Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
czwartek, 30 lipca 2009

Sobotni spacer po Szczecinie zakończyłem wizytą w Różance i na Jasnych Błoniach. Szczególnie tego pierwszego miejsca byłem bardzo ciekawy. Ogród Różany znałem tylko z opowieści. Założony pod koniec lat dwudziestych ubiegłego wieku, jeszcze do lat sześćdziesiątych służył mieszkańcom miasta, a potem podpadł w ruinę  Niedawno teren wrócił znów do miasta, które postanowiło przywrócić mu dawny blask.

Muszę przyznać, że udało się to świetnie. Nie wiem co prawda jak wyglądał oryginał, ale obecne, pięknie utrzymane alejki pośród ogromnej rozmaitości róż też robią duże wrażenie. Oby tylko nie ograniczoo się do odtworzenia przeszłości, lecz dodano z czasem coś od nas, ślad po żyjących tu obecnie.  Słyszałem, że niedługo ma powstać tu kawiarnia, więc to już byłoby coś.

 

Niewątpliwym symbolem Rózanki jest Ptasia Studnia – fontanna z lat trzydziestych zaprojektowana przez Gregora Rosenbauera, a wyrzeźbiona przez Kurta Schwerdtfegera. Niedawno odrestaurowana znów cieszy Szczecinian, a ja moge jedynie załować, że akurat podczas mojej tu wizyty mogłem podziwiać jedynie same rzeźby, bez cieknącej wody.

  

Wśród takiego bogactwa szlachetnych kwiatów aż prosi się o sztukę przez wieksze s. I chwała organizatorom, ze na taki pomysł wpadli. Rózany Ogród Sztuki oferuje każdego weekendu bezplatne koncerty ambitniejszej muzyki, Na skraju pergole wyznaczają zaś miejsce na galerię. Tym razem mozna było tam oglądać wystawę plakatów uczniów szczecińskiego Liceum Plastycznego oraz studentów Wyższej Szkoły Sztuki Uzytkowej. Świetnie, że nie zamknieto ich na zawsze w szkolnych murach, lecz pozwolono na kontakt z szerszą publicznością. Uczta to dla oczu spacerowiczów, a swego rodzaju nobilitacja dla młodych ludzi, którzy dopiero przygotowuja się do postawienia pierwszego kroku w swojej karierze.

  

Bardzo byłem ukontentowany tą wizytą i na tyle zaostrzyłem sobie apetyt na coś jeszcze, że postanowiłem pospacerować jeszcze w miejscu doskonale mi znanym i odwiedzanym niezliczoną ilość razy. Jasne Błonia. To moje kolejne po Wałach Chrobrego ulubione miejsce.

Wielka i pieknie utrzymana, zielona przestrzeń. Jakież to szczęscie, że wspólnymi siłami mediów oraz mieszkańców dano odpór szalonemu pomysłowi zorganizowania tu w bieżącym roku konnej gonitwy. Strach pomyśleć co zostałoby z trawników i alejek stratowanych przez setki kopyt.

Najpiękniejsze na Jansych Błoniach są dostojne platany. Otaczają plac murem zieleni skrywając zarazem w głębokim cieniu szerokie aleje.

Przez ogromną przestrzeń Jan Paweł II błogosławi trzem orłom Pomnika Czynu Polaków.

Oby sprawiło, że ten czyn rzeczywiście stanie się godny miasta, które niedawno (5 lipca) obchodziło sześćdziesiątą czwartą rocznicę przyłączenia do Polski.

Jak skompllikowana jest historia Szczecina niech świadczy chociażby właśnie ten fakt. Polsce ostatecznie powierzono je niemal w dwa miesiące po ustaniu działąń wojennych. Dwa miesiące niepewności, przejmowania i oddawania władzy przez Polaków, odpływu i napływu ludności niemieckiej. Opis pierwszego, powojennego roku Szczecina autorstwa Piotra Zaremby, pierwszego polskiego prezydenta tego miasta czytałem wiele lat temu z zapartym tchem.

Docenia się obecny wygląd miasta oglądając punkt wyjścia – całkowicie zburzone Stare Miasto. Ta część miasta, która wszędzie na swiecie tworzy jego klimat przestala istnieć niemal z dnia na dzień.

Chwiejna, powojenna równowaha i niepewność co do dalszych losów miasta sprawiły, że poza nielicznymi obiektami nie próbowano odbudowy. Stare zrównano z ziemią, a pierwsze, niesmiałe nowe pojawiło się dopiero w latch pięćdziesiątych, gdy n.p. Warszawa szczyciła się już Pałacem Kultury, rynkiem Starego Miasta czy Mariensztatem.

Po 1989 roku kiedy dokonywał się wielki skok cywilizacyjny polskich miast, Szczecin znów został w tyle. Tym razem na własną prośbę, a raczej za sprawą nie najlepszych zapewne wyborów lokalnych władz. Zrobiono wiele i trzeba to docenic oglądając stare zdjęcia, lecz w ostatnich dwudziestu latach inni zrobili więcej , przez co dystans nie chce się zmniejszać.

Wierzę jednak, że ta tendencja w końcu się odwróci. To miasto ma wciąż w posagu ogromną rente geograficzną, która prędzej czy później zacznie przynosić profity. Żywię głeboką nadzieję, że taki, prężny i piękny Szczecin dane będzie mi ogladać. Ta nadzieja i oczekiwanie, że następnym razem zobaczę coś nowego towarzyszyła mi gdy w niedzielne, późne popołudnie mknąłem Trasą Zamkową w odwrotnym kierunku, zostawiając za plecami Wały Chrobrego i Zamek. Do Trójmiasta, rozpocząć kolejny, pracowity tydzień.

Sopot, 30.07.2009; 18:40 LT

 

 

poniedziałek, 27 lipca 2009

Nadszedł w końcu dzień wyjazdu do Szczecina. Nie byłem tu od początku marca. Głównym punktem programu wizyty oprócz zobaczenia się z tatą i bratem miała być wymiana opon na letnie. W marcu jeździłem jeszcze na zimowych i nie przypuszczałem, ze następna okazja pojawi się dopiero w najcieplejszym miesiącu roku. Panowie w warsztacie moja prośbę przyjeli jednak z kamienną twarzą i bez słowa komentarza, tak jakby jazda na zimówkach w lipcu była czymś najzupełniej normalnym. Byli nawet na tyle uprzejmi, że nie skasowali mnie za przedłużenie terminu składowania u nich opon ponad uzgodnione sto osiemdziesiąt dni mimo, że umowa dawała im możliwość nałożenia na mnie dodatkowej opłaty w wysokości dziesięciu złotych za każdy dodatkowy tydzień. Odpuscili mi w ten sposób jakieś sto dwadzieścia złotych. Tym się rózni niewielki prywatny zakład od molocha w postaci TP SA.

Dzień przed moim wyjazdem przez kraj przetoczyły się gwałtowne burze z wichurami, które pozbawiły życia osiem osób, kilkadziesiąt raniły i wyrządziły znaczne szkody. Pogoda jeszcze się nie ustabilizowała, ale burze nie miały być już tak groźne.

Do Słupska świeciło słońce, a potem zaczęło się chmurzyć. Wkrótce zrobiło się ciemno i zaczęło padać dość intensywnie

Jeszcze później zaś pracujące na pełnych obrotach wycieraczki miały kłopot ze zgarnianiem potoków wody na szybie,

Nie trwało to długo. Raptem jakies kilkanaście minut. Ciemna chmura została w tyle i niemal natychmiast wyjrzało Słońce. Ale jak wyjrzało! Uraczyło nas taką tęczą, że nie mogłem powstrzymac się od zrobienia kilku fotek. Zjechałem na pobocze

Nie byłem sam. Stał tam już jeden samochód, którego właściciel własnie grzebał w bagażniku w poszukiwaniu aparatu.

- Ależ niesamowita! Jeszcze takiej nie widziałem! – powitał mnie podniecony gdy tylko otworzyłem drzwi z aparatem w dłoni.

- Tak. Piękna jest! I podwójna!

Rozpoczęło się pstrykanie. Zastanawiałem się, jak to ciekawie się splata, że dwa przypadkowe samochody zatrzymuja się niezależnie w tym samym miejscu w szczerym polu by samotnie podróżujący faceci mogli ustrzelić kilka fotek dzieląc się przy okazji wrażeniami.

Tęcza była tak intensywna, dokładnie rysowała na niebie półokrąg od porośnietego zbożem pola po ginącą w oddali linię szosy. Niestety, półokrąg był tak wielki, że w żaden sposób nie mieścił się w kadrze mojego aparatu. Sfotografowałem jedynie drugi jej koniec.

Długo jeszcze delektowałem się widokiem wielobarwnej wstęgi na wciąż groźnie ciemnym niebie.

  

Kiedy schowałem aparat, nieznajomy współobserwator zdążył już odjechać. Ruszyłem też w dalszą drogę i ja, bo obiecałem tacie, że wpadnę pod rodze do niego na herbatę, a nie zanosiło się, bym miał zdążyć przed jedenastą.

Nie przestawiłem się jeszcze całkowicie z czasu chińskiego. Dlatego wieczorem zaczęła mi doskwierać senność (w Chinach już zbliżał się świt). Dojechałem jednak jakoś i krótko po jedenatej pilismy już z tatą wspomnianą herbatę, dzielac się opowieściami z ostatnich miesięcy. W sobotę rano spotkalismy się na dłużej, a po południu poszedłem na spacer po mieście.

Wokół katedry trwał Jarmark Jakubowy. No tak, w sobotę było Jakuba, patrona Hiszpanii, którego relikwie nawiedziłem kiedyś w Santiago de Compostella korzystając, ze przypłynąłem statkiem do jednego z pobliskich portów. Kilka lat później z przejęciem pochłaniałem kolejne strony „Pielgrzyma” Coelho i pokonanie trasy pielgrzymki do tego sanktuarium jest jednym z moich niezrealizowanych marzeń. Dopiero teraz tak na dobrą sprawę uświadomiłem sobie związek między tamtą katedrą, a szczecińską.

Jak to na odpuście kramy wokół koscioła kusiły rozmaitymi atrakcjami, aczkolwiek musze przyznać, że nie tak kiczowatymi jakie określa się mianem „odpustowych”. Zdrowa żywność, miody, rękodzieło i.t.p. niosły przyjemność samego oglądania. Mi najbardziej podobała się pamiatka ze Szczecina w postaci... paprykarza szczecińskiego. Każdy mógł skosztowac pajdy chleba z rybnym specyfikiem, a także zaopatrzyć się w stosowby plakat albo widokówkę.

Potem pojechałem windą na wieżę, gdzie otwarto niedawno punkt widokowy. Z tej perspektywy Szczecina jeszcze nie oglądałem. A było warto. Oczywiście najfajniej prezentuje się Zamek Książat Pomorskich z Odrą i taflą Jeziora Dąbskiego w tle.

Nieco na południe u podnóża wzgórza zamkowego nowa szczecińska starówka. To co alianci przez pomyłkę (zamiast stoczni i portu) zrównali z ziemią podczas dywanowych nalotów w 1944 roku, i czego resztki posłużyły jako materiał budowlany do odbudowy Warszawy, dziś cieszy oko częsciowo wiernie odbudowane, a częsciowo jako nowoczesne lecz stylizowane na zabytkowe obiekty. Szkoda tylko, że odbudowa tak bardzo się slimaczy.

Miłe, że u góry słychac było też obce języki, i to bynajmniej nie jedynie niemiecki. Ta kontemplująca widoki dwójka porozumiewała się ze sobą po francusku,

W kierunku zachodnim zwraca uwagę widoczna na widnokreku farma wiatraków. To już Niemcy. Te wiatraki stoją kilkanaście kilometrów za granicą.

Na południu zaś kusi Międzyodrze. Jeżeli spełnią się coraz realniejsze sny, za kilka lub kilkanaście lat część przemysłowych obecnie wysp zmieni zupełnie swój charakter. Zwrócone juz miastu staną się nowym centrum Szczecina, który po latach wraca nad Odrę. Tam gdzie kończy się zabudowa, rozpoczynaja się niezwykłe rozlewiska wielkiej rzeki. Szczecińska Amazonia.

Katedra pięknieje z każdym dniem. Duża w tym zasługa proboszcza, księdza Kazieczko, dzięki któremu odbudowano wieżę, powstal punkt widokowy, odnowiono kaplice, zakupiono świetnej jakości organy, i który wciąż sypie pomysłami.

Docenia się to wtedy, gdy porównuje stan obecny z tym, co zostało po świątyni po zakończeniu II Wojny Światowej. Zrujnowany szkielet pośród morza gruzu zrównanego z ziemią Starego Miasta.

Takie zdjęcia powojennego Szczecina mozna oglądać na plenerowej wystawie przed Urzędem Miejskim. To była niezwykła lekcja i również świetny pomysł na zagospodarowanie placu przed siedzibą władz miasta.

Szczecin, 26.07.2009; 13:00 LT

Anioł czekający tuż przy wyjściu z pomieszczenia odprawy... Cóż za radosna i wytęskniona chwila! Trwamy czas jakiś przytuleni, ale nie możemy blokować przejścia. Gdańskie lotnisko jest bardzo zatłoczone. Wsiadamy do taksówki. Mój Anioł wziął dzień urlopu, więc nie musimy się stressować jej powrotem do pracy.

- Witamy na polskiej ziemi! – przywitał mnie telefonicznie boss niedługo po wniesieniu walizek do domu. Ale miła niespodzianka! I on pamiętał?

- Wie pan, mamy tu w biurze gości i jakby mógl pan na jutro przygotować taką prezentację o ostatnim stoczniowym remoncie złożoną z kilkudziesięciu zdjęć... Wiem, że to dzień przyjazdu, ale gdyby dał pan radę... – wzruszenie pamięcią o moim przylocie jakoś szybko wyparowało i słysząc ów ciąg dalszy przywitania przechodzę do konkretów. Ile zdjęć, na którą godzinę i na co szczególnie zwrócić uwagę przy wyborze?

Nazajutrz więc najpierw przeglądam około dwóch tysięcy fotek by wybrać te kilkadziesiąt, a potem laduję w biurze i opowiadam o stoczni. A miał to być dzień na rozpakowanie walizek i uporządkowanie prywatnych spraw. Ot chociażby taki telefon. Pomimo polecenia zapłaty z niewiadomych przyczyn nie wpłynęła płatność za marzec. Nieważne, że za poprzednie i następne miesiące wpływała. Poczta głosowa poinformowała mnie, że Telekomunikacja Polska połaczenia zablokowała. Pewnie znów trafiłem na listę dłużników...

To wszystko jednak nieważne wobec zwyczajnej radości z powrotu. Najchętniej biegałbym wszędzie jak spuszczony z łańcucha pies... A z drugiej strony, najchętniej nie wychodziłbym z Aniołem nigdzie – po co wałęsać się gdzieś po bulwarze gdy dobrze nam razem pod ciepłą kołderką pośród bębniącego o szyby deszczu wzmaganego porywami wichru?. Kiedy jednak po deszczu przychodziło słońce (a przeplatało się to ostatnimi dniami wyjątkowo często, ruszaliśmy na spacer nad morze bo to przecież wakacje. Wakacje w sensie pory roku, bo wszak my wakacji nie mamy. Większość czasu spędzamy w biurze o dwa kroki od sopockiej plaży (co jest prawdziwą męką Tantala). Nie dajemy się jednak i staramy się żyć tak, by wakacje czuło się pomimo biura.

W środę wieczorem poszliśmy na „Zorbę”, którego Teatr Miejski w Gdyni wystawiał na swojej letniej scenie na plaży w Orłowie. Pomysł fantastyczny, za którym publiczność głosowała nogami. Przed samym spektaklem kupno biletów nie zawsze jest możliwe.

Scena stoi prawie w morzu, aktorzy grają na niej, a także wprost na piasku Zastanawialiśmy się na ile doskwiera to tancerzom wykonujacym bardzo dynamiczne elementy w zasznurowanych butach. Prawdodpodobnie po spektaklu mogą wytrzepywac nieprzyjemne ziarenka ze wszystkich zakamarków obuwia.

Kiedy akcja zaczęła się zawiązywać, z nieba pokropiło ostrzegawczo. Niektórzy wyjęli parasolki. Moglismy im pozazdrościć bo nasza została w bagażniku samochodu. Jakoś nie przyszło nam do głowy, że teatrze może padać. Przestało, ale po następnych kilku minutach lunęło już na dobre.

Aktorzy próbowali jeszcze grać, ale w końcu się poddali. Spektakl przerwano. I całe szczęście, bo gdy tylko dotarlismy pod wiatę baru, nadeszła prawdziwa ściana deszczu. Ogłoszono, że kasa zwraca pieniądze za bilety, a ci, którym nie chce się stac w kolejce mogą na podstawie tych samych wejściówek obejrzeć jedno z następnych przedstawień w wybranym przez siebie terminie. Po tym komunikacie aktorzy poszli integrować się z publicznością, to znaczy korzystać z tego samego baru. Najwazniejszą zaletą tej sytuacji jest fakt, że  być może następnym razem nie zapomnę aparatu fotograficznego. Pstryknąłem kilka zdjęć moim nowym nabytkiem – chińskim telefonem komórkowym, który co prawda ma w sobie takie cudeńka jak telewizor, ale aparat beznadziejnej jakości (co widać powyżej).

Zamiast oglądania sztuki, zaaplikowalismy sobie spacer po orłowskim molo.

Nazajutrz zaś wylądowaliśmy w... Operze Leśnej na „Skrzypku na dachu”, czemu mam nadzieję poświęcić oddzielny wpis.

Podobnie jak wyjazdowi do Szczecina, który przywitał mnie brakiem prądu. Prądu nie było lokalnie. Ściślej, tylko w moim mieszkaniu. Kiedy dotarłem tam około północy z piatku na sobotę, oprócz sterty rozmaitej korespondencji oraz reklam wyjąłem ze skrzynki karteczke informującą, że z powodu nieopłacenia rachunku za prąd odcieto mi dostawy energii i w przypadku mojego dalszego uchylania się od uregulowania długu w wysokości siedemdziesięciu dziewięciu złotych, sprawa zostanie skierowana do sądu. Teraz to już na pewno jestem znów na liście niesolidnych dłużników. Na ewentualny kredyt większych szans nie mam. Mógłbym tłumaczyć, że wyjeżdżając na miesiąc nie sądziłem, że utknę w Chinach na ponad trzy. Odpuszczę jednak, bo i tak odbiją piłeczkę, że trzeba było jakoś to załatwic, na przykład powiadamiając ich, że zapłace później. I będą mieli rację. A jak powiem, że najzwyczajniej zapomniałem tam daleko o tak przyziemnych sprawach, to się uśmieją jak rzadko kiedy. Zrobiłem pokornie przelew owych feralnych, niecałych ośmiu dych plus drugie tyle za ponowne przyłączenie energii, a póki co piszę bloga w kawiarni, bo tam mogę podłączyc się do gniazdka, które nie jest tylko atrapą.

Szczecin, 25.07.2009; 22:05 LT

wtorek, 21 lipca 2009

W sobotę oczekiwanie na jedyny serwis, który znalazł czas, by przyjechać. Podrózują z Nantongu, a potem jeszcze muszą zgłosić się do Immigration Office po przepustki. Kiedy dostaną, pozostanie jeszcze jazda motorówką. Około czternastej docierają. W międzyczasie otrzyamłem wiadomość, że do Szanghaju dotarła oczekiwana kula żyroskopu. Posłaniec przekazał ją agentowi i samochód już ją wiezie do Jiangyin.

Obserwuję prace serwisantów i ten widok nie napawa mnie optymizmem. Faceci glównie się przyglądają. Coś tam grzebią, ale widać że bez przekonania. Robią w zasadzie wszystko to co my robiliśmy do tej pory i o czym ich informowaliśmy strata czasu.

Odzywa się kolejna firma, której zawracaliśmy głowę w piątek. Mówią, że na niedzielę rano są w stanie kogoś dosłać. Hm, zastanawiam się co robić. Niewiadomych mnóstwo, a decyzje trzeba podejmować z wyprzedzeniem. Tamten serwisant tez jedzie z innego miasta, więc trzeba mu dać odpowiedź jak najszybciej. Trzeba też zapłacić za nasze bilety lotnicze na niedzielę, ale zanim tamtem załatwi sobie przepustkę i dojedzie na pewno nie zdąży się uporać z problemem na tyle szybko, by mozna było wyjechać na lotnisko ze świadomością, że problem został rozwiązany. Ale może ci, którzy już są jednak zdołają naprawić? A może wymiana kuli rozwiąże problem? Na oddatek jeszcze pilota trzeba zamówić z dwudziestoczterogodzinnym wyprzedzeniem. Jak go zamawiać jeśli nie wiadomo, czy będziemy gotowi. Wszystko to są jakieś wydatki...

W końcu po długim namyśle decyduję się potwierdzać wszystko. Mniejszym złem będzie ewentualne odwołanie. Zamawiamy pilota na dziewiąta rano w niedzielę. Bilety lotnicze zostają opłacone również. I serwisant na niedzielę również załatwiony choć to się kompletnie kłóci jedno z drugim.

Kula dotarła do Jiangyin. Agent dzwoni i mówi, że za chwilę motorówka z nią wyjeżdża na statek. Tymczasem serwisanci definitywnie się poddają. Mówią, że wrócą na ląd tą samą motorówką i przyjadą nazajutrz. Odpowiadam, że nie ma czasu na pracę nazajutrz. Jeśli im się nie udało to kończymy. Wystawiają raport z ktorego wynika, że coś tam jednak zrobili. Rozpoczynają się długie targi i udowadnianie, ze to co zrobili to  nie była żadna naprawa. Tak uwaga zostaje w końcu naniesiona pod tekstem. Dostaną zwrot kosztów za podróż i nic więcej.

Jeszcze jeden zachód słońca nad Jangcy. Ile jeszcze?

Kula dostarczona więc rozpoczyna się wymiana. Ma pomóc na „wariowanie” repetytorów, które pokazują bzdury. Nie przekonuje mnie to, ale to nie ja jestem specjalistą. Mówię naszemu specowi od tych spraw, że jeśli pomoże to odszczekam wszystko.

Około dwudziestej kula już zamontowana, żyroskop się kręci. Stabilizacja potrwa około czterech godzin, ale repetytory można włączyć. Zobaczymy jak pracują. Minuta, dwie, trzy, pięć... Pracują dobrze! Gratulacje, a ja trzykrotnym "hau hau" odszczekuję wszystkie swoje wątpliwości. Filipiński oficer wachtowy, który przygląda się tej scenie pewnie mysli, że juz do reszty  sfiksowałem.

Jeszcze nie przebrzmiało ostatnie hau gdy nagle repetytory znów zaczęły swój obłędny taniec. Najpierw lekko, a potem zdecydowanie. Wszystko na nic. To nie była wina kuli. Kopnąłem w kolumienkę sterową i wykrzyczałem słowa uznane powszechnie za nieprzyzwoite, użyte w scenariuszu „Seksmisji” jako pamiętne hasło.

Kolega współpracownik sms-uje z Szanghaju: „ściskam wszystkie kciuki, łacznie z nogowymi”.

Telefon od agenta. Mówi, że ten drugi serwisant będzie w Jiangyin jeszcze tego wieczoru. Agent ma swoje sposoby by załatwić jego przyjazd jeszcze tej nocy. On tez juz ma dosyć.

Dotrzymuje słowa. Facet pojawia się na burcie o dwudziestej trzeciej i natychmiast bierze się do roboty. W przeciwieństwie do tamtych widać, że ma jakąś koncepcje, którą realizuje krok po kroku. Niestety bez sukcesu.

W końcu wyciąga asa z rękawa. Ma ze sobą płytkę elektroniczną zamieniającą cyfrowy sygnał z kuli na analogowy starych repetytorów. Problem w tym, że jest to duża płytka, bo realizująca nie tylko tą jedną funkcję i na dodatek przeznaczona na inny statek, gdzie mają coś robić więc to będzie kosztować. Czuję wyraźnie, że teraz zaczynam płacić za to, że nam się spieszy. Facet o tym wie i wie, ze może zaśpiewać za serwis więcej niż normalnie.

W normalnych warunkach bym się nie zgodził, ale teraz? Doba przestoju statku będzie kosztować więcej niż ta droga płytka, a my podczas weekendu drugiej natychmiast nie załatwimy. Godzę się więc na te warunki.

Wymiana przynosi efekt. O czwartej piętnaście koniec. Wszystko pracuje normalnie.  Przed piątą idziemy spać. Rano szybkie sniadanie, podpisanie raportów i juz trzeba się zbierać bo przyjechał pilot.

Ostatni raz zejście po jedenaście metrów w dół na motorówkę. Razem z nami agent, serwisant oraz pilnujący nas pogranicznicy.

  

 

Odpływamy. Długo jeszcze nasłuchuję telefonu. Dzwonił kilka razy, ale na szczęście nie ze złymi wiadomościami ze statku. Przebrałem się i zdążyłem jeszcze w końcu zwiedzić świątynię Junshansi. Dzień był gorący więc, wróciłem spocony totalnie. Kąpiel, pakowanie walizek i już trzeba schodzić do samochodu, który zawiezie nas do Szanghaju. W recepcji miła niespodzianka: zwrot dwudziestu juanów za zagubione skarpety. Do głowy mi nie przyszło by się o to upominać, a oni pamiętali. Miło.

Przed północą samolot Lufthansy wznosi się w powietrze i niesie nas w stronę Monachium. Już mnie statek nie zawróci.

O świcie lądujemy, a wczesnym popołudniem będę juz w Gdyni.

Monachium, 20.07.2009; 08:10 LT

niedziela, 19 lipca 2009

Po południu pomieszczenie opróżnione do sucha. Zbiorniki obok przesondowane. Wszędzie bez zmian. Teraz sprawdzanie kawałek po kawałku wszystkich grodzi, rur. Na grodziach żadnego przecieku.

- Puścić pompę pożarową

Puszczają pompę, a my sprawdzamy, czy z odnogi rurociągu pożarowego zasilającego eżektor nie ma przecieku. Nie ma. Ani kropli.

Może rurociąg balastowy? Siedzimy w piekielnie ciasnym i dusznym pomieszczeniu przy biegnącej dnem potężnej rurze magistrali balastowej. Nigdzie nie widać żadnej dziury ani przecieków. Gotowi w razie czego do natychmiastowej ucieczki każemy uruchomić pompę balastową i napełniać zbiornik obok. Jeśli jest gdzieś nie odkryta wcześniej dziura, to za chwilę zobaczymy wypływającą z niej wodę. Słychać narastający szum i po chwili zgłaszają nam, że pompa pracuje i woda napływa do sąsiedniego zbiornika. Szumowi wewnątrz rurociągu nie towarzyszy jednak charakterystyczny odgłos wyciekającej wody. Przeciskamy się wzdłuż całej rury. Nigdzie ani kropli, nie licząc potu, który chyba litrami kapie spod kasku. Kombinezon już zupełnie przykleił się do ciała, taki mokry. Do wieczora sprawdzamy wszystkie mozliwości i... nic. Nic sie nie dzieje. Wszystko szczelne. Pozostaje ostatnia możliwość – błąd ludzki. Poprzedniej nocy trwało mycie pokładów przez stocznię. Pracowały nasze pompy. Napełniano też zbiorniki balastowe. Gdyby się bardzo uprzeć to można takie pomieszczenie zalać przy bardzo złej woli (otwarcie kliku zaworów od innych rurociągów, które korzystają z tych samych pomp). Jedno z praw Murphy’ego mówi, że jeśli coś może pójść źle, to pójdzie. Pytani poszczególni członkowie załogi zaprzeczają jednak, że robili cokolwiek przy zaworach. Znam to dodkonale z innych zdarzeń z przeszłości. Nikt nigdy się nie przyna, że zrobił coś źle. Wszyscy zaprzeczają, więc traci się mnóstwo czasu i energii na snucie rozmaitych najbardziej nieprawdopodobnych teorii, by dany przypadek wyjaśnić, a po miesiącu albo trzech okrężną drogą dochodzą szeptaną pocztą (ktoś komuś powiedział coś w tajemnicy) informacje jak było naprawdę. Zazwyczaj prosto, banalnie i głupio.

W każdym razie wiedząc, że statek jest szczelny i bezpieczny, wieczorem zaprzestajemy poszukiwań. Pilot zamówiony na dziesiątą rano. Bilety lotnicze na wieczór. O siedemnastej agent ma zabrać nas z hotelu by zawieźć na lotnisko w Szanghaju.

Wracam do hotelu zmordowany po całym dniu. Kąpiel i spać!

Nie! Wcześniej jeszcze mielismy meeting z elektrykiem i II mechanikiem. Złożyli podania o zmustrowanie bo... nakrzyczałem na elektryka podczas inspekcji poprzedniego dnia. Zaczynamy negocjować. Nie moga zejść tak sobie. Obie strony obowiązuje kontrakt i zasady jego wypowiedzenia. Jeśli porzucą pracę, będą musieli pokryć koszty biletów swoich i zmienników. Mimo to, są zdecydowani zejść. Po długich negocjacjach ustalamy, że popłyną do Peru (bo tam statek jest skierowany) i pojadą do domu dopiero stamtąd. Powinienem już ze dwadzieścia razy zwolnic sie z pracy, gdybym miał się tak przejmować wszystkimi połajankami ze strony szefów, ale ich prawo, ich życie i ich pieniądze.

Rano ostatnia wizyta na staku. Sprawdzenie raz jeszcze, czy wszystko ok, ostatnie instrukcje dla załogi i wreszcie „shake hand” bo pilot już na burcie. Przyglądam się jak mocują holowniki, rzucaja cumy.

Potem już na środku rzeki zdają pilota stoczniowego. Holowniki odpływają. Statek rusza w dół ku ujsciu i wkrótce ginie we mgle.

Uff! Koniec. Uchodzi ze mnie powietrze. Z telefonu też bo właśnie wyczerpała się bateria. Już mi na dobrą sprawę ten chiński numer nie będzie potrzebny.

W hotelu zrzucam kombinezon, biorę prysznic, ale dla spokoju sumienia ładuję jeszcze baterię.

Dzwoni.

- Jeśli będziesz potrzebować asysty stoczni  to daj znać - oznajmia mi budowniczy.

- Dziękuję nie trzeba. Już odpłynęli.

Chwila ciszy.

- Stoją – mówi budowniczy.

- Nie, odpłynęli. Sam przecież widziałem.

- Stoją na kotwicy. Nikt nie dzwonił?

Może i dzwonił, ale siadła mi bateria. Za chwilę telefon się urywa. Dzwonią chyba wszyscy mający jakikolwiek związek ze statkiem. Awaria silnika i awaria repetytorów kompasu. Pilot skierował statek na najbliższe kotwicowisko i wysiadł.

Załatwiamy motorowkę, ale trzeba przejść przez gąszcz biurokracji. Statek był juz po odprawie granicznej więc trzeba go ponownie odprawić na przyjazd, wystawić nam przepustki, zoragnizować pograniczników do pilnowania. W międzyczasie ropoczęła się przerwa obiadowa, więc przeputski wystawiono nam dopiero o piętnastej. Na statek jest prawie godzina jazdy. Płyniemy szybko. Odwołuję po raz kolejny nasze loty.

Na statku okazuje się, że z silnikiem też żadna awaria lecz błąd ludzki. Ktoś pozostawił przymnkięty zawór wody chłodzącej tłoki. Uaktywniał się alarm, lecz zanim załoga maszynowa zorientowała sie w czym problem i odkręciła zawór, zadziałał automatyczny układ zabezpieczający i zatrzymał silnik. Teoretycznie możnaby już płynąć dalej gdyby nie ogłupiałe wskaźniki kompasu. Musimy czekać na serwis i części. Wszyscy zajęci, nikt nie może... Po długich poszukiwaniach w końcu udaje się znaleźć jedną firmę gotową wysłac swojego człowieka w sobotę 18 lipca. Części wiezie posłaniec z Europy. Mają tu dotrzeć w sobotę po południu. Przekładam swój wylot na niedzielę.

Jangcy Ciang, 18.07.2009; 07:30 LT

 
1 , 2 , 3