Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 31 lipca 2011

Szkoda było spać gdy kusiły biebrzańskie mgły...  „W grobie się wyśpisz” zwykł mawiać kiedyś jeden z moich kolegów gdy narzekałem, że brak mi snu. Pomny tego nastawiłem budzik na czwartą. Uchyliłem skrzypiące drzwi i wyszedlem na ciche podwórze. Ciche to znaczyło wolne od hałasów generowanych przez człowieka. Bo ptaki śpiewały jak oszalałe.

Biebrza 21

Opłaciło się wstać. Leniwa, niemalże stojąca w miejscu Biebrza spowita była szarosrebrzystym welonem mgieł. Wszedłem po schodach na drewnianą wieżę widokową. Każde skrzypnięcie deski było jakimś potwornym dysonansem w ciszy poranka. Kiedy stanąłem na górnej platformie, tkwiłem czas jakiś niemalże w bezruchu, by nie mącić tego zjawiska. Jeszcze godzina i nie-ptasi świat obudzi się do życia, a jego odgłosy zdominują przestrzeń. Nastrój pryśnie jak bańka mydlana.

Kiedy już się napatrzyłem i nasłuchałem, wyjąłem aparat i zacząłem pstrykać

Biebrza 22

Słońce pojawiło się nad pasmem trzcin. Wraz z płynącym od niego ciepłem wilgotny woal zacznie się unosić. Ostatni dzwonek, by go uchwycić

Biebrza 23

Biebrza 25

Biebrza 26

Na liściach traw niczym srebrna biżuteria lśniły teraz tysiące drobniutkich kropelek rosy.

Biebrza 28

Wśród nich bieliły się misternie utkane przez krzyżaki i inne paskudztwa pajęczyny. Nienawidzę pająków, ale zawsze z podziwem przyglądam się dziełom jakie tworzą te prymitywne stworzenia nie mające pojęcia o geometrii, wytrzymałości materiałów czy podstawach architektury. Starsze pokolenia nie przekazują swojej wiedzy nowym. Młode wylęgają się już z nią w swoich głowach. Niesamowita jest siła instynktu. I jakże tajemnicza jest jego natura.

Biebrza 27

Niestety, czasem jedna chwila potrafi zniweczyć cały, ogromny wysiłek. Doświadcza tego człowiek gdy trzęsienie ziemi w sekundy niweczy dorobek całych pokoleń i przęzywają swoje tragedie pająki, gdy z takim trudem rozpostartą sieć niszczy jeden przelot ptaka albo większego owada.

Biebrza 29

Byłem niedawno w domu świadkiem niezwykłej walki osy oraz pajączka niewele większego od łebka od szpilki. Pajączek ów utkał sobie niedużą, lecz gęstą sieć w narożniku okiennej ramy. Nieuważna osa, która chcąc wylecieć z pokoju na zewnątrz miotała się waląc głową o szybę, w pewnej chwili wpadła w ową sieć. Zdezorientowana przez moment utkwiła w bezruchu, a pajączek natychmiast ruszył po zdobycz. Wyglądało to tak jakby pigmej chciał gołymi rękami powalić i zabić słonia. Poza tym nie wyobrażąłem sobie, co taki pajączek miałby uczynić z ową górą mięsa, którą zesłał mu los. Starczyłoby mu jej chyba na trzy życia. Ledwie jednak dotknął osy, a ta przeczuwając niebezpieczeństwo zaczynała miotać się straszliwie. Pająk odskakiwał, a ona znów się uspokajała. Tyle tylko, że każdy kolejny, gwałtowny jej ruch sprawiał, że zaplątywała się w sieć jeszcze bardziej, niszcząc ją przy okazji. Potem pajączek znów się zbliżał lecz ledwie je dotknął, znów muiał uciekać przed wierzgającym kolosem. I tak w kółko. W końcu pajęczyna została kompletnie zdemolowana. Osa nie uległa, lecz cała oblepiona siecią, nie mogąc rozprostować skrzydeł oddalała po parapecie na piechotę. Nie miała szans na przeżycie. Przegrali swoją walkę obydwoje.

Po śniadaniu wsiedliśmy znów do busa, ruszając w drogę do Augustowa. Oczywiście odsypiałem podczas podróży ów mglisty poranek. Kiedy się obudziłem, dojeżdżaliśmy właśnie na miejsce, do siedziby firmy „Szot”, zajmującej się organizacją spływów kajakowych.

Przenieśliśmy się do ich busa, który z tyłu na przyczepie ciągnął kajaki i ruszyliśmy w kierunku Czarnej Hańczy. Najpierw jechaliśmy drogą krajową w kierunku granicy z Litwą, potem chyba jakąś drogą wojewódzką, a w końcu leśną, by zatrzymać się w końcu przy jakimś mostku, skąd wiodło fajne, piaszczyste zejście do rzeki. Spakowaliśmy swoje rzeczy do nieprzemakalnych worków, podzieliliśmy się na trzy osady (plus czwarta w osobie szefa spływu i zarazem właściciela firmy), po czym po ktrótkiej rozgrzewce ruszyliśmy na trasę.

Czarna Hancza 01

Czarna Hańcza to była zupełna odwrotność Biebrzy. Wartki nurt sprawiał, że krajobraz zmieniał się bardzo dynamicznie. Teren był pofałdowany, więc oprócz trzcin co jakiś czas trafialiśmy na wysokie, piaszczyste zbocza, opadające do samej wody, toworząc przy okazji niesamowite plaże zachęcające do kąpieli. Szkoda, że gonił nas czas.

Czarna Hancza 03

Czarna Hancza 05

Znaczana część trasy wiodła przez las lub jego skrajem. Rzekę co jakiś czas przegradzały zwalone drzewa, które wyzwalały dawkę adrenaliny, ale w sam raz taką na beztroską ,„weekendową” wycieczkę. Widać było bowiem, że wszystkie przeszkody są dyskretnie przycięte albo przesunięte tak, by nawet mało wykwalifikowany kajakarz mógł sobie z nimi bez trudu poradzić.

Czarna Hancza 04

Pytaliśmy naszego szefa i potwierdził, że „poprawiają” nieco naturę, by szlak był przejezdny. W końcu z tego przecież żyją. Zaawansowani kajakarze obyci na trudnych trasach na ogół sami organizują sobie spływy. Firmy takie jak ta bazują na klientach mniej doświadczonych, którzy nierzadko płyną kajakiem po raz pierwszy w życiu. Nie mogą więc wysłać ich na trasę pełną przenosek, na której na dodatek na wartkim nurcie mogliby wywrócić się na jakichś zatopionych w wodzie konarach. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że firma ta organizuje spływy również na Białoruś i Litwę. Szczególnie Białoruś mnie znęciła, bo chetnie zobaczyłbym ów kraj póki jest jeszcze swoistym skansenem w Europie, a z zorganizowanym, kilkudniowym splywem odpadają uciążliwości wizowe. Wszystko załatwi organizator. Hitem jak dla mnie jest sześciodniowy spływ Czarną Hańczą, Kanałem Augustowskim i Niemnem na trasie Augustów – Druskienniki. Jest to raptem siedemdziesiąt kilometrów do pokonania kajakiem, przy czym na samo wiosłowanie przeznaczone są cztery dni (w połowie spływu dzień przerwy). Trasa wiedzie przez trzy państwa: Polskę, Białoruś i Litwę. Szkoda, że jest tylko dla grup zorganizowanych (minimum 14 osób), chociaż zastrzegają się, że ponoć są w stanie zorganizować imprezy „na miarę” nawet dla dwóch osób.

Czarna Hancza 02

Jak każdego dnia, wszystkie atrakcje kontrolujemy pod względem czasu. Tego dnia czekały nas jeszcze wycieczka nad Jezioro Wigry oraz koncert w Sejnach. Musieliśmy więc zakończyć nasz spływ w stanicy PTTK Jałowy Róg.

Czarna Hancza 06

Wypakowaliśmy się sprawnie. Był jeszcze czas, żeby przyjrzec się z aparatem żabom, które chętnie zdążąły pod leżące już na brzegu kajaki, by w półmroku pod ich osłoną szukać schronienia.

Czarna Hancza 07

Po powrocie do Augustowa zjedliśmy obiad, który po tych paru machnięciach wiosłami smakował wyśmienicie, a potem znów zapakowaliśmy się do naszego busa biorąc kurs na Wigry.

Sopot, 31.07.2011; 17:30 LT


Otrzymałem nominację do nagrody „One Lovely Blog”. Umieściła ją u siebie „Siukienka w Kropki” http://sukienkawkropki.blox.pl/html

Bardzo dziękuję. Jest mi naprawdę ogromnie miło, ale wybacz, że nie będę kontynuować. Z dwóch powodów. Pierwszy to „łańcuszek”. Jeżeli każda następna osoba ma nominować aż szesnaście blogów to łatwo policzyć, że bardzo szybko zabraknie blogów do nominowania. Drugi to czas. Ja niestety z ogromnym trudem znajduję go na napisanie swojej kolejnej notki, a o czytaniu innych mogę tylko pomarzyć. Skąd więc znaleźć niezbędne informacje by kogoś wybrać?

Z tego samego powodu nie będę też rozpisywac się teraz o sobie. Wolę poświęcić ten czas na ciąg dalszy relacji z Podlasia. Przepraszam jeśli sprawiłem tym zawód.

Sopot, 31.07.2011; 14:45 LT

sobota, 30 lipca 2011

Położoną na wzgórzu promenadą, położoną w cienu ogromnych, rozłożystych platanów przeszliśmy obok pomnika Puszkina, a potem koło przykrytej szklanym dachem dziury w ziemi, w której wyeksponowano fragmenty rozmaitych przedmiotów odkrytych w wykopaliskach, a pochodzących z czasów greckiego osadnictwa. Na końcu tej alei czekał na nas pomnik Richelieu – pierwszego gubernatora Odessy, który tchnął w niewielką osadę duch wilekomiejskiego życia. Oczywiście głównym motorem rozwoju stał się port – brama Rosji na Morze Czarne i leżące za miedzą Śródziemne. Miasto rozwijało się i bogaciło na potęgę. Kiedy na stulecie istnienia Odessy wznoszono opisywany przeze mnie wczesniej pomnik Katarzyny II, była to już czwarta pod względem wielkości metropolia imperium. Po Sankt Petersburgu, Moskwie i Warszawie.

Odessa 05

Nie Richelieu (mimo całego szacunku dla tej postaci), lecz biegnące stamtąd w dół ogromne schody „potiomkinowskie” były celem naszej wędrówki. Swą nazwę zawdzięczają filmowi Sergeja Eisensteina „Pancernik Potiomkin” z 1925 roku, którego scena z wózkiem na schodach weszła do historii kina. Całą „schodową” sekwencję odnalazłem na YouTube w wersji hiaszpańskojęzycznej, jeśli tak można powiedzieć o niemym filmie.

Oto stałem na szczycie owego traktu.

Odessa 08

Nie, nie mogłem sobie odmówić zejścia chociaż kawałek w dół, pomimo, że nasi gospodarze dawali do zrozumienia, że już jest czas kolacji, że stolik w pobliskiej restauracji czeka... Spojrzenie z dołu odmienia zupełenie perspektywę. Schody momentalnie potężnieją.

Odessa 09

Kiedy wróciłem na górę, mój kolega kończył pstrykanie fotek. Obiecał mi dorzucić kilka do ewentualnego wykorzystania, co niniejszym czynię. Ciekawe, że jemu zawsze ktoś nagle wejdzie w kadr na pierwszy plan, Czy to schody, czy teatr, czy pomnik carycy, zawsze ktoś... Głównie młode Odessianki takie nieuważne.

Odessa 28

Inna tak odsunęła się uprzejmie by nie zasłaniać przestrzeni, aż pozostawiła swój wózek. Na krawędzi jak w filmie.

- Patrz co mam! – pokazał mi z dumą aparat kolega – Schody i wózek A.D. 2011!

Odessa 29

- Super! Swoją drogą to mógłby być biznes. Za kilka hrywien popychasz lekko wózek... Szkoda, że ma takie małe kółka.

Czas już było iść na tę kolację. Usiedliśmy w ogródku nieopodal. Ponoć tutaj m.in. kręcono „Deja vu” Machulskiego.

Odessa 10

Kosztowaliśmy ukraińskie (a raczej odesskie) przysmaki i kontemplowalismy widoki. Po przeciwnej stronie ulicy nudzili się dorożkarze.

Odessa 07

Może jeszcze za wcześnie było? Wszak wieczór dopiero nadchodził. A z wieczorem budziły się knajpki, których Odessa ma niezliczoną ilość. Ulokowały się wzdłuż głównych ulic, otwierając się nie i przypominając do złudzenia identycznie wyglądające przybytki  w Paryżu.

Odessa 13

Odessa 14

Kiedy rozstaliśmy się, przeszedłem się jeszcze sam trochę po deptaku nacieszyć oczy odnowionymi, secesyjnymi kamienicami.

Odessa 12

A, że przyzwyczaiłem się ostanio nie spać zbyt wiele, nastawiłem budzik na szóstą by obejrzeć miasto w porannym słońcu. Jakże inaczej, świeżo wygladały w nim teraz posągi na budynku teatru.

Odessa 15

Naprzeciwko niego, pamiątka z czasów komunizmu, ale zachowana. Na ścianie jednej z kamienic rzeźba robotnika przy jakiejś maszynie, a obok lista miejscowych kawalerów orderu Bohatera Związku Radzieckiego.

Odessa 16

Puszkin wpatrznony w platanową aleję, pustawą jeszce o tej porze, ale sterylnie czystą.

Odessa 18

Odessa 19

Nawet szyby przykrywające dół z eksponatami były myte tego ranka... A pod popiersiem Puszkina porannej kąpieli zażywają miejskie ptaki.

Odessa 17

Poranek to także czas wycieczkowców. Zanim mieszkający na ich pokładzie turyści obudzą się i zjedzą śniadanie, manewry cumowania zakończą się i zaraz po posiłku będzie można ryuszać na zwiedzanie. Kiedy już zobaczą wszystko w pigułce wrócą na pokład, by noc znów spędzić na falach a kolejny ranek przywitać już gdzie indziej. Mogłem obserwować jak wpływały do portu dwa takie statki. Jeden byl już dość stary ale za to drugi z daleka przykuwał uwagę swoją wielkością i nowczesną linią.

Odessa 21

Odessa 22

Kiedy wracałem do hotelu, w niektórych kafejkach pojawili się juz pierwsi goście. Kasztanowce, platany, markizy dają cień, co było ważne, zwązywszy, że dzień wcześniej było tam +35°C. Oprócz cienia przyjemność niesie samo obcowanie z taką ilością zieleni. Odessa to z pewnością jedno z bardziej „zielonych” miast jakie widziałem.

Odessa 23

Niektóre przybytki zakmnięte na głucho. W pokerowych klubach życie dopiero co się zakończyło. Zaczną na nowo gdzieś pod wieczór. Kluby są oczywiście sportowe. Kto tu mówi o hazardzie?!

Odessa 24

Od razu przypomniał mi się Kolega Kierownik w wykonaniu Jacka Fedorowicza i jego wczasy brydżowe, które redakcja zorganiazowała na wniosek Kolegi Tłumacza, który proponował wczasy sportowe. Na nic zdały się jego protesty.

- Istnieje sekcja sportowa brydżowa. Skoro władze ustaliły, że brydż jest sportem, to wy mnie tu nie będziecie sejmikować! – uciął dyskusję Kolega Kierownik i zapytał:

- To w jakiego brydża zagramy?

Tu zaświeciły się oczy Koledze Spikerowi, który zaproponował taką „grę zręcznościową, przy której jednoczesnie można coś zarobić”.

- Słuchajcie Kolego Spikerze spiszcie, mnie na karteczce tę kolejność – powiedział jakiś czas potem Kolega Kierownik – full to jest taka trójka i para, czwórka to jest kareta, a to najwyższe się nazywa...

- Poker – odparł cicho Kolega Tłumacz.

- Skreślcie i napiszcie „brydż”! – oburzył się Kolega Kierownik – W brydża gramy!

W Odessie widziałem sporo klubów pokerowych, i wszystkie oczywiście sportowe. A, że ktoś przypadkowo coś zarobi? Mój Boże!....

Naprzeciwko naszego hotelu ulokował się... „empik”. Nie przypuszczałem, że ta moja ulubiona sieć sklepów ruszyła na podbój zagranicy.

Odessa 26

Zdążyłem w sam raz na śniadanie, a potem znów zaczął się dzień pracy. Jak to bywa przy tak napiętych grafikach, z trudem zdążyłem się spakować. Właściwie to wszystko było w biegu i bez szczególnego zapasu czasu doatrliśmy na lotnisko. Po drodze rozmawialiśmy z naszymi gospodarzami o Euro 2012 i pytaliśmy dlaczego Odessa odpadła z puli miast walczących o organizację meczów na Ukrainie.

- Główny powód to lotnisko – powiedział jeden z nich.

Rzeczywiście, budynek dworca lotniczego przypomina trochę stary dworzec kolejowy. Czas jakby się tam zatrzymał. Przed okienakmi odpraw numery rejsów i lotniska docelowe pokazuje pokazywane są na zwykłych tabliczkach. Pamiętam takie z Warszawy zanim w latach dziewięćdziesiątych otwarto budynek nowego pierwszego terminala. Wszędzie mało miejsca, wszędzie tłok i rozwiązania jeszcze z XX wieku. Odessa będzie musiała zafundować sobie zupełnie nowy, obszerny budynek jeżeli chce rozwijać połączenia ze światem.

Nasz samolot właśnie wylądował i pasażerowie, tak jak my dwadzieścia cztery godziny wcześniej opuszczali jego pokład. Podobał mi się muzealny, pamietający jeszcze czasy komunizmu autobus do obsługi ruchu na płycie lotniska. Niestety, my nie mieliśmy szczęścia i po nas zajechał już nowoczesny autokar.

Odessa 27

Dwie godziny później byliśmy już w Warszawie.

Sopot, 30.07.2011;  21:15 LT

poniedziałek, 25 lipca 2011

Lato, jak to lato - czas rozrywki, co w kinach zazwyczaj objawia się repertuarem klasy C. Zawsze z utęsknieniem czekam do rozpoczęcia nowego sezonu. To chyba jedyny plus jesieni. Bez kina jednak aż tak długo wytrzymac trudno, więc zaproponowałem pójście na seans w ramach początku weekendu. Biedny Mój Anioł. Ostatnio ciągałem ją po jakichś filmach o kosmitach. Ona cierpliwie to znosiła mimo, że co jeden to gorszy. Teraz miał być temat pokrewny, czyli o duchach.


Tak naprawdę to nie byłem pewien czy o duchach, bo ze zwiastunu ani z opisu filmu jednoznacznie to nie wynikało, ale coś w pobliżu tego tematu. „Naznaczony” już samym plakatem sugerował jakieś paranormalne zdolności i zarazem klopoty głównego bohatera, małego chłopca Daltona. Czyli jakaś mieszanka „Omenu”, „Dziecka Rosemary”, a może i „Egzorcysty”. Jednym słowem wakacyjna sieczka.

Początek: młode małżeństwo z trójką dzieci wprowadza się do nowego domu, w którym zaczynają dziać się jakieś dziwne rzeczy. A to zginęło pudło z nutami, a to ktoś zrucił z półki dopiero co ułożone książki, a to drzwi same się poruszają, a z góry dochodzą jakieś dziwne dźwięki. No tak. Widywałem to już chyba dziesiątki razy. Wiadomo, że te rozmaite sygnały zaczną się nasilać, aż w końcu pojawi się zły duch, który całkowicie zdemoluje ów nawiedzony dom i być może przetrzebi lekkomyślną rodzinę, która na czas nie przeniesie się do innego lokum. Spoglądałem ukradkiem w bok, czy Mój Anioł jeszcze nie śpi.

Kiedy jednak pierwszy raz „coś” się pojawiło, przeleciały mi po plecach ciarki. To nie przenośnia. Autentycznie poczułem ów dreszcz strachu. A później powracał on jeszcze nie raz. O spaniu nie było mowy. Nawet wtedy gdy w samym środku akcji, kiedy życie dziecka w takiej formie jaką znamy było w ogromnym niebezpieczeństwie reżyser zaczął bawić się konwencją wprowadzając do akcji trójkę tropicieli duchów z dziwacznymi, śmiesznymi gadżetami. Mimo to, nikomu do śmiechu nie było.

Jeszcze raz okazało się, że nie sztuka mieć pomysł. Trzeba jeszcze umieć opowiedzieć daną historię. Dziś w dobie komputeryzacji, kina 3D i rozmaitych innych efektów trudno oprzeć się pokusie skorzystania z tego arsenału cudów. Potwory biegają jak żywe, krew leje się strumieniami, domy walą się wprost na widzów wciskanych w fotele, ale ci kręcą nosami z niezadowolenia, że to wszystko chała... A przecież już dawno odkryto, że najbardziej boimy się tego, czego nie widać. James Wan, reżyser tego filmu, wie o tym doskonale i dlatego nie szaleje z efektami specjalnymi. Historię jakich wiele opowiada jednak w taki sposób, tak dozując środki, że po seansie strach było wejść do pustego, podziemnego garażu, a kiedy o poranku niechcący szturchnąłem śpiącego Anioła, ona zerwała się z krzykiem, mimo, że zdążyłem już doprowadzić się w łazience do porządku i aż tak demona nie przypominałem.

Jest więc nawiedzony dom, a może tylko obłąkana matka pogrążonego w śpiączce dziecka. Tego na początku jeszcze nie wiemy.


Oczywiście mąż nie podziela jej starchu, więc kobieta cierpi jeszcze bardziej. Njarozsądniej byłoby zmienić dom, bo aż nieprzywoicie ciągnąć tak zgrany i przewidywalny do bólu wątek. W końcu mąż się zgadza na przeprowadzkę i widzowie oddychają z ulgą pozbywszy się nie tyle strachu przed inwazją duchów, co konieczności oglądania poraz trzysta siedemnasty tego samego idiotycznego wątku, że pomimo ewidentnie nawiedzonego domu, jego mieszkańcy decydują się mieszkać w nim nadal, pchani jakimś masochistycznym poczuciem konieczności wytrwania wbrew rozsądkowi.

Co dalej, nie będę opowiadać, bo zepsułbym przyjemność oglądania filmu. Jego siła tkwi bowiem w zwrotach akcji i przede wszystkim doskonałemu montażowi. Na mnie na przykład największe wrażenie zrobiła scena, kiedy po domu w biały dzień co chwilę przebiega roześmiany mały chłopiec. Na oczach oniemiałej z zaskoczenia i przerażenia głównej bohaterki. Chłopiec nie robi nikomu krzywdy. Biega i śmieje się, jak robią to bawiące się na podwórku dzieci. Tyle tylko, że pojawia się na moment, przebiega gdzieś i znika, by po chwili beztrosko wyskoczyć z najmniej spodziewanego miejsca. Trudno się zorientować, czy to jeszcze koszmarna rzeczywostość, czy już urojenia roztrzęsionej matki. Twórcy filmu doskonale wiedzą, w jaki sposób dozowac napięcie i bez litości używają sobie na naszych emocjach oraz fobiach. Nie muszą pokazywać jak na dłoni wampirów wysysających krew, powstajacych z grobów trupów, czy opętanych przez demony ludzi. Wystarczy, że pokażą nam normalny dom tak, że każdy jego zakamarek zaczyna być podejrzany. Zdają sobie sprawę, że niemal w każdym drzemią jakieś fobie. Z czasów dzieciństwa pozostała w nas pamięć o czających się za szafą potworach, które tylko czyhały by nas dopaść, kiedy rodzice zgaszą światło i wyjdą z pokoju. Nikt nie brał na poważnie tych lęków, tłumacząc przerażonym dzieciakom, ze to wszystko ich fantazja.


Teraz jednak z układanych w filmowej akcji puzzli zaczynamy zdawać sobie sprawę, że to wcale nie musiała być przewrażliwiona wyobraźnia. Nie możemy oprzeć się wrażeniu, że naprawdę z otwieranej właśnie szafy, może coś wyskoczyć, a najbardziej przerażające jest to, że nie wiemy co to jest i, że tego nie powinno być w pustym mieszkaniu, w którym aktualnie przebywamy.

Coś co miało być jednym z setek filmów o domu, w którym straszy, zapchajdziurą wakacyjnego repertuaru, doskonale gra na naszych emocjach i na najprostszych, dziecinnych lękach. Jednym słowem, straszy naprawdę. Polecam żądnym wrażeń. Oczywiście pod warunkiem, ze nie będą zajmować się analizą naukową opowiadanej historii, lecz wakacyjnie przymkną oko na prawdopodobieństwo zaistniałych wypadków.

Gdynia, 25.07.2011; 01:05 LT

sobota, 23 lipca 2011


Początkowo  zlekceważyłem tytuł na portalu „Gazeta” informujący o zamachu. Było późne, piątkowe popołudnie, miałem jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia w biurze, a cóż takiego mogłoby się wydarzyć w spokojnej Norwegii?

Potem poszliśmy z Moim Aniołem do kina, a kiedy wróciliśmy do domu, „TVN 24” informowała właśnie, że po północy będą kontynuowac specjalny program poświęcony eksplozji w Oslo oraz strzelaninie na wyspie Utoya. Siedemnaście śmiertelnych ofiar. Byliśmy wstrząśnięci bezsensownością tego aktu terroru, ale czy jakikolwiek atak terrorystyczny ma sens?


Wkrótce poszliśmy spać, a rano żółty pasek na ekranie telewizora pokazywał bilans: 87 ofiar.

- Rozumiesz coś z tego? – Przecież mówili o siedemnastu.

- Na pewno chodzi o wszystkie ofiary, zabitych i rannych – odrzekłem z łazienki. Kiedy wyszedłem, wątpliwości już nie było. To wszystko zabici. Zresztą ich liczba wkrótce przekroczyła dziewięćdziesiąt. Masakra...

Wszystkiego dokonał ponoć (śledztwo jest w toku, nowe fakty pojawiają się co chwilę) tylko jeden człowiek. Jeden szaleniec, który napisał, że „jeden człowiek wiary wart jest tyle co sto tysięcy ludzi wierzących jedynie w robienie interesów”.

Mówi się, że wiara potrafi przenosić góry. Jak widać, może. W Europie wciąż jeszcze żyją ludzie, którzy z krzykiem budzą się w środku nocy na wspomnienie koszmarów za sprawą wizjonera, który siedemdziesiąt lat temu wymordował miliony ludzi i obrócił w ruinę całe kraje w imię wiary w wyższość jednej rasy nad drugą. Wciąż jeszcze przechodzą ciarki na samo wspomnienie innego wizjonera, zwycięzcy tamtej wojny, który połowę podzielonego świata prowadził jedyną słuszną drogą ku powszechnemu szczęściu. Drogą znaczoną drutami kolczastymi i ogromnymi dołami w ziemi wypełnionymi stosami trupów tych, którzy mieli inne poglądy.

Wydawałoby się, że Europa po takich doświadczeniach musi być skazana na pokój i spokój. Że na tej ziemi nie narodzi się już żaden inny szaleniec. Umysł ludzki rządzi się jednak swoimi prawami.  Nie zdesperowany biedak, nie pozbawiony przyszłości bezrobotny, nie skrzywdzony przez los albo złych ludzi mściciel, lecz najnormalniejszy trzydziestolatek o łagodnej twarzy i spokojnych oczach, wychowany w jednym z najzamożniejszych krajów świata, wziął się za tego kraju naprawianie, przepojony głęboką wiarą w swe idee. „Zrobiłem rzeczy potworne, lecz konieczne”, powiedział po zatrzymaniu bez odrobiny skruchy, nadal silny swoją wiarą.

Przypomina mi się „Kabaret” i pamiętna scena prześlicznej piosenki o łące i ptaszkach śpiewanej ckliwie przez gładko uczesanych chłopczyków, która z każdą następną zwrotką nabiera tempa, innej treści by w finale przerodzić się w przerażający hymn opętanego tłumu z histerycznym „tomorrow belongs to me”. Zawsze przechodzą mnie ciarki ilekroć oglądam ten fragment filmu. I słowa głównego bohatera, skierowane do przyjaciela, Niemca gdy rozbrzmiewają ostatnie takty.

- Wciąż wierzycie, że jesteście ich w stanie powstrzymać?

No właśnie. Wciąż wierzysz Europo? Narody za mordę chwyta się małymi kroczkami. Wolność tracona jest po kawałeczku, niegroźnie, aż nagle pewnego dnia okazuje się, że odwrotu juz nie ma. Po latach bezpardonowego ścigania wyznawców zabronionych, neonazistowskich idei, przyszła tolerancja. Bo jest demokracja, dobrobyt, mądrość społeczeństw, a krzykacze, ekstremiści różnych opcji to taki polityczny folkor. Nawet jeśli nawołują do wieszania na drzewach albo strzelania, to przecież nikt na to nie pozwoli. Nie musi. Sami wezmą. O czym boleśnie przekonała się w piątek Norwegia i cały cywilizowany świat.

Sopot, 23.07.2011; 21:15 LT

 
1 , 2 , 3