przepompownie... Działo się to, jak podaje przewodnik, w latach 1906-1932. Niedługo potem wybuchła wojna, w wyniku której stalismy się nowymi gospodarzami tych ziem. Gospodarka powojenna polegała na... pozostawieniu wszystkiego samemu sobie. Jest to prawdę mówiąc przykre świadectwo naszego zacofania cywilizacyjnego, a nawet swoistego barbarzyństwa, że przez kilkadziesiąt powojennych lat doprowadzono do kompletnego zdewastowania i zdziczenia całej tej infrastuktury. Ciężko wystawiać fatalną cenzurkę samemu sobie, więc przewodnik ubiera to w eufemistyczną formułkę: „Po II Wojnie Światowej zaniechano gospodarki rolnej na Międzyodrzu, a także konserwacji śluz i kanałów. Przyczyniło się to do renaturalizacji terenu. Rozwój światowej cywilizacji w ostatnich kilkudziesięcioleciach doprowadził do wyjatkowego, niespotykanego wcześniej znaczenia rozmaitych ruchów ekologicznych. Dzięki temu, to czego powinniśmy się głęboko wstydzić, nagle obróciło się na naszą korzyść.  Wielki obszar stał się niedostępną enklawą, ostoją rozmaitych gatunków zwierząt i należało objąć go ochroną. Dzięki temu zamiast rolniczych polderów mamy unikalny park krajobrazowy. Warto jednak pamiętać dlaczego.

Nie miałem zbyt wiele czasu, więc ograniczyłem się do opłynięcia długiej na kilka kilometrów wyspy Kurowskie Łęgi. Oznaczało to, że większą część czasu spędzę na stosunkowo szerokich akwenach. Wietrzna pogoda nie umilała tego. Pierwszą połowę trasy, która wiodła skarajnie zachodnią odnogą, t.zw. Kanałem Kurowskim pokonywałem pod wiatr i pod prąd. Każde zaprzestanie wiosłowania, by n.p. zrobić jakieś zdjęcie natychmiast powodowało gwałtowny dryf kajaka w kiernku powrotnym. Ale jak tu nie pstrykać zdjęć ptakom w naturalnych plenerach, a nie gdzies przy betonowych nabrzeżach?

W końcu minąłem miejscowość Kurowo i dotarłem do południowego cypla Kurowskich Łęgów. Tam znalazłem dogodne miejsce do lądowania, więć zrobiłem krótki przystanek na rozprostowanie kości.

S

A potem znów ptaki. Na wodzie, na gałęziach, na czubkach drzew, krążące nad głową. Było ich mnóstwo – od bardzo pospolitych, po mniej, których nazw już nie znałem.

Droga powrotna, na północ, właściwą Odrą Zachodnią, razem z prądem i wiatrem nie wymagała prawie żadnego wysiłku. Właściwie, przy odrobinie cierpliwości możnaby zdać się wyłącznie na siły natury. Dryf bowiem był całkiem szybki. W końcu jednak dotarłem do wlotu do jednego z owych wspomnianych wcześniej kanałów. Nim to wpłynąłem na obszar, który zwykło się nazywać Szczecińską Amazonią. Rzeczywiście do złudzenia ją przypomina. Prawdziwa dżungla wokół, liczne wodorosty oraz plątanina cieków wodnych.

Tą samą drogą, czyli przez Śluzę Owczą wydostałem się z powrotem na Odrę Zachodnią. Oczywiście śluza była nieczynna, nieużywana zapewne od czasów wojny.

Nieco dalej zarośnięty, opuszczony równie dawno, budynek przepompowni.

Posuwając się na północ minąłem się z zestawem trzech barek i pchacza.

Zaraz potem zaś wpłynąłem na kolejny kanał, o nazwie Ustowski Rów.

Byl niemal całkowicie pokryty zielonymi glonami. Woda niemalże stojąca. Mógłbym przedostać się nim do Kanału Odyniec łączacego Odrę Zachodnią ze Wschodnią, lecz potem miałbym zbyt długą drogę powrotną, a czas niestety mnie ograniczał. Wróciłem więc znów tą samą drogą.

S

W takiej ciszy z daleka słyszałem narastający hałas i kiedy wychyliłem się na Odrę Zachodnią, spostrzegłem zbliżającą się od południa barkę

Zbliżałem się już do mostów zapewniających drogowy i kolejowy wjazd do Szczecina od południa. Nieopodal nich usytuowana jest stanica wodna.

Zanim do niej wpłynąłem, minął mnie jeszcze stateczek białej floty. Niemiecki. Wciaż nie mogę wyjść z podziwu, że im się opłaca, a nasza biała flota (szczątkowa) ledwo zipie.

Wysiadałem zadowolony. Ale chyba jeszcze bardziej niż z wycieczki, zadowolony byłem z przewodnika i mapy, które kupiłem w stanicy. Potencjalnych tras kajakowych w rejonie od Zalewu Szczecińskiego na pólnocy  po Widuchową (gdzie Odra rozdziela się na dwie odnogi) na południu jest tyle, że wystarczyłoby spokojnie na całe wakacje. Ja oczywiście tyle czasu nie mam, ale coś mi się zdaje, że na weekendowe wypady będę tu wracać.

Gdynia, 31.08.2009; 01:20 LT

sobota, 29 sierpnia 2009

Oderwę się na chwilę od pisania o Argentynie, by wspomnieć o tym co działo się przedwczoraj.

Praca w nadmorskiej miejscowości bywa torturą, kiedy idąc do biura mijamy wczasowiczów zdążających beztrosko na plażę. Najgorzej jest w porze lunchu. Człowiek wychodzi oderwać się na chwilę od spraw, które czekają na pilne załatwienie, w głowie zamęt, oczy szczypią od nieustannego wpatrywania się w ekran laptopa, gorąco, a wszędzie wokół sjesta, plażowicze okupują cały przyległy do Bałtyku teren.

Taka praca ma jednak swoje zalety, ponieważ jeśli bardzo się chce, można rzutem na taśmę pod koniec dnia zasmakowac wakacyjnej atmosfery. My z Aniołem bardzo chcieliśmy i od dawna planowaliśmy nie tyle plażowanie w Sopocie (o dwa kroki od naszego biura), co wypad do Rewy. Ja w Rewie nigdy nie byłem, a nie raz ślęczałem długo nad mapą podziwiając fenomen Cypla Rewskiego, który ciągnie się daleko w morze, by następnie bardzo długą mielizną łączyć się z Półwyspem Helskim. Każdego roku organizowany jest nawet Marsz Śledzia – wyjątkowy w swoim rodzaju rajd polegający na przejściu z Kuźnicy do Rewy owym podmorskim skrótem (aby być precyzyjnym dodam, że niewielki odcinek w okolicy samego półwyspu jednak wymaga przepłynięcia ponieważ dno tam opada na głębokość przewyższającą wysokość człowieka).

Anioł natomiast często korzystał w Rewie z uroków windsurfingu i rekomendował mi tę miejscowość.

Tyle tylko, że przez całe wakacje jakoś nigdy się nie udało. Zaostrzyliśmy dyscyplinę i ustaliliśmy, że w tym tygodniu już na pewno. Przez poniedziałek i wtorek trzeba było jednak dojść do siebie po podróży z Argentyny. Środa. Wostatniej chwili wypadło kilka spraw i opusciliśmy biuro o dwudziestej. Daliśmy spokój. W czwartek o siedemnastej mieliśmy byc gotowi do jazdy na sto procent, ale statki, którymi się zajmujemy o tym nie wiedziały. Pilne e-maile znów nas przytrzymały Była chyba już za dwadzieścia siódma, kiedy zamykaliśmy za sobą drzwi. Stroje kąpielowe już się raczej tego dnia nie miały przydać, ale spacer i kolacja mogły być fajne.

Taki wypad do Rewy to jak wyjazd na wakacje, który zajmuje raptem pół godziny. Jeszcze dwa kwadranse wcześniej byliśmy w wirze owych pilnych spraw, by teraz napawać się widokami. Szkoda tylko, że słońce akurat zdążyło skryć się za widnokręgiem, ale przecież nadmorskie zachody są żelaznym punktem programu każdego turnusu wczasowego.

  

Oczywiście najpierw skierowaliśmy się w stronę cypla, zwanego z kaszubska Szpyrkiem. Wreszcie mogłem zobaczyc to cudo na własne oczy.

Piaszczysta mierzeja wcinała się w morze daleko i chyba dalej niż początkowo się wydawalo. W każdym razie nie był to wcale króciutki spacerek, ale w końcu dotarliśmy do owego magicznego miejsca, gdzie kończy się ląd, a spotykają dwa żywioły naturalnym falochronem rozdzielone.

Odezwał się we mnie, he he, zew wilka morskiego. Machnąłem ręką na zamoczone nogawki dżinsów i ruszyłem w kierunku otchłani (wciąż jednak zanurzony tylko po łydki). Anioł kibicował mi z lądu.

Robiło sie coraz ciemniej i coraz później. Musieliśmy wracać jeżeli chcieliśmy zjeść jeszcze kolację w jednej z miejscowych knajpek. Ruszyliśmy wąską mierzeją w kierunku wschodzącego właśnie nad Rewą półkola Księżyca. Cóż za romantyczny spacer na zakończenie pełnego pracy dnia!

A potem był wyborny tatar z łososia by zaspokoić pierwszy głód i smażone flądry oraz dorsz jako zasadnicza kolacja na tarasie prawie na samej plaży. I Droga Mleczna, którą podziwialiśmy potem w ciemnościach na przystani jachtowej. I światła Gdyni ogladane z serpentyn iście górskiej drogi, którą przed północą wracaliśmy do domu.

Szczecin, 29.08.2009; 20:15 LT

piątek, 28 sierpnia 2009

Ponoć Argentyna przed II Wojną Światową była ósmym pod wzgledem bogactwa krajem na świecie. Nie zweryfikowałem tej wiadomości, ale kiedy patrzy się na ulice Buenos Aires, trudno nie uwierzyć, że tak własnie było.

Budynek Kongresu zamykający od południa oś szerokiej Avenida de Mayo budzi respekt i szacunek dla tej instytucji. Niewiele krajów może poszczycić się tak pięknym gmachem.

Sam budynek to jednak połowa sukcesu, a o otoczenie Argentyńczycy również potrafili zadbać. Ogromny plac, pomniki, fontanny...

Wzdłuż głównych ulic monumentalne kamienice. I stacje metra wyglądem przypominające te paryskie z poczatku XX wieku.

Wiele z tych kamienic podupadło przez lata, lecz i tak urzekają swoim pięknem. Niepowtarzalne elewacje, balkony, żaluzjowe okiennice. Ech, gdyby to wszystko udało się odnowić. Bo niestety, rzeczywiście lata swietności stolica Argentyny ma za sobą (lecz wierzę i kibicuję, by nastepny złoty okres wrócił niebawem). Wiele budynków wymaga co najmniej liftingu. Z czego jednak ten naród może byc dumny to, że pomimo przejściowej, mam nadzieję, zapaści, to wszystko co stoi jest ich dziełem. Tak często bowiem mamy do czynienia z sytuacją, gdy to co piękne w niektórych krajach, wiąże sie przede wszystkim z czasami kolonialnymi. Narody wybiły się na niepodległość, lecz z rozmaitych przyczyn (najczęściej związanych z niedojrzałością polityczną) nie potrafiły pozostawić po sobie imponujących dzielnic miast. Buenos Aires wszystko co najlepsze zwdzięcza swojemu narodowi.

W poniedziałkowy poranek po kontemplacji budynku Kongresu ruszylismy do położonego nieopodal teatru by kupic bilety na wieczorny spektakl. I wtedy przeżyliśmy mały szok. Kolejka od okienka kasowego ciągnęła się do narożnika najblizszych ulic, a potem ginęła bardzo daleko w jakiejś przecznicy. Bilety nie były tanie. Powiem nawet, że były drogie. Chyba nawet droższe niż w Polsce, a mimo to tyle ludzi stało cierpliwie by móc obejrzeć to przedstawienie. Na nasze nieszczęście (ale może i szczęście bo sam sie rozwiązał dylemat czy zwiedzać miasto, czy tracić czas na stanie w ogonku), wolne miejsca były juz tylko w ostatnim tygodniu sierpnia, czyli w okresie, kiedy my mieliśmy już być z powrotem w Polsce.

Wsiedliśmy do metra i pojechaliśmy do przeciwległego końca Avenida del Mayo, gdzie znajdował się Różowy Pałac. To w nim urzęduje prezydent republiki.

Ja tak sobie spokojnie piszę o tym metrze, jak gdyby była to banalna czynność, lecz trudno opisać nasze zdumienie gdy ujrzelismy nadjeżdżający skład pamietający tak na oko lata trzydzieste. No, góra czterdzieste. Drewniane siedzenia wewnątrz, otwierane okna o drewnianych ramach, drzwi pozbawione jakiejkolwiek automatyki (na próżno staliśmy czekając aż same się otworzą). Ależ to się wspaniale komponowało z owymi starymi stacjami!

Mieliśmy szczęście. Siedemnastego sierpnia Argentyna obchodzi święto narodowe. Czysty przypadek, że akurat tego dnia tam się znaleźliśmy i akurat tego dnia postanowiliśmy zobaczyć Rózowy Pałac. A ten akurat z okazji świeta udostępniony był do zwiedzania.

Dołączylismy do grupy t.zw. przeciętnych obywateli (bo indywidualne zwiedzanie było zabronione) i z pałacowym przewodnikiem ruszyliśmy obejrzeć najważniejsze miejsca. W prawym skrzydle w Salonie Dam nascianach wisiały wielkie fotografie najbardziej zasłużonych kobiet w dziejach kraju. Wśród nich oczywiście Eva Peron. Muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem charakteryzacji Madonny z adaptacji „Evity”, bo w pierwszej chwili pomyslałem iż to kadr z tego filmu.

W lewym skrzydle najważniejszy i oczywiście najpiękniejszy był salon, w którym odbywaja się oficjalne wystąpienia prezydenta. Przepych niemalże barokowy.

 

  

Z pałacu udalismy się do Puerto Madero – przywróconego miastu dawnego basenu portowego. Jest to udanie przeprowadzona, modna dziś rewitalizacja przemysłowych dzielnic. Pozostawiono kilka dźwigów, stary żaglowiec, w odrestaurowanych magazynach urządzono dobre (i drogie) restauracje, obydwa brzegi spięto futurystycznym mostem, który nie kłóci się z otoczeniem, ponieważ tam, po drugiej stronie pną się w górę nowoczesne drapacze chmur.

Potem metrem pojechalismy na plac San Martin. Zapomniałem dodać, że na stacjach, w wagonach jak i w całym mieście aż roiło się od informacji o „świńskiej grypie”. Można było odnieść wrażenie, że jesteśmy w samym centrum zapowietrzonego rejonu. Ulotki, informacje na temat zachowania higieny, dozowniki żelu z alkoholem do odkażania rąk, naklejki na wagonach „zdezynfekowano”, regularne dezynfekcje autobusów (człowiek, który je przeprowadza ubrany jest w iście kosmiczny skafander i spryskuje cały pojazd płynem znajdującym się w pojemniku, przytwierdzonym do skafandra niczym plecak – tak przynajmniej pokazywano to na filmach).

Na San Martin odbywało się składanie wieńców i parada związane ze świętem. Po raz kolejny więc przypadkowo trafiliśmy w dobrym czasie pod dobry adres.

Program jaki sobie ustaliliśmy na najbliższe kilka dni był bardzo napięty. Chcieliśmy wyjechac jeszcze poza stolicę, ale koniecznie przynajmniej jeden wieczór należało poświęcić tangu. Postanowiliśmy zrobić to od razu, ale tego nie zmieszczę już w obecnym wpisie.

Szczecin, 28.08.2009, 23:00 LT

środa, 26 sierpnia 2009

Lot pomimo, że długi, minął wyjątkowo dobrze. Bylismy zmęczeni po krótkiej nocy w Monachium, więc część trasy po prostu przespaliśmy. A ponieważ poza samą końcówką cała podróż przebiegała w dzień, było co oglądać za oknem. Najpierw Europa i Morze Śródziemne, a potem sucha Afryka i jej malownicze plaże nad Atlantykiem.

Kiedy myślę o przytłaczającej biedzie tych krajów na Czarnym Lądzie i zarazem o białej plamie jako stanowią na turystycznej mapie świata (bo przecież te nieliczne wycieczki dla zapaleńców i co tu dużo mówić, zasobnych w gotówkę podróżników to zaledwie kropla w morzu możliwości), zastanawiam się nad nieudolnością i niemocą tamtych rządów. Zapewne lokalne konflikty, wojenki watażków nie sprzyjają masowej turystyce, ale gdyby nawet z pomocą międzynarodową zaprowadzić przynajmniej na niektórych obszarach spokój, wybudowac kilka hoteli, byłoby to jakieś światełko w tunelu, a każdy zastrzyk gotówki dla świecących pustką skarbców to odrobina więcej lekarstw, książek, żywności, dróg...

Tak rozmyślając, spostrzegłem w końcu w dole Dakar, który sam w sobie jest perełką jeśli chodzi o położenie na Zielonym Przylądku.

Trzeba mieć jednak dużo samozaparcia i żyłkę ryzykanta, by wybrać się tam na wakacje.

Potem zaczeła się wielka woda, a kiedy znaleźlismy się nad Brazylią, ostrzyłem sobie zęby na widoki Rio de Janeiro. Niestety, przelatywaliśmy w takiej odległości, że miasto było  rozpoznawalne jedynie dla wtajemniczonych.

Niejednokrotnie wpływałem na wody Zatoki Guanabara, nad którą rozłożyło się miasto, niejeden wieczór tam schodziłem, więc mogłem bez trudu zlokalizowac Głowę Cukru, a nawet z dość dokładnym przybliżeniem wskazać gdzie znajduje się Chrystus Zbawiciel na górze Corcovado, którego jednak z tego dystansu bez lornetki zobaczyć było nie sposób.

Powoli zapadał zmierzch. Znaleźlismy się nad Urugwajem i samolot rozpoczął obniżanie lotu przygotowując się do lądowania. Nigdy nie zapomnę tego morza świateł, które wkrótce wyłoniło się na południowym brzegu La Platy. Ogromna, bursztynowego koloru plama na ginącym już w mroku wybrzeżu wskazywała położenie stolicy Argentyny. Wkrótce bylismy juz w stanie rozpoznać poszczególne ulice.

Kiedy opusciliśmy jumbo jeta, którym przylecieliśmy, było już zupełnie ciemno.

A potem odprawa i po chwili siedzieliśmy w taksówce mającej zawieźć nas do hotelu. Jej zamówienie (przez rekomendowane, autoryzowane biuro na lotnisku, aby uniknąć oszustów) to zngażowanie co najmniej kilku osób. Ktoś wystawia rachunek i woła osobę, która wskaże nam samochód, następny człowiek prowadzi nas na postój, tam ktoś inny przywołuje taksówkę, ktoś do spółki z kierowcą pakuje bagaże. Napiwki oczywiście wskazane.

Kiedy jednak już się zapakowaliśmy i ruszylismy autostradą w kierunku miasta, z radia popłynęły takie dźwięki, że nie mogło być wątpliwości gdzie się znajdujemy. Tango. Utwory z pierwszej połowy dwudziestego wieku towarzyszyły nam do samego końca półgodzinnnej jazdy. Trwała ona nieco dłużej na prośbę Pauliny, która nie mogła patrzeć jak kierowca brawurowo lawiruje w potoku aut gnając jakieś sto dwadzieścia kilometrów na godzinę, a może więcej. Poproszony o odrobinę spokojniejsze kierowanie, ostentacyjnie zwolnił do osiemdziesięciu i tak dojechaliśmy do zjazdu z autostrady. A potem już wąskie uliczki, jak to zazwyczaj w Ameryce proste i prostopadle przecinające się. Kamienice wzdłuż nich czasy swietności wyraźnie miały już dawno za sobą. Auta także nie przypominały tych w bogatym Monachium.

Kiedy samochód zatrzymał sie przed hotelem, miny nam nieco zrzedły. To już tu? Liczyłem po cichu, że gdzieś bliżej centrum będzie nieco ładniej. Nasz hotel wydawał się być przyjemną enklawą na tej podejrzanej ulicy, gdzie oprócz zamknietych na głucho kamienic uwagę przyciągały przede wszystkim sterty worków ze śmieciami, leżących bezpośrednio na chodniku.

Był wieczór, chcieliśmy po rozpakowaniu się wyjść na jakis mały rekonensans po okolicy, lecz zastanawiałem się, czy to aby bezpieczne.

Kilka dni później z usmiechem wspominałem te pierwsze wrażenia. Śmieci zniknęły jeszcze tego samego wieczora. Przyglądalismy się podczas spaceru jak śmieciarka objeżdżała kolejne ulice, a załoga w iście sprinterskim tempie wrzucała w jej czeluść kolejne worki. Jeszcze podczas tego wieczornego spaceru odkryliśmy, że tuż za rogiem znajduje się budynek Kongresu, stacja metra, a kawałeczek dalej teatr, w który grano akurat „Piaf”. Postanowilismy nazajutrz kupić bilety na ten spektakl i już bez cienia niepokoju wrócilismy na miejsce naszego noclegu.

Gdynia, 26.08.2009; 07:25 LT

wtorek, 25 sierpnia 2009

Nie chciało mi się jeszcze wracać do domu. Zatoka skąpana w złocie budzącego się właśnie dnia kusiła porannym spacerem.

Właśnie skończyliśmy nocną podróż z Warszawy. Kilkanaście minut wcześniej pożegnałem Anioła. Ona i ja mieliśmy jakieś dwie godziny, by odświeżyć sie nieco po dwóch nocach w środkach komunikacji i w nadziei, że przetrwamy jakoś ten dzień wyruszyć do pracy. Tomek i Paulina, którzy mieli wiecej szczęścia przewracali się zapewne na drugi bok w wygodnych łóżkach w Krakowie.

Tak kończyła się nasza cudowna podróż do Buenos Aires. Podróż, podczas której ani razu nie zajrzałem na dłużej do internetu. Teraz pora nadrobić zaległości i opisać, co opisać się da.

*   *   *

Rok temu polecielismy z Aniołem do Tunezji. To była prawdziwa gratka. Za przelot i tydzień pobytu w pięciogwiazdkowym hotelu zapłaciliśmy niewiele ponad pięćset złotych od osoby. Ale to było prawdziwe last minute. Zabukowaliśmy wycieczkę w piątek, w sobotę wpłynął przelew, a w niedzielę o szóstej rano odlatywaliśmy. W tym roku na tak niskie ceny nie było co liczyć, ponieważ zupełnie inny jest kurs euro oraz dolara. Tym niemniej postanowiliśmy przyjąć podobną strategię. I kiedy wydawało się, że trafiliśmy niezłą okazję: tydzień w Dubaju za cenę porównywalną z Egiptem, szlabanem okazał się brak dostatecznej ilości miejsc.  Tym razem mieliśmy lecieć we czwórkę. Razem z Tomkiem i Pauliną.

Inne wycieczki do Dubaju były w cenie co najmniej dwukrotnie wyższej. I wtedy pomysleliśmy o milach. Lwią część ceny takich wypadów stanowią koszty przelotu, a ja przez kilka lat nazbierałem już tyle mil w lojalnościowym programie, że mogłem sobie pozwolić na bilety - nagrody. Może więc zamiast korzystać z biura podróży, polecieć na własną rękę?

Otwieram internetową stronę Lufthansy, a tam... promocja. Za specjalną, o połowę obniżoną stawkę możliwość przelotu do jednego z wymienionych na specjalnej liście portów lotniczych. Oprócz Europy, kuszą egzotyczne miasta jak Tokio, Pekin, Caracas, Meksyk, Hong Kong, Buenos Aires... Kiedy kończyliśmy pracę, wieczorami wyszukiwaliśmy w internecie informacje na temat hoteli, miejsc godnych zwiedzania oraz przelotów... To było niezwykłe uczucie zastanawiać się najzupełniej realnie, czy lecieć do Meksyku, czy może do Hong Kongu? A może do Buenos Aires? Wybór był piekielnie trudny, bo przecież nie co roku lata się na takie wycieczki. Kiedy w końcu przyklepaliśmy, okazało się, że większość biletów na dogodne dla nas terminy została już zabukowana. Los zadecydował za nas. Pod względem połączeń najbardziej odpowiadało nam Buenos Aires. We wtorek wieczorem zabukowaliśmy loty. W czwartek wybraliśmy hotel. A w sobotnie południe wystartowaliśmy z Gdańska do Monachium.

Warunkiem promocji było korzystanie wyłącznie z samolotów Lufthansy i dotyczyła ona wylotów z Niemiec. Nie było sposobu, by dostać się w rozsądny sposób do Frankfurtu na sobotę rano. W piątek do wieczora byliśmy wszak jeszcze w pracy. Dlatego wylot do Argentyny zaplanowaliśmy na niedzielę. Wtedy pomyslałem, że wysupłanie jeszcze paru mil z zebranej puli pozwoli nam po pierwsze dostać się do Frankfurtu (a tydzień później wrócić) bez problemu, a poza tym... w końcu zwiedzić Monachium, bo jak kombinować to do końca: polecieliśmy w sobotę do Monachium, tam przenocowaliśmy, a nastepnego dnia polecieliśmy stamtąd do Frankfurtu i dalej do Buenos Aires. Nie miało to znaczenia dla ilosci mil, czy zabukujemy wylot do Ameryki Południowej bezpośrednio z Frankfurtu, czy też z Monachium i z przesiadką we Frankfurcie.

Wylądowaliśmy w stolicy Bawarii o 14:35. Przesiedliśmy się do kolejki, która zawiozła nas na dworzec główny, skąd tylko kilka minut piechotą dzieliło nas od hotelu. Zostawiliśmy bagaże, odświeżyliśmy się nieco (bo upał był niemiłosierny – około 30 ˚C) i ruszyliśmy ponownie na dworzec. Stamtąd dwa przystanki kolejką i wysiadamy na Marienplatz.

Ratusz od razu powala z nóg

Bogato zdobiony wygląda jak piernikowa budowla dla dzieci. Wzrok przykuwa jednak nie tylko on. Od rzeźb, pomników, bogatych elewacji aż się roi.

Trochę żałowałem, że nie moglismy obejrzeć zbiorów Pinakoteki, ale nie było już czasu. Muzea właśnie zamykano, więc musielismy skupić się na spacerze ulicami. Zresztą nawet gdyby było otwarte, pewnie zabrakłoby nam czasu na spokojne oglądanie.

Zbieg okoliczności chciał, że gdy zbliżała się pora kolacji, natknęliśmy się na bodaj najsłynniejszą piwiarnię na świecie: Hofbräuhaus. Została założona w 1589 roku i chyba przynajmniej raz do roku pokazywana jest przez stacje telewizyjne całego świata. To tu bowiem znajdują się słynne, długie ławy i stoły zapełnione do granic możliwości podczas Oktoberfest.

Tym razem także o miejsce było bardzo trudno, ale w końcu udało się gdzieś dosiąść, i to nawet całkiem blisko orkiestry, przygrywającej od czasu do czasu tradycyjne, niemieckie „um pa pa, um pa pa”, do którego rodowici Niemcy próbowali coś podśpiewywać, ale tłum turystów, ignorantów, sprawy im nie ułatwiał.

Panie sprzedawały precle i pierniki roznosząc je w wiklinowych koszach.

Ja pozostałem wierny tradycji i oprócz precla zamówiłem kiełbaski oraz ziemniaki.

No i piwo oczywiście. Na wino miał przyjść czas w Argentynie, ale w mateczniku Oktoberfest nie sposób nie skosztować chociażby jednego kufla.

Niemcy zazwyczaj nie poprzestawali na jednym. Jak zauważyliśmy, popularne były zakłady, kto dłużej utrzyma pełny, litrowy kufel w wyprostowanej i ustawionej poziomo ręce. Oczywiście żadne podpórki nie były dozwolone. Nie przypuszczałem, że sił braknie zazwyczaj już po kilku, często mniej niż pięciu minutach.

Wieczorem snuliśmy się ulicami starego miasta, pełnymi wytwornych sklepów. Na miejscach do parkowania przy chodnikach, niemal co chwilę można było natknąc się na porche, jaguara albo rolls royce’a. Mercedesy były niemal tak powszechne jak wróble w parku.

Gdzie indziej kusiły odpoczynkiem wypieszczone zaułki, prawdziwe enklawy spokoju w tym morzu turystów (a pewnie i nie tylko, ciagnących pobliskimi ulicami).

No i te zabytki... Prawdziwa mieszanka stylów.

Możnaby pewnie tak chodzić do późnej nocy, lecz my musieliśmy wracać. Trzeba było zdrzemnąć się chociaż trochę, a o czwartej nad ranem mielismy opuścić hotel, by zdążyć na kolejkę na lotnisko i wczesny lot.

Kilka minut po ósmej wylądowaliśmy we Frankfurcie. Osobliwością tego (i nie tylko tego) lotniska są „akawaria” dla palaczy. Palacze skazani początkowo na banicję, odzyskali częściowo teren, ale pod warunkiem przebywania w hermetycznym pomieszczeniu.

Dziwaczny to widok. Ci ludzie zamknięci w oparach dymu wyglądają trochę jak eksponaty na wystawie. Nie traciliśmy jednak zbyt wiele czasu na przyglądanie się im, ponieważ po śniadaniu pora była udać się do bramki B 22. Tam anonsowano nasz lot.

F

Ponad trzynaście godzin lotu. Jedna z najdłuższych, bezpośrednich tras.

Gdynia, 25.08.2009; 00:50 LT

 
1 , 2 , 3