Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
poniedziałek, 31 lipca 2006

          

Kończy sie powoli bardzo długi dzień. Ale jak miło sie kończy! Własnie rozpocząłem korzystanie z położenia mojego nowego mieszkania. Półtorej godziny temu oddałem klucze włascicielce mojego dotychczasowego lokum. Wrzuciłem rzeczy do samochodu i tak rozpoczęło sie moje zamieszkiwanie na nowym miejscu. Zamieszkiwanie to chyba zbyt mocne słowo. Robotnicy nie zdążyli z remontem (umawialiśmy sie na koniec lipca) więc mój pobyt przypomina raczej wegetację J Podłoga jest tylko w jednym, malutkim pokoju, gdzie wrzuciłem wszystkie swoje rzeczy i między nimi piankowy materac. Od budowy, czyli reszty mieszkania oddziela mnie gustowan kotara z folii malarskiej. Za folia na razie jest gruz ze zburzonych scian, betonowa wylewka na podłodze, kable sterczące ze ściany, wyrwy po parapetach, przeraźliwie brudny kibelek (taki zostal po poprzednich właścicielach, a nowy czeka na instalację), przypruszona pyłem gipsowym wanna z hydromasażem (tez po poprzednich włascicielach, ale w tę w odróżnieniu od kibelka uda się doprowadzić do „błysku”.  W kuchni jest magazyn kafelków do łazienki i paneli na podłogę w drugim pokoju. Nie ma za to ani zlewozmywaka ani kuchenki. Są tylko gołe, nawet nie pomalowane ściany. Oczywiście w mieszkaniu nie znajduje się żaden mebel, więc w zasadzie mogę jedynie leżeć na materacu albo stać w oknie i podziwiać widok na Półwysep Helski. Moge też, tak jak teraz, wyjść na spacer na bulwar, usiąść  w tawernie, zamówić lody oraz kawę i słuchając na zywo szant siedzieć przed kompem i w tak pieknych okolicznościach przyrody pisac bloga. No, tutaj troszeczkę nakłamałem. Tawerna z szantami nie miała juz wolnych miejsc siedzących a trudno pisać bloga na stojąco z piwem w jednej rece, a kompem w drugiej. Usiadłem więc w knajpce obok, o swojsko brzmiacej nazwie „Flauta”. Nie mają tu szant, ale jest za to bardzo sympatyczna kelnerka J

A dzień był długi bo zmęczony w niedzielę, po wieczornym pożegnaniu z Tomkiem i Pauliną zrezygnowałem z nocnej podróży i nastawiłem budzik na trzecia nad ranem. To się nazywa wyczucie! Wkalkulowałem poranny korek w Gdyni i dotarłem do biura o 08:55 w sam raz żeby zdążyc zrobić kawę i pogrążony w lekturze e-maili powiedzieć zapracowany znad ekranu „dzień dobry” przychodzącej o czasie dyrekcji J Potem jednak taki śpik mnie dopadł, ze zamiast na lunch, pojechałem autem na pobliski parking, pusciłem klimę, radio, rozłożyłem fotel i oddałem się popołudniowej drzemce. Co za rozkosz! Teoretycznie to samo mógłbym zrobić na parkingu przed biurem, ale jakiś wewnętrzny głos mi szeptał, że nie byłoby to dobrze odebrane.

Ta drzemka uratowała moją dalszą biurową egzystencję dzisiejszego dnia bo wróciłem rześki jak... no własciwie to nie wiem jak co. Lipcowy poranek, a może skowronek o poranku? Nie, skowronki chyba nie moga byc rześkie. W każdym razie nie padałem juz nosem w klawiature i nawet udało mi sie rzucić ze dwa niezłe pomysły podczas słuzbowej burzy mózgów. A z biura po raz ostatni pojechałem stara trasą zabrać reszte rzeczy oraz oddać klucze, o czym napisałem na początku.

Fajny dzień i fajny koniec lipca. A teraz juz spać by rześkim z nowymi siłami ropcząć nowy miesiąc. No i zapamietać pierwszy sen na nowym mieszkaniu.

Gdynia, 31.07.2006; 22:45 LT

niedziela, 30 lipca 2006

 

Dziś na pewno o Pelplinie juz nie napiszę. Dobrze, ze w ogółe siadłem do bloga. Jesteśmy znów w Szczecinie i kończy sie wspólny, dwutygodniowy pobyt w Gdyni. Dzieciaki (he, obraziliby się pewnie wiedząc, że tak ich nazywam) mają swoje plany i najbliższą część wakacji spędzą po swojemu. Jeśli nie wyjadę na jakiś statek, a dyrekcja bedzie na tyle łaskawa by dać mi troche urlopu, to może wyskoczymy jeszcze gdzies razem pod koniec sierpnia.

Sobota znów minęła intensywnie. Wizyta u taty, wspólny wypad na cmentarz, po obiedzie wizyta w naszym szczecińskim biurze, potem kawa u rodziców koleżanki Pauliny, dwie godziny na słuzbową korespondencję i na koniec spotkanie w dawnym, klasowym gronie. Lubię je, chociaż niezbytr często moge sobie na nie pozwolić. Tak już jest, że samemu ciężko mi podjąć jakąś inicjatywę w tym zakresie, bo zawsze znajduję mnóstwo ważniejszych spraw do zrealizowania. Kiedy dzwoni ktoś i meeting staje się bardzo konkretny, wtedy, bywa ze machne ręką na inne rzeczy i oddaję się radościom zycia towarzyskiego. Wtedy wiem, że nic nie jest warte zaniechania takich imprez, ale za tydzień znów tyle jest do zrobienia.

Tym razem wyszedłem około północy, bo obiecałem młodzieży wspólne oglądanie jednego z filmów. Mieli czekać, ale trudy wczorajszej,nocnej podróży jeszcze były widoczne. Odlecieli w krainę Morfeusza niemal zaraz po skonsumowaniu kolacyjnej pizzy. Trudno, obejrzymy innym razem.

Mogłem za to wreszcie wyciągnąć zimne piwko z lodówki (samochód już odpoczywa w garażu) i wrzucić jakąś notatkę na blog. Jak bardzo ważne jest systematyczne pisanie przekonałem się na dzisiejszym spotkaniu. Towarzystwo opowiadało mi wrażenia ze wspólnego wyjazdu do Czech przed kilku laty i najwiecej czasu zajęły im spory kto kiedy dojechał i czy dana wycieczka miała miejsce pierwszego dnia zaraz po przyjeździe, czy też może nazajutrz. Powiedziałem im, ze to są skutki braku dziennika wyprawy, który dyskusję na temat faktów zamknąłby natychmiast.

Szczecin, 30.07.2006, 01:10 LT

poniedziałek, 24 lipca 2006

Wakacje w pełni. Skończyły się mistrzostwa świata w piłce nożnej, a ja cieszę się teraz wizytą moich dzieci. Szkoda tylko, że pracy nawał i czasu mam mało. Odbija się to wszystko na blogu, bo moja obecność tutaj stała się czysto symboliczna. Chyba będe musiał na czas letni zmienić formułę wpisów na znacznie krótsze  jeżeli w ogóle mam zachować jako taką regularność.

W ubiegłą sobotę dostałem dość niespodziewaną propozycję wspólnego wybrania się do kina przez jedną z moich koleżanek, z którą dość dawno się nie widziałem. W ogóle jakoś sypnęło ostatnio sobotnimi spotkaniami, bo pomijając dzień wczorajszy, kiedy to z założenia planowałem swój czas wyłącznie dla rodziny, przez ostatnie trzy tygodnie sobotnie meetingi trafiały się z zadziwiającą regularnością. Każda sobota była poświęcona odświeżeniu kontaktów z inną dawno nie widzianą koleżanką (rekordzistka to 11 lat przerwy w znajomości – widzielismy sie po raz ostatni kiedy w Polsce nie było jeszcze telefonów komórkowych).

Wybrałem się więc w miłym towarzystwie na „Jasminum”. Z filmów Kolskiego pamiętam tylko oglądany wiele lat temu „Jańcio Wodnik”. I chyba bedę musiał nadrobić zaległości, bo jego najnowszy obraz urzekł mnie swoja atmosferą. Pomijając juz całą fabułe, historię miłosnych zapachów (fascynującą samą w sobie) to atmosfera klasztoru uzupełniona znakomitą rolą Janusza Gajosa i równie brawurową jeśli nie lepszą (przy zachowaniu proporcji) malutkiej Wiktorii Gąsiewskiej sprawiły mi ogromną przyjemność. A już zetknięcie się ustabilizowanej, klasztornej codzienności, siermiężnej w jej regułach i męskim gospodarzeniu z pełnym świeżości i spontanicznym pojmowaniem swiata przez malutką lecz dojrzałą dziewczynkę to prawdziwa uczta humoru z górnej półki, którego tak bardzo brakuje w pełnych wulgaryzmu, prymitywnych produkcjach zalewających ekrany kin. Na mnie najwieksze wrażenie zrobiła scena pożegnania Geni z Ojcem Zdrówko. Pożegnania zawsze są smutne, ale to było szczególne, bo wierzę, że spędzonych razem kilka tygodni na zawsze odmieniło życie zakonnika, a i dziewczynki pewnie też.

Po filmie obejrzeliśmy mecz o trzecie miejsce mistrzostw świata. Nie wzbudził wielkich emocji, a zwycięstwo Niemców 3:1 przyjęliśmy z aprobatą bo należało się Niemcom grającym radosną, ofensywną piłkę, na otarcie łez po porażce w półfinale.

A potem amortyzował się kupiony niedawno stolik i lampa naftowa, przy którym zasiedliśmy po meczu i sącząc piwko gadaliśmy do wpół do drugiej w nocy. Nocne w górach rozmowy mi się przypomniały.

Nastepny dzień to przede wszystkim finał misrzostw swiata. Obejrzeliśmy go z Tomkiem w Multikinie na wielkim ekranie. Pomijając wszystko inne, cieszyłem się z takiej formy oglądania, bo moglismy skupic się na meczu i o meczu pogadać. Mój syn piłką intresuje się bardzo pobieżnie i nie należy do fanów sledzących wszystkie mecze. W domu pewnie zjmowałoby go wiele innych spraw, a tak... trafił nam się fajny, piłkarski wieczór. Tym ciekawszy, że preferencje mieliśmy odmienne. On kibicował Włochom, a ja Francji.

Szczecin, 16.07.2006

Nie dokończyłem powyższego wpisu, a moja obecność na blogu stała się nie tyle symboliczna co zerowa, ale w wakacje tak juz bywa.

To moze szybko wypunktuje co było potem bo coś mi sie wydaje, ze aby zachować aktualność, będe musiał nieco skrócić formę wpisów.

„Omen 666” czy jakoś tak. To film, który obejrzałem w ramach wakacyjnego luzu wspólnie z dziećmi. Nie było to kompletne dno jak w przypadku wielu remake’ów, ale też nic godnego większej uwagi. Najbardziej byłem zdziwiony, że nowy film nawet nie próbował (poza nielicznymi scenami) opowiedzieć historię syna szatana w sposób odmienny. Był niemal wierną kopią pierwowzoru sprzed około trzydziestu lat. Swoją obecność na nim zaznaczam z czysto kronikarskiego obowiązku.

Mniej w tym roku jeździmy niż w poprzednie wakacje, ale i teraz trochę. Zamek w Gniewie, katedrę w Pelplinie, fokarum w Helu. Pływaliśmy po jeziorze Wdzydze (za późno tam dotarliśmy by obejrzeć skansen), zamoczyliśmy nogi w morzu na Przylądku Rozewie, byliśmy w Łebie oraz w Ustce. Ta ostatnia miejscowość stała się miejscem ciekawego, blogowego spotkania. Przy piwie, kawie i.t.p. udział wzięli Drexler, Asia i ja. Spotkanie zakończyło rytualne zamoczenie nóg w Bałtyku o północy, po czym dziewczyny wróciły pakować walizki przed wyjazdem do swoich domów, a ja w nocna podróż powrotną. Podróż długa nie była, ale byłem wystraczająco zmęczony by około drugiej uznać za konieczny postój na stacji benzynowej w Wejherowie i chwilową drzemkę po tym jak o mały włos na wpół spiący nie wjechałem na nitkę jezdni dla pojazdów jadących z przeciwka.

Na tym muszę skończyć bo jeszcze czekają obowiązki. Mam nadzieję, ze znajde czas na napisanie kilku słów o Pelplinie, bo to była interesująca wycieczka.

Gdynia (na bulwarze – jak miło), 24.07.2006,  19:45 LT

środa, 05 lipca 2006

                              

Wiadomo już prawie wszystko. Tylko najważniejsze wciąż pozostaje tajemnicą. Albo Francja albo Włochy. Obydwa półfinały oglądałem w tym samym pubie „Parasolka” w Sopocie. Kiedy wzrok odrywał się od ekranu w strone urodziwych kelnerek, oprócz urody  tych dziewczyn podziwiałem ich kondycję. Biegały jak gazele zdecydowanie przewyższając pod tym względem naszą reprezentację piłkarską.

Nauczony doświadczeniem z innych pubów gdzie o miejsce przed rozpoczęciem meczu było niezwykle trudno tym razem brałem gazetę i... pracę do pubu. Zajmowałem wybrany stolik, a potem włączałęm laptopa i kontynuowałem to, co zwykle robiłem w biurze. Z laptopem można pracować wszędzie J

Bardziej interesował mnie drugo półfinał, t.zn. pojedynek Francji z Portugalią, lecz znacznie więcej emocji dostarczył ten pierwszy. Nie mam nic przeciwko Niemcom, ale nie mogłem ustrzec się poczucia złośliwej satysfakcji nie tyle z powodu ich porażki, co utraty bramki w ostatnich sekundach dogrywki. Niemcy przecież zawsze słynęli z tego, ze w podobny sposób rozstrzygali mecze na swoją korzyść. To oni zawsze napierali do ostatnich sekund i w końcu udawało im się wcisnąć zmęczonym przeciwnikom tę decydującą bramkę. Była więc jakaś odmiana w tym, że to Ballack płakał, a nie Włosi (chociaż chyba „kosiarz” Gatuso też płakał jak bóbr , ale ze szczęscia). Jakaś sprawiedliwość dziejowa w tym jest, że właśnie przed swoją publicznością zaznali takiej goryczy piłkarze Klinsmana. A przecież trzeba im oddać, ze walczyli wspaniale i w każdym meczu turnieju pokazali się z jak najlepszej strony, prezentując jeden z najbardziej widowiskowych stylów gry.

Niestety, widowiskowość jest w odwrocie. Im dalej w turnieju tym mniej bramek pada. Drużyny przede wszystkim sie bronią, tak zwanych stuprocentowych sytuacji jak na lekarstwo, a w normalnym czasie gry dominują wyniki 0:0 i 1:0. Myślę, że futbol czeka rzeczywiście poważna dyskusja nad reformą przepisów, bo inaczej bramki będą strzelane przede wszystkim z rzutów karnych.

Rzutem karnym wygrała dziś swój mecz także Francja. Wygrała jednak zasłużenie, kontrolując grę. Dziwiło mnie, że Portugalia mimo presji i wymykającej się szansy, odważniej zaatakowała dopiero w doliczonym czasie gry. Chociaż.... nie atakowała też Hiszpania i Brazylia. Troche to dziwne. Może nie problem w tym, ze nie atakowali lecz, że Francuzi skutecznie im takie próby uniemożliwiali? Finał z udziałem Trójkolorowych to chyba największa niespodzianka tych mistrzostw. Eliminacje przeszli byle jak, mecze grupowe turnieju również. Szczerze liczyłem na to, że Togo spręży się w ostatnim meczu i z ich grupy awansuje Szwajcaria oraz Korea. Francuzi awansowali jednak z drugiego miejsca i od tej pory ropoczął się ich popis. Życzę im zdobycia mistrzowskiego tytułu, który byłby niesamowitym ukoronowaniem kariery Zinedina Zidane. A jakąż satysfakcję miałby ich trener, na którym wieszała psy niemal cała Francja. Mógłby zagrać na nosie wszystkim malkontentom, którzy gotowi teraz czołem mu bić. Biedny Janas. Początek miał taki sam jak Domenech. Przecież i Francuzów rodzima publiczność wygwizdała w pożegnalnym przed mistrzostwami meczu. Tyle tylko, że ich drogi rozbiegły się diametralnie. Ale może paradoksalnie przykład Domenecha pozwoli naszemu trenerowi (byłemu?) uwierzyć, że i dla niego moga jeszcze przyjść dni chwały? W końcu taki jest sens życia. W każdym z nas tkwi i Janas i Domenech. Często przegrywamy, lecz  czasem wiara w słuszność podjetych decyzji nagle prowadzi nas do wymarzonego celu. Mamy swoje przysłowiowe pięć minut, które nierzadko przytrafia się w najmniej spodziewanym momencie. Warto więc wierzyć bo czymże byłoby życie bez wiary, że marzenia się spełnią? Tylko powolnym czekaniem na smierć.

Co z nadzieją, że i dla mnie przyjdzie kiedyś czas Domenecha, w opustoszałym już krótko przed północą pubie piszę.

Sopot, 05.07.2006; 23:40 LT

niedziela, 02 lipca 2006

Piękny, letni wieczór. Przeniosłem się z pisaniem bloga na balkon. Z uchylonych drzwi do pokoju dobiegają sierdceszczipatielnoje rosyjskie pieśni ludowe, zapadający zmierzch rozświetla lampa naftowa i tylko chrabąszcze mącą ten sielski nastrój, bo niczym ćmy co jakis czas zderzają się z ekranem laptopa.

To mój dziewiczy wpis po wielokroć.

Po pierwsze – chyba po raz pierwszy na świeżym powietrzu.

Po drugie - po raz pierwszy na ustawionym na balkonie stoliku. Trafiłem taki niedrogi stolik i krzesła w jednym z supermarketów w Trójmieście i pomyślałem, że fajnie byłoby jadać śniadania na swieżym powietrzu w słoneczny poranek. Zapakowałem zakup do auta i przywiozłem do Szczecina.

Po trzecie - w Szczecinie trafiłem na lampę naftową. Pomyślałem, że jeszcze milej byłoby siedzieć z kimś wieczorem przy takiej lampie i prowadzić długie, wieczorne rozmowy. Lampa, najprawdopodobniej chińskiej produkcji jak niemal wszystko na świecie okazała się bublem. Nafta przeciekała przez nieszczelne denko pojemniczka. Kupiłem ową lampe w dość odległym punkcie miasta, ale uznałem, że porządek musi być i pojechałem wadliwy towar wymienić. Oj durny ja durny. Przeciez wiadomo, że ręcznie tego nie robią więc bliźniaczy towar będzie prawdopodobnie mieć tę sama wadę. Oczywiście miał. Ale mi już nie będzie sie chciało jechać po raz kolejny. Uszczelnię to sobie jakoś samemu, a póki co lampa stoi na talerzyku wyłożonym papierowym ręcznikiem, w który wsiąkają ubytki.

Aha, nie napisałem jeszcze, ze na stoliku stoi jeszcze kawa i ciasto, ale to akurat to nie żadne dziewictwo lecz recydywa.

W międzyczasie zrobiło się juz prawie zupełnie ciemno i chrabąszcze sobie odpusciły. Obseruje teraz wychodzące na żer pajaki. Cholera, odkurzaczem potraktowałem dzis rano wszystkie pajęczyny oraz ich zalążki między szczebelkami balkonowej barierki, a te małe bestie zaczynają swoją robote od nowa.

Mogę tak spokojnie sobie pisać bo to kolejny dzień przerwy od Mundialu. Piątek i sobota upłynęły pod znakiem ćwiercfinałów. Opóźniłem swój wyjazd z Sopot z powodu pojedynku Niemcy – Argentyna. Zaraz po pracy zająłem miejsce w jednym z pubów. Zjadłem tam kolację, lody, wypiłem dwie kawy i dwie wody mineralne, a wsyzstko dlatego, że przed podróżą nie mogłem sobie pozwolic na piwo (szkoda że nie mieli bezalkoholowego). Gdyby mistrzostwa odbywały się w Ameryce Południowej, byłbym za Niemcami, ale ponieważ Teutoni byli gospodarzami, moje sympatie skierowały się ku teoretycznie mającym mniej szans latynosom. Kiedy zacząłem klaskać po bramce zdobytej przez Ayalę, dopiero po chwili zorientowałem się, że jestem w przeważającej mniejszości. To za sprawą klienteli pubu, która w połowie składała się z Niemców, a sympatie Polaków były podzielone. Generalnie jednak w pubie było zgodnie i wesoło. Nawet kiedy dopuściłem do swojego stolika rozpaczliwie poszukujących wolneg miejsca tuż przed dogrywką jakichs nowych Niemców. Jak oni bledli to ja się cieszyłem, a gdy ja łapałem się za głowę oni wybuchali radością. Niestety jako ostatni zasmiali się chórem i zaczęli się sciskać Niemcy. Prawdę mówiąc, kiedy Argentyńczycy nie zdołali strzelic zwycięskiej bramki w dogrywce, spodziewałem się, że karne zakończą się ich porażką. Mecz Włochy – Ukraina postanowiłem śledzic w radiu już podczas jazdy do Szczecina i ewentualnie zatrzymac się gdzieś na wypadek dogrywki. Okazało się, ze decyzja była słuszna bo mecz do dramatycznych nie należał.

W sobotę nie zrobiła na mnie wrażenia porażka Anglików. Szanse ich oraz Portugalii oceniałem po równo. Odpadnięcie z turnieju Brazylii to był jednak lekki szok. To był niemal pewniak do tytułu. Przeceniony jak się okazało. Gwiazdy błyszczały, ale w klubach, kilka lub kilkanaście tygodni temu. Noie po raz pierwszy okazuje się, że najlepsi zawodzą na koniec długiego sezonu. Są prawdopodobnie wyeksploatowani do cna. Pamiętam zdobyty w pięknym stylu tytuł mistrza Europy zdobyty przez Duńczyków, którzy zostali włączeni do grona finalistów w ostatniej chwili na miejsce wykluczonej Jugosławii. Piłkarze pojechali z marszu, bez specjalnych przygotowań, ekstra treningów, zgrupowań, meczów towarzyskich i... rozbili faworytów w pięknym stylu. Brzaylia była słaba na obecnych mistrzostwach od początku, lecz wszyscy mysleli iz to tylko „oszczędzanie się” przed ważniejszymi pojedynkami. Tymczasem wczoraj oddali mniej celnych strzałów na bramkę Francji niż Polska w fatalnym meczu z Ekwadorem. Myślę też, że zgubiła ich pewność siebie. Byli kreowani na mistrzów juz na długo przed rozpoczęciem turnieju i chyba sami uwierzyli, że nie ma na nich mocnych. Ciekawy jestem jak dalej potocza sie teraz losy druzyny francuskiej. Po chudych latach, wymeczonym awansie do mistrzostw i mizernym początku turnieju, po lawinie krytyki pod adresem trenera i piłkarzy nagle przyszło przebudzenie. 3:1 z Hiszpanią oraz 1:0 z Brazylią to już nie przypadek. Tym bardziej, że Hiszpanie mieli dokładnie te same problemy co Brazylijczycy – niemożność oddania porządnego strzału na bramke Bartheza. Są więc Francuzi na fali wznoszącej i marzy mi się rewanż za dramatyczny półfinał z 1982 roku, kiedy po zakończonym w normalnym czasie wynikiem 1:1, Francja prowadziała z Niemcami w dogrywce 3:1 i pozwoliła sobie to zwycięstwo wydrzeć. Wtedy w półfinale byli Niemcy, Francja, Włochy i Polska. Dziś Niemcy, Francja, Włochy i Po...rtugalia. Ech, żal...

Szczecin, 02.07.2006, 23:05 LT