Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
sobota, 30 lipca 2005

Nareszcie zrobiło się trochę chłodniej. Ostatnie dwa dni były bowiem nie do wytrzymania. Temperatura trzydziesci stopni, a może i więcej oraz bezchmurne niebo sprawiały, że blachy kadłuba i nadbudówki nagrzewały się niesamowicie fundując nam przymusową saunę przy braku klimatyzacji spowodowanej awarią.

W międzyczasie przemieściliśmy się z Belgii do Holandii. Był to bardzo pracowity postój. Zaopatrzenie, modyfikacje, analizy budżetu z księgowymi, nauka obsługi nowych programów wdrażanych pilotażowo, a wieczorem spotkania z licznie przybyłymi gośćmi.

Na nic poza słuzbowymi sprawami czasu juz nie było. Zdążyłem jedynie na rozejrzeć się bardzo wyrywkowo w internetowej ofercie wakacyjnej, by wybrać coś dla siebie i dzieciaków na krótki wypad kiedy wreszcie dostanę urlop. Prawie się zdecydowałem na niezbyt szaloną pod względem finansowym, ale atrakcyjną jeśli chodzi o kierunek wycieczkę.

Dziś rano zadzwoniłem do rodziców. Ostatnio telefonowałem przed trzema dniami, po przylocie do Belgii. Rozmawiałem wtedy z mamą, która narzekała na ból. Znaliśmy to już dobrze. Po każdej serii chemioterapii to samo.

- Niedobrze – głos taty w słuchawce był drżący i odmieniony.

Mama bardzo cierpiała po chemii. Nie mogła nic jeść i schudła przez ostatnie trzy tygodnie już ponad osiem kilogramów. Trzymała się jednak jakoś. Tym razem jednak po wizycie u lekarza pozostała w szpitalu. Następnego dnia zaś zasłabła i nie była w stanie prosuszać się więcej o własnych siłach. Tato poszedł po coś i po paru minutach znalazł ją leżącą na korytarzu. Krzykiem wezwał pielęgniarki. Dziś rano ponoć było trochę lepiej. Lekarze zdecydowali się przerwać chemioterapię i najpierw doprowadzić ją do w miarę normalnego stanu, a dopiero potem zadecydują co dalej.

W nocy odpływamy do Niemiec. W poniedziałek rano powinniśmy zacumować w Brake. Mam tam pozostać do końca tygodnia i po wypłynięciu statku wrócić do Polski. Mam też cichą nadzieję, że mama przechodzi tylko kolejny kryzys, jakich już wiele przez ostatnie lata doświadczała i że nie będę musiał pilnie wracać wcześniej. Na wczasy z dzieciakami chyba jednak już nie pojadę. Po prostu pobędziemy razem w Szczecinie. No chyba, że coś się odmieni i los da nam jeszcze trochę czasu.

* * *

Może da... Dzwoniłem przed chwilą znów i okazało się, że jest znaczna poprawa. Z łóżka wstawać jej nie wolno, ale miała siły by siedzeć i odzyskała władzę w nogach. Jest więc szansa, że i tym razem przemoże chorobę.

Vlissingen, 30.07.2005

21:25, searover
Link Dodaj komentarz »

No i jestem znów w Europie. Podróż z Vancouver minęła spokojnie. Trochę ponad dwie godziny spędzone na lotnisku we Frankfurcie i potem lot do Brukseli. Na  brukselskim lotnisku przywitał mnie znajomy… brud i bałagan. Jeszcze z czasów pływania pamiętam kanał prowadzący z Terneuzen do Gandawy. Dopóki biegł przez terytorium Holandii wszystko było dopieszczone  każdym detalu. Za granicą belgijską zaczynał się inny świat, bardzo zbliżony do naszego. Podobnie było i teraz. Stan taśmociagu na terminalu odbioru bagażu wołął o pomste do nieba. Jakieś puste butelki jeżdżące w kółko, kartoniki, poprzylepiane fragmenty naklejek do gumy, których nikt chyba nawet nie próbował odklejać – dawno nie widziałem takiego braku porządku, a to przecież było nie było stolica Unii Europejskiej.

Kierowca czekał na mnie przed wyjściem i wkrótce jechalismy w stronę Gandawy. Godzinna podróż minęła szybko pod znakiem rozmowy najpierw o zamachcach terrorystycznych w Egipcie i w Londynie, a potem o sporcie ze szczególnym uwzglednieniem piłki nożnej.

Na statku jak zwykle natychmiast wapadłem w wir spraw do bezzwłocznego załatwienia. Część zacząłem załatwiać od ręki, a resztę zostawiłem na dzień następny. Mój organizm zupełnie juz ogłupiał od zmiany stref czasowych i domagał sie przede wszystkim snu. Spałem jak zabity jedenaście godzin. Od dwudziestej do siódmej rano. I spałbym dłużej gdyby nie budzik. I gdyby nie shipchandler z Vancouver, który mysląc, że wciąż jeszcze jestem w Cowichan Bay, zadzwonił do mnie o drugiej w nocy. Dzień minął jednak i tak dość spokojnie, mimo inspekcji i przyjmowania zaopatrzenia. Większy ruch zacznie sie jutro.

Gandawa, 27.07.2005

21:20, searover
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 lipca 2005

I jeszcze dalej na wschód. Za pietnaście minut rozpocznie się boarding na lot z Vancouver do Frankfurtu. Jeżeli więc nic sie nie wydarzy, jutro rano zamknę moją petlę dookoła świata. Dokładnie po 13 dniach :)

A potem jeszce lot do Belgii gdzie czeka kolejny statek. Na nim spędzę jakieś 9-10 dni i wrócę do domu. I powoli trzeba bedzie mysleć o jakimś urlopie.

Na lotnisku udało mi się wrzucić dwa wpisy przygotowane "na sucho" na statku. Chwilowo nie mam więc blogowych zaległości, co już jest dużym sukcesem.

Vancouver, 25.07.2005

00:30, searover
Link Komentarze (2) »

Czas najwyższy zakończyć zalegające w kolejce opisy wakacyjnego pobytu dzieciaków  w Gdyni.

Drugi tydzień, po codziennych wieczornych rajdach poprzedniego z apogeum podczas weekendu przy milczącej aprobacie wszystkich zainteresowanych był zdecydowanie bardziej stacjonarny. Więcej było plażowania, bo zrobiło się wreszcie gorąco, a wieczorami powróciliśmy do tradycji wspólnego oglądania filmów. Przy okazji zapisałem się więc do osiedlowej wypożyczalni, która, mam nadzieję, bedzie mi służyć czas jakiś.

W czwartek opuszczał nas Tomek, który z końcem weekendu miał wyjeżdżać na kolonie i wcześniej chciał jeszcze zobaczyć sie z kolegami. Ponieważ pociąg miał grubo po jedenastej wieczorem, wrzucilismy jego spakowany plecak do bagażnika i pojechaliśmy na pożegnalną kolację.

Było wesoło i przyjemnie. Deser skończyliśmy parę minut po dwudziestej drugiej. Mielismy jeszcze sporo czasu. Wyszliśmy o wpół do jedenastej i stwierdziliśmy, ze dla zabicia czasu wybierzemy się jeszcze na krótki spacer nad morze. Wieczór był jednak chłodny.

- Tomek, masz kurtkę w plecaku na wierzchu? – spytałem.

- Kurtkę? – odpowiedział pytaniem Tomek i jego mina mówiła wszystko. Zapomniał. Została na wieszaku w szafie.

Do odjazdu pociagu pozostało czterdzieści pięć minut. Normalnie na pokonanie trasy z centrum do domu potrzebuję dwadzieścia do dwudziestu pięciu minut. Nie mielismy co zrobić z czasem, no to już mamy. Biegiem do auta i naprzód! Na szczęście wieczorna pora sprawiła, że ulice były już pustawe i większość sygnalizacji świetlnych był już wyłączona. Nie było źle. Wpadliśmy biegiem do mieszkania. Kurtka wisiała w szafie. Tomek ja chwycił, ja przekręciłem klucz w zamku i po chwili jechalismy z powrotem. Na dworzec dotarliśmy całe dziesięć minut przed odjazdem. Zaparkowałem w niedozwolonym miejscu, ale nie było czasu na szukanie parkingu. Kuszetka znajdowała sie na samym końcu peronu i kiedy zasapany z plecakiem dobiegałem do niej, myslałem tylko o tym, że nie przypuszczałem wcześniej iż peron jest aż tak długi. Szybkie pożegnanie, jeszcze kilka słów przez okno i niedługo potem pociąg ruszył. Spokojnie wróciliśmy do auta.

Na szczęście nikt nam przez te kilka minut nie wlepił mandatu.

- Pojechałabym teraz długo przed siebie, z włączoną muzyką w radiu, na przykład na Hel. Posiedzieć na plaży, a potem wrócić po nocnym rajdzie – rozmarzyła się Paulina. Moja krew. Mnie też rajcują takie wycieczki. I gotów byłbym jechać, ale krótka kalkulacja – powrót około czwartej nad ranem kazała mi być rozsądnym. Dziewczyny będą mogły potem spać do południa, a ja o pietnastej padnę z niewyspania przy służbowym biurku.

- Do Helu za daleko. Muszę być wyspany w pracy, ale chodźmy nad morze.

I poszliśmy jeszcze na spacer. Wróciliśmy grubo po północy.

Piątek dziewczyny przeznaczyły na pakowanie się i sprzątanie, dzięki czemu wieczór mielismy zupełnie wolny. Zajrzelismy na chwilę na Skwer Kościuszki, gdzie właśnie zaczął się Heineken Opener Festival, a potem pojechaliśmy do Sopotu na plażę. Było tam wcale nie mniej ludzi niż w słoneczny dzień. Podoba mi się takie wieczorno nocne biesiadowanie. My oczywiście czyniliśmy to bez piwka.

W pobliskim parku natknęliśmy się na... jeże. Nie sądziłem, ze te zwierzątka mogą się zadomowić w tak ruchliwym miejscu.

Przed snem dziewczyny kręciły się coś niezdecydowane, aż w końcu Paulina zaczęła:

- Tato, będziesz bardzo zły... – Hm, początek zdecydowanie nie nastrajał optymistycznie.

- Co się stało? – wolałem dowiedzieć sie jak najszybciej.

- Bo wiesz, my jak sprzątałysmy to... potłukłyśmy klosz żyrandola.

Spoglądam w górę. Rzeczywiście brak jednego z pięciu.

- Cholera! – wymknęło mi się – Będę się musiał tłumaczyć przed właścicielką!

Nie chciałem jednak tak kończyć ich pobytu i uspokoiłem się szybko.

- Trudno, pogadam z nią. Świat się nie zawali. – Nie chciałem nawet dociekać jak to się stało chociaż wersja z zahaczeniem przez rurę od odkurzacza wydawała mi sie mocno naciągana.

- Nie gniewasz się?

- Na pewno się nie cieszę. Ale bywają przecież gorsze nieszczęścia. Dobrze, że powiedziałyście mi o tym, bo miałbym potem pełno wątpliwości jak i kiedy się to stało.

Spaliśmy długo, a po śniadaniu, około jedenastej ruszyliśmy w drogę powrotną do Szczecina. Miała być z założenia spokojna, z postojami po drodze.

Tradycja zapominania okazała się trwała. Zapomniałem zabrać z biura zasilacza do notebooka, a bez niego nie dałbym rady sprawdzić w Szczecinie służbowych e-maili. W ten sposób juz na początku musieliśmy nadrobic drogi w odwrotnym niz zamierzalismy kierunku.

Ponieważ po drodze byłem umówiony na kolejna wizytę w warsztacie w Starogardzie Gdańskim, przez ów kabel musielismy wykreślić z programu krótką wizytę w gdańskim Muzeum Narodowym w celu obejrzenia „Sądu Ostatecznego”. Nie mamy coś szczęścia do tego obrazu. Poprzednim razem kiedy przyszliśmy do muzeum, był on akurat wypożyczony na jakąś wystawę.

W warsztacie zresetowanie komputera i wygaszenie uparcie swiecacej kontrolki układu oczyszczania spalin trwało kilka minut. I na niewiele dłużej wystarczyło. Jakieś pół godziny później znów swieciła. Zauważyłem, a okazji do obserwacji miałem sporo, bo tych wizyt juz kilka było, że lampka zapala się zawsze po pierwszym zatrzymaniu od zresetowania. Tym razem było to kilkadziesiąt kilometrów za Starogardem.

Przy okazji opisów Borkowa podczas naszej drogi do Gdyni, Drexler zamiesciła komenta o miejscowści Odry, gdzie znajdują się kręgi kamienne. Nie trzeba było wiele zbaczać by zahaczyć o to miejsce w drodze powrotnej więc nie przepuściliśmy okazji. Tajmnicze miejsce znajdowało się głeboko w lesie, a dla mnie miłym zaskoczeniem był fakt, ze utworzono tam rezerwat, pięknie utrzymany i zabezpieczony. Spodziewałem się kilku „dzikich” kamieni gdzieś w lesie, a tam atrakcja turystyczna pełną gębą. Kamiennych kręgów jest tam całe mnóstwo!Bardzo byłem zadowolony z tej wizyty.

Z tablicy informacyjnej wynikało, że cmentarzysko liczy sobie jakieś 1800-2000 lat. Oznacza to, że jest około 3000 lat młodsze od tego z Borkowa. Jedyne co mi przyszło do głowy, to świadomość, ze ciężko sobie wyobrazić tę odległą różnicę, zważywszy, że jest ona wieksza od całej znanej nam historii tych ziem, o której w szkole uczono nas, że wszystko zaczęła się od Mieszka, a przed nim niemal pustka. Co działo się tutaj przez te tysiące lat przed Mieszkiem? Świadkami jakich wydarzeń były owe stojące do dziś kamienie?

Następny przystanek miał być w Człuchowie, ale rozkopane drogi i objazdy sprawiły, że zamist do centrum, trafilismy na rogatki, więc postaniwiłem, że popas zrobimy gdzieś dalej. I zrobilismy go dosłownie kilka kilometrów za Człuchowem na bardzo fajnym kompleksie wybudowanym dookoła stacji benzynowej. Zaczęlismy od obiadu, bo zrobiło się już dość późne popołudnie, a potem poszliśmy karmić zwierzęta. W rozległej zagrodzie były bowiem sporo małych kózek, lamy, osioł, czarny barani jeszcze parę innych zwierząt. Dla mieszczuchów karmienie ich i gaskanie to prawdziwa frajda. Oczywiście zwierzaki zdążyły już się nauczyć, że wchodzący do zagrody goście mają ze sobą jedzenie, wiec natychmiast nas obstąpiły. Biedna Paulina nie mogła się wydostać spośród stada kóz, lama porwała jej od razu połowę karmy, a podniesienie torebki w górę skutkowało tym, że co bardziej smiałe zwierzęta stanęły na tylnych nogach, przednimi opierając się o nią. Osioł, jak twierdzi Paulina, kopnął ja kiedy nic nie dostał J Po karmieniu poszliśmy do małp, które miały całkiem fajny wybieg w innym miejscu, a następnie, po zatankowaniu ruszylismy w dalszą drogę. Późne popołudnie zrobiło sie już bardzo późne więc następnych postojów już nie robiliśmy i o wpół do dziewiątej wieczorem dojechaliśmy do Szczecina.

Vancouver, 23.07.2005

00:23, searover
Link Dodaj komentarz »

Przed wyjazdem na lotnisko pochodziłem jeszcze trochę po mieście. Spacer wśród betonu, samochodów i kurzu przy temperaturze około 32°C i dużej wilgotności powietrza do przyjemności nie należy. Wieczorem jest zdecydowanie inaczej.

Chiny kiedyś kojarzono przede wszystkim z rowerami. Obecnie znaczna część Chińczyków korzysta jeśli jeszcze nie z samochodów to przynajmniej ze skuterów, ale rowery nadal stanowią znaczną liczbę pojazdów nawet na głównych ulicach Szanghaju.

Ten kraj jako jeden z nielicznych nadal stosuje sie do pierwotnego zastosowania parasola. Być może się mylę, ale słowo parasol pochodzi od zbitki „para sol” czyli w bardzo luźnym tłumaczeniu „przeciwko słońcu”. Ta wyparta przez deszcz funkcja, bardzo już zapomniana w Chinach nadal ma się dobrze. W słoneczne dni na ulicach przemyka pod parasolami mnóstwo ludzi, i bynajmniej nie tylko kobiety.

Parasol noś i przy pogodzie. W Chinach to normalka.

To i owo uchwyciłem na zdjęciach, ale nie wszystko. W moją szanghajską zieloną noc zjechałem z dwudziestego piętra, gdzie mieścił się mój pokój, na piąte, gdzie rozlokował się bar karaoke. Siedziałem przy piwku i jak to zwykle w podonych okolicznościach bywa, chmielowy napój ujawnił swoją jedyną oprócz wywoływania senności wadę. Musiałem udać się do toalety. Tu muszę dodać, ze tania siła robocza w tym kraju sprawia, że od hostess, kelnerek, boyów hotelowych aż się tam roi. Równiez w męskiej toalecie urzędował odpowiedni człowiek. Odnaszych babć czy dziadków klozetowych różnił się przede wszystkim strojem (ciemne spodnie, czarne lakierki, biała koszula) i tym, że nie siedział na taboreciku w kącie lecz usługiwał klientom. Wyciskał mydło z pojemnika, odkręcał wodę w umywalce, podawał paierowe ręczniki. Troszkę mnie to drażniło, bo to jednak mimo wszystko dość intymne pomieszczenie i wolałbym sam nabrać sobie mydła i spokojnie wytrzeć się ręcznikiem. Ale to nie wszystko. Kiedy stanąłęm przed pisuarem, ów pan... również stanął obok, aczkolwiek nieco z tyłu. Najpierw zabawiał rozmową po chińsku pana sikającego do sąsiedniego pisuaru, a po chwili... poczułem jego dłonie masujące mi kark. Tego było juz za wiele. Rozumiem masaż u fryzjera, bardzo przyjemny, szczególnie w wykonaniu młodych adeptek tego zawodu, ale w ubikacji i w dodatku przez faceta to już trąciło nieco perwersją. Ponieważ po chińsku nie mówię, machnąłem tylko wolną ręką jakbym odganiał muchę i pan natychmiast oddalił się na dwa kroki. Wiedziałem, że chciał dobrze, tylko ja miałem kosmate myśli. Ot, egzotyka.

Ponieważ na lotnisku znalazłem się sporo przed czasem, uległem reklamie głoszącej „w 7 minut i 20 sekund do centrum miasta” (normalnie jedzie się około godziny). Dotyczyła ona kolejki MAGLEV, która wzięła swoja nazwę od angielskiego określenia „magnetic levitation”. Po naszemu nazywa się to pociąg na poduszce magnetycznej.

Postanowiłem przed odlotem przejechać się jeszcze czymś takim. Gdyby nie ogromne koszty takiego transportu, byłby to rewelacyjny środek lokomocji. Może jeszcze kiedyś będzie, zwiastując renesans kolei. Futurystyczny kształt pociągu bezszelestnie, unosząc się lekko nad torem wtoczył się, a właściwie nie wtoczył lecz nadleciał na przystanek.

Bilet na pociąg Maglev.

Krótki postój, podczas którego skład spoczywał na torze i za chwilę można było poczuć jak się znów unosi. Rozpędzał się stosunkowo powoli w porównaniu do szybkich samochodów, ale za to konsekwentnie i tam gdzie przeraźliwie wyjące motory nie śa w stanie wykrzesać z siebie już ani kilometra na godzinę więcej, on zostawił je z tyłu i przyspieszał nadal. Pędzące autostradą z predkością stu kilkudziesięciu kilometrów na godzinę samochody zostawały w tyle jak mijane przez nie prydrożne drzewa. Spoglądałem na wyświetlacz znajdujący się nad drzwiami. Dwieście, dwieście pięćdziesiąt, trzysta, trzysta pięćdziesiąt kilometrów na godzinę... Zatrzymał się dopiero na 431 km/h i z taką prędkością gnalismy czas jakiś, dopóki nie zaczął zwalniać przed stacją końcową.

Piękna zabawka. Pomysleć, że czymś takim moznaby pokonać turystyczną  trasę Hel – Zakopane w czasie grubo poniżej dwóch godzin i to nawet z przystankami w Gdańsku, Toruniu, Łodzi i Krakowie. A ja moją tradycyjną trasę Gdynia - Szczecin zaliczałbym w pięćdziesiąt minut. Gdybym tylko miał forsę na bilety, nie musiałbym wynajmować mieszkania w Gdyni, lecz dojeżdżać codziennie ze Szczecina. Może moje dzieciaki doczekają takich czasów. Ja cieszyłbym się choćby tylko z autostrady, na którą też nie ma widoków.

Kiedy wróciłem na lotnisko, akurat był już czas aby ustawić się w kolejce do odprawy. Po zaliczeniu wszystkich etapów (nadanie bagażu, celnicy, immigration, security) mogłem jeszcze połazić po sklepach oraz usiąść w kafejce na ostatni chiński posiłek. W jego trakcie usłyszałem „ostatnie wezwanie dla pasażerów lecących do Chicago”. Ki diabeł? Przeciez jeszcze czterdzieści pięć minut do odlotu! Szybko zapłaciłem i pobiegłem. Okazało się, że przyspieszono odlot z powodu nadciągającegoi tajfunu. Dobrze, ze byłem czujny.

Vancouver, 21.07.2005

00:18, searover
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5