Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
sobota, 28 lipca 2007

 

Założyłem się o koźlaka, że wrócę do domu 23 lipca. Mój kolega twierdził, że dopiero trzy dni później. Zarzucałem mu, ze jest człowiekiem małej wiary.

Tymczasem kolejny weekend w stoczni na wyspie Liuheng. Który to już? Nawet nie liczę. Dużo było pośpiechu podczas weekendu ubiegłego, lecz w połowie tygodnia uszło ze stoczniowców powietrze.  Następny termin powrotu to 1 sierpnia. Dyrektor naczelny mojej firmy po dzisiejszych rozmowach z dyrekcją stoczni jest pełen optymizmu. Moja wiara jednak zdążyła już podupaść Nie chce mi sie wirerzyć, że w dwa - trzy dni doprowadzą do porządku wszystko to, co jeszcze jest rozbebeszone.

- Założysz się? – zareagował na moje watpliwości dyrektor.

Kurczę, co oni wszyscy z tym zakładaniem! Ale w przyplywie desperacji zakład przyjąłem. Pomyslałem sobie, że szybszy (he, he – szybszy!) powrót do Polski wart jest postawionych na zakład pieniędzy. A jeśli statek w morze nie wyjdzie, na co się zanosi, pozostanie przynajmniej wygrana na osłodę.

Kurczy mi sie coraz bardziej okienko na pobyt w Polsce. Kolejny mój statek pojawi się w Chinach w połowie sierpnia i przyjedzie mi nadzorowac tam kolejny remont. Na szczęscie krótszy, ale niewiele pozostanie z lata. Tak jak niewiele pozostało z wiosny i zimy.

Siedzę w biurze w sobotni wieczór, załatwiam służbową pocztę, słucham polskiego radia i... rozgrzewam się gorącą kawa. Wystarczyło kilkanaście minut marszu ze statku do biura, by mój t-shirt pod kombinezonem przemókł zupełnie od potu. W biurze bardzo dobrze działa klimatyzacja więc mokry ciuch natychmiast zaczął działać jak zimny kompres. To samo jest kiedy wyjdzie się ze zbiornika i wejdzie do klimatyzowanych pomieszczeń w nadbudówce statku. Kaszlę i rzężę juz od kilku dni i sam juz nie wiem czy to wina wystawiania się na gwałtowne skoki temperatury czy też inna zaraza atakująca coraz to nowych załogantów, bo coraz nas więcej w charczącym i zachrypniętym klubie.

I tak spokojnie kończy sie ten tydzień. Na jego poczatku otrzymałem wiadomość o niespodziewanym zabraniu taty do szpitala. Wyglądało to dośc dramatycznie – ból w klatce piersiowej, bardzo wysokie ciśnienie, ale zarazem uspokajająco, że wszystko jest pod kontrolą – ciśnienie krwi i praca serca pod kontrolą lekarzy stopniowo wracały do normy. Zabieg poszerzenia jednej z żył zakończył sie pomyślnie i przed weekendem tato wrócił do domu. Myślałem, że ten weekend uda mi się już spędzić razem z nim.

No cóż, jeszcze cztery dni. Tyle samo co przed czterema dniami i przed tygodniem. Ciągle są cztery dni do końca, a mimo upływu czasu ciągle go nie widać. Fatamorgana jakaś. Ale przecież nie możemy tak w nieskończoność. Kiedyś ten koniec wreszcie się ziści! Uzbrajam się w kolejną dozę cierpliwości.

Wyspa Liuheng, 28.07.2007; 23:35 LT

niedziela, 22 lipca 2007

 

Środek nocy. Powinienem już dawno wracać na statek, ale nie sposób nie skomentować chociaż w kilku słowach dzisiejszego wypadku. Bardzo współczuję rodzinom ofiar. W czasie wakacji, gdy wszystkich ogarnia szaleństwo podróżowania, niemal każdy może znaleźć swój ostatni autobus.

„Niezbadane są wyroki opatrzności i nie nam je zgłębiać”. Tylko ta sentencja przychodzi mi do głowy kiedy myślę o pielgrzymach którzy pojechali się pomodlić i znaleźli smierć. To samo gdy media donoszą o równie tragicznym wypadku sprzed lat w tym samym miejscu. Też z pielgrzymami. A przecież jeszcze nie nie obeschły łzy krewnych i przyjaciół licealistów z Białegostoku, którzy przed maturą wybrali się z pielgrzymką do Częstochowy by nigdy z niej nie wrócić.

Może więc dobry Bóg wynagradza jakoś pielgrzymów darując im od razu życie wieczne w swoim królestwie zamiast codziennych zmagań na ziemkim łez padole? Któż to wie? Tylko dlaczego tak okrutnie doświadcza ich bliskich? „Każde cierpienie ma sens”. To zdanie często przewija się zwłaszcza w okresie wielkanocnym. Pewnie tak. Ma. Lecz czy można znaleźć słowa wytłumaczenia dla zrozpaczonych rodzin? Jaką siła ich wesprzeć? Czym wypełnić resztę ich życia?

Chcemy wierzyć w palec Boży, który jest sprawcą rozmaitych nieszczęść, których przyczyny na przeróżne sposoby interpretujemy. Tak się jednak składa, że oprócz domniemanej boskiej, sprawczej mocy każda z katastrof ma czysto racjonalne wytłumaczenie.

W tym przypadku być może niepsrawne hamulce. A może sprawne, lecz nie wytrzymały nadmiernego obciążenia? Nie wiem. Wiem natomiast z serwisów wiadomości, że ta droga – skrót jest zamknięta dla pojazdów nie posiadających specjalnych zezwoleń. A pozwolenia wydawane są autobusom i ciężarówkom wyposażonym w specjalne systemy ograniczenia prędkości. I co? I ze zgrozą słuchałem w jednym z tych serwisów wypowiedzi pana związanego z firmą przewoźniczą, który tłumaczył, że mają sprawne pojazdy, bo pozytywnie przeszły przeglądy, a tamtą drogą jeździły nie raz bez problemów. Nie powiedział czy z pozwoleniem czy bez, ale z kontekstu można było wywnioskować, że chyba bez. Jeżeli tak, to mamy kolejny przypadek naszej polskiej bezsensownej brawury. Po co przejmować się jakimiś akazami, ograniczeniami? Przecież przepisy są po to, żeby je łamać! My, Polacy nie takie ograniczenia omijaliśmy! Jeśli udało się raz, drugi, piąty, to dlaczego nie ma udać się i dwudziesty? Ano nie ma, bo rachunek prawdopodobieństwa jest bezlitosny. Jeżeli coś może pójść źle, to kiedyś pójdzie. Jedyną niewiadomą jest data.

Pisałem już kiedyś na tym blogu o autobusowych rajdowcach, którzy gnają jak szaleni po niemieckich autostradach i niespecjalnie zmniejszają prędkość na naszych fatalnych drogach. Jeżdżąc dość często między Szczecinem a Gdynią mam wątpliwą przyjemność obserwowania takich bolidów które zbliżają się z tyłu dość szybko, a potem nerwowo szukają okazji do wyprzedzania i mkną dalej bo czas goni. Może to nie kierowcy są winni lecz rozkłady? Ale skąd wobec tego wypadki t.zw. autobusów czarterowych? Może raz zakorzenione nawyki trudno wyplenić? Coś w tym jest, że kiedy zaczyna się lato, spada  na nas istny grad mniej lub bardziej groźnych wypadków polskich autobusów. Może informacji o katastrofach autobusów niemieckich, szwedzkich czy francuskich się nam nie serwuje, a może jednak rzeczywiście przodujemy w tej tragicznej dyscyplinie? I czy tylko polskie drogi są temu winne? Wszak wiele wypadków ma miejsce poza granicami naszego kraju.

Czasami podczas podróży odnoszę wrażenie, że szalone autobusy stanowią na drodze większe zagrożenie niż TIR-y. Jeżdżą bardziej brawurowo, tak jakby ich kierowcy zapomnieli, że kilkadziesiąt osób zaufało im powierzając w ich ręce swoje życie i zdrowie.  Za wcześnie ferować wyroki w tym konkretnym przypadku. Być może kierowca nic tu nie zawinił, chociaż.... stara ludowa mądrość mówi, że kto drogę skraca ten w domu nie nocuje. Rosjanie mówią też, że wolniej jedziesz – dalej zajedziesz. Nawet jednak gdyby w tym przypadku kierowca był czysty jak łza, statystyk nic nie zmieni, a bolidy śmierci z naklejką PL nadal gnają po drogach naszych i całej Europy.

Wyspa Liuheng, 23.07.2007; 02:35 LT

sobota, 21 lipca 2007

 

To ponoć weekend. Tak wynika z kalendarza. Mnie codzienny rytm stoczniowej pracy wciagnął do tego stopnia, że dni tygodnia rozpoznaję jedynie po jadłospisie. W piątki ryba, w czwartki i w niedziele parówki na śniadanie, we wtorki sery i.t.d.

Codziennie rano kiedy wstaję nieprzytomny z niewyspania obiecuję sobie, że dziś to juz na pewno pójdę spac przed północą. Potem zazwyczaj coś wypada i penetruję zbiorniki do kolacji albo i dłużej, po czym dopiero koło dwudziestej mogę iść do biura by odebrać służbową pocztę. To co jest dalszą pracą urasta do miana rozrywki, bo w biurze jest internet i mogę sobie posłuchać ulubionej „Trójki”. Oglądałbym być może telewizję, ale prędkośc transmisji jest zbyt słaba i obraz często się zawiesza. Ilekroć słucham radia, czytam gazety i korzystam z innych mozliwości komunikacyjnych internetu, jestem pełen podziwu dla rozwoju techniki. Jeszcze nie tak dawno, bo na poczatku lat 90-tych próbowaliśmy złapać cokolwiek po polsku na falach krótkich. Po drugiej stronie globu póbowaliśmy spośród szumów i trzasków wyłowić jakieś zrozumiałe treści. Paradoksalnie im bardziej normalny był nasz kraj, tym mniej ku temu było okazji. Zawiesiła działalność „Wolna Europa”, przestawały nadawać po polsku BBC oraz „Głos Ameryki’. Ostała się jedynie RFI. Niszę wypełniło wkrótce „Radio Maryja”, którego słuchałem codziennie przed świtem na chiefowskich wachtach  gdzieś między Indonezją i Chinami. Nie przypuszczałem, ze za lat kilkanaście bedę mógł odbierać praktycznie dowolną stację niemal w każdym miejscu na Ziemi, a jak będzie odpowiednia prekość transmisji to i najswieższą „Panoramę” w telewizji obejrzę.

Dziubię więc ta swoją robotę papierkową do późnej nocy. Wracam na statek, zasypiam i rano jak automat zaczynam wszystko od nowa.

Gorąco niemiłosierne. Wczoraj i przedwczoraj było tu +39ºC. To ponoć jedno z najgorętszych lat w Chinach. Na wyspie zaczyna brakować wody i ograniczane są dostawy prądu. A upały mają ponoć trwać przez cały następny miesiąc. Teoretycznie, jeżeli temperatura na zewnątrz przekracza +36 ºC stocznia zawiesza prace w zbiornikach. Ratuja się więc szafami klimatyzacyjnymi, które wdmuchują chłodniejsze powietrze. Spawacze w zbiornikach ruszają się jak na zwolnionym filmie, a na zewnatrz „safety watch” w pełnej gotowosci z jakimis ampułkami i tabletkami na wypadek gdyby ktos zasłabł. Nie wiem co im podają bo wszystko opisane w „chińskich krzaczkach”. Sam po dwóch godzinach pomiarów w takich warunkach wychodzę stamtąd kompletnie wykończony. Nie przypuszczałem, że pot może lać się spod kasku ciurkiem, jak z kranu. Wychodzę, wypijam duszkiem butelkę wody, potem następną juz spokojniej, łapię powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg, a kiedy już naoddycham się do syta, odpoczywam nieruchomo i zbieram energię, przede wszystkim tą psychiczną, do następnego wejścia. W połowie dniówki trzeba zmienić kombinezon, bo jest juz tak mokry, że staje się cieżarem i przeszkadza w pracy zamiast chronić. Wspólczuję ludziom, dla których takie warunki to życie codzienne. Ja przecież za kilka dni wyjadę stąd do zupełnie innego świata i koszmar pozostanie jedynie wspomnieniem (oraz prerspektywą na przyszłość, lecz tymczasową i stosunkowo krotkotrwałą).

 

Wyspa Liuheng, 22.07.2007; 00:40 LT

sobota, 14 lipca 2007

 

Misja zakończona. Wrociłem znów na swój statek.

Wczorajsze przebudzenie przywaliło mi od razu dawką adrenaliny. Ponieważ gotowość do odcumowania wyznaczono na godzinę 08:00, po północy spakowałem się i nastawiłem budzik na 06:30. Kiedy zadzwonił uniosłem się na łokciu i wyjrzałem przez bulaj. Zobaczyłem odpływający statek który wcześniej zacumowany był do nas i.... holowniki stojące przy naszej burcie! Wyskoczyłem z koi jak oparzony. Bez koszuli, w biegu dopinając spodnie wpadłem na mostek.

- Jest juz pilot? Nie odpływajcie dopóki nie zejdę! – krzyknąłem do drugiego oficera.

- Pilota jeszcze nie ma, ale trap juz podwieszony. Ok, powiem kapitanowi, zeby poczekał.

Zbiegłem szybko do kabiny. Nie tracąc czasu na poranną toaletę dokończyłem ubieranie, chwyciłem laptopa oraz walizkę i podążyłem w dół po schodach. Błogosławiłem w duchu wcześniejsze spakowanie się.

Pranie! Nastawiłem pralkę na noc i miałem je wyciągnąc rano! - przypomniało mi się gdzieś miedzy piętrami. Pies trącał pranie. Nie zginie.

Na dole kapitan własnie kończył jeść w pośpiechu śniadanie. Tez był zaskoczony wcześniejszymi manewrami. Zaproponował mi chociaż herbatę w locie. Zdążyłem wypic dwa łyki i ktoś zawołał, że pilot właśnie wszedł i stoczniowy dźwig już chciał podnosić trap, ale go jeszcze powstrzymali. Odstawiłem więc kubek, wziąłem swój bagaż i po chwili byłem już na kei. Chmury zakrywały całe niebo, siąpił lekki deszcz, ale wiatru dużego nie było.

Kilkaset metrów dalej czekał statek, którego dowództwo miałem objąć na czas tajfunu. Minąłem trzy suche doki i wkrótce znalazłem się przy nim. W dobrym momencie, bo deszcz przybierał na sile. Wachtowy odprowadził mnie do kabiny i pokazał messę. Teraz mogłem spokojnie zjeść śniadanie.

Następne dwie – trzy godziny to było oczekiwanie na rozwój wypadków i ewentualne odcumowanie. Śledziliśmy w internecie trasę tajfunu i wyraźnie z niej wynikało, że raczej nie powinien już nam zagrozić. Posuwał się na północ i jego tor coraz wyraźniej odchylał się w kierunku Japonii. Stocznia jednak nie odwoływała pogotowia. Wiatr wzmógł się, ale nie było to więcej niż 6-7ºB. Gdyby nie prognozy pogody, w ogóle byśmy nie wiedzieli o żadnym cyklonie.

Wczesnym popołudniem zza chmur wyszło słońce, a wiatr osłabł do jakiejś mizernej „czwórki”.Wtedy już jasne dla nas było, że nie będzie potrzeby odcumowania. Stocznia jednak w dalszym ciągu utrzymywała stan pogotowia. Machina biurokratyczna mieli wolno. Nie ma odważnego by odwołać alarm jesli jest chociaż minimalne prawdopodobieństwo jakiegoś nagłego zwrotu wypadków.

Wczesnym wieczorem czytaliśmy już w internecie o zniszczeniach na Okinawie i o zatopionym statku, który stracił stateczność z powodu przesunięcia sie ładunku podczas przechyłów. Tajfun oddalał się, a załoga wciąż miała zakaz schodzenia na ląd.

Pogotowie odwołano dopiero dziś rano. Kiedy dowiedziałem się, że mój własciwy statek podnosi kotwicę i wraca do stoczni uznałem, że wsiędzie dobrze, ale u siebie najlepiej i pora zakończyć moje kapitaństwo. Wrzuciłem swoje rzeczy do walizki, zamknąłem laptopa i w południe zszedłem na keję. Obiad zjadłem już „u siebie”. Wyszło na to, że najbardziej dramatyczne chwile związane z przejściem tajfunu dotyczyły przebudzenia i konieczności szybkiego opuszczenia na statku. Cóż, każdy ma takiego King Konga na jakiego sobie zasłużył, jak głosił napis pod rysunkiem Andrzeja Mleczki przedstawiającego panią z małpą o wzroście siegającym trochę powyzej jej kolan.  

 

Wyspa Liuheng, 14.07.2007; 23:25 LT

czwartek, 12 lipca 2007

  

Tuż przed osiemnastą zdyszany budowniczy wpadł na statek z informacją, ze jednak mamy byc gotowi do wyjścia z portu. Jutro o ósmej rano. Tajfun co prawda wyraźnie zaczyna skręcać w kierunku Japonii, ale jest dość silny (prędkość wiatru do 250 km/h) i możemy dostać się w strefę sztormową z wiatrem dochodzącym do 90 km/h. Z tajfunami poza tym nigdy nic nie wiadomo. Zawsze mogą zachować się inaczej niż przewidywano, więc Chińczycy dmuchają na zimne.

Na dodatek na innym statku naszej kompanii stojącym w tej samej stoczni musieliśmy zmustrować w trybie pilnym kapitana. Za późno na dosłanie zmiennika. Pozostałem tylko ja. Zostawię mój obecny statek i jutro przed sniadaniem przesiądę się na tamten. Będę nadzorować to co sie dzieje wśród siódemki mojej floty, a jednocześnie popływam sobie na ósmym w charakterze kapitana jak za starych, dobrych czasów.

Tyle tylko, że ta cała ewakuacja i potem powrót to kolejne dwa dni straty. Już więc nie dwudziesty lecz dwudziesty drugi lipca najwcześniej, jezeli chodzi o zakończenie prac. Wakacje i lato uciekają w szaleńczym tempie, tak jak uciekła wiosna i zima.

Wyspa Liuheng; 12.07.2007; 22:50 LT

 

 
1 , 2