Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
sobota, 31 lipca 2010


Potem Hrabia zaprezentował nam nagranie swojego ostatniego kabaretu p.t. „Klątwa Newtona”. 

II Meeting 11

Szkoda, że ten na profesjonalnym poziomie przygotowany i zagrany spektakl nie miał szczęścia do realizatorów dźwięku, którzy na zapis obrazu uzupełnili nagraniem prosto z głośników zamiast ze stołu mikserskiego. Na szczęście, jakby przewidując kłopoty z odbiorem, Hrabia dodał do filmu również napisy w języku angielskim. To, czego nie słychać, da się przeczytać (chociaż akurat główny seans odbywał się bez napisów)

II Meeting 12

Opowieść o podróżach w czasoprzestrzeni zbliżała się do finału, kedy stało się coś, czego nie życzę żadnemu z twórców. Publiczność, zamiast na ekran, zaczęła spogladać w kierunku drzwi, ponieważ właśnie dojechał Belmondo. Z początku dyskretnie, ale potem coraz  śmielej kolejni uczestnicy jęli się witać z dawno nie widzianym kolegą.

Teraz rozumiem, dlaczego spóźnialskich nie wpuszcza się po rozpoczęciu spektaklu do teatru. Pół biedy, że przepychajać się na swoje miejsce przeszkadzają i widzom, i aktorom. Cóz jednak by się stało gdy na scenie w uniesieniu ksiądz Robak kończy swoją spowiedź. Trwoga na twarzach aktorów, przejęci widzowie, Melpomena w uniesieniu krąży gdzieś pod sufitem, a tu nagle boczne drzwi się otwierają i na widownię wkracza pani Doda Elektroda wywołując pisk gimnazjalistek w dziesiątym rzędzie i tumult przepychających się w kolejce po autograf.

Trzeba przyznać, że Hrabia z godnością przelknął te gorzką pigułkę. Dopóki przywitania trwały dyskretnie, ciągnął pokaz z kamienną twarzą, a kiedy rozmowy stawały się coraz głośniejsze streścił finał kilkusekundową wypowiedzią oraz przewinął zdecydowanie nagranie, by po chwili na tle napisów końcowych uściskać Belmonda.

Po wymianie pierwszych wrażeń i tradycyjnych pytaniach „co słychać” (tu należy nie dłużej niż w dwóch – trzech zdaniach streścić okres od ostatniego spotkania czyli od mniej więcej roku po w skrajnych przypadkach ćwierć wieku) ponownie zgasło światło i tym razem obejrzeliśmy ostateczną cyfrową wersję "Czerwonego Kapturka" (rok temu na meetingu zaprezentowana została wersja robocza).

Później do głosu dopuszczony został Krystian. Krystian przygotował pokaz slajdów, których sam nie oglądał lat ponad dwadzieścia. Po prostu zabrał kilka pudełek tuż przed podróżą. Żeby je obejrzeć należało przywieźć też ze sobą rzutnik. Niedawno widziałem podobny w jakimś muzeum.

II Meeting 13

Lecz za to po chwili przenieśliśmy się na tym archaicznym pokazie o trzydzieści lat wstecz, do najpiękniejszego (dla nas) okresu Niemcowej. Przeżywalismy też ponownie dawne kajakowe spływy.

II Meeting 14

Spoglądałem na zapatrzone w owe fotografie, chłonące tamte wspomnienia towarzystwo i jakbym słyszał słynną piosenkę Edith Piaf gdzieś daleko, na dnie serca

Tamte sny
dobre, złe
śmiech i łzy
utonęły we mgle.
(...)
Słodki urwał się film
Już nie sklei go nic
Pasmo najlepszych chwil
dziś przeglądam jak widz

II Meeting 15

Kiedy juz obejrzeliśmy wszystkie slajdy, na stole pojawił sie bigos. Pyszny. Kiedy wszyscy zaspokoili głód i pragnienie, kiedy nagadali się przy tym wystarczająco, pałeczkę znów przejął Hrabia, opowiadając tym razem o swojej kolejnej wyprawie na wyspy południowego Pacyfiku. Hrabia jeździ w ten rejon świata od kilku lat, każdego roku gdzie indziej. Integruje się z tubylcami, mieszkając w ich wioskach i chodząc ubrany jak oni (czyli raczej nieubrany). Lubię słuchać jego opowieści ilustrowanych licznymi fotografiami. Niestety, tym razem ów pokaz wypadł po północy, więc efekt można było łatwo przewidzieć. Zmęczeni podróżami i niedopspaną poprzednią nocą ludzie zaczęli stopniowo odpadać. Cisza podczas projekcji była spowodowana w równym stopniu interesującą narracją i faktem, iż przynajmniej połowa towarzystwa drzemała na swoich miejscach. Szkoda. Hrabia wyraźnie nie miał szczęścia tego wieczoru do programu pokazów. My jednak też straciliśmy, bo inaczej by się oglądało to wszystko, gdybyśmy nie musieli robic tego tak późno.

W końcu o wpół do drugiej poddalismy się wszyscy.  Hrabia przerwał opoweść słowami, że dokończy ją jutro, chociaż szanse na to były niewielkie, zważywszy, że około trzynastej nastęnego dnia większość z nas zamierzała wyjeżdżać.

Ostatnie rozmowy nocnych marków w ogrodzie i niedlugo potem pogasły światła, a dom pogrążył się w ciszy.

II Meeting 16

Nowy dzień jak zwykle zaczął się  od porannej kąpieli, po której wszyscy zasiedlismy do śniadania. Później, jak to zazwyczaj bywa przed wyjazdem, rozpoczęło sie coraz częstsze spoglądanie na zegarki przeplatane zastanawianiem się, jak najlepiej można wykorzystać pozostały jeszcze nieweielki czas. Zazwyczaj nikt już wtedy nie lubi angażować się w jakieś większe projekty, obawiając się, że straci tym samym możliwość zamienienia jeszcze paru słów z przyjaciółmi, których znów zapewne długo się nie zobaczy. Tak było i tym razem. Ani propozycja kolejnej kapieli, ani oglądanie slajdów nie zyskały powszechnej aprobaty. Często jednak zdarza się na imprezach, że najfajniejsze rzeczy są te niezaplanowane. Tutaj pośniadaniowe lenistwo zaowocowało nagle spontaniczną dyskusją na tematy godne zacnych filozofów.

II Meeting 35

Zapachniało nagle ową dawną Niemcową, kiedy grzejąc dłonie o metalowe kubki pełne gorącej herbaty dyskutowało się w kuchni mniej lub bardziej poważnie, aż w końcu najwytrwalsi dogaszali świece i szli oglądać wschodzące nad pasmem Jaworzyny Słońce.

II Meeting 22

II Meeting 19

II Meeting 17

II Meeting 20

II Meeting 21

Potem z kuchni zacz ęły dobiegać dźwięki gitary. To Arab ujawnił się ze swoimi zdolnosciami.

II Meeting 23

Właściwie to były one znane przed laty, ale jakos nikt nie wpadł na pomysł, ani rok temu, ani obecnie, żeby stworzyć odpowiedni nastrój. Bo przecież nie stworzą go najlepsze nawet płyty CD z piosenkami turystycznymi, czy poezją śpiewaną. Tego typu utwory mają sens albo gdy się w ich prezentacji uczestniczy (nieważne biernie, czy czynnie), albo słucha w skupieniu w samotności (co praktykuję często podczas jazdy samochodem). Puszczanie ich jako tło do konwersacji przeszkadza zarówno w odbiorze utworu (słuchacz zajęty rozmową nie może skupic się na tekście, który w tego typu piosenkach jest zazwyczaj znacznie ważniejszy niz muzyka) jak i w samej rozmowie, którą trzeba przerywać jeśli chce się wysłuchać interesującego fragmentu płyty.

Kuchenne śpiewy przerwane zostały wołaniem na szybki obiad, po którym natychmiast rozpoczęło się zabieranie rzeczy i pakowanie

II Meeting 24

II Meeting 25

Jesczcze chwila na pamiątkową fotografię...

II Meeting 27

... i juz pora była się żegnać. Jedni po drugich opuszczali gościnne progi.

II Meeting 28

II Meeting 29

Wydawało mi się, że jestem uzależniony od internetu i związanych z nim gadżetów, ale zdecydowanie wymiękam przy Krystianie. Kiedy my studiowaliśmy papierową mapę Polski, on rozłożył się z laptopem na dachu auta i wprowadził zadaną trasę

II Meeting 30

II Meeting 31

Potem już tylko wystarczyło przygotować cały ów sprzęt do jazdy. Zasilacz pod nogi, laptop na kolana, antena GPS na dach... W drodze powrotnej zrezygnowaliśmy z dodatkowej jeszcze anteny i odbiornika CB radia oraz ze zdublowanego GPS pokazującego trasę alternatywną. Za to Krystian miał jeszcze (sam już nie wiem gdzie to zmieścił) sporych rozmiarów płytownik zapewniający nam przyjemną muzyke (tym razem tylko wersje instrumentalne) podczas długiej jazdy do Gdańska.

II Meeting 32

Nabawiłem się co prawda rozstroju nerwowego sluchając co chwile okrzyków „uwaga radar!”, lokalizację których to urządzeń miała wgraną krystianowa mapa (a wiemy, że obecnie każda szanująca się wieś posiada fotoradar, a te bogatsze to nawet po dwa), lecz dzięki temu zaoszczędziłem zapewne kilka stówek no i jechałem bezpiecznie, czyli cel prewencyjny został osiągniety.

Szczecin, 31.07.2010, 21:40 LT

środa, 28 lipca 2010

Minął rok od naszego pierwszego spotkania – ludzi, którzy spędzali kiedyś wspólnie wolny czas na Niemcowej. I już na koniec tamtego meetingu postanowiliśmy, że nastepnym sezonie również zorganizujemy zjazd. Tym bardziej, że gościnność Araba po pierwszym spotkaniu nie ostygła ani trochę. Trzeba było jedynie wybrac termin, czym z kolei zajął się Hrabia rozsyłając specjalną ankietę. Z niej to wynikło, że najodpowiedniejszym terminem będzie weekend 23-25 lipca.

W pracy jak zwykle. Ciężko się wyrwać o czasie. Akurat w piątkowe popołudnie zbiegło się mnóstwo spraw, więc zamiast o dziewiętnastej, zjawiłem się u Krystiana i Doroty półtorej godziny później. Zanim dopakowali do samochodu swoje rzeczy zrobiła się dwudziesta pierwsza. Ruszyliśmy z Gdańska na południe.

Pogoda nam nie sprzyjała. Po długotrwałych upałach nadeszły ulewne deszcze, które nękały nas przez większą część drogi. Kiedy jednak nastał świt, dwujęzyczne nazwy miejscowości potwierdziły, że znajdujemy się na opolszczyźnie, prawie u kresu drogi.

II Meeting 33

Pietraszów to Petershof, Dobrodzień to Guttentag, a Kocury – Kotzuren. Przy tej ostatniej nazwie od razu przypomniał mi się trzeci bodajże Spływ Walectwa Niemcowskiego z 1985 roku, kiedy to brodzący w wodzie Fistach, zaatakowany przez pijawki ostrzegał polsko-niemieckie towarzystwo okrzykiem „Achtung! Pijawken!”. To, że Fistach będzie na tegorocznym spotkaniu dowiedizałem się dopiero w aucie, gdzieś koło Torunia, kiedy Arab i reszta towarzystwa (które miało bliżej do celu) dzwonili do nas, by dowiedzieć się, czy mają czekać przy nocnym ognisku? Nie było sensu, bo musieliby czekać chyba do śniadania.

Arab i Fistach przywitali nas przed szóstą, ale po krótkiej konwersacji postanowilismy złapać jeszcze trochę snu zanim obudzą się pozostali. Najważniejsze przecież by być w formie wieczorem. Przyłożyłem głowę do poduszki tylko na chwilę i wydawało mi się, że śpię czujnie jak zając po miedzą, lecz jak tylko otworzyłem oczy, dowiedziałem się, że oprócz przeraźliwego chrapania, przez dobrych kilka minut krzyczałem „men! men! men!”. Koledzy nie budzili mnie obawiając się, że być może właśnie ratuję kogoś we śnie i ich nieprzemyślane wyrwanie mnie na jawę sprawiłoby, iż ten ktoś się utopi.

Aby nie wypaść z wprawy, całą grupą, a raczej męską jej częścią ruszyliśmy na poranną kąpiel. Żeby było sprawiedliwie, damska część również się nie nudziła, przygotowując śniadanie. Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale chyba nigdy nie trafił mi się turystyczny wyjazd, na którym spontaniczny podział ról wyglądałby na odwrót.

Kiedy już najedliśmy się do syta, a wskazówki zegarów minęły południe, padlo pytanie co dalej z tak pięknie rozpoczętym dniem. Tak się bowiem złożyło, że atelier, które słuzy nam jako miejsce rozmaitych prezentacji, miało byc dostępne dopiero około dziewiętnastej.

Wybraliśmy się więc na spacer po Strzelcach Opolskich.

Najpierw weszliśmy na wieżę miejscowego ratusza. Wstęp był darmowy, co w dzisiejszych czasach jest ewenementem. Z góry oglądalismy panorame miasta.

II Meeting 03

Nad okolicą zdecydowanie dominowała sylwetka kościoła p.w. Św. Wawrzyńca. Zastąpił on stary i zbyt mały kosciół farny wybudowany kilka wieków wcześniej. Pozostałości tamtego wraz z fragmentem miejskich murów można obejrzeć tuz obok wejścia do obecnej światyni, wybudowanej w stylu neobarokowym nieco ponad sto lat temu.

II Meeting 02

Po przeciwnej stronie uwagę przykuwają ruiny Zamku Książęcego i rozciągający się za nimi park. Zamek, jak wiele innych zabytków na naszej ziemi, nie przetrwał II Wojny Światowej. Tyle tylko, że jego zagłada nastąpiła nie w wyniku bezpośrednich działań wojennych związanych z przejsciem frontu. Rozprawiły się z nim tyłowe oddziały Armii Czerwonej przy okazji palenia i grabienia miasta.

II Meeting 01

Po zejściu na dół obejrzeliśmy spiżową figurę średniowiecznego strzelca – myśliwca. Od 1929 roku, kiedy na zlecenie ówczesnego magistratu została odlana i ustawiona w tym miejscu, jest symbolem miasta, które swoją nazwę według jednej z wersji zawdzięcza strzelcom książęcym (myśliwym), zamieszkującym tę okolicę i towarzyszącym w polowaniach kolejnym księciom opolskim.

II Meeting 04

To było miejsce w sam raz na pamiatkową fortografię uczestników meetingu.

II Meeting 05

Potem zwiedziliśmy wnętrza wspomnianego juz kościoła Św. Wawrzyńca. Większość jego wyposażenia pochodzi ze starego kościoła, który przed opuszczeniem utrzymany był w stylu barokowym. Główny ołtarz na przykład został wykonany na początku XVIII wieku przez niejakiego Jana Königa z Wrocławia.

II Meeting 07

Zakrawa na cud, że bryła kościoła jak i jego wnętrza przetrwały owo bezsensowne niszczenie wkraczających za frontem sołdatów.

II Meeting 08

II Meeting 06

Kiedy już się naoglądaliśmy, zrobilismy krótki popas w położonej po sąsiedzku restauracji „Browar”, ulokowanej w odrestaurowanym budynku dawnej fabryki (browaru?). Trzeba przyznać, że przeżywający drugą młodość obiekt prezentuje się okazale zarówno na zewnątrz jak i w środku. Jedynie malowidła, socrealistyczne w formie i trudno powiedzieć jakie w treści (czego tam nie ma? I wojowie piastowscy, i traktory, i przedstawiciele rozmaitych zawodów, i wieża Eiffla) stanowią wyraźny dysonans. Chociaż w ten temtyczny groch z kapustą i natłok detali pozwala gościom zająć się odkrywaniem coraz to nowych szczegółów, dzięki czemu nie dłuży się czas oczekiwania na zamówioną potrawę

II Meeting 09

W parku za ruinami podziwialismy przede wszystkim piękny starodrzew.

II Meeting 34

Kiedy wróciliśmy do domu, dochodziła siedemnasta. W sam raz, aby trochę się zdrzemnąć, a potem zjeść obiad. Były też telefony do Belmonda, ostatniego z zapowiedzianych uczestników spotkania, który jednak dopiero o szesanastej wyjechał ze Szczecina. Po dziewiętnastej ropoczęła się t.zw. część artystyczna. Na początek obejrzeliśmy roboczą wersję filmu Franciszka p.t. „Wariat z garbem”. To cyfrowa wersja filmu nakręconego na Niemcowej kamerą 8 mm w bodajże 1978 roku. Ta nowa wersja stanowi swoisty kolaż tamtych migawek, fotografii oraz oryginalnego dźwięku (piosenki z akompaniamentem gitary, nagrywane też na Niemcowej mikrofonem na prościutki magnetofon kasetowy). Mój Boże, dopiero teraz widać, jak ogromną drogę przeszliśmy przez minione trzydzieści lat. Jakość zdjęć na owej taśmie filmowej, zdobywanej w owych czasach w niemałym trudzie i będącej synonimem wyższego stopnia wtajemniczenia w stosunku do ludzi, którzy aparatami marki smiena (albo w wersji profesjonalnej „zenit”) robili fotografie, jest pod wzgledem technicznym daleko w tyle od najprostszych filmików wykonywanych obecnie masowo telefonami komórkowymi. Podobnie dźwięk, przytłumiony i niewyraźny, zapisywany na taśmach podczas specjalnych sesji, nijak się ma do cyfrowej jakości zapisów na dyktafonach przeciętnych komórek. Ale za to jaki ładunek emocjonalny niósł ów film! Właśnie w takiej, niezwykle prymitywnej jak na dzisiejsze standardy wersji. Myślę, że nawet gdyby istniała możliwość wykonania idealnie czystego, doskonałego zapisu obrazu i dźwięku po latach, i tak dla osiągnięcia zamierzonego efektu należałoby go nieco postarzeć. To przecież tak, jakby ktoś chciał puśćić dzieła Chaplina w 3D i w kolorze. Należeliśmy do tamtej Niemcowej i taka już zostanie w naszych sercach.

Więcej nie napiszę, bo i pora zbierać się do pracy, i wykorzystałem limit pamięci na jeden wpis. Reszta więc w następnym odcinku.

Gdynia, 28.07.2010, 08:10 LT

piątek, 23 lipca 2010

Wszyscy zawsze zazdrościli nam położenia miejsca pracy. Biuro w pierwszej linii zabudowy przy sopockiej plaży to prawdziwy rarytas. Tyle tylko, że latem zazwyczaj jesteśmy jedynymi w tamtym rejonie, którzy zamiast plażowych atrybutów niosą w torbach laptopy i pliki rozmaitych dokumentów. Wszyscy idą się kąpać albo wygrzewać na słońcu, a my w ostatniej chwili skręcamy w bok, by usiąść za biurkiem.

W doskwierające ostatnio upały postanowiliśmy z Aniołem wykorzystac chociaż trochę potencjał drzemiacy w adresie naszego miejsca pracy. Od trzynastej do czternastej mamy przerwę na lunch, więc zamiast jak wszyscy skonsumować to, co nasz kucharz świezo nam przyrządził, pakujemy jadło do pojemników do późniejszego odgrzania w mikrofalówce i biegniemy na plażę. Zamieniamy biurowe ciuchy na stroje kąpielowe (nie w biurze oczywiście, by nie drażnić przełożonych) i korzystamy ze słońca oraz wód Bałtyku, który tego lata jest już ciepły niemal tak jak południowe morza.


Potem przebieramy się z powrotem w oficjalne ubrania i jak gdyby nigdy nic wracamy za biurka. Niesamowita jest taka przerwa w środku pracy.

A obiad? Podgrzałem i zjadłem go przed chwilą, to znaczy kilka minut po drugiej w nocy. Bo po pracy ćwiczylismy z Aniołem walce i rumby, a potem przygotowywałem się do wyjazdu na kolejny (po zeszłorocznym) meeting ludzi z Niemcowej, czyli tych, którzy chatkę w Beskidzie Sądeckim odwiedzali mniej lub bardziej często, oraz tych, którzy tylko o niej słyszeli, ale poprzez rodziny i znajomych czują się z nią (a raczej z nami) w jakiś sposób związani.

Samochód gotowy, zakupy zrobione. Jutro po pracy czyli około osiemnastej wyruszam z Gdańska z Krystianem i Dorotą na Opolszczyznę w gościnę do Araba.

Gdynia, 23.07.2010; 02:40 LT

środa, 21 lipca 2010

Dzisiejszej nocy trafił mi się dyżur przed komputerem. Nic nadzwyczajnego w firmie shippingowej. Kiedy jednak zamknąłem wszystkie pliki i przygotowywałem się do spania, kątem oka spostrzegłem wyłaniającą się zza cieniutkiej linii Półwyspu Helskiego tarczę słońca.

Swit 05

Swit 06

Budził się kolejny dzień

Szybko chwyciłem aparat, otworzyłem okno i dopijając resztę zimnej już kawy ustrzeliłem kilka fotek.

Widzialność była piękna i żadna chmura nie przesłaniała złocistej kuli. Jedynie lekka deformacja jak to zwykle bywa tuż nad widnokręgiem.

Swit 07

Właściwie od razu przeszała mi senność. Móglbym posiedzieć jeszcze dłużej, kontemplować w porannej ciszy niezwykły widok, ale przywołałem się do porządku mając w perspektywie pobudkę o siódmej, a potem cały dzień przed komputerem w biurze.

Zrobiłem jeszcze jedno zdjęcie, gdy słońce wzniosło się na tyle, że na pomarszczonej powierzchni zatoki pojawiły się pierwsze refleksy. Sama zatoka wydala się dziwnie mała w tym porannym brzasku pozbawionym mgieł charakterystycznych dla tej pory dnia.

Swit 08

Poczułem się trochę jak na wakacjach, kiedy to nieraz oczekiwałem wschodu gdzieś na szczytach gór. I w takim wakacyjnym nastroju uleciałem gdzieś w krainę Morfeusza, z której dwie i pół godziny później wyrwał mnie natrętny dźwięk budzika.

Do pracy. Już po wakacjach.

Sopot, 21.07.2010; 08:50 LT

poniedziałek, 19 lipca 2010

Dopełnieniem coraz bardziej żenujących komentarzy (z obu głównych politycznych obozów, niestety) na temat smoleńskiej katastrofy, jest chyba jeszcze bardziej żenująca „walka o krzyż” przed Pałacem Prezydenckim. Możnaby pokiwać głową z politowaniem nad poziomem absurdu, do jakiego doprowadzono spór o ów nieszczęsny religijny symbol, gdyby nie fakt, że uwikłały się w niego i okopały na swoich pozycjach najważniejsze osoby naszej politycznej sceny. Najmniej mają już do powiedzenia ci, którzy powodowani żałobą krzyż postawili, czyli harcerze oraz Kościół. Kto spróbuje przenieść ów krzyż (choćby i na Wawel, czy do Zamku Królewskiego, to będzie zupełnie jasne, kim jest i po której, w różnego rodzaju sporach dotyczących polskiej historii, jest stronie, twierdzi pan Kaczyński.

Na szczęście wybory parlamentarne już za rok. Nie wiem kto wygra, ale jestem niemal pewien, że nie pieniactwo.

W cieniu wyborów (a może na odwrót) emocjonowaliśmy się mistrzostwami świata w piłce nożnej


Odkąd tylko zacząłem świadomie oglądać turniejowe pojedynki (czyli od 1974 roku – miałem to szczęście), większość obejrzałem niemal w całości, pamiętając niejeden emocjonujący fragment. Ot chociażby niesamowitą reprezentację Kamerunu, która w meczu otwarcia 1990 roku pokonała mistrzów świata Argentyńczyków 1:0, a potem w ćwierćfinale długo prowadziła z Anglią 2:1, tracąc wyrównujacą bramkę na siedem minut przed końcem meczu i przegrywając ostatecznie w dogrywce. Dopiero w tym roku równie daleko jak wtedy Kamerun, zaszła Ghana, lecz dziś oczekiwania co do afrykańskiego futbolu były już daleko wyższe, więc powód do chwały znacznie mniejszy.

Mistrzem świata została Hiszpania, po zwycięstwie 1:0 (bramka strzelona na cztery minuty przed końcem dogrywki) nad Holandią. Nie dość, że był to pierwszy w historii występ w finale Hiszpanów, to jeszcze dokonali niezwykłego wyczynu trafiając „dublet”, bo są także aktualnymi mistrzami Europy (zwycięstwo w turnieju w 2008 roku).


Wcześniej podobny wyczyn udał się tylko reprezentacji RFN w 1974 roku. 

Dwa mecze (półfinał Niemcy-Hiszpania, oraz o III miejsce Niemcy-Urugwaj) oglądąłem w Multikinie, w formacie 3D. Muszę przyznać, że widowisko warte było pieniędzy zapłaconych za bilet. Szczególnie ujęcia z poziomu murawy oglądane na wielkim ekranie urzekały swoją niesamowitością. Odnosiło się wrażenie, jakby stało się tuż przy linii bocznej boiska, albo tuż za bramką, bliżej niż widzowie na trybunach.

Ten rok (a własciwie końcówkę poprzedniego) można z pewnością uznać, za początek ery 3D w wydaniu komercjnym. Wcześniej zdarzały się pokazy krótszych lub dłuższych filmików, lecz jedynie w formie ciekawostek. Aż w końcu pojawił się „Avatar” – pierwszy film fabularny zrealizowany w technice 3D.


Obejrzeliśmy go z Aniołem na początku stycznia, o czym z braku czasu na blogu nie wspomnialem. Trzeba przyznać, że fabuła ze swym proekologicznym przesłaniem była co prawda poprawna „politycznie” lecz w swej poprawności tak przewidywalna, że aż prymitywna – na poziomie kina familijnego klasy B. Natomiast efekty specjalne palce lizać. Krajobrazy tajemniczej planety o złowrogiej nazwie Pandora, jej niezwykła fauna i flora oglądane w wersji trójwymiarowej zapierały dech w piersiach.


Od tej pory niemal każdy szanujący się film (przynajmniej z tych przygodowych) musi pojawić się w wersji 3D.  Podobnie jest z wydarzeniami sportowymi. Cztery lata temu na finał mistrzostw świata wybrałem się do Multikina. Wtedy była to nowość – raczkowała u nas telewizja HD, dzięki której taka bezpośrednia transmisja w kinie miała sens. W tym roku oglądaliśmy już transmisje w wersji przestrzennej. Co nowe technologie przygotuja nam za kolejne cztery lata? A za szesnaście?

Skoro już o oglądaniu mowa to wspomnę, że mamy lato, a wraz z nim ruszyła scena letnia Teatru Miejskiego im. Gombrowicza w Gdyni. Na plaży w Orłowie, najednym z pierwszych spektakli pani Dorota Lulka zaśpiewała polskie wersje piosenek Piaf ze spektaklu, który grany jest od kilku lat na scenie tego teatru. Pisałem o nim kiedyś na tym blogu. Uwielbiamy z Aniołem słuchać piosenek legendarnej, francuskiej wokalistki i nie mogliśmy przepuścić okazji wysłuchac ponownie ich polskich wersji w scenerii bałtyckiej plaży w Orłowie. Przy okazji zabraliśmy ze sobą mojego tatę. Tym razem nie wziąłem ze sobą aparatu fotograficznego więc tę notke zilustruję filmikiem odnalezionym na „You Tube”, na którym aktorka gdyńskiej sceny wykonuje „na bis” kilka utworów, po jednym ze spektakli "Piaf" na deskach teatru.

http://www.youtube.com/watch?v=s3dfZG1ANKE&feature=related

Na scenie na plaży była w równie dobrej fomie, dając nie tylko popis możliwosci wokalnych, lecz przeplatając piosenki opowieściami zarówno z życia samej Edith Piaf jak i o swoich osobistych przeżyciach związanych z wykonywanymi utworami. Każdy zresztą przezywa je na swój sposób. Aiołowi oczy zaszkliły się na dźwięk „La vie en rose”, ja zawsze równie emocjonalnie reaguję na słowa „Niczego nie żałuję”, a we dwoje, przytuleni, zasłuchani w milczeniu chłonęłismy słowa „Kochanków dnia” (tłumaczenie Wojciecha Młynarskiego):

Zmywam dzień i noc szklanki w budzie tej,

Mam harówy moc, marzeń trochę mniej,

I w tym podłym tle hotelowych ścian,

Te sylwetki dwie wciąz przed sobą mam,

Nie wiedział nikt skąd przybyli w tym dniu,

Prosili o kat by kochać się tu

W ich oczach był blask, był pośpiech i głód

I los im swych łask udzielił gdy mógł

Patrzyli w zachwycie na marny pokoik,

Nim przeszli przez próg, nim przeszli przez próg

W cih oczach był wciąż ten pośpiech i głód,

Czy na mnie by ktoś tak popatrzeć by mógł?

I zazdrość, i złość mnie żarła psiakrew,

Gdy myłam to szkło, oparta o zlew...

Po spektaklu kupiliśmy płytę z nagraniami tych utworów

http://www.youtube.com/watch?v=rvsL-mIFOWk&feature=related

Dzięki niej ów wieczorny koncert przeciągnął się za sprawą odtwarzacza CD niemal do północy. Wcześniej zaś Anioł uzyskał na okładce płyty autograf i dedykację od artystki.

Gdynia, 19.07.2010; 02:00 LT

 
1 , 2 , 3