Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 31 sierpnia 2008

  

Gustav już zdecydowanie kieruje się ku wybrzezom Louisiany. Początkowo obawialiśmy się, że zignoruje prognozę i zachowa się zgodnie z podręcznikową rutą zawracając na północny wschód w kierunku Florydy. Ta opcja namieszałaby sporo w naszych planach. Teraz  to już tylko zmartwienie mieszkańców Nowego Orleanu i okolic. No, może nie tylko. Na Mississippi stoi wszak jeden z „moich” statków. Przerwał już wyładunek, a władze portu ewakuowały go wczoraj na bezpieczniejsze ich zdaniem kotwicowisko bardziej w dół rzeki.

Nas od początku bardziej interesowała Hanna. Zanosiło się na to, że będziemy się z nią bawić w ciuciubabkę gdzieś w okolicach wysp Bahama. Hanna jednak niespodziewanie dostała zadyszki. Osłabła, zwolniła tempo marszu  i w efekcie zostawiła nam otwarta drogę wzdłuż Florydy na południe.

Przemkniemy szybciutko, a potem zrobimy zwrot na zachód wzdłuż północnych wybrzezy Kuby i spokojnie powinniśmy uciec. Potem zaś niech się dzieje co chce, chociaż powrotu do zdrowia jej nie życzymy. Niech lepiej zakończy zywot gdzieś w okolicach Bahamów.

Na zdjęciu satelitarnym widać pięknie uformowanego Gustava, z którym związane chmury zasłaniają niebo już niemal nad całą Zatoką Meksykańską. Hanna przy nim rzeczywiście wygląda jakoś niewyraźnie i sporo jej brakuje do urody rasowego cyklonu.

Za sześć godzin odpływamy z Brunswick i będziemy Hannie życzyć wszystkiego najgorszego.

Do poduszki przeglądam sobie jeszcze gazety zabtrane z Polski. W ostatnim „Wprost” znalazłem artykuł Roberta Leszczyńskiego p.t. „Wampiry popu”. Zczyna się on tak:

29 sierpnia dziecko-struszek Michale Jackson będzie obchodził pięćdziesiąte urodziny. Madonna obchodziła je 16 sierpnia.

Potem następuje opis karier obydwu gwiazd, a kończy sie rtzecz cała nastepujacą konkluzją:

Z okazji urodzin i Madonnie, i Jacksonowi należy życzyć stu lat! Najlepiej w sumie. I ani dnia dłużej.

Czytałem to raz i drugi, myśląc, że coś pominąłem, albo źle zrozumiałem, ale nie! Przesłanie jest wyraźne. Nie wiem czym aż tak bardzo dopiekli oni redaktorowi Leszczyńskiemu, że życzy im rychłej śmierci (ani dnia dłużej ponad pięćdziesiątkę, czyli już!). Ja też nie lubię Jacksona, ale po prostu nie kupuję jego płyt. Niech sobie żyje chłopina. To samo z Madonną. Nie patrzyłem jak dawała się ukrzyżować, więc nie obraziła moich uczuc religijnych. A gdyby nawet, to wierzę, że Pan Bóg nie byłby rad z moich nawoływań do ukamieniowania niewiernej. A śpiewać każdy przecież może, czego już dawno w Oplu dowiódł Jerzy Stuhr.

Pewnie chodziło o modne dziś skanadalizowanie – nie ważne czy mówią o nas źle, czy dobrze, byle mówili. Pan Lesczyński najwyraźniej zapatrzył się i na redaktora Cejrowkiego i na posła Palikota, po czym postanowił przebić ich obu oraz całą drugą lige skandalistów.

Podpisany jest jako: „publicysta działu Kultura i Styl”.

Jeśli tak ma wyglądać teraz kultura i styl, to chyba rzeczywiście pora pakowac się na tamten świat. Może składają tam inne życzenia?

Brunswick, Georgia, 31.08.2008, 13:15 LT

sobota, 30 sierpnia 2008

  

Po wylądowaniu w Atlancie pozostało mi czekać, aż ktoś zrezygnuje z lotu do Orlando. Byłem jednym z dziewięciu pasażerów znajdujących się na t.zw. „wait liście”.I muszę przyznać, że prawie zupełnie tego nie odczułem. Miejsce znalazło się niemal od ręki i tuż po rozpoczęciu odprawy byłem szczęśliwym posiadaczem boarding pass. Mogłem spokojnie wypic kawę i zjeść kawałek ciasta w moim ulubionym Starbucks Coffee.

Niedługo potem wystartowaliśmy i jednocześnie zaczął zapadać zmierzch. Czytałem kupioną rano na lotnisku w Gdańsku Politykę, ale coraz bardziej opornie mi to szło. Męczyłem się nad poszczególnymi fragmentami tekstu, przysypiając co chwilę. Kiedy w końcu czasopismo wypadło mi z rąk na podłogę, dałem za wygraną. Resztę lotu wypełniła mi drzemka. Nie był to długi sen, bo sam lot trwał zaledwie nieco ponad godzinę, ale kiedy wylądowaliśmy w Orlando było juz zupełnie ciemno, a i samo lotnisko opustoszało, wyraźnie szykując się do nocnej przerwy.

Taksówka już na mnie czekała. Wrzuciłem bagaże, skuliłem się w narożniku tylnego siedzenia i po chwili zapadłęm w głęboki sen. Jet leg dawał znać o sobie. To był długi dzień i w Polsce była już trzecia nad ranem. Obudziłem się, kiedy pani taksówkarka (tak się to odmienia?) szukała bramy wiazdowej do portu. Ten teran znałem już dobrze z poprzednich wizyt. Sam także jeździłem tam wielokrotnie samochodem. Pomogłem więc nieco.

Przy samej bramie musieliśmy tradycyjnie przejść kontrole. Kiedy po kilkunastu minutach sprawdzania wszelkich mozliwych papierów i wykonaniu kilku telefonów strażniczka nabrała przekonania, że rzeczywiście jadę na ten statek, o którym mówię i bynajmniej nie po to, by wysadzic go w powietrze, dostałem pozwolenie na wjazd. Ja, ale nie taksówka. Teraz przyszedł inny pan, który zajął się sprawdzaniem samochodu. Między innymi miał takie duże lusterko na kółkach, którym wjeżdżał pod podwozie i oglądał czy nie przemycamy czegoś pod spodem. Zajrzał jeszcze pod maskę i w kilka innych miejsc, po czym pozwolił jechać. Przyznam, ze byłem ekko zdumiony. Zdumiony tym, że tak dokładna kontrola nie objęła mojego bagażu. Sprawdzono wszystko, każdy zakamarek konstrukcji samochodu, a tymczasem moje walizki mogły byc pełne nie wiadomo czego. Może straznik nie miał tego zapisanego w t.zw. check liście i nie musiał w odpowiedniej rubryce postawić ptaszka? A może tak dobrze patrzyło mi z oczu, że straznikowi w odróznieniu od strazniczki do głowy nie przyszło, ze mógłbym mieć jakieś niecne zamiary? Nie pytałem. Najważniejsze, że po chwili zajechaliśmy pod statek. Pokazałem taksówkarce dokładnie gdzie ma się zatrzymać i ledwie to uczyniliśmy, a z pobliskiej budki wybiegł straznik i głośnym krzykiem kazal się nam stamtąd zwijać. Okazało się, że samo nabrzeże stanowi t.zw. restricted area i nie wolno tam wjeżdzać postronnym samochodom. Kiedy strażnik rugał biedną taksówkarkę, ja zdążyłem wyjąć bagaże. Zdążyłem tylko w locie krzyknąc do niej „bye” i już odjeżdżała z piskiem opon. Kiedy zostaliśmy sami na kei, groźny jegomość raz jeszcze sapnął ze zdenerwowania dodając

- This was not your fault.

Z jednej strony było mi przykro, że naraziłem tamta panią na taki stress każąc jej podjechać pod sam trap, a z drugiej było mi miło, że strażnik owym sapnięciem wyrzucił z siebie resztę złości i na przykład nie wezwał posiłków, by jeszcze raz prześwietlic mnie dokładnie.

Po trapie zszedł nasz security watchman i pomógł mi się zabrać z bagażami na górę. Pamiętam służby trapowe na polskich statkach i w polskich portach w czasach komuny. Konieczna była t.zw. książka trapowa, w której rejestrowało się wchodzących i wychodzących. Często na statki wpadały wyrywkowe kontrole Wojsk Ochrony Pogranicza, którzy to żołnierze sprawdzali zapisy i czy marynarz pełni wachtę przy trapie non-stop. Było to przedmiotem wielu kpin i najnormalniejszego wstydu, że u nas dzieją się takie rzeczy, kiedy na Zachodzie nikt żadnych wacht nie trzymał i panowała prawdziwa wolność. Bez żalu pożegnano służby trapowe po upadku komuny 1989 roku. Wszystko odmieniło się w roku 2001, po pamietnych zamachach na WTC. USA wymogły na całym świecie by porty morskie stały się twierdzami, a kontrole w swej szczegółowości oraz restrykcyjności już dawno przerosły nasze niewinne wachty trapowe z czasów Bieruta, Gomułki i Jaruzelskiego. I końca tego procesu nie widać. Raz wpuszczona w ruch machina żyje juz bowiem swoim własnym życiem i nie ma kwartału, by nie zaczęły obowiązywać jakieś kolejne obostrzenia.

Wyszliśmy w morze następnego dnia rano. Po szesnastu godzinach dopłynęłiśmy do Brunswick w stanie Georgia. Trzy dni postoju zapowiadały się na tyle spokojnie, że liczyłem iż zobaczę coś z tego miasteczka. Niestety, Brunswick było nazwą czysto umowną. Miasto oczywiście istnieje, ale keja, przy której zacumowalismy znajduje się na odludziu, bardzo daleko od niego.

W niedzielę wieczorem mamy wyplynąć w kierunku Panamy. Mam nadzieję, że Gustaw i Hanna nie pokrzyżują nam planów. Na mapce przedstawiającej ich prognozowaną pozycję na 31 sierpnia nie wyglądał to ciekawie. Zwłaszcza Hanna wyraźnie kierowała się na przecięcie naszego kursu.

To mapka z przedwczoraj. Wczorajsza wyglądała gorzej bo prognozowała, że Hanna nie tylko przybierze na sile, ale jeszcze skręci nieznacznie w lewo, czym jeszcze bardziej namiesza w naszych planach. Gustaw też miał odbić nieco w lewo dzięki czemu mieszkańcy Nowego Orleanu, wciąż pamietający Kathrinę mogli nieco odetchnąć. Zobaczymy co przyniosą dzisiejsze prognozy.

 

Brunswick, Georgia, 30.08.2008, 07:30 LT

środa, 27 sierpnia 2008

  

Tym razem zbyt długo w domu nie posiedziałem. Z planowanego ostatniego tygodnia wakacji zrobiło się pół i wyjazd raczej mało spodziewany. O poranku pożegnałem Polskę na gdańskim lotnisku.

Przy okazji miałem okazję obejrzeć na monitorach wizualizację tego ciasnego już teraz portu lotniczego (sprawia wrażenie jakby wybudowano go bez wizji na przyszłość – kilka lat temu był ok, ale dzisiaj kompletnie się dusi i budzi raczej zażenowanie niż dumę). Jeżeli wykonane zostanie to, co jest pokazywane, to można będzie Gdańskowi gratulować.

A za kilka minut mam boarding do Atlanty. Potem miałem lecieć do Brunswick w stanie Georgia, ale statek się opóźnia i mam szansę złapać go jeszcze w Port Canaveral na Florydzie, tuz przed wyjściem w morze. Przed chwilą dostałem więc wiadomość, że mam już zabukowany bilet z Atlanty do Orlando.

No to w drogę!

 

Frankfurt, 27.08.2008, 11:05 LT

niedziela, 24 sierpnia 2008

  

Warszawski upał ustepuje powoli miejsca bardziej rześkiemu powietrzu i burym chmurom. Jesteśmy coraz bliżej Pomorza. Wracam do Trójmiasta z Pauliną, a jutro dojadą na ostatni tydzień wakacji jej koleżanki. Przeleciały te wakacje nie wiadomo kiedy. Jeszcze trochę i zacznie się jesień, która może czasem kusić wszelkimi odmianami czerwieni i żółci na drzewach, ale jak ją pokochać za coraz częstsze szarugi i topniejący w zastraszającym tempie dzień?

Póki co, korzystaliśmy jeszcze z warszawskiego wypadu, by w ciepłe dni i wieczory na wakacyjnym luzie pospacerować po tamtejszej starówce. Po remoncie Nowego Światu, a później Krakowskiego Przedmieścia, ten rejon zmienił się w imponujący deptak. Zauważyłem, że bardzo niewiele jest zasiedlonych mieszkań na Trakcie Królewskim. Reszta albo przerobiona na rozmaite biura, albo przeznaczona na wynajem, tak jak używane przez nas na rogu Nowego Światu i Chmielnej.

Niezliczona ilość knajpek oraz letnich ogródków sprawia, że życie toczy się tam do bladego świtu. I chociaż donośne głosy imprezowiczów regularnie zakłócały ciszę nocną, to jednak gwar i tłumy turystów od Barbakanu po Aleje Jerozolimskie robią wrażenie. Z pewnością nie jesteśmy już zaściankiem Europy.

Niezwykle efektownie prezentują się ekspozycje obrazów przedstawiających dawną Warszawę. Reprodukcje ustawione na chodniku w miejscu, gdzie kiedyś malowali je mistrzowie zwłaszcza wieczorem prezentują się świetnie, udanie łącząc nowoczesną formę z okalającą ją zewsząd historyczną zabudową.

Jak bardzo te dwie ulice stały się świadectwem historii naszego narodu, świadczą mury stojącej wzdłuż nich kamienic. Niemal na każdej z nich znajduje się tablica upamiętniająca znane postacie i wydarzenia z nimi związane. A oprócz tablic miejsca pochówku n.p. serca Chopina w Kościele Trzech Krzyży

czy napotykane niemal co krok pomniki. Mikołaja Kopernika, kardynała Wyszyńskiego, Adama Mickiewicza, Bolesława Prusa i innych.

  

A przecież jest jeszcze i Pałac Prezydencki, i Uniwersytet, i przepięknie odrestaurowany hotel Bristol, i Zamek z kolumną Zygmunta, pod którą otoczeni wianuszkiem widzów prezentują swoje umiejętności zapaleńcy breakdance’u.

I tylko ulica Kozia, moja ulubiona, jakoś podupadła zepchnięta na ubocze i jakby zapomniana. A może to tylko takie wrażenie, kontrast spotęgowany dopieszczonym Krakowskim przedmieściem?

Dziś, w dzień wyjazdu wreszcie pospaliśmy nieco dłużej. Klucze trzeba było oddać do jedenastej i tak też uczyniliśmy. Pozostawało jeszcze trochę czasu by zobaczyć coś oprócz tego co widzielismy wczoraj. Dyskutowaliśmy o tym przy porannej kawie. Może Łazienki? Ale nagle przypominamy sobie o Muzeum Powstania Warszawskiego. Tam nikt z nas jeszcze nie był, a swego czasu głośno było o nim jako o jednym z najnowocześniejszych muzeów w naszym kraju. I rzeczywiście, nie zawiedliśmy się. Jedynie kasa działa odstraszająco bo naszym polskim obyczajem ułatwiamy sobie życie przez utrudnienie. Po co otwierać całe drzwi, jeżeli jedno skrzydło można zostawić na stałe zamknięte. Pani kasjerka, albo ktoś kto tym nienwielkim budnkiem sie zajmuje ma dzięki temu mniej roboty, a że ludzie przeciskają się przez wąski otwór i wychodzący przepychają stojących pokornie w kolejce to już nikogo nie obchodzi. To jest jakaś nasza dziwna, narodowa przypadłość. Bududje się muzea, centra handlowe, urzędy, sale koncertowe z dużą ilością drzwi, by potem personel miał tylko z nimi kłopot i trzymał je zamknięte.

Ale po tym pierwszym zgrzycie wszystko pozostałe jest bardzo poruszające. Po raz pierwszy mogłem tak namacalnie poczuć atmosferę powstania i lat okupacji. Multimedialne ekspozycje oraz liczne eksponaty – od najdrobniejszych po ogromne jak fragment elektrowni czy samolot.

Szczególne wrażenie zrobiły na mnie bardzo osobiste pamiątki – rozmaite ubranka dziecięce z naszytymi informacjami o dziecku na wypadek gdyby podczas bitewnej zawieruchy gdzieś się zagubiło, setki listów, zabawek... Obwieszczenia o masowych egzekucjach budzą dreszcz grozy. I ta nachalna, gebbelsowska propagfanda. Dreszcz grozy budzi też niewielki czerwony korytarz z ogromnym sierpem i młotem – świadectwo początku kolejnych lat zniewolenia.

No i mur pamięci, długi, z zapisanymi drobnymi lireami tysiącami nazwisk uświadamia skalę tej tragedii.

Na mnie duże wrażenie zrobił też wyjazd na platformę widokową. Pozornie nie mającą kompletnie związku z charakterem muzeum. Ale nagle wyjeżdża się z pogrążżonych w półmroku pomieszczeń, pełnych ruin i beznadziei skazanej na klęskę walki w całkowicie odmienny świat. Widać szerokie ulice, drapacze chmur, całą najnowocześniejszą Warszawę. Być może niektórzy powstańcy widzieli ją taką we snach.

Po wyjściu z muzeum pojechaliśmy prosto na dworzec. Po kupieniu biletów zostało nam jeszcze kilkadziesiąt minut, więc zajrzelismy jescze do Muzeum Techniki w Pałacu Kultury i Nauki, ale juz tylko dla niektórych ekspozycji. A potem już kolejowy szlak powiódł na na północ.

 

W pociągu Warszawa-Gdynia, 23.08.2008, 19:40 LT

sobota, 23 sierpnia 2008

           

Uff! Nie było łatwo. Przygotowywalismy się do tego dnia od kilku miesięcy, lecz im blizej, tym bardziej stress dawał się we znaki.

International Students Exchange. Tomek wymyslił to pod koniec ubiegłego roku i właśnie rozpoczął realizację swojego planu. Jeszcze tak niedawno był dzieckiem,  a dziś (wczoraj właściwie, bo już po północy) opuścił nas na rok wylatując za ocean by tam przez rok samemu, bez naszej, ciągłej opieki uczyć sie w jednym z liceów.

Pamiętam jego pełne niepewnosci pytanie zadane przez telefon kilka miesięcy temu.

- Mógłbym, tato?

I pamiętam chwilę milczenia po mojej stronie słuchawki, kiedy w ciągu kilku sekund starałem się rozważyć wszystkie „za i przeciw”. Ta chwila dla niego pewnie ciągnęła się w nieskończoność.

- To twoje życie – odpowiedziałem – Masz już prawie szesnaście lat i ufam, że wiesz na co się decydujesz. Nie chciałbym kiedyś żyć ze świadomością, że pokrzyżowałem twoje życiowe plany bo ja wyobrażałem je sobie inaczej.

- To znaczy... że zgadzasz się? – zapytał dla pewności.

- Tak.

W tym momencie nastąpiła taka eksplozja radości, która aż mnie zaskoczyła. Nie przypuszczałem, że może to być tak ważne dla niego i chyba nigdy nie widziałem go bardziej szczęśliwego.

Jestem pod wrażeniem jego dalekosiężnych planów. Nie chodzi mi o rozmach lecz o precyzję. Wygląda tak, jakby życie miał zaplanowane co najmniej pięć-osiem lat naprzód i konsekwentnie ten plan, kroczek po kroczku realizuje. A przeciez pamiętam co działo się, kiedy ja chodziłem do liceum. Ja akurat niemal od początku chciałem iść na morze, więc nie musiałem się wahać, lecz większość osób jeszcze w klasie maturalnej miewała rozterki na jakich studiach próbowac swoich sił.

Wierzę w jego rozsądek i ufam, że pokaże sie z dobrej strony. Pod tym względem jestem jakoś dziwnie spokojny. Ale pewnie dopóki żyć będę, pozostanie ten niepokój o jego i Pauliny bezpieczeństwo i odruch by starać się przewidziec wszystko i na wszystko ich przygotować. Odruch, który w chwilach logicznego myslenia staram się zwalczać, próbując przetłumaczyć sobie, ze zbliża się pora kiedy młode ptaki wyfruną z gniazda i jeśli same nie zatroszczą się o swój los, mój wysiłek w przewidywaniu i pokonywaniu problemów nic nie pomoże. Zwalczam, ale czekam na telefon, na sms, na jakąkolwiek wiadomość bo ten zwalczony niepokój tli się nadal i wybucha nowym płomieniem, gdy tylko przestaję się kontrolować. Przecież tyle niebezpieczeństw czyha już tuż za progiem mieszkania.

Będę mu kibicować przez cały rok jego wysiłków. Będę też musiał wspierać, by nie zawalił, roku w polskim liceum. Bo on planuje, że nadrobi zaległości i po powrocie zda komisy, aby móc kontynuować naukę w tej samej klasie. Dojdą mi nowe obowiązki, ale jakże przyjemne.

Tomek i Paulina przyjechali z Eks do Warszawy samochodem. Ja dojechałem z Trójmiasta pociągiem. Ostatnie popołudnie i wieczór spędziliśmy razem. Potem Paulina i Tomek stwierdzili, że nie pójdą już tej nocy spać. Dołączyłem do nich. Eks odpadła zmęczona zarwana poprzednią nocą i kilkugodzinnym prowadzeniem samochodu. Siedzieliśmy rozdyskutowani do trzeciej, przy kolejnych herbatach i kawach. Przypominałem sobie jeden z moich wyjazdów w rejs, kiedy w tym samym składzie (tyle tylko, że oni mieli wtedy po jakieś 7-8 lat) siedzieliśmy w oczekiwaniu na mój odjazd o czwartej nad ranem. Kochane dzieciaczki. Wtedy także same zadecydowały, że nie pójdą spać, a mi serce krajało się, że krzywdzę ich swoją nieobecnością. Zastanawiałem się wczoraj, o czym myślał Tomek podczas tej swoistej „zielonej nocy”, pełnej śmiechu i głupawych opowieści, rozmaitych wspomnień. Czego tam nie było! I o tym, że wszyscy ich znajomi w dzieciństwie bali się Buki z Muminków (potem analizowaliśmy dlaczego akurat Buka wydawała sie taka straszna), i o tym, że Google ma dopiero i aż kilka lat,.i o suchym prowiancie na wakacyjnych wyjazdach (z jakimi produktami się kojarzy i co w nich dobre a co nie), i o tajemniczym malowidle na greckich Meteorach, o którym wspominał Erich von  Däniken, i które Paulina wypatrzyła podczas zwiedzania, a takze o tym, że Paulina poczatkowo wyobrażała sobie, ze Meteory to będą jakies kratery po meteorytach, a nie wysokie, pionowe skały. Temat gonił temat. Zastanawiałem się, czy Tomkiem też targały wyrzuty sumienia, że pozostawia w żalu swoich najbliższych? A przecież musiał przejsć jeszcze ciężką próbę na lotnisku, kiedy po odprawie bagażowej odprowadziliśmy go do punktu, za który mógł iść już tylko sam. W tym ostatnim momencie polał się potok łez. O ile nie zaskoczyły mnie te matczyne, to nie spodziewałem się aż tylu siostrzanych. Tyle razy iskrzyło między nimi jak to u rodzeństwa, tyle razy dobierali wakacyjne wyjazdy oraz inne imprezy oddzielnie by móc swobodnie poświęcić czas wyłącznie swojej grupie znajomych, a teraz smutno było patrzeć na ich pożegnanie. Chciałem napisać „przykro”, ale uświadomiłem sobie, że to nie było uczucie przykrości. Owszem, rosła mi kula w ściśniętym gardle, ale w duchu cieszyłem się, bo było to w pewnym sensie spełnienie tych długich lat wychowywania, szczególnie kiedy były znacznie młodsze.

Dużo, dużo wcześniej zastanawiałem się co powiem mu w tej chwili odjazdu, jakie przesłanie pozostawię. A kiedy nadeszła moja kolej (po Eks, a przed Pauliną), uścinąłem go tylko i widząc na zapłakaną Eks, szepnąłem mu do ucha

- Pamiętaj o mamie. Pisz do niej.

Biedny Tomek. Dla niego napisanie kilku zdań to prawdziwa katorga. Będzie mieć więc kolejne wyzwanie.

Jeszce popatrzeliśmy jak przechodzi kontrolę security, i odwrócilismy się, by udać się do wyjścia z terminalu.

Rozpoczęła się wielka przygoda Tomka, po której z pewnością wróci odmieniony i głęboko wierzę, że na lepsze. Good luck, my son! Good luck!

Po powrocie widziałem jeszce jakieś wyścigi kajakarzy w telewizji i zmagania biegaczy, ale prawdę mówiąc w tamtej chwili niespecjalnie mnie to interesowało. Poszedłem spać do swojego pokoju. Paulina zrobiła to samo.Eks w końcu tez zasnęła w swoim łózku przed telewizorem, choć na krótko. Po odespaniu zarwanej nocy, po południu mieliśmy pójść zwiedzać miasto.

I poszliśmy, ale jak zwykle zabrakło mi miejsca by napisać o tym jeszcze w tym odcinku. Ciąg więc dalszy nastąpi.

Warszawa, 23.08.2008, 02:10 LT

 

 
1 , 2