Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
poniedziałek, 30 lipca 2012

Z Jakarty do Taipei leci się, bagatela, pięć godzin. Połowę tego co z Pekinu do Monachium.

- Przeciętnemu człowiekowi zdaje się, że jak już przyleci na Daleki Wschód, to wszędzie w tym rejonie ma blisko – tłumaczył mi mój gospodarz w Indonezji – A czy wiesz, że z jednego końca Indonezji na drugi odległość jest zbliżona do tej między Lizboną a Uralem?

Nie wiedziałem.

- Nie dziw się więc, że potrzeba tyle czasu, by doleciec na Tajwan.

Było już po dwudziestej kiedy samolot wylądował w Taipei. Jeszcze tylko odebrać bagaże i spotkać się z agentem, a potem w dalszą drogę samochodem. Należało przedostać się z jednej strony wyspy gdzie leży lotnisko, na drugą, gdzie zacumowany był statek.


Na wprost może by się dało, ale kretymi, górskimi drogami, bowiem wzdłuż całej wyspy biegnie pasmo równie wysokich, co stromych gór. Dość powiedzieć, że Heping, cel mojej podróży znajdował się na wchodnim wybrzeżu na wysokości góry Nanhu, jednego z najwyższych szczytów Tajwanu (3740 m.n.p.m.).

Do Toucheng, na samo wchodnie wybrzeże prowadziła wygodna autostrada nr 5, z licznymi tunelami, żeby nie bawić się w eksponowane serpentyny. Potem jednak trzeba było skręcić na poludnie i rozpoczęła się jazda na urwistymi przepaściami do kilkuset metrów nad poziomem morza. Z jednej strony żałowałem, że odbywałem tę podróż nocą i nie mogłem robić zdjęć. Z drugiej – miałem już dość samochodowej adrenaliny tego dnia. Rano szaleńcza jazda na lotnisko w Jakarcie, a wieczorem slalom po urwiskach, przy czym kierowca też do mięczaków nie należał i wyprzedzał wszystko co się dało, na podwójnej ciągłej, bo w tej gęstwinie zakrętów innych linii w zasadzie nie było. Wyszło na to, że najspokojniej podróżowało mi się samolotem.

Było już dobrze po północy kiedy dotraliśmy na miejsce.

Rano ruszyłem na inspekcję statku, który na miejscowym terminalu ładował cement. Woziłem kiedys cement w workach, widywałem też statki wożące ten ładunek luzem w tradycyjnych ładowniach, co było koszmarem, bo odrobina wilgoci sprawiała, że szary pył zamieniał się w kamień. Specjalistyczne cementowce to zupełnie inna jakość. Czystość, brak tumanów pyłu.

Cisza. O załadunku możnaby się nie dowiedzieć gdyby nie monitor komputera, którym steruje się dystrybucją towaru w ładowniach.

Terminal niemal przytulony do gór, które prosto z morza wyrastają na wysokość tysiąca metrów. Gdzieś dalej za nimi jest wspomniany wcześniej szczyt Nanhu.

Wysoka, biegnąca z południa na północ ściana sprawia, że na terminalu słońce zachodzi szybko. Niebo jest jasne, okoliczne szczyty też, lecz keja kryje się w cieniu.

Oglądam pomieszczenia statku. Na jednym z korytarzy napotykam dobrze mi znany plakat sprzed lat:

Jest on bardzo sugestywny. Tak często były zaskakiwane statki na okrytych złą sławą wodach Cieśniny Malakka albo Morza Jawajskiego. Zapaść Somalii odmieniła jednak nawet piractwo, które u wybrzeży wschodniej Afryki przybrało postać niemal otwartej, zbrojnej napaści, wobec której zwykła czujność już niewiele pomoże, jeżeli nie ma się wsparcia uzbrojonych komandosów albo nie płynie się w konwoju ubezpieczanym przez okręty wojenne.

Późnym wieczorem sporządzam raport, odpoczywam chwilę i już mnie informują, że czas się zbierać, bo o drugiej nad ranem ruszamy na lotnisko. Tym razem nocą pokonam identyczną trasę w odwrotnym kierunku.

Jest już widno, kiedy parę minut po piątej dojeżdżamy do lotniska. Przy bramce stoi już jumbo jet, którym polecę do Pekinu.

Z utęsknieniem czekam na moment, kiedy wpuszczą nas do środka, by móc wreszcie spokojnie się zdrzemnąć. W Pekinie przesiadka do samolotu Lufthansy. Lecimy na zachód, więc upływ czasu pozornie jest mniejszy. Jeszcze tego samego popołudnia lądujemy w Monachium. Tam kolejna przesiadka i zanim zupełnie zapadł zmierzch dotarlismy nad Gdańsk. Widzialność była piękna: stare miasto, stadion, molo w Sopocie – wszystko jak na dłoni.

Kolacja już w domu, jeszcze przed północą.

Gdańsk; 29.07.2012; 23:00 LT

piątek, 27 lipca 2012

Lądowanie było twarde. Najpierw zlikwidowano catering. Już nie ciepłe napoje, soki oraz napoje gazowane serwowane razem z rogalikiem, lecz jedynie woda. W środę na popołudniowej konferencji prasowej pojawia się informacja o zlikwidowaniu nierentownych tras. Wśród nich tej, z której kilkakrotnie ostatnio korzystałem: Gdańsk – Szczecin. Ostatnie loty miały odbyc się 11 sierpnia. Kiedy jednak dziś po południu próbowałem kupic bilet, system nie prowadził już ich sprzedaży. Dopiero wtedy zauważyłem informację, że loty zwieszono już dziś.

Zaskoczenie było tak duże, że zdążono jeszcze w Krakowie odprawić część pasażerów do Szczecina. Bagaże już były na taśmach, kiedy okazło się, że samolot nie poleci. To był ATR, a popołudniowy komunikat mówił o natychmiastowym zawieszeniu połaczeń realizowanych przez te nierentowne maszyny.

Airbusy latały, chociaż pojawiły się pogłoski, że część odleciała do Kopenhagi i Madrytu (tam były bazy firm leasingujących samoloty). Mimo wszystko jednak wydawało się, że w okrojonej siatce połączeń nic nie grozi. Nawet rzecznik portu lotniczego Szczecin - Goleniów mówił w środę w wywiadzie dla Gazety Wyborczej:

- Z lotniska w Goleniowie OLT wozi pasażerów także do Warszawy. Na tej trasie latają airbusy. O te połączenia jesteśmy spokojni.

OLT Express poinformowało też o rezygnacji z planów uruchomienia tanich wypożyczalni samochodów. Długi szereg mini morrisów stojący przed gadańskim lotniskiem (ich wypożyczenie miało kosztować 60 zł za dobę) zostanie wystawiony na sprzedaż.

Tymczasem około 22:00 na stronie internetowej przewoźnika pojawiła się krótka informacja o zawieszeniu wszystkich lotów, czyli de facto zakończeniu działalności.

Natychmiast jako pilną przekazał ją TVN 24 oraz większość portali internetowych.

Szkoda. W piątkowy poranek obdzimy się już w innej rzeczywistości. Rewolucja na polskim niebie wyzionęła ducha. Cóż, rynku nie da się oszukać. Sen jednak był piękny. Jeszcze nigdy nie można było latać pomiędzy polskimi miastami tak łatwo i tak tanio. Ba! OLT Express uruchomił w Gdańsku nawet linię autobusową łączącą lotnisko z centrum miasta. Regularne kursy co pół godziny za 3,50 PLN. Wsparła ona znacząco miejską komunikację, którą jesli chodzi dojazd z/na lotnisko do tej pory można było określić tylko mianem: skanadliczna,

Pewnie niedługo pojawią się komentarze na temat działalnosci owej firmy, o jej zbyt agresywnej polityce cenowej i trudno będzie odmówić im racji.

Pasażerowie chyba jednak pożegnają tę firmę ciepło i zachowają o niej dobre wspomnienia. To OLT Express sprawił, że wreszcie szerzej otworzyły się lokalne lotniska, miedzy którymi można było przemieszczać się bez koniecznej przesiadki w Warszawie. To dzięki OLT Express podniebna podróż stała się prawdziwą alternatywą dla kolei i samochodów. Bilet lotniczy był o zaledwie kilka złotych droższy od biletu I klasy TLK, a komfort podróży nieporównywalny. Przede wszystkim jednak OLT Express wymógł na pozostałych graczach na rynku obniżenie taryf. Mozna było zapomnieć o zaporowych dla przeciętnego, niebiznesowego klienta  cenach rzędu 500-700 żł za lot z Gdańska do Warszawy. Zupełnie niedawno, w lipcu, lecieliśmy LOT-em do Warszawy za 129.02 PLN od osoby (koszt biletu tam i z powrotem z wliczonymi wszystkimi dodatkowymi opłatami). Kupiony na promocji „szalona sroda”, ale był wtedy osiągalny. Obecnie nie będzie juz pewnie takiej potrzeby i przy braku konkurencji ceny zapewne znów poszybują w górę.

Będzie mi brakować biało-czerwonych samolotów z charakterystycznymi strzałkami na ogonach.

Gdańsk; 27.07.2012; 01:00 LT

poniedziałek, 23 lipca 2012

Nie miałem wiele czasu w Jakarcie. Wpadłem właściwie jak po ogień. Rano do biura naszych kontrahentów, późnym popołudniem z powrotem do hotelu, wieczorem zajęcie się aktualnymi sprawami, które musiały być załatwione przed następnym dniem, a rano kolejna krótka wizyta w biurze, lecz już z walizkami, bo stamtąd prosto na lotnisko.

Tyle zobaczyłem co z okien samochodu oraz w promieniu kilkuset metrów od hotelu, kiedy wyszedłem na chwilę zorientować gdzie w ogóle mieszkam.

Główne wrażenie to wszechobecne korki i paraliz komunikacyjny. Jakarta wraz z przyległościami liczyła kilka lat temu 18 milionów mieszkańców. Kiedy pytam o liczbę ludności moich gospodarzy, ci wzruszają ramionami.

- Kto to może wiedzieć? W dzień jest znacznie więcej niż w nocy.

W dzień jest więcej ponieważ wszyscy ściągają do stolicy do pracy. Nie pytam ile czasu zajmuje im podróż, ale musi to być znaczący okres, jeżeli ja w obrębie miasta trasę hotel – biuro pokonywałem co najmniej w godzinę. Raz taksówkarz próbował wieźć mnie autostradą biegnącą estakadą ponad budynkami, ale wyszło na to samo ponieważ było to odrobinę okrężną drogą, a na highwayu i tak utknęlismy, poruszając się w ślimaczym tempie. Ponieważ jet lag dokuczał mi po locie poprzedniego dnia, zdążyłem porządnie zdrzemnąć się w taksówce, rozbudzić i zdrzemnąć jeszcze raz zanim dojechalismy na miejsce.

Z powrotem było tak samo. Firmowy kierowca wiózł mnie znanym sobie skrótem, lecz z identycznym wynikiem. Tłok na ulicach jest nie do opisania. Co z tego, że są tam n.p. dwa pasy, kiedy de facto jadą równolegle trzy auta, a jeśli przez chwilę nie ma ciężarówki (prawdziwa rzadkość, bo tirów zwłaszcza w okolicach portu jest zatrzęsienie) to nawet cztery. Pomiędzy tym wsyzstkim przeciskają się tysiące motocykli. Wydaje mi się, niemożliwe, by każdy dzień nie zbierał żniwa potrąconych czy przygniecionych. W każdym razie chwilami wolałem zamknąć oczy niż patrzeć na ich przepychanie się wąziutkimi szczelinami pojawiającymi się pomiędzy ocierającymi się niemal o siebie autami.

Jakarta 10

W pewenym momencie dotarliśmy do skrzyżowania chyba pięciu równie zatłoczonych ulic. Sygnalizacji świetlnej, ani anwet policjanta tam nie było. Respektowania pierwszeństwa także nie. Odnosiłem wrażenie, że jechali wszyscy we wszystkich możliwych kierunkach na zasadzie „kto ma mocniejsze nerwy ten przejedzie pierwszy. Oczywiście trudno nazwać taką niekończącą się szarpaninę start-stop, start-stop, start-stop jazdą, ale metr po metrze samochód posuwał się do przodu. W końcu jednak chyba kierowców o stalowych nerwach zbyt wielu, bo skrzyżowanie kompletnie się zakorkowało. Totalny klincz. Z pieciu kierunków wyjeżdżające tiry, autobusy, dostawczaki, osobowe, tuk-tuki oraz motocykle zwarły się w jedną, chaotycznie splątaną masę i stanęły.

Jakarta 11

Najpierw pomyślałem sobie, że chyba nigdy nie nauczyłbym się jeździć po tym mieście. Później zaś głowę moją zaprzątnęła myśl, że ów blaszany węzeł gordyjski w rozsądnym czasie przecięty nie zostanie. Jedynym rozwiązaniem wydawało się wycofanie pozostających w klinczu pojazdów, lecz napierające z tyłu samochody nie tylko utrudniały wykonanie tej operacji, ale powodowały jeszcze większy tłok i blokadę. Oczywiście w tym samym momencie rozbrzmiały klaksony i ich irytujące trąbienie wzniosło się ku górze ze wszystkich stron. Tak jakby mogło w czymś pomóc zamiast jeszcze bardziej denerować uwięzionych w metalowych puszkach ludzi. A jednak w tej przeraźliwej kakofonii, centymetr po centymetrze wszyscy razem zaczęli wykonywac jakieś mikroskopijne manewry i stopniowo jeden po drugim przedostali sie przez feralne skrzyżowanie. Oczywiście na ich miejsce wtoczyły się kolejne auta i wkrótce pewnie doszło do kolejnej blokady, ale to już nie nasze zmartwienie.

Bliżej mojego hotelu, w centrum, ruch był już bardziej uporządkowany. Samochodowe potoki przystawały karnie na czerwonych światłach i chociaż pojazdów było mnóstwo, dało się jakoś jechać.

Jakarta 01

Zostawiłem rzeczy w hotelu i wyszedłem na chwilę. Chodnikiem trudno było iść ze względu na ogromną ilość t.zw. small businessu – rozmaitych wózków oferujacych najczęściej coś do jedzenia. Wszystki te przybytki stały frontem do ulicy, ponieważ najczęstszym klientem owych garkuchni byli zmotoryzowani klienci stojący akurat w korku.

Jakarta 05

Specyficzne „Drive Thru” w indonezyjskim wydaniu. Jeśli ktoś z pieszych chciał coś zjeść, musiał wyjść na ulicę.

Jakarta 02

Zresztą i tak musiał, nawet jeśli nie był głodny, ponieważ jak już wspomniałem, marsz chodnikiem byłby o wiele trudniejszy.

Jakarta 03

Ci, którym aż tak bardzo się nie spieszy mogli usiąść na chwilę na palstikowych taboretach i skonsumowac posiłek na miejscu.

Jakarta 04

Kiedy z ruchliwej ulicy udało mi się przebrnąć przez zagracony chodnik i wejść do środka jakiegoś budynku, trafiłem na sklep spożywczy. W ustawionych wielu rzędach worków znajdowało się tam mnówstwo rozmaitych ziaren i proszków ważnych dla miejscowej kuchni, a o istnieniu których prawdopodobnie nie miałem zielonego pojęcia. Wyglądało to bardzo kolorowo, a brzmiało egzotycznie.

Jakarta 06

Wróciłem do hotelu, do biurowych zaległości, a głębokim wieczorem wyszedłem popływać w basenie na tarasie trzeciego piętra. Nie docierał tu zgiełk ulicy, więc palmy i rattanowe le zanki pozwalały na chwilę zapomnieć o hałaśliwym pośpiechu i pobiec myślom leniwie tam gdzie powinny na tropikalnych morzach południowych – ku niebieskim migdałom.

Jakarta 07

Jakarta 09

Nazajutrz o 14:00 odlatywał mój samolot na Tajwan, więc wizyta w biurze miała być krótka. Nie była, ponieważ mój gospodarz utknął rano w jeszcze większym korku niż ja i przyjechał kilkadziesiąt minut później. Mimo, że większość spraw była już dogadana, to jednak wszystko zakończyć na czas zawsze udaje się z trudem. Żeby dojechać na czas na lotnisko powinienem wyjść o 11:00, ale udało się dopiero o 11:20. Należało jechać autostradą, ale żeby się do niej dostać, trzeba było pokonać owe przyportowe drogi pełne ciężarówek i koszmarnych skrzyżowań. Kiedy jednak w końcu przebrnęliśmy tę mękę autostradą też nie dało się jechać szczególnie szybko. Byłem spokojny. Być może dlatego, że nie wiedziałem jak duży dystans dzieli nas od portu lotniczego. Wiedział natomiast kierowca i pewnei dlatego dostawał szału. Rozpoczął niesamowity slalom na pełnej szybkości mikrobusika, którym jechaliśmy. Wyprzedzaliśmy wszystko co się dało. Tiry i limuzyny. Silnik wył i jęczał na najwyższych obrotach. Czasem hamowaliśmy gwałtownie, kiedy nie dalo się nigdzie wcisnąć, by wyprzedzic kolejne auta. Zaparłem się głęboko w swoim fotelu i zastanawiałem się jak głeboka będzie strefa zgniotu, jeżeli ktoś przed nami zatryma się gwałtownie, a mój kierowca nie zdąży w porę zareagować. W końcu jednak ukazały się budynki lotniska. Poczułem ogromną ulgę. Pewnie mają rację ci, co mówią, że samolot jest znacznie bezpieczniejszy niż samochód.

- Powinieneś startować w Formule 1 – powioedziałem kierowcy wypakowując walizki z bagażnika.

- Wiedziałem, ze mamy mało czasu – odpowiedział skromnie uśmiechając się.

Teraz już tylko odprawić się, przejść przez rozmaite bramki i można wsiadać do samolotu.

- Czy ma pan list gwarancyjny? – zapytała pani w okienku China Airlines (które to linie są operatorem tajwańskim w odróżnieniu od Air China należących do Chin kontynentalnych).

- Tak, proszę.

- Tylko jeden egzemplarz? Pójdę zrobić fotokopię.

Pani poszła i zginęła. Jej koleżanka odprawiła mój bagaż, wydrukowała kartę pokładową, oddała dokumenty a pani nie było. Czasu też nie było. Nawet bardziej. Zacząłem się niecierpliwić. Uprzejma koleżanka poszła więc po kierowniczkę.

Pani kierowniczka zapoznała się z sytuacją, wykonała bezskutecznie dwa telefony, po czym dorzadziła

- Idź już do odprawy granicznej i przejdź przez security gate. List gwarancyjnym przyniesiemy do wejścia do samolotu.

- Nie, nie pójdę – odparłem stanowczo – bo jeśli nie doniesiecie, to mogą nie wpuścić mnie na Tajwan.

- Doniesiemy. Idź.

- Nie.

Pani poszukała więc radiotelefonu i pogadała z kimś a koleżanka zaginionej ruszyła biegiem.

- Kserokopiarka była po drugiej stronie terminala – wytłumaczyła mi kierowniczka.

Wyszliśmy im na spotkanie. Odebrałem swój list gwarancyjny i mogłem spokojnie ustawic się w kolejce do Immigration. Bez problemu zdążyłem na samolot.

Sopot; 23.07.2012; 20:15 LT

wtorek, 17 lipca 2012

No, może niezupełnie w samolocie bo na lotniskach także. Mimo wszystko jednak, kiedy dojeżdza się w końcu do celu, człowiek czuje się jak przepuszczony przez wyżymaczkę.

Decyzja zapadła szybko jak to zazwyczja w podróżach służbowych bywa i już w niedzielę po południu oglądałem przez szybę okna samolotu płytę gdańskiego lotniska.

Gdansk - Jakarta 01

Zdążyłem się zdrzemnąć jeszcze przed odlotem, bowiem nad Monachium szalała burza i zapadła decyzja, że zamiast krążyć gdzieś w powietrzu, mamy przeczekać najgorszy okres jeszcze w Gdańsku. Burze dają się we znaki. Czterysta hektarów powalonego lasu całkiem niedaleko nas, w Borach Tucholskich po przejściu tornada w sobotnie popołudnie. Widziałem kiedyś stare zdjęcia powalonych drzew w tajdze po uderzeniu meteorytu tunguskiego. Widziałem też powalone jak okiem sięgnąć drzewa po eksplozji wulkanu Św. Heleny na zachodnim wybrzeżu USA, ale wtedy siła wybuchu wyrzuciła w powietrze kawał góry. Żeby zaś od wiatru..., żeby ani jedno drzewo nie uchowało się na trasie trąby. Skuteczność większa od kosiarki.

Drzemiąc doleciałem do Monachium, skąd wieczorem odlatywał samolot do Hong Kongu. Trzy godziny oczekiwania i zerowe sznse na choćby odrobinę luzu. Wszystkie miejsca wykupione. Latają ludzie tam i z powrotem jak szaleni.

Gdansk - Jakarta 02

Wsadziłem książkę za oparcie fotela, lecz nawet do niej nie zajrzałem. Zjadłem serowowany na pokładzie posiłek i ponownie zasnąłem. Tyle podróże transkontynentalne mają dobrego, że jeśli jest się dostatecznie zmęczonym, to człowiek wyśpi się z czystym sumieniem nawet na siedząco. Kiedy ocknąłem się na dobre, byliśmy już nad południowo-wschodnią Azją

Gdansk - Jakarta 03

W Polsce dopiero zaczynał się dzień pracy kiedy o wpół do czwartej po południu lądowaliśmy w Hong Kongu. Tam niebo prawie zawsze takie same. Wypiętrzone, kłębiaste chmury otaczają szczyty gór. Mozna domyślać się tylko jak wilgoć panuje na zewnątrz. Wewnątrz terminala działa klimatyzacja, chociaż też do przyjemnego chłodu daleko.

Gdansk - Jakarta 04

Lubię Hong Kong, bo kiedy wysiada się tam po locie z Europy, człowiek odnajduje się w zupełnie innym świecie. Abstrahując od pisma oraz jedzenia, nawet ogony samolotów egzotyczne, rzadko widywane u nas.

Gdansk - Jakarta 05

I znów kolejna podróż. Samolot linii Cathay Pacific również prawie pełen, ale mimo wszystko jakby wygodniej niż Lufthansą. Klientela tez już inna. Panie w długich do kostek ciemnych szatach, z nakrytą głową. Widać, że jedziemy do kraju muzułmańskiego. Jeśli Chinki i Japonki są drobne, to co powiedzieć o Indonezyjkach? Wygląda na to, że 150 cm to u nich standard. Pomagam jednej pani z walizką bo chyba nawet gdyby podskoczyła nie byłaby w stanie dosięgnąć skrytek na bagaż podręczny. Inna pani, siedząca koło mnie, z głową owiniętą szczelnie czarną tkaniną (ale bez przesady, twarz było widać) wyciąga koran i czyta coś półgłosem kiedy kołujemy w kierunku pasa startowego. Jak już wznieśliśmy się na kilka tysięcy metrów, przerwała i zasnęła spokojnie.

Skonsumowąłem kolejny podniebny posiłek, poczytałem trochę służbowych e-maili, zdrzemnąłem się nieco i od czasu do czasu obserwowałem mały ekranik na fotelu przede mną, gdzie wyświetlano dane o locie. Z Hong Kongu to kolejne ponad cztery i pół godziny drogi. W końcu jednak samolcik na ekranie znalazł się w sąsiedztwie Jakarty, a zatykające się uszy potwierdzały, że zaczynamy podchodzić do lądowania.

Gdansk - Jakarta 07

Trochę znajoma ta mapka. Tyle razy pokonywąłem tamtą trasę po powoerzchni wody. Selat Sunda czyli Ciesnina Sunda i wyjątkowo spokojne wody Morza Jawajskiego. Spokojne, lecz zdradliwe za sprawą piratów. Kiedyś, podobnie jak Cieśnina Malakka, cieszyły się złą sławą. Kiedyś, zanim piraci z Somalii nie ustanowili nowych standardów piractwa.

Lądujemy. Kupiłem wizę, przeszedłem odprawę graniczną i idę po bagaż. Dochodzi mnie woń kadzidełek pomieszana z zapachem curry. Prawie jakbym był w Indiach. Kierowca z tabliczką z moim nazwiskiem czeka przed wyjściem. Wcześniej oblepia mnie momentalnie wilgoć niemal siłą wdzierająca się do budynku lotniska. Samochód na szczęscie klimatyzowany.

- Merczur, merczur – powatarza zafrasowany kierowca ze dyskutując po indonezyjsku ze swoim kolegą. Zawraca i jedzie w przeciwną stronę. To znaczyć może tylko tyle, że nie wiedzą gdzie jest hotel Mercure, którego adres na wydruku z Booking.com im podałem. W końcu jakoś dojechaliśmy. Było pięć minut po północy, kiedy ten sam wydruk wraz zpaszportem podałem recepcjoniście. Ten długo się przyglądał, poszedł na zaplecze, wróciła jakby czegoś szukał, znów wyszedł, aż w końcu za którymś razem zapytał:

- Co to znaczy lipka?

- Co? – odpowiedziałem pytaniem skonsternowany.

- Lipka!

Skojarzyło mi się ze Świętą Lipką. Może facet był kiedyś w Polsce?

- Bo na rzerwacji masz napisane szesnastego lipka. Czy lipka to July? A może August? Bo my nie mamy ciebie w naszym systemie rezerwacji.

Masz ci los! Lipca po naszemu czyta się lipca, a nie lipka. Ale z tą rezerwacją to jakaś afera. Patrzę na złowrogo wyglądającą kartkę, informującą, że hotel jet fully booked i już widzę oczyma wyobraźni jak błąkam się nocą po Jakarcie szukając kąta do spania. Na szczęście jednak coś się znalazło.

- Nie mamy twojej rezerwacji z Booking.com w systemie, ale damy ci inny pokój.

Łaskawcy. O wpół do pierwszej wreszcie mogłem ściągnąć niezbyt świeże już ubranie i wziąć prysznic.

Jakarta; 18.07.2012; 00:45 LT

czwartek, 12 lipca 2012

Kiedy wracaliśmy do domu, na wysokości Parku Reagana Mój Anioł nagle krzyknął:

- Ile dzików!

Ja oczywiście ich nie zauważyłem, tak samo jak nie zauważyłem członków zespołu Budka Suflera oczekujących razem z nami w Warszawie na samolot czy onegdaj redaktora Kraśko spacerującego sobie akurat chodnikiem, kiedy zamykałem furtkę od posesji, na której stoi nasze biuro.

Dałem jednak po hamulcach przy pierwszej nadarzajacej się okazji, zawróciłem i po chwili zaprkowałem nieopodal dzików. Te niewiele sobie robiły z naszej obecności.

Dziki w Parku Reagana 1

Zajęte poszukiwaniem w trawie pozywienia spacerowały sobie jak gdyby nigdy nic...

Oczywiście zdaję sobie sprawę, ze miejsce dzikich zwierząt jest w lesie, a nie w mieście i, ze taka koegzystencja na terenie zamieszkałym przez ludzi ani jednym, ani drugim na dobre nie wychodzi, ale jednak fajnie było popatrzeć na oddane beztroskiej zabawie, gonitwom i próbom sił warchlaki. Na szczęście nikt nie wchodził im w drogę bo nie wiadomo, co uczyniłaby podejrzewająca zagrożenie locha.

Dziki w Parku Reagana 2

Po kilkunastu minutach stado stopniowo oddaliło się znikając wśród drzew i zarośli, a my mogliśmy kontynuować naszą jazdę do domu.

Gdańsk; 12.07.2012; 05:45 LT

 
1 , 2