Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
piątek, 25 sierpnia 2006

             

Czasu tak mało na wszystko... Mało w domu, mało i na wakacjach, ale może uda mi sie wykroić go nieco po powrocie, by opisać chociaż pokrótce wypad do Chorwacji, a w szczególności:

- wydłużenie trasy do Włoch i zwiedzanie Wenecji.

- Wyspa Rab, na której się zatrzymaliśmy, miasto o tej samej nazwie, skaliste plaże i fajne wrażenia z nurkowania.

- wyjście w góry Rabu, które ledwie przekraczają 400 m.n.p.m. a spodziewany lekki spacerek zamieniły w forsowną wycieczkę.

- wypad nad Plitvickie Jezera, który był przyjemną wycieczką, ale stał się prawdziwą próba nerwów podczas przebijania sie lokalną drogą przez Przełęcz Alan (1414 m.n.p.m.) Jeszcze nie jechałem autem zwykłą, wąską, kamienistą drogą, wiodącą półkami skalnymi bez najmniejszych zabezpieczeń nad wielkimi przepaściami.

To wszystko potem, a na razie pora na śniadanie i ostatni dzień pobytu, bo jutro już niestety z samego rana wyjeżdżamy do Polski.

Barbat, 25.08.2006, 08:20 LT

czwartek, 17 sierpnia 2006

            

Pierwszy etap za nami. Jesteśmy w Jeleniej Górze. Uff! Wyjazd ze Szczecina wczoraj po południu i potem koszmar jazdy krajową „trójką”. Coś mnie podkusiło, żeby spróbować. A przecież zawsze korzystałem na tej trasie z niemieckich autostrad. Nadkładałem sto kilometrów, ale podróż zajmowała mi mniej czasu. Stałem więc wczoraj w korkach, wlokłem sie za tirami i pokonanie niecałych czterystu kilometrów zajęło mi sześć i pół godziny. Przez Niemcy dojechałbym w pięć.

Dziś zakupy, troche relaksu, a jutro z samego rana start na południe.

Jelenia Góra, 17.08.2006; 10:00 LT

niedziela, 13 sierpnia 2006

                                 

Deszczowy, niedzielny poranek w Szczecinie. I leniwy. Takie lubię najbardziej. Uwielbiam takie chwile kiedy można pic poranną kawę bez nerwowego spoglądania na zegarek.

Takie zupełne lenistwo to to znów nie było, bo zdążyłem juz dzisiaj przejrzeć służbową  pocztę. Na szczęście zajęło mi to tylko półtorej godziny, a ponieważ wygrzebałem się z poscieli już o dziewiątej, pozostało mi jeszcze sporo czasu na leniuchowanie. Czasami odnoszę wrażenie, że własciwa organizacja czasu to trzy czwarte sukcesu. Problem w tym, że u mnie z dyscypliną w tym zakresie jest bardzo krucho. Zawsze miedzy jedną pilną pracą a drugą znajduję dziesiątki znacznie mniej ważnych zajęć, które jeśli odłożę, to na pewno pójdą w zapomnienie. No i daję się im uwieść „tylko na chwilkę”, w która to chwilkę chyba sam nie wierzę.

Dziś na przykład miałem zająć sie też wyborem nagrobka dla mamy. Chcemy, zeby był gotowy na Wszystkich Świętych, a ponieważ przez cały wrzesień będę prawdopodobnie nieobecny, trzeba pomysleć o tym zawczasu. Potrzebne jest jakieś jej zdjęcie. Zajrzałem do albumów no i utonąłem. Zima w Beskidach, sylwestrowe popołudnie na Połoninie Caryńskiej, stupaczki w Slovenskim Raju, wieczorne posiedzenia przed kominkiem, wystepy dzieciaków w przedszkolu.

Paulina gimnazjalistka oglądała z koleżanką z Jelonki, która akurat trafiła do Szczecina na wakacje jakis film (to też w ramach leniwego poranka bo dziewczyny zorganizowały wspólny nocleg), a ja przezrucałem kartki kolejnych albumów. Ech, jakże się czymś takim nie podzielić?

O Niemcowej wspominałem tu już niejednokrotnie. Nie ma na świecie piekniejszego widoku niż swiatło świecy w samotnej chatynce wysoko w górach. Obietnica ciepła i bezpieczeństwa. A gdy jeszcze się wie, że w środku czekają dawno nie widziani znajomi. Zima, biel sniegu i gwiazdy na niebie to już tylko skromny dodatek.

Ten makabryczny żart zarejestrowałem na kliszy w Bieszczadach. Niestety, w tym roku czytałem o psie który na prawdę padł przy budzie, bo jego pan w upały zapomniał dac mu

wody.

Powrót z zupełnie pustej w sylwestra Połoniny Caryńskiej. Sami torowalismy sobie drogę w śniegu po uda. Mało kiedy tak zmarzłem jak wtedy za sprawą przenikliwego wiatru, ale wiele sylwestrów poszło w niepamięć, a ten jest wciąż żywy.

Nagrodą za trudy górskiej wędrówki było picie wina przy kominku w noworoczne popołudnie w bardzo kameralnej atmosferze z dźwiekami gitary w tle.

A z uciech miejskich tradycyjne karmienie gołębii w Krakowie przez moich jeszcze wówczas bardzo młodych przedszkolaków.

No to poleniuchowałem. Pora pomysleć o obiedzie.

Szczecin, 13.08.2006  13:25 LT

piątek, 11 sierpnia 2006

                      

Jaka zmiana nastąpiła, bo nie chce mi sie specjalnie wyjeżdżać. To moje pożegnanie z sezonem letnim w Gdyni. Kiedy wrócę, prawdopodobnie bedzie już jesień. Zatrzymałem sie więc na koniec raz jeszcze w „Chacie Rybaka” na Skwerze Kościuszki. Zostało to troche wymuszone sprawami do załatwienia, ale mógłbym to zorganizowac inaczej, gdyby mi zależało.

Na lunch po raz ostatni wybrałem się na pełen turystów Monciak. Moja „uśmiechnięta” barmanka usmiechem mnie przywitała. I nawet pogadaliśmy sobie miło. Szkoda, że pracuje tylko sezonowo i kończy za dwa tygodnie. Kiedy w październiku wrócę, lunche nie bedą już takie sympatyczne.

Dziś dokończyłem rezerwacji letniskowego domku w Chorwacji. Trochę rzutem na taśmę. Im więcej czytam w przewodnikach i im więcej zdjęć oglądam, tym bardziej mi się podoba ten kraj.

Bardzo jestem ciekawy wrażeń.

Ostatni też dzwonek był na dokonanie przeglądu samochodu po przejechaniu 60000 kilometrów. Pokonuję rocznie trzydzieści tysięcy. Biedne autko. To przecież nie toyota z gwarancją na milion. Tak Bogiem a prawdą to przejechałem już ponad 67 tysiecy kilometrów, ale kiedy w czerwcu stuknęła sześćdziesiątka, jakoś nie było kiedy pojechać do warsztatu. W końcu się zmobilizowałem i przed wakacyjnym wyjazdem umówiłem sie na dziś. Liczyłe się z wydatkiem kilku stówek, lecz kiedy autryzowany serwis renault zaśpiewał cenę, myslałem, ze się przewrócę. 1100 złotych zaq standardowy przegląd plus ewentualnie dodatkowe koszty jeśli w trakcie przeglądu jakaś rzeczy do naprawy zostaną wykryte. Zostały, więc cena dalej poszybowała w górę do 1700 złotych. A przecież moje auto nie należy do tych z górnej półki. Szok. Następnym razem chyba głęboko sie zastanowię. Tysiąc wypadł z budżetu zupełnie niespodziewanie i ciągle mam wrażenie, że płaciłem głównie za markę.

Kawa dopita. Nie ma sensu siedzieć tu dłużej bo przede mną wciąż 350 kilometrów do przejechania dzisiejszego wieczora.

Gdynia, 11.08.2006; 20:05 LT

środa, 09 sierpnia 2006

                            

Jak za dawnych, mundialowych czasów siedziałem dziś w kafejce na Monciaku i oglądałem mecz.  Mecz o Ligę Mistrzów Legii z Szachtarem Donieck. Wynudziłem sie nieprzeciętnie bo fajnych akcji było jak na lekarstwo, bramek także, ale na koniec dowiedziałem się od sprawozdawcy, że nasi piłkarze rozegrali w sumie dobry mecz, bo chociaż to i owo moznaby poprawić, to optymizmem napawa porażka tylko 0:1. Takich czasów przyszło nam doczekać, ze nawet porazka i jałowa gra napawają optymizmem.

W kafejce na koniec przypomniała mi sie piosenka o barmance z Vancouver śpiewana przez rybaka dalekomorskiego Jerzego Porębskiego. A to za sprawą uroczej barmanki, która za sprawą nudy na boisku zajmowała moją uwage bardziej niż telewizor. Chyba za długo już poszczę, bo podoba mi sie coraz więcej kobiet. Barmanka odwzajemniła moje spojrzenie takim przemiłym i długim usmiechem, a potem jeszcze jednym i jeszcze, że nawet przegrana Legii satała się łatwa do przełknięcia.

W ogóle jakiś ciekawy dzień dzisiaj. Dyrekcja popatrzyła w mój urlopowy kalendarz i... postanowiła wysłać mnie w poniedziałek w delegację do Szczecina.

- Po co pan będzie do Sopotu na jeden dzień przyjeżdżał? Popracuje pan w biurze szczecińskim.

Zamurowało mnie. Szok prawdziwy. Z tego wynika, że muszę się spakować do wyjazdu na urlop już jutro. W piątek po pracy wyjazd do Szczecina, a stamtąd w przyszłym tygodniu już dalej. Nie bardzo mi się chce dotykać te przypruszone budowlanym pyłem walizki, ale kiedyś i tak bym musiał się za nie zabrać. Najciekawsze jest to, że być może wrócę do mieszkania i do Trójmiasta dopiero w październiku. Remont na odległość – tego jeszcze nie praktykowałem. I po wakacjach oraz wieczorach w ogródkach już śladu nie będzie. Ale za to znajdą się na pewno inne atrakcje, a póki co muszę kończyć jeżeli mam w końcu znaleźć jakieś lokum na tych chorwackich stronach w internecie.

Gdynia, 09.08.2006; 21:55 LT

 

 
1 , 2 , 3