Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
czwartek, 30 sierpnia 2007

  

Panorama Gdańska. Jeszcze trzy godziny i będę z okien samolotu oglądać ten sam obrazek.

Tradycyjnie już w drodze powrotnej z Chin poranek spędzam w Monachium. Tradycyjnie samolot załadowanay do ostatniego miejsca. Aż dziwne, że linie lotnicze wciąż narzekają na rentowność. Ciekawe jak się powiedzie LOT-owi na uruchamianym wkrótce połączeniu do Pekinu?

Temperatura w Gdańsku ponoć tylko 11 ºC. Czyżby to już definitywny koniec lata? Szkoda, bo miałem ochotę pospacerowac jeszcze po plaży w Sopocie. Zostało mi kilka fotek zrobionych przed trzema tygodniami.

Po plaży mozna spacerowac nawet i w grudniu, ale ja mam na myśli letni spacer, kiedy nie trzeba opatulać się kurtką i chronić gardła szalikiem.

Jutro rano pewnie przed biurem znów powita mnie nasz kot. Fajne, leniwe życie wiedzie. Aż się traci ochotę na rozpoczynanie pracy. Tym bardziej, że i stolik na swieżym powietrzu kusi

Ale dziś nacieszę się domem, spotkaniem z Aniołem (mam nadzieję) no i Polską oczywiście. Właśnie przeczytałem o zatrzymaniu Kaczmarka. W polityce więc wciąż wrze i „Wiadomości” pewnie znów na topie oglądalności.

Ale o tym potem. Już pora wsiadać do samolotu.

Monachium, 30.08.2007; 09:40 LT

 

środa, 29 sierpnia 2007

Przepłynąłem statkiem do Szanghaju, a ścislej na kotwicowisko Wusong, bo keja jeszcze zajęta i mielismy czekac na zacumowanie trzy dni. Najwięcej adrenaliny przysporzyło nam przedostanie się na nasz pas ruchu. No bo sygnalizacji swietlnej jeszcze nikt na rzece nie wymyslił (chociaż w Wenecji na jednym skrzyzowaniu kanałów widziałem) a jak znaleźć miejsce w ciagnacym się nieprzerwanie potoku barek?

Doskonale widać ten sznureczek na radarze:

Łatwiej chyba przejść przez jezdnię w godzinacg szczytu niż przeprawić się na drugą stronę Jangcy.

Po rzuceniu kotwicy koło Wusong ja juz nie czekałem. Remont zakończony i zrealizowany cel mojej wizyty. Dzis wczesnym popołudniem przesiadłem sie wiec na motorówkę, która przewiozła mnie na ląd.

Byłoby całkiem wcześnie z mozliwością nawet zwiedzenia czegoś, ale ślimaczyły sie formalności i w efekcie na lotnisko dotarłem dopiero po osiemnastej. Samolot do Monachium odlatuje dopiero o 23:35. Za dużo czasu by siedziec na lotnisku, a za mało by zrobić rozsądną wycieczkę. Postanowiłem więc jeszcze raz wybrać się na przejażdżkę maglevem. Maglev to skrót od magnetic levitation train, co nasz tłumaczy sie jako pociąg na poduszce magnetycznej.

O ile dobrze wiem, Szanghaj jest jedynym miejscem na świecie gdzie taka linia ma charakter komercyjny. Chiny nie liczą sie z wydatkami, inne bogate i zaawansowane technicznie kraje zafundowały sobie co najwyżej krótkie odcinki doświadczalne. Koszty eksploatacji sprawiają, ze do komercyjnego wykorzystania droga daleka.

Ciekawy jestem ile Chińczycy dopłacają do swojej kolei, bo bilety nie są jakoś horrendalnie drogie. Pojedyńczy przejazd z lotniska Pudong do Szanghaju kosztuje 50 yuanów czyli niecałe 20 złotych, Bilet w obie strony yuanów 80 czyli około 32 złote. Zważywszy ze zapewnia on transport na odległość trzydziestu kilometrow w zaledwie kilka minut, bez stania w korkach, cena nie jest szczególnie wygórowana.

Trzydziesci kilometrów to tez nie jest jakaś wielce imponująca odległość. Oszczędności czasowe na takiej trasie nie rzucają na kolana. W tym kontekście możnaby mówić, że szanghajska linia jest również niejako eksperymentalna. Widziałem jednak zaawansowane budowę estakad i naniesioną już na plany miasta „linię w fazie konstrukcji”. Nie wiem czy oplecie ona tylko Szanghaj, czy zostanie porowadzona gdzies dalej.

Są dwa ciekawe momenty takiej magnetycznej podróży. Pierwszy to kiedy zamykają się drzwi i po chwili czuje się jak stojacy w miejscu pociąg zaczyna się lekko kołysać i unosi nieznacznie w górę. Od tej pory nie ma żdnego kontaktu z gruntem. A potem zaczyna się rozpędzać. Po trzydziestu sekundach mknie już z prędkością stu kilometrów na godzinę. Aktualną szybkość pokazują wyświetlacze w końcach wagonów. Linia Shanghai Maglev Transport prowadzi wzdłuż autostrady i z tym związane jest drugie interesujące przeżycie. Trudno zorientowac się w prędkości patrząc na mijane w oddali nieruchome obiekty. Kiedy jednak śmiga się wzdłuz autostrady i w mgnieniu oka wyprzedza się pojazdy jadace ponad setką to zaczyna robic wrażenie. Rozcarowałem się jednak, bo pociąg rozpędził się do 301 km/h i na tym poprzestał. Kiedy jechałem nim około dwa lata temu, maksymalna prędkość wynosiła 432 km/h. Być może ograniczenie ma związek z niedawną katastrofą takiego pociagu w Niemczech – nie wiem.

Takim samym pociagiem wróciłem na lotnisko Pudong i czekam na lot do Monachium. Wygląda na to, że szaleństwo podróży do Chin w bieżącym roku mam juz za sobą. Od stycznia większość czasu spędzałem właśnie tam. Potrzebuję już jednak trochę pomieszkac w domu. Bez pośpiechu i nerwowoego odliczania dni do kolejnego wylotu. Moze w końcu będę miał czas wyrobić nowy dowód osobisty, że o mnóstwie innych zaległych spraw nie wspomnę. Nie żałuję więc w tej chwili ani kurzych łebków, ani kaczych języków, ani rybich ust. Czarnych jaj też nie.

Przeleciał ten rok nie wiadomo kiedy. Pora wracać i korzystać z ostatnich czterech miesięcy.

Szanghaj, 29.08.2007; 20:50 LT

 

sobota, 25 sierpnia 2007

 

Moja ulubiona „Bombonierka” umila mi życie na Jangcy. Sobota dzisiaj. Byłbym zapomniał w ferworze pracy. Uswiadomiłem to sobie o jedenastej wieczorem. Północy jeszcze nie ma, więc na „wolny” he, he, wieczór zaserwowałem sobie płytę Basi Stępniak-Wilk. Pamiętam jak biegałem za nią poprzedniej jesieni. W Empiku mieli wtedy trzy sztuki, ale najbliższą w Kaliszu. Na szczęście w dobie internetu do Kalisza po CD jeździć juz nie trzeba. Do Kalisza można wpaść w celach turystycznych, natomiast płytę przyślą do domu.

Dzięki internetowi śledzę co się dzieje w Polsce, szczególnie podczas ostatniej doby. Kupiłem sobie chińską kartę SIM i za rozsądną cenę, bez opłat roamingowych mogę via China Mobile surfować po sieci. Fajnie mieć taki komfort gdzies na rzece, zdala od całej infrastruktury zapewniającej normalne połączenia. Prawie jak w reklamie iPlusa. Czytam więc sobie o nocnym posiedzeniu Sejmu, ale z tej perspektywy jakoś owej politycznej gorączki nie czuję.

Bardziej czuję windsurfingowe szaleństwa mojego Anioła na Bałtyku. Anioł wygrał w zawodach dla początkujacych kurs windsurfingowy i skorzystał z tego, gnając z wiatrem hen na otwarte morze i z powrotem, aż się instruktorzy niepokoją i na wszelki wypadek ubezpieczają z motorówki. Nie znałem jej od tej strony i muszę przyznać, że bardzo bardzo mi zaimponowała. Kurczę, ona tam z rozwianymi blond włosami surfuje pośród bryzgów fal, a ja tu na kotwicy, na rzece koloru brunatnego, prawie jak w błocie, od rana do wieczora zajęty remontem. Ależ bym chciał być tam razem z nią!

 

Póki co, pozostaje mi kontemplowanie zachodów słońca nad budujacym się nieopodal mostem. Muszę przyznać, ze jestem pod wrażeniem ich ilości powstających nad rzeką oraz wśród poszarpanej lini brzegowej. Budowa każdego z nich jest wyzwaniem, a rosną jak grzyby po deszczu. Niekiedy się zawalają, jak ostatnio, lecz i tak ów rozmach budzi respekt.

 

Mój respekt nieodmiennie budzi ruch na Jangcy. Nigdzie na  świecie takiego nie widziałem. Ilośc barek i statków jakie każdej minuty przemiesczają się w górę i w dół rzeki może zachwiać najbujniejszą nawet wyobraźnią. Zawsze zastanawiam się ile ten kraj musi mieć mniejszych i większych jednostek pływających jeżeli w każdej chwili na tej potężnej rzece natężenie ruchu przewyższa wiele europejskich ulic. A przecież Jangcy jest żeglowna na przestrzeni setek jeśli nie tysięcy kilometrów.

Tymczasem mój remont powoli dobiega końca. Prawdopodobnie na początku przyszłego tygodnia popłyniemy w dół rzeki do Szanghaju i tam się pożegnam. Zdążę do Polski na sam koniec wakacji.

Rzeka Jangcy, 26.08.2007; 00:40 LT

wtorek, 21 sierpnia 2007

 

Wyciagnąłem płytownik z walizki. Prawie pusty, bo ostatnio nie miałem czasu ani na słuchanie, ani tym bardziej na oglądanie. Wśród kilku krążków dwa compacty, które mój kochany, zapobiegliwy Anioł przysłał mi swego czasu. Dziś wieczorem mogłem wreszcie pozwolić sobie na relaks przed snem i sięnąłem po „Cinema Paradiso”. 

Obejrzałem i... nie mogę spać. Dawno żaden film nie zrobił na mnie tak wielkiego wrażenia. W biegu, w wiecznym pośpiechu, wśród decybeli kina akcji w multipleksach nagle trafiłem na piękną, spokojnie snutą opowieść o powrocie do lat dzieciństwa i młodości. Krainy, która pomimo codziennych kłopotów i trosk jawi się jako bajkowa niemalże. A jednak jest to przede wszystkim opowieść o tym, że trzeba patrzeć w przyszłość, że trzeba porzucić wszystko, nie oglądać się za siebie, by móc spokojnie wrócić po latach i odbyć raz jeszcze nostalgiczną podróż do korzeni, ale bez złudzeń ani potrzeby powrotu tam na zawsze.

Ciężko jest rzucić wszystko. Tak, ale, jak powiedział Alfredo, przyjaciel Tota, „życie to nie film, życie jest dużo cięższe”. Alfredo, który zastepował małemu chłopcu ojca, a który potem był jego przewodnikiem, na siłę wypchnął go w życie, zakazując powrotu. To dzięki niemu młodzieniec ów zrealizował się, jak to ładnie dziś określamy, w życiu. Odniósł sukcesy zawodowe i wspiął się gdzieś na wysokie szczeble drabiny społecznej.

Porażająca była to dla mnie scena, bo ja nigdy w swoim zyciu na takiego Alfreda nie natrafiłem. Nigdy nawet nie chciałem go spotkać. Nie chciałem zrywac kontaktów, uciekać, ale jednocześnie stałem sie niewolnikiem wiecznych pożegnań. Na dłużej lub krócej, wciąż dokądś powracający z wyrzutem, że zbyt mało czasu poświęcam osobom najbliższym, tym nieco dalszym, i tym jeszcze dalszym, ktore przecież w moim zyciu są ważne i bez których to życie nie byłoby takim, jakie jest obecnie.

Chociaż z drugiej strony... Główny bohater odnióśł życiowy sukces, lecz nie znalazł najważniejszego – miłości. Dostał ich całą mozaikę na filmie, prezencie zza grobu od przyjaciela. Jeszcze jeden dowód na to, że życie to nie film. Ja nie chciałem i nie chcę uciekać, ale mimo meandrów otrzymałem ów dar od losu – miłość wymarzoną, taką jakiej pragnąłem mając lat kilkanaście. Taką, że każdego ranka gotów jestem sprawdzać, czy to nie sen.

Nie jest więc ów film jedyną receptą na życie, bo takiej nie ma. Ale jestem pod głębokim wrażeniem jego pieknej narracji. Zastanawiam się czy odebrałbym go tak samo mając lat dwadzieścia? Pewnie nie. Pamiętam jedną z imprez przed maturą. Siedzieliśmy w kilka osób, słuchaliśmy płyt, popijalismy jakieś wino i przypominaliśmy sobie zabawne wydarzenia z naszej licealnej edukacji.

- Starzejemy się – powiedział ktoś nagle.

- Co?

- Starzejmy się. Zaczynamy wspominać, a więc się starzejemy.

Wybuchnęliśmy śmiechem, ale we mnie to rzucone ziarno wykiełkowało bardzo szybko. Zacząłem zwracać uwagę na to, że coraz częściej wspominanie pojawiało się na rozmitych imprezach, a niektóre historie zaczynały żyć swoim życiem i z każdym rokiem dorabiały się nowych szczegółów jakby w obawie, ze same z siebie nie będą juz tak atrakcyjne. Co ciekawe, mało kto protestował, nawet gdy w skrajnych przypadkach snuta po latach opowieść obrosła barwnymi szczegółami i już tylko w zasadniczych wątkach opierała się na prawdzie.

Pamietam czasy studenckie kiedy w górach trafialiśmy na dojrzalsze osoby, które sprzedawały nam swoją prawdę o życiu. Toczyliśmy dyskusje do świtu.  A potem któregoś lata nagle spostrzegłem, że to nas zaczynają sluchać młodsi. Jeszcze jedna oznaka starzenia się.

To, że słuchają, nie oznacza, ze się zgadzają. Kolejne pokolenia odnajdują swoje własne ideały i własne środki ich wyrażania. W filmie jest taka przejmująca scena wyburzania starego kina, wokół którego toczyło się całe życie jego dawnych mieszkańców. Stoją w milczeniu, niektórym szklą się oczy. Odchodzi ich świat. Jeszcze nie rozwiał się kurz po zawalonej budowli, a już na jego rumowisku rozpoczynają swoje szaleństwa nowe dzieciaki, dla ktorych eksplozja była tylko kolejną atrakcją. Nie widzą posępnych twarzy gapiów, którzy gapaimi nie są, bo przyszli tu na pogrzeb.. Za ileś lat te dzieci również będą żegnać jakieś swoje Cinema Paradiso. Życie potoczy się dalej.

Niewidomy Alfredo, mówiąc do Salavatore’a o konieczności wyjazdu i powrocie dopiero po wielu latach, mówił, że trzeba dojrzeć. „Dziś jesteś bardziej ślepy niż ja”. Myślę, że to klucz do zrozumienia tego filmu. Nie mógłbym w pełni docenić owego obrazu, gdybym sam nie niósł ze sobą bagażu czterdziestu pięciu lat życia. Dziś moje dzieci śmiałyby się oglądając sceny kiedy mały chłopiec zachwyca się „nowoczesnym” projektorem w przedpotopowym kinie. Tak jak ja śmiałem się z dziwacznych wynalazków, strojów, języka z początku wieku XX. Trzeba pożyć, żeby zrozumieć, że to wszystko są tylko rekwizyty. Rekwizyty w granym od nowa filmie o tym samym, w którym zmieniają się co prawda imiona bohaterów, scenografia, scenariusz, lecz pytania, tęsknoty, radosci i cierpienia od wieków pozostają te same. Każdy z nas jest bohaterem takiego filmu.

Pamiętam anegdoty z jej dzieciństwa opowiadane przez moja mamę - od podrzucanych wczesnym rankiem słodkich drożdżówek na Mikołaja, które były jedynym prezentem w ich biednym domu, przez zagubienie wśród powracającej z Królewca rzeszy wojennych uchodźców i krótkotrwała groźba, że kilkuletnią zgubę radzieccy żółnierze zabiorą z Olsztyna na wschód, po zabawne opowieści o konfliktach dziadka  z księdzem. Byłem w ubiegłym roku odnowić nagrobek dziadka i odkryłem po latach nieobecności, że dziadek po trzydziestu pięciu latach od śmierci wciąż jeszcze jest pamiętany we wsi, jako ten, który zawsze chodził z książką i miał głowę pełną opowieści na każdą okazję. Kiedy po powrocie do Szczecina opowiadałem o Kleczkowie,  ciocia,  siostra mamy powiedziała, że mimo swoich lat chciałaby jeszcze raz tam pojechać. Obiecałem, że ją zawiozę, ale w tym roku prawie nie bywałem w Polsce. Jesień szykuje się swobodniejsza więc zaproponowałem wrzesień lub październik, lecz na przeszkodzie stanęła jej choroba. Szanse są niewielkie, ale może jeszcze ją przekonam, że da radę. Niechby też wróciła choć na jeden dzień zobaczyć swoje Cinema Paradiso.

A moje? Może dlatego, że na dobre nie opuściłem Szczecina, trudno mi je odnaleźć? Wciąż żyje? Nie, niemożliwe. Pamietam jak przez mgłę wizyty z rodzicami w fotoplastykonie. Pamietam swój pierwszy seans filmowy. „Czterej pancerni i pies” w kinie „Pionier” i to jak do starego jeszcze „Delfina” bileterka nie chciała mnie wpuścić na „Poskromienie złośnicy” bo nie miałem wymaganych czternastu lat. A potem regularne wizyty w odnowionym „Delfinie”, w którym w czasach licealnych bywałem po dwa razy w tygodniu. A abstrahując od kina? Podchody w Parku Żeromskiego, gdzie w krzakach w pobliżu obecnych akademików Akademii Morskiej leżały całe sterty poniemieckich nagrobków. Bylismy jak te dzieci z opisanej wyżej sceny wyburzania kina. Tyle tylko, że wyglądało to zapewne jeszcze bardziej dramatycznie. Nikt z nas nawet nie próbował nic odczytać z gotykiem pisanych inskrypcji. Aż któregos dnia w ramach porządkowania parku kamienne tablice zniknęły na zawsze. Były też i śnieżne szaleństwa, zjazdy na sankach z pagórków w tymże parku. Tych samych, na które prowadzałem po latach swoje maluchy, ale rzadko, bo śniegu było już jak na lekarstwo. Lody „pingwiny” o niezapomnianym, waniliowym smaku, na okrągłym drewnianym patyczku, pakowane w biały pergamin. Szukam tego smaku do dziś. Raz trafiłem na lody „soprano”, które były prawie tym samym, lecz lodziarnia okazała się sezonową efemerydą, a soprano z innych budek smakowały już zupełnie inaczej. Pierwszomajowe pochody z bufetami na ciężarowych samochodach stojących m.in. przy ul. Mariana Buczka (dziś Piłsudskiego), którą wtedy tramwaje jeździły wzdłuż jezdni, a środkiem między drzewami wiodła aleja spacerowa.  I „Wszystkich Świętych” kiedy z rodzicami szliśmy na cmentarz zapalić swieczki na grobie wujka, którego my, dzieciaki nie znaliśmy, więc większe wrażenie robiły na nas kwatery wojskowe z armatami i wartą przy pomniku. Piękny był to czas gdy cmentarz był tylko miejscem spacerów. Dziś zaludnił się grobami bliskich, z których już tylko mniejszość pozostała wśród żywych.

Długo bym pewnie jeszcze mógł wymieniać.

W końcówce filmu Alfredo poucza na pożegnanie Salvatore’a: „cokolwiek bedziesz w życiu robił, kochaj to, tak jak kochałeś kino, kiedy byłeś chłopcem”. I to jest przesłanie, z którym warto wejść w dorosłość, więc zarekomenduję ten film swoim dorastającym dzieciom nawet jesli miałyby się śmiać ze starodawnych projektorów. A i sam zamierzam o owej mądrości pamietać.

Wracając zaś do bezdusznych multipleksów – pomimo wielu pięknych filmów obejrzanych w szczecińskim „Delfinie” i fajnych stamtąd wspomnień, to jednak jeden seans w Cinema City „Gemini” w Gdyni sprawił, że spełniają się moje marzenia o miłości. Czy kiedyś też będę stać i w milczeniu patrzeć jak buldożery równają z ziemią to moje Cinema Paradiso?

Rzeka Jangcy, 21.08.2007; 02:50 LT

niedziela, 19 sierpnia 2007

 

Tylko dwanaście dni w Polsce to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Lepsze jednak dni dwanaście niz dwa, jak poprzednio. Mam jednak nadzieję, że stoczniowe szaleństwo roku 2007 w moim przypadku dobiega końca i pozostałe miesiące upłyną nieco spokojniej. A przyda mi się zwolnienie tempa, oj przyda. Kiedy bowiem patrzę na minione kilkanaście dni trudno mi odnaleźć jakis okres, w którym mógłbym najzwyczajniej w świecie poleniuchować – nacieszyć sie spaniem do południa (chociażby w niedzielę), beztroskim czytaniem czasopism albo oglądaniem telewizji. Oprócz pracy w biurze, która zjmuje większość dnia, każdemu z bliskich też chciałem podarować trochę czasu. A przecież jeszcze były regaty w Szczecinie i Przystanek Woodstock. Nie starczyło już czasu aby spotkać się z przyjaciółmi z liceum, chociaz nie widzieliśmy się od dawna, ani ze studiów, z którymi nie tylko od trzech lat nie potrafie wybrać się na wciąż odkładany kilkudniowy wypad w góry, lecz nawet na zwykłego niedzielnego grilla nie mogę wygospodarować trzech godzin. O dokończeniu remontu mieszkania, wyrobieniu nowego dowodu osobistego, czy uporządkowaniu dokumentacji w ZUS nawet nie myślę. Może po powrocie z tego wyjazdu.

Aż mój Anioł zaprotestował, że tak dłużej nie można, że nie powinienem tak żyć, bo to po prostu fizycznie niemożliwe, nie do pogodzenia. Pewnie ma rację, bo kiedy przejechanie trzystu kilometrów dzieli się na raty z drzemkami na parkingach co półtorej godziny i przyjazdami na miejsce o trzeciej nad ranem, by o siódmej zaczynac dzień kolejny, kiedy nie ropakowuje się walizki, tylko zdjęte z suszarki wyprane rzeczy wrzuca się do niej z powrotem, żeby za dwa dni nie tracić czasu na grzebanie po szafach, to do normalności dystans ogromny.

W tej sytuacji jak dar niebios przyjąłem opóźnienie statku w momencie mojego przyjazdu do Changshu. Jeden dzień. Cały dzień w pokoju hotelowym bez konieczności spieszenia się dokądkolwiek. Oczywiście nie był to dzień wolny od pracy. Dzisiaj, w dobie internetu, w pokoju hotelowym  prowadziłem całą korespondencję. Luksus polegał jednak na tym, że to ja decydowałem o godzinach tej pracy, a kiedy ją skończyłem, mogłem po prostu odejść dwa kroki od biurka, by w hotelowym łóżku porządnie się wyspać.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie wyszedł z hotelu chociaż na chwilę. Tym bardziej, że stał on w centrum miasta. Najpierw, przed obiadem trafiłem do pobliskiej pagody.

To moja druga pagoda po tej na wyspie Liuheng. Nazywana pagodą Chongjiao Xingfusi, została wybudowana w 1130 roku, a więc ma juz blisko 900 lat. Nie jest dekorowana w środku tak jak tamta z wyspy. Na wszystkich pietrach sciany są gołe, ale za to z każdego mozna wyjść na biegnący dookoła taras.

Ja zrobiłem to dopiero na pietrze ostatnim, skąd rozciągał się piękny widok na okolicę najbliższą:

i dalszą:

Potem zszedłm na dół i na samotnym spacerze kontemplowałem starą, tradycyjną chińską architekturę:

Lampiony były co prawda już elektryczne, ale dobrze komponowały się z całością

Na koniec raz jeszcze przeszedłem obok pagody i z tej enkalwy ciszy wróciłem przez specjalną bramę do zgielku miasta. I do hotelu oczywiście.

Drugi spacer urządziłem sobie wieczorem. Lubię u Chińczyków ich zamiłowanie do zabawy światłem. Wieczorem każde miasto jest kolorowe, wszędzie błyskają neony, lampiony, albo sznury żarówek podkreslające kształt budynku. Oczywiście dla wielu będzie to kicz nad kicze, ale ja wolę te kiczowate światełka niż ponurą ciemność.

Changshu nie odbiegało od tego co, widziałem w innych chińskich miastach. Deptak rozpoczynał się czyms w rodzaju potrójnej, czerwonej bramy zanurzonej w płytkiej fontannie, wokół której na schodach siedzieli rozdyskutowani ludzie. Ciekawe miejsce do spotkań.

Za nimi, obok futurystycznych lamp, linię alei podkreslały podświetlone na zielono palmy. A po bokach wiadomo: sklepy, sklepy, sklepy i setki neonów plus muzyka mająca zwabić klientów.

Tak to wyglądało z przeciwnej strony:

Mniej więcej w połowie deptaka trafiłem na ścianę wody.

Była oddzielona od ciągu spacerowego czymś w rodzaju fosy. Można jednak było wejść na specjalną platformę, by znaleźć się nieco bliżej. Ludzie stali wpatrzeni w podświetlone strumienie jak zahipnotyzowani.

Nieco dalej woda spokojnie sączyła się po warstwowej kompozycji ułożonej z tafli zielonego szkła. Oczywiście również odpowiednio podświetlonej.

Tak zaliczyłem w jeden dzień historie i nowoczesność. W ten nurt doskonale wplotły się riksze, oczekujące na klientów na końcu deptaka. Chociaż tak bardzo zamierzchła historia to nie jest, bo ile kartek zapisał rower wobec całych tomów dziejów Państwa Srodka? Nawet jeśli jest ich w Pekinie dziewięć milionów, w co osobiście watpię.

Zakończyłem swoje wieczorne fotografowanie na moście nieopodal hotelu, z którego uchwyciłem kawałek „mojej” ulicy. Hotel, w którym sie zatrzymałem nie zmiescił sie w kadrze, bo też i nie wyróżniał się niczym szczególnym. Był jednak świetny bo pozwolił mi odpocząć.

Rzeka Jangcy, 19.08.2007; 23:20 LT

 
1 , 2