Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
czwartek, 31 lipca 2008

Zmiana stref czasowych dała znac o sobie. Ledwie po tygodniu zacząłem kłaść się i wstawac w miarę normalnie po sześciogodzinnym przeskoku do Chin, organizm dostał następnego kopa w postaci kolejnych dziewięciu godzin. W efekcie po południu jestem nieprzytomny, o dwudziestej definitywnie zasypiam, a za to wstaję rześki o trzeciej nad ranem i zabieram się za robotę. Jedyny plus takiej sytuacji to fakt, że o tak wczesnej porze nikt mi nie zawraca głowy. Siadam przed komputerem i po prostu robię swoje przy porannej, nocnej kawie.

W Los Angeles było trzęsienie ziemi.Mimo, ze w San Francisco duzo się o tym mówiło, a co niektórzy pytali w e-mailach, czy coś odczuliśmy, u nas było zupełnie spokojnie.

Skończylismy wyładunek. Kilkanaście minut temu minęliśmy sławną wyspę-więzienie Alcatraz, by po chwili pod mostem Golden Gate wypłynąc na Pacyfik. Pojutrze będziemy w Vancouver, Washington by po krótkim, jednodniowym postoju ruszyc do tego sławniejszego Vancouver, w Kanadzie.

A w Kaliforni zimno jak u nas w październiku. Przynajmniej w San Francisco. Szczyty wieżowców i pylony Golden Gate skryte w chmurach, wieje przenikliwy wiatr, a temperatura spadła poniżej 15˚C. Ot, kalifornijskie lato.

W nastepnym wpisie może dorzucę kilka zdjęć. Teraz juz nie zdążę bo za chwilę skończy się zasięg komórki.

Ocean Spokojny, 30.07.2008, 19:35 LT

 

wtorek, 29 lipca 2008

Spod Hali Zebrań Ludowych skierowałem się ku bramieprowadzącej do Zakazanego Miasta. Wielki Brat w osobie przewodniczącego Mao czujnie i z miłością spoglądał z portretu na przygotowania do Olimpiady.

Ciekawe, czy wprowadzając w życie swoje urojenia wyobrażał sobie kiedyś takie Chiny? Dziś zamiast karnie w jednakowych mundurkach, dobrze ubrane rodziny spokojnie spacerują i fotografują się przed portretem.

Chociaż oczywiście trudno mówić o swobodzie pamiętając niezaleczone rany z roku 1989. Akurat w dniu kiedy „w Polsce skończył się komunizm”, tutaj czołgi rozjechały namiotowe miasteczko demonstrujących studentów. Zastanawiałem się ile determinacji musiało byc w tych młodych ludziach by postawić takie miasteczko i demonstrować w samym mateczniku komuny, mając obydwa monumentalne gmachy opisane przeze mnie w poprzednim wpisie po bokach, z przodu portret Mao na murach Zakazanego Miasta, a z tyłu równie wielki gmach mauzoleum z zabalsamowanymi zwłokami przewodniczącego. Już sama architektura tego miejsca zniewala cyrankiewiczowskim przypomnieniem, że „rękę podniesioną na władzę ta władza odrąbie”.

Zakazane Miasto otwierano dla zwiedzających o 08:30. Sądząc po siedzących grupkach ludzi, niektórzy chyba już zaczynali oczekiwanie. Ja niestety najpóźniej o dziewiątej musiałem byc z powrotem w hotelu, by zabrać rzeczy i jechać na lotnisko. Szkoda. Chętnie też odwiedziłbym owo mauzoleum Mao, lecz i ono było otwierane dopiero o 08:30. Popatrzyłem wiec tylko z daleka przez bramę pod portretem i poszedłem do metra, aby pojechać zobaczyć Niebiańską Światynię. Niebiańska Świątynia (Temple of Heaven) jest bowiem po Zakazanym Mieście jednym z najważniejszych zabytków stolicy Chin.

Muszę przyznać, że pekińskie metro trochę mnie rozczarowało. Stare linie wcale nie wyglądają zbyt schludnie, a te nowe sprawiają wrażenie budowanych oszczędnie. Niewiele jest na przykład ruchomych schodów, co przy pokonywaniu różnic wysokości między poziomami ulicy i tunei, w przypadku przesiadek nawet kilkakrotnie, w tym klimacie staje się szczególnie uciążliwe. Nie wiem jak dają sobie radę niepełnosprawni, ale widziałem złorzeczących Chińczyków, którzy z cieżkimi walizami pokonywali zwykłe schody prowadzace na stację Airport Express – otwartej niedawno szybkiej kolei łączącej miasto z lotniskiem.

Wyszedłem z metra niemal prosto do wejścia do parku, w którym znajdowała się świątynia. I tu zaczęły się kolejne problemy. Wstęp 38 juanów (około 11 złotych). Ja jednak prawie wszystkie chińskie pieniądze wydałem na taksówkę. Zostało mi piętnaście juanów. Miałem karty do bankomatów, parę dolarów. Może się uda...

Nie udało się. Zapłaty kartą nie przyjmują, a dolarami tym bardziej. Udałem się więc na poszukiwania bankomatu. Poszedłem w lewo, potem w prawo, w jedną uliczkę, w drugą, na stację metra. Nic z tego. Być może mieli jakiś w pobliskim domu towarowym, ale ten o wpół do ósmej rano był jeszcze zamknięty. I tak nie zobaczyłem światyni. Czas już też był, aby wracać do hotelu. Nawet nie tyle owej świątyni mi było szkoda, co starconego czasu na dojazd i na poszukiwanie bankomatu. Mogłem w tym czasie obejrzeć coś innego.

Dojechałem metrem do stacji Dongzhimen, skąd brała początek linia Airport Express. O ile bilet na metro kosztuje dwa juany, to na kolejkę na lotnisko już dwadzieścia pięć. I znów nie można zapłacic kartą. Tym razem jednak miałem więcej szczęścia. Przy wejściu na stację stał bowiem budynek banku i tam mogłem skorzystać z bankomatu. Stacja tej kolejki na Terminalu 3, prykryta ogromną szklaną kopułą ustawioną wprost na trawiastym wydawałoby się nasypie to kolejna perełka architektury.

Podobnie zresztą jak i sam budynek terminalu – ogromny i lekki zarazem.

Z lotniska pojechałem do hotelu, wziąłem prysznic i wkrótce zjawiłem się tam ponownie, już z walizkami. Na lotnisku pełno jest stoisk, przy których zaopatrzeni w rozmaite broszury dyżurują wolontariusze. Wielu ich także spacerujących po halach portu, gotowych do pomocy w każdej sprawie. Muszę przyznać, że bardzo dobrze to wygląda. Pomoc i życzliwosć oferowana niemal na każdym kroku.

Od takich wolontariuszy wcześniej otrzymałem bezpłatnie mapy i przewodniki.

Wzmożone zasady bezpieczeństwa sprawiły, że zanim przeszedłem wszystkie bramki minęła prawie godzina. I tak nie było się po co spieszyć, bo okazało się, że samolot jest opóźniony. I to aż o cztery godziny. Szkoda, że nie wiedziałem tego wczesniej – mógłbym nie wracać tak szybko z miasta.

Z lotniska zapamiętam jeszcze smoki, przy których wszyscy chetnie się fotografowali.

A potem było juz tylko senne oczekiwanie. Podróż dookoła świata potrafi rozregulować organizm dokumentnie. Jeszcze nie przestawiłem się całkiem na czas chiński (prawdę mówiąc, zegarków w ogóle nie przestawiałem od wyjazdu z Polski, mając różnicę „w pamięci”, a teraz kolejny skok. Według rozkładu miałem wylecieć z Pekinu o 12:00 w niedzielę 27 lipca, by po ponad jedenastu godzinach lotu dolecić do San Francisco tego samego dnia o 08:29 rano. Krótko mówiąc przylecę wcześniej niż wyleciałem. To efekt przekraczania linii zmiany daty. Długi dzień się szykuje. Niemal dwa razy niedziela bez nocy pomiędzy nimi, a do tego symbolicznie przespana noc sobotnia. Mam cichą nadzieję, że po przyjeździe na statek, żadne pilne sprawy czekać na mnie nie będą i dzieki temu będę mógł odespać pierwszy szok. Oby.

A póki co jeszcze dwie godziny lotu przede mną...

Nad Pacyfikiem, na południe od Alaski, 27.07.2008, 10:45 LT

poniedziałek, 28 lipca 2008

Nie udało się zabukować mi lotów przez Szanghaj, więc otrzymałem przez Pekin. Z Lianyungang miałem dotrzeć tu przed północą, a dopiero w południe planowany był odlot do San Francisco. Szkoda mi było zmarnować taką okazję na zobaczenie chociaż kawałka chińskiej stolicy. Wynająłem więc pokój w hotelu w pobliżu lotniska, przytargałem tam bagaże wziąłem prysznic, zobaczyłem co nowego w internecie i położyłem sie na króciutką drzemkę.

Nastawiłem budzik na 03:30, doprowadziłem się trochę do porządku i poszedłem na dół, do recepcji. Metro o tak wczesnej porze jeszcze nie jeździ więc poprosiłem o zamówienie taksówki. Wiedziałem, że nie będzie lekko, bo już podczas zameldowania krecili głową.

- Ale po co ty chcesz tam jechać tak wcześnie?

Ba! Też bym wolał pospać, ale coś za coś.

Taksówkarze jednak odmawiali, że za wczesnie. Jeden nie odmówił ale za to rzucił taką cenę, że zrezygnowałem ja. I to samo powtórzyło się, kiedy się obudziłem. Recepcjonista ziewał i sapał ocierając pot z czoła tak, jakbym mu zadał nie wiem jaki ciężar do przeniesienia.  W końcu odłożył słuchawke i powiedział, żebym lepiej wsiadał do shuttle busa (odjazd za pięć minut) i próbował coś złapać na lotnisku. Tak też zrobiłem. Kierowca również ziewał przez cały czas, a przy tym wydawał jęki tak żałosne, że chyba wszyscy pasażerowie serdecznie wspólczuli mu wstawania w środku nocy (a może jeszcze nie zdążył się położyć?

Kiedy wysiadłem, natychmiast złapałem taksówkę. Akurat przywiozła kogoś na lotnisko, więc tylko zająłem jego miejsce. Było jeszcze ciemno, ale w miarę jak zbliżaliśmy się do miasta niebo zaczęło szarzeć i wstawał zamglony świt. Lotnisko odległe jest od miasta o ponad trzydzieści kilometrów, więć trochę czasu to zajęło. Autostrada (płatna), nazyzwana, jak pookazywały drogowskazy Airport Expressway no.2 niedość że szeroka i równa jak stół to krzyżowała się z innymi drogami szybkiego ruchu takimi, że tylko pozazdrościć. Wkrótce zjechaliśmy na Ring no.5, czyli piątą obwodnice miasta, bo Pekin ma ich pół tuzina. Wygląda to na mapie miasta pododbnie do rozchodzących się kręgów na wodzie. Potem zjechaliśmy z niej i juz przez miasto poruszaliśmy się inną ekspressówką prowadzącą do centrum, przecinajac pozostałe kręgi. Nagle wyłoniły spoza innych wieżowców takie domy, że inne metropolie moga pozazdroiścić. Wśród nich słynny już budynek Telewizji przypominajacy dwie oparte o siebie litery Z. Żałowałem, że było jeszcze zbyt ciemno na zdjęcie z mknącego samochodu.

Porażajacy był ogrom tego wszystkiego. Szerokie (kilka pasów w jednym kierunku) ulice, potężne biurowce i domy towarowe stwarzały krajobraz, w którym człowek zredukowany był do rozmiarów mrówki niemalże. Z pewnością nie były to tereny zachecające do pieszych spacerów. Szczególnie gdy jeszcze weźmie sie pod uwagę temperature oscylująca od rana w okolicy 30˚C (zapowiadali w ciągu dnia +34˚C) i bardzo wysoką wilgotność powietrza. Jeszcze troche i dałoby sie takie powietrze zagarniac garściami, takie było gęste.

Taką właśnie szeroką ulicą dojechaliśmy do celu, czyli do Placu Tiananmen. To znaczy kierowca najpierw powiedział, ze plac jest przed nami bo ja z powodu mgły nic nie widziałem. Ciekawy byłem, czy to rzeczywiście mgła, czy osławiony pekiński smog, bo nie ustąpiło to do południa.

Kiedy w końcu zbliżylismy się na tyle, że swobodnie było juz widać mury Zakazanego Miasta z ogromnym portretem Mao po prawej, a ogromną, ginącą daleko we mgla płaszczyzna placu po lewej, ruch został wstrzymany.Policja zatrzymała potok aut nadjeżdząjących kilkoma pasmami z każdej strony, bo odbywało sie codzienne(?) wciąganie flagi na maszt. Widziałem delifujących daleko w poprzek ruchliwej ulicy żołnierzy, którzy prawdopodobnie nieśli gdzieś z Zakazanego Miasta złożoną czerowną flagę z żółtymi gwiazdami. Flaga powędrowała na maszt, a żołnierze krokiem defiladowym wrócili tam skąd przyszli. Dopiero wtedy przywrócono ruch.

Mogłem to obserwować z bardzo daleka i na zdjęciu widac przede wszystkim błyskające w oddali koguty policyjnych aut, ale jeśli się dobrze przyjrzeć, można zauważyc mikroskopijnych rozmiarów sznureczek żołnierzy przekraczających ulice po zakończeniu ceremonii.

Pierwsze co obejrzałem po wyjsciu z taksówki, to zamykający jedną stronę placu monumentalny gmach Muzeum Narodowego mieszczacy wewnątrz Muzeum Historii Chin oraz Muzeum Rewolucji.

Budynek był jednak odgrodzony barierkami i można go było oglądać jedynie z daleka. Kto wie, może wtedy budzi jeszcze większy respekt? Z takiej odległośći stojący przed drzwiami wartownik staje się ledwo widoczny.

Przeszedłem przez ulice na centralna część placu. Ludzie już się rozchodzili. Co ja piszę! Morze ludzi właśnie sie rozchodziło! Kiedy zakończono ceremonię wciągania flagi, tłum przedtem ściśnięty przy barierkach, i na który nie zwróciłem uwagi nagle zafalował i rozlał się po całej powierzchni placu. Niedziela, piąta rano, a tam wycieczki, rodziny z dziećmi, grupki przyjaciół oglądają, pstrykają sobie zdjęcia i powoli opuszczają plac.

Wkrótce przerzedziło sie na tyle, ze policja i wojsko mogły ponownie zamknąć bramki. Na plac bowiem, podobnie jak do metra oraz do wielu innych miejsc, nie da się obecnie wejść ot tak sobie. Wszędzie stoją posterunki i nawet całe urządzenia do prześwietlania toreb.

  

A na samym placu trwa jeszcze budowa dekoracji olimpijskich. Jakaś potężna góra kwiatów, mnóstwo kwiatowych postaci, kwiatowe dywany, kwiatowe napisy i jeszcze tysiące kwiatów stojących w kolejce na zagospodarowanie.

  

Wszystko jeszcze ogrodzone, zeby gawiedź nie zadeptała, a porządku pilnuje policjant.

Stronę placu naprzeciw Muzeum Narodowego zajmuje inny, monumentalny gmach: Hala Zebrań Ludowych albo jakoś tak (The Great Hall of People). Przed nią świetlny zegar elektroniczny odlicz czas do rozpoczęcia igrzysk.

Tyle na teraz. Ani miejsca mi nie starczyło, żey ca łość zmieścić w jednym wpisie, ani czasu, bo zazraz musze wsiadać do samolotu. Dopisze więc już po drugiej stronie Pacyfiku.

Pekin, 27.07.2008; 15:05 LT

 

sobota, 26 lipca 2008

Zanim znaleźliśmy się na Morzu Wschdniochińskim trzeba było dokończyć załadunek. Chińczycy uwijali się jak mrówki, chociaż w tym przypadku cała operacja przebiegała w dość staroświecki sposób. Samochody dowoziły t.zw. big bagi. Każdy z tych worków ważył mniej więcej tonę. Jedna ekipa podczepiała je pod dźwig, a następna czekała w ładowni, by jednym cięciem zwolnić ściskający dół worka węzeł. Zawartość wysypywała się, puste worki wyjeżdząły w górę i kolejny cykl można było zaczynać od nowa.

Wszyscy się spieszyli, bo przeciez czas to pieniądz, a za jednym samochodem podjeżdżał następny.

Wszystkim dyrygował z góry brygadzista z charakterystyczną, czerwoną opaską na ramieniu. Opaska złapana jedną agrafką niezbyt gustownie trzymała się krótkiego rekawa jego koszuli, ale najwazniejsze, ze z daleka było widać kto tu jest szefem.

Najbardziej żal mi było tych ludzi w ładowni. Całą dniówkę w tumanach pyłu siarczanu sodu. My w mieszaninie z sodą kaustyczną używamy go do sporządzania roztworu do wygotowywania chłodnic. Każdy brud odłazi.

No cóż, pewnie są tacy, którzy trafiają znacznie gorzej. Zresztą pamiętam podobne sceny jeszcze nie tak dawno także i u nas. Sam po studiach musiałem przez kilka miesięcy chodzić z belą azbestowej tkaniny pod pachą, którym to materiałem obszywałem następnie rozmaite rury w maszynowniach przebywających na remontach w szczecińskiej stoczni statków. Jako rekompensatę za prace w szkodliwych warunkach otrzymywalismy wtedy... kostkę masła tygodniowo. Do odebrania w stoczniowym bufecie. Były to lata osiemdziesiąte, w sklepach pustki więc nawet kostka masła miała swoja wartość. Żeby było smieszniej, podczas mojej kilkumiesięcznej pracy w stoczni doświadczyłem odebrania nam tego przywileju, by po kilku bezmasłowych tygodniach móc znowu się cieszyć jego odzyskaniem.

Kilkumiesięczna praca w stoczni to był warunek otrzymania pracy w Polskiej Żegludze Morskiej. PŻM miała nadmiar pracowników, a stoczni brakowało więc podpisały stosowne porozumienie o zatrudnieniu absolwentów Wyższej Szkoły Morskiej. I pomysleć, że minęło nieco ponad dwadzieścia lat i dziś student Akademii Morskiej już na praktyki na ogół wypływa na zagraniczne statki, a w ofertach pracy może przebierać.

Przyglądałem się pracy Chińczyków na barkach. Pływają na nich całymi rodzinami. Barka przekszatłaca się wtedy w pływający dom. Na rufie na rozciagniętych sznurach kobiety suszą pranie, czasem wystawiają tam garnki z jedzeniem, bo jeśli wewnątrz nie ma klimatyzacji, a w słoneczny dzień w cieniu bywa teraz +37˚C,  to trudno tam wytrzymać. Te młodsze często niańczą malutkie dzieci. Ciekawe, że widywałem na barkach tylko takie zupełne maluchy. Czyzby dla tych w wielu przedszkolnym środowisko barek było zbyt niebezpieczne? Lecz co się dzieje z takimi dziećmi? Czy wracają z mamą na ląd i kończy się rodzinne pływanie, czy tez zostają pod opieką dalszej rodziny albo jakiegoś państwowego przedszkola? Nie mam pojęcia.

Kobiety na takich barkach zajmują sie takimi samymi czynnościami jak mężczyźni. Na przykład cumują je.

W końcu, po czterech dniach załadunek sie zakończył i ruszyliśmy w dół rzeki Jangcy. Pisałem juz kiedyś, ze ta rzeka jest jak ogromna autostrada pełna staków i wręćz niezliczonej ilosci barek. A płynąc przez cały dzień do jej ujścia przez cały czas widziało się niemal wyłącznie przemysłowy krajobraz ogromnych zakładów przemysłowych pobudowanych na jej brzegach. Dziesiątki, setki kilometrów hal, kominów, dźwigów, nabrzeży, statków. To robi ogromne wrażenie. Płynąc taką rzeką doświadcza się namiastki ogromnego potencjału gospodarczego Chin. A przecież Jangcy to tylko jego część. Kiedy patrzyłem na nie pojedyńcze lecz całe grupy potężnych suwnic wyłaniające sie z jednej po drugiej  mijanych stoczni, pomyślałem sobie jakim karzełkiem jest nasz przemysł stoczniowy, który z perspektywy naszego kraju wydaje się ogromny.

I te mosty na Jangcy. Ogromne, a przeciez nie pojedyńcze. Wciąż wyrastają kolejne.

Lecz co tam rzeka, nawet wielka. Pamiętam pięcio lub sześciogodzinna jazdę samochodem ze stoczni Zhoushan do Szanghaju. Trzeba było bowiem po przedostaniu się promem w okolice portu Beilun, jechać dalej do Ningbo i dookoła wielkiej zatoki Hangzhou. Czasem, zeby było szybciej, agent wiózł nas tylko do Ningbo i dalej do Szanghaju lecieliśmy około dwudziestu minut samolotem.

Od niedawna jest już jednak czynny most przez zatokę Hangzhou. Ma raptem 37 kilometrów długości i dzieki niemu droga do Szanghaju zajmuje samochodem już tylko dwie godziny.

Nanjing widziałem tylko z okien samochodu. Port okazał się byc tak daleko, że wokół nawet nie było widac normalnych domów. Hen po horyzont nabrzeza dźwigi i kominy hal fabrycznych. Nawet więc nie zdążyłem jeszcze skosztować nic z chińszczyzny. Może na lotnsku w Lianyungang sie uda... Za to miałem okazję gościc Chińczyków przy naszym stole. Co kraj to obyczaj. Na śniadanie jeden zjadł niemal całe pudełko corn flakesów. Wsypał ich całą górę do głębokiego talerza, po czym skropił jej czubek kilkoma kroplami mleka. Wiecej i tak by nie zmieścił bo sama góra chrupek wysypywała sie bokami.

Ciekawszy był jednak inny, przy obiedzie. Zauważyłem bowiem, ze w pewnym momencie przestał za mna nadążać. Nie zwróciłem uwagi co się dzieje. Ja zwykle jem bardzo szybko i nerwowo, przyzwyczajony, że w każdej chwili mogą mnie zawołać od stołu do jakiejś sprawy. Pomyslałem, że to byc może dlatego, więc zwolniłem. Ale nie, „mój” Chińczyk najwyraźniej zakopał się w potrawie. Na dodatek w ruch poszły papierowe serwetki. Siedział obok mnie przy dużym stole więc nie widziałem dokładnie, ale w końcu nie wytrzymałem i pod pretekstem rozmowy odwróciłem się w jego kierunku. Na jego talerzu leżał... stos pestek z arbuza. Biedny, gryzł tego arbuza kawałek po kawałeczku po czym przecedzał przez zęby pesteczka po pesteczce i odkładał na talerzu. Byłem pełen podziwu dla jego mrówczej pracy. Ja juz bym chyba wolał nie jeść arbuza niż tak się męczyć. Chociaż kto wie – może on też wolałby go nie jeść, ale niechciał nam robić przykrości?

Morze Wschodniochińskie, 25.07.2008; 00:40 LT

 

Spokojnymi dziś wodami Morza Wschodniochińskiego podążamy w kierunku Lianyungang. Ten port, położony niemal w połowie drogi pomiędzy Szanghajem i Qingdao jest ostatnim celem podczas mojej wizyty na obecnym statku. Dotrzemy tam w piątek rano. W niedzielę zaś polecę na statek nastepny. Do niedzieli jednak jeszcze sporo czasu.

Tymczasem od poprzedniego piątku zajęty jestem praca tutaj. Znów, jak za każdym razem sprawdzanie dokumentów. Cały ten biurokratyczny balast pączkujacy każdego dnia za sprawą kolejnych międzynarodowych konferencji, rezolucji, konwencji, regulacji... Załogi przeklinają mnie, że czepiam się kazdego papierka, tak jakby to był mój wymysł i moja przyjemność. A ja tylko robię za tego, który ma ewentualne niescisłości wyłapać wczesniej i odpowiednio je skorygować zanim zrobia to odpowiednie służby. Wszystko zaś po to, by przede wszystkim zapewnic bezpeiczeństwo tym, którzy są kontrolowani. No, może nie tylko.

- Kompresor, do napełniania butli aparatów oddechowych. Macie na niego certyfikat?

- Jaki certyfikat?

- Że powietrze jest dobrej jakości.

- Powietrze?

- No dobra. Musimy wezwac ekipę w następnym porcie. Wezmą próbki powietrza z tego kompresora, zabiorą do laboratorium do analizy i na jej podstawie wystawią odpowiedni certyfikat. Będzie ważny przez rok.

Garbage Book....

- Kiedy ostatni raz zdawaliscie smieci na ląd? Jest na to kwit?

- Tak, tu z tyłu, przypiety do okładki.

- A jeszcze wczesniej?

- O ten, tu.

- Aha.

- A pomiędzy portami spalacie? Ile popiołu zdaliście?

- Tu jest, na tym kwicie.

- Spalarka nie jest przystowana do spalania plastików. Gdzie są plastikowe butelki?

- W pojemniku na rufie. Ale ostatnio zdawaliśmy na ląd. Też są wymienione na kwicie, o, tutaj.

W przerwie miedzy papierami ide na obchód. Jednego dnia zbiorniki, innego szalupy i dźwigi, jeszcze innego maszynownia. Jedno popołudnie poświęcilismy na odnowienie pięcioletnich certyfikatów dźwigów zaopatrzeniowych. Przyjechał inspektor Det Norske Veritas oraz firma zajmująca się przeprowadzaniem t.zw. load testów. Najpierw inspektor sprawdzał stan techniczny testowanych urządzeń, a potem przystąpilismy do prób obciążenia. Każdy dźwig musiał wytrzymać manewry z ciężarem przekraczającym o 25% jego dopuszczalne obciążenie robocze. Suwnica w garażu ma udźwig 12 ton.

Podczepiamy dwa stalowe bloki. Jeden pięcio- a drugi dziesięciotonowy. Wszyscy odsuwają się na bezpieczną odległość. Wszystko aż drży, liny trzeszczą napięte do granic, ale suwnica posłusznie wykonuje nakazywane przez inspektora manewry. W bok, do przodu, do tyłu, podciąganie do góry, gwałtowne opuszczenie i stop. Hamulce wytrzymują. Test zaliczony. Mozna iść do nastepnego dźwigu.

Krok po kroku zaliczamy wszystkie.

Potem znów idę do maszynowni. Sprawdzam sondaże paliwa i olejów. Zaglądam w każdy zakamarek i chyba przesadzam, a może to sprawa wtorku, mojego pechowego dnia tygodnia, bo w końcu zahaczam noga o jakąś wystającą węzłówkę i jak długi ląduję na podłodze pod agregatem. Łokieć trafił na krawędź wanienki przeciwrozlewowej, drugą ręka próbowałem rozpaczliwie się podeprzeć, ale nie udało się i w końcu twarz spotyka się z podłogą. Czuję w ustach smak krwi z rozcietej zębami wargi. I te zęby bolą bo przecież warga nie zamortyzowała zbytnio uderzenia. Odruchowo językiem sprawdzam czy są całe. Chyba tak. Trzynascie lat temu w podobnych okolicznościach wybiłem sobie zęby na pokładzie. Stalismy wtedy na redzie jednego z brazylijskich portów. W Brazylii ataki piratów na zakotwiczone statki nie należą do rzadkości. Po wieczornej wachcie postanowiłem więc jeszcze zrobić rundę dookoła, żeby przyjrzeć się pływającym nieopodal rybackim łodziom. I tak się zapatrzyłem, że nie zauważyłem wystającej pokrywy zbiornika. Dwa dni później, po zacumowaniu, pojechałem do dentysty. Ten coś tam kleił, coś budował, utwardzał (trwało to tyle, że z trudem broniłem się przed drzemką) aż w końcu powiedział.

- Sorry, zrobiłem tyle, ile się dało. Powinny wytrzymac do twojego powrotu do Polski , a potem sobie poprawisz.

Wytrzymały i do powrotu, i przez następne trzynaście lat, a teraz nawet wytrzymały to uderzenie o podłogę. Jesli ktoś chce sobie dobrze zrobić zęby, to niech jedzie do Brazylii J

Najbardziej ucierpiała jednak noga, która zawadziła o tę feralna węzłówkę. Piszczelem, walnąłem w nią na tyle mocno, ze teraz mój biały kombinezon zaczął robić się czerwony. Kiedy jednak o własnych siłach wygramoliłem się spod agregatu i odprowadzany przez mechanika wachtowego wyszedłem z siłowni, wiedziałem już, że jest ok. Poza ogólnymi potłuczeniami wszystko całe i to jest najważniejsze. Tyle tylko, że tamtego dnia nie chciało mi się już kontynuować żadnej pracy. Zreszta nie było potrzeby, bo rzecz przytrafiła mi się grubo w nadgodzinach, gdzieś po dziewiętnastej. W sam raz, żeby po prysznicu od razu położyc się do łóżka.

To było dwa dni temu.

Kolejny wieczór. Właśnie skończyłem papierkową robote na dziś i mogę zajmowac się przyjemnościami, czyli na przykład pisać bloga. Popijam zimną colę prosto z chińskich wytwórni i z, jakżeby inaczej, jakimś olimpijskim ornamentem na puszce.

Ornament jest tak skomplikowany, że jego studiowanie trwa znacznie dłużej niż wypicie puszki napoju. Jak dla mnie to za duzo tam wszystkiego naćpane. Groch z kapustą. Ale może chodzi o to, żeby sięgnąć po nastepną puszkę i odnajdywać kolejne symbole?

Zrobiło się już zupełnie ciemno. Delikatna wibracja i monotonny szum pracującego kilka pieter niżej silnika przypominają, że płyniemy, bo morze potraktowało nas dziś wyjatkowo komfortowo. Statkiem ani nie kiwnie. Pozostawiamy za sobą spienioną smugę kilwateru oświetlanego blado rufowym swiatłem nawigacyjnym. Ta bladość jest pozorna. Światło bowiem widać co najmniej na sześć mil. Jeśli więc płynął za nami jakis statek to mógł nas widziec juz w odległości dziesięciu kilometrów. Chociaż może nie dziś. Jakoś mglisto było i widnokrąg niezbyt ostry. Przez tę wilgoć i brak wiatru.

Morze Wschodniochińskie, 24.07.2008; 22:25 LT

 

 
1 , 2 , 3