Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
poniedziałek, 18 czerwca 2012

„Noce Świętojańskie” to niezbyt długa ale bardzo fajna tradycja szczecińskiego Teatru Polskiego, który na zakończenie sezonu organizuje dla fanów teatru weekendową ucztę. W tym roku zależało mi, aby obejrzeć spektakl „Chlip hop” Magdy Umer i Andrzeja Poniedzielskiego.

W pierwszej chwili, znając tylko daty obawiałem się, że będę musiał wybierać pomiędzy przedstawieniem a meczem, lecz na szczęście organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Tytułowa noc zaczęła się bowiem już o siedemnastej.

Dlaczego „chlip hop”? Autorzy nazwali tak pewien rodzaj piosenek, które z racji swej melancholijnej natury sytuowane są na pograniczu płaczu wykonawcy i odbiorcy. Taki przedpłacz, chlipanie wstępne. Oczywiście nie muszę dodawać, że takie piosenki nie miałyby racji bytu gdyby nie korespondowały z równie melancholijną naturą autorów i wykonawców tego spektaklu. Żeby jednak nie zapłakać się do cna całość utrzymana jest w konwencji autoironii i pelna jest tylu świetnych obserwacji, perełek lingwistycznych, że pomimo tych mniej i bardziej smutnych, mądrych piosenek ubawiłem się świetnie.

Kiedys oglądałem film „Samotność w sieci” i stwierdziłem, że odtworzenie na ekranie nawiązującej się przez internet relacji między dwiema osobami to karkołomne wyzwanie. Jak pokazać ogrom emocji, kiedy główni bohaterowie siedzą przed komputerami i zawzięcie klikają w klawiatury? Jak długo można pokazywać na ekranie statyczną scenę ślęczenia przed laptopem i nie zanudzic widza? W spektaklu „Chlip hop” Magda Umer, Andrzej Poniedzielski oraz towarzyszący im autor aranzacji piosenek Wojciech Borkowski zasiadają na scenie do biurek, na których stoją ich laptopy i nie ruszają się z foteli aż do końca przedstawienia. Gawędzą sobie on-line, śpiewając od czasu do czasu (również na siedząco) to i owo. Ale jak gawędzą! Rozmawiają o internecie, o niespełnionych i spełnionych miłościach, o depresji związanej z dojrzałym wiekiem i przemijaniem, a robią to w taki sposób, że niemal przez cały czas śmiejemy się szczerze oczyszczając tym samym z swoich własnych smutków podobnej natury. Ktośby pomyślał: no tak, to taki wieczór kabaretowy. Tam też liczy się tekst i śmiech i piosenka. Niezupełnie. Teksty kabaretowe są, hm... jakby to określić, trochę bardziej nachalne, głośne, dosadne. Rozmowa Pani Magdy z Panem Andrzejem zaś to wyciszona wieczorna pogawędka (brawa za scenografię!) pełna jedank takich cudownych sformułowań, błyskotliwych odpowiedzi na banalne zdawałoby się pytania, że z uleczywszy mnie z egzystencjalnych smutków wpedziły mnie w inną depresję, ponieważ zdałem sobie sprawę, że choćbym nie wiem jak się starał nigdy nie napiszę czegoś tak lekkiego i literacko pięknego jak oni zrobili to kiedyś przy okazji, na kolanie, między jednym utworem a drugim. Bohaterowie na scenie bawią się swoimi tekstami, odnoszę wrażenie, że nie odtwarzają dokładnie swoich ról, lecz po prostu improwizują w zalezności od sytuacji i nastroju. Ma się poczucie jakby przypadkiem wzięło się udział w zwyczajnej, prowadzonej właśnie przez nich rozmowie.

Oklaskom na koniec nie było końca, lecz bis był tylko jeden, nie za długi, ponieważ, jak powiedzieli artyści, musimy zdążyć spełnić swój patrotyczny obowiązek.

Patriotyczny obowiązek należało spełniać począwszy od 20:10, bo wtedy w telewizji rozpoczynała się transmisja meczu Czechy – Polska. Rozgrywany na wrocławskim stadionie pojedynek mógł dąc nam pierwszy w historii awans do ćwierćfinału mistrzostw Europy.

Wszystko za sprawą remisu 1:1 z Rosją, który okrzyknieto tak wielkim sukcesem, że wydawało się, iż mecz z Czechami to tylko formalność. Od kilku dni nie mówiło się o niczym innym jak tylko o awansie. W sobotni wieczór wszystkie fan zony pękały w szwach. Ja tradycyjnie wybrałem multikino. Może niepotrzebnie, bo po co podtrzymywać tradycję, w której Polacy nie wygrywają meczów? Ba! Mądry Polak po szkodzie. Przegrali więc nasi 0:1, ponieważ na dwadzieścia minut przed końcem to nie polski lecz czeski zryw przyniósł rozstrzygnięcie. I nie tyle sama porażka mnie boli (wiadomo, sport to sport) co rozczarowuje styl, w jakim została poniesiona. Wygladało bowiem na to, że naszym kadrowiczom sił starczyło jedynie na pierwszą połowę. Nie wątpię w ich ambicję i wolę walki, więc tylko to jedno wytłumaczenie przychodzi mi do głowy. Inna sprawa, że w obecnym futbolu gra się już tak szybko, iż kondycyjnie wytrzymują jedynie najlepsi. Nie tylko polską drużynę dopadła ta przypadłość. Doskonalsi i bardziej utytułowani mieli podobne problemy w drugich połowach swoich meczów. Wyglądało to tak jakby ci z niższej półki stawiali wszystko na jedną kartę: serią błyskawicznych akcji prowadzonych w morderczym tempie zajechać przeciwnika i przewagę udokumentować co najmniej jedną bramką, bo jeśli nie... Jeśli nie, to następnych okazji prawdopodobnie nie będzie, ponieważ zabraknie już sił na przeprowadzenie akcji. Taki bluff, zagrywka va banque – albo się uda, albo po meczu. Z Czechami się nie udało. Przetrzymali poczatkowy napór naszej drużyny, a potem mieli juz z górki. Dlatego cały czas uważam, że mistrzostw nie przegralismy przegranym meczem z Czechami, lecz zremisowanym z Grecją. Tym bardziej, że wtedy wszystko układało się dobrze (prowadzenie oraz gra w przewadze), aż do momentu głupio straconej bramki. A swoją drogą to ciekawe: rywalizację w grupie wygrywa drużyna, która rozpoczęła turniej od porażki 1:4 i do końca nie dała rady przynajmniej wyzerować rożnicy. Ci natomiast, którzy tak błyskotliwie wygrali, z dodatnim bilansem bramkowym zakończyli rywalizację na trzecim miejscu.

Świat się jednak jutro nie kończy. Mistrzostwa Europy trwają. Wyjątkowo tym razem pomimo sportowej porażki wygrywamy jako kraj. Piłkę straciliśmy, ale lotnisk, dworców kolejowych dróg już nie. To wszystko zostanie, a na dodatek w świat pójdzie fama (o ile czegoś nie spieprzymy), że Polska to fajne miejsce, do którego warto będzie wrócić już bez piłkarskiej okazji. A liczenie bramek zacznie się od nowa 7 września, kiedy to meczem z Czarnogórą zainaugurujemy eliminacje do mistrzostw świata 2014. I dobrze by było nie tylko nie przegrać, lecz nawet nie zremisowac tego meczu, jeśli chcielibyśmy doświadczyć uroków turnieju finałowego w Brazylii.

Szczecin; 18.06.2012; 00:20 LT

sobota, 09 czerwca 2012


Mistrzostwa przywitaliśmy w spockim Multikinie. Ceremonia otwarcia nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Show jak show. Miło popatrzeć, lecz na kolana nie rzucał. Kiedy jednak w tunelu tego pieknego stadionu pojawili się oczekujacy na wyjście na boisko piłkarze, a wszystkich powitał głos Dariusz Szpakowskiego wołającego „Witajcie Polacy! (...) To nie sen! To naprawdę rozpoczyna się Euro 2012 W Polsce i na Ukrainie(...) Miało tu nie być kamienia na kamieniu, a dziś Warszawa, dumne miasto, wita Europę, wita świat” oczy zrobiły mi się wilgotne.

Nie oszczędzała naszego kraju historia.

MIASTO RUIN - video 

Ograbiony i zrujnowany w czasie wojny, odbudowany lecz z narzuconymi pętami komunizmu bez szans na szybszy rozwój kiedy świat uciekał do przodu, wreszcie po 1989 roku mógł znów powrócić do europejskiej wspólnoty i swobodnie realizować swoje marzenia. Pamiętam jeszcze tak niedawne utyskiwania zawodników i trenerów drużyny Lazio, którzy w 2003 roku po lutowym czy marcowym meczu z eksportową wówczas Wisłą Kraków narzekali, iż zmrożona murawa przypominała klepisko i, ze na czymś takim nie powinno rozgrywac się meczów piłkarskich. Ktoś odpowiedział, że gdyby Włochom narzucono czterdzieści pięć lat komunizmu, ich stadiony pewnie wygladałyby podobnie, lecz nie zmieniało to faktu iż był to jeden wielki wstyd. Jeszcze dziewięć lat temu, wiosną 2003 roku nie mieliśmy w Polsce ani jednego stadionu na europejskim poziomie, a dziś nie tylko rozgrywają mecze, lecz także trenują na licznych mniejszych obiektach najlepsi z całej Europy.  Redaktor Szpakowski wspominał: „Na wielu stadionach komentowałem mecze biało-czerwonych i zawsze marzyłem, żeby przenieść mały stadion do Polski i żeby wreszcie odbyła się u nas jakś fajna eropejska czy światowa impreza. To nie sen! To rzeczywistość! To naprawdę się dzieje! Euro 2012 za moment się rozpocznie.”

Hymn. Niesamowite. Nawet w kinie wszyscy wstają z miejsc. Polski hymn, na otwarciu Euro, na Stadionie Narodowym w Warszawie. I jakby mało było szczęścia, po pierwszym gwizdku sędziego polska drużyna gra znakomicie. Raz za razem wypracowuje sobie znakomite okazje strzeleckie, z których w siedemnastej minucie jedną wykorzystuje! 1:0! Euforia! Nie ma chyba w Polsce nikogo, kto w tym momencie nie podskoczyłby do góry z radości. No może, poza Janem Tomaszewskim. Całe Multikino wiwatuje. Siadamy w końcu by spokjniej obejrzeć powtórkę i... klops.

Przez dziewięć minut na ekranie oglądaliśmy jedynie momunikat o braku sygnału. To ponoć wielka burza jak akurat przetaczała się nad Sopotem sprawiła, że nie tylko w Multikinie lecz w okolicznych knajpkach na Monciaku sygnał zanikł. Co za szczęście, że nie stało się to minutę wcześniej, bo nie obejrzelibyśmy bramki. Biało-czerwoni grali jak za dawnych, najlepszych lat, a kiedy jeszcze sędzia po kolejnym faulu pokazał w 42 minucie czerwoną kartkę jednemu z Greków, wydawało się, że już jest po meczu. I co gorsza, tak chyba pomysleli również nasi piłkarze. Po przerwie role zupełnie się odwróciły. Grający w osłabieniu Grecy rzucili się do ataku, a nasza obrona nie miała najlepszego dnia. Najpierw fatalne zderzenie bramkarza i obrońcy wskutek czego greckiemu napastnikowi pozostało tylko podbiec do stojącej na siódmym metrze piłki i trafić nią do pustej bramki. Pietnaście minut później kolejny kiks linii obrony pozwala wyjść greckiemu napastnikowi na sam na sam z bramkarzem. Szczęsny fauluje, a sędzia dyktuje rzut karny pokazując jednocześnie naszemu bramkarzowi czrewoną kartkę. Znów wydaje się, że juz jest po meczu, ale tym razem w drugą stronę. Do bramki zmierza nierozgrzany bramkarz rezerwowy, Przemysław Tytoń. Cała Polska wstzrymała oddech. Nasza reprezentacja w drugiej połowie gra źle. Jeśli teraz Grecy strzelą to ciężko będzie wyrównać. Do końca meczu pozostało dwadzieścia minut. Tytoń przyklęknął w bramce, przeżegnał się i ustawił na linii. Naprzeciwko naszego rezerwowego kapitan reprezentacji Grecji Kargounis – najlepszy strzelec i najbardziej doświadczony zawodnik. Kto wygra ten pojedynek Dawida z Goliatem?

- Tytoń i Karagounis! A za Tytoniem ściana naszych pragnień! – komentował Dariusz Szpakowski.

Kargounis podbiega, strzela w dolny, lewy róg bramki

- Karagouuuuuniiiiis.....Broni! Broni! Broni Przemek Tytoń! – głos komentatora Szpakowskiego zagłuszyła wrzawa na stadionie i na widowni w kinie.

Nazajutrz prasa i internet pełne były żartobliwych tytułów nawiązujących do nazwiska bohatera. Ostatni raz coś takiego miało miejsce gdy kapitan Wrona posadził bezpiecznie na płycie lotnska boeinga bez otwartego podwozia. „Lataj ja orzeł, ląduj jak Wrona” – pisano wtedy. A dziś od rana o tym „Jak się rzuca Tytoń” i, ze „Tytoń tym razem wyszedł Polakom na zdrowie”.

Niestety, karty po raz kolejny juz się nie odwróciły. Polacy nie otrząsnęli się i nie byli w stanie groźniej zaatakować Greków i to właśnie goście mieli więcej szans na strzelenie bramki. Trudno powiedzieć czym kierował się trener Smuda nie decydując się na żadną zmianę, która mogłaby ożywić grę naszego zespołu. Mecz skończył się wynikiem 1:1. Pozostał ogromny niedosyt, bo choć wynik jest sprawiedliwy, a nawet szczęśliwy dla nas biorąc pod uwagę okoliczności drugiej połowy, to jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że zdobyta w pierwszej połowie przewaga bramkowa i psychologiczna została zaprzepaszczona trochę po frajersku. Pozostały dwa mecze, w tym bardzo ważny z Rosją. Tą Rosją, która wieczorem w drugim meczu naszej grupy rozbiła Czechy 4:1. Po tym co zobaczyłem, jestem pełen obaw, ale futbol nie byłby futbolem gdyby wszystko dało wyliczyć się na papierze. Wejdę pod stół i odszczekam wszystkie swoje wątpliwosći jeśli nasi pokonają Sborną.

Sopot; 09.06.2012; 15:40 LT

czwartek, 07 czerwca 2012

Sen ziścił się ponad pięć lat temu. Odgrzebałem swój wpis z tamtego okresu.

http://mojaszuflada.blox.pl/2007/04/EURO-DLA-NAS.html

Dziś w TVN 24 od rana mówią już tylko o EURO. Emocje sięgają zenitu. Nie te sportowe, bo na nie przyjdzie czas jutro, ale na przeżycia związane z samym turniejem. Piłkarze już przylecieli, kibice się zjeżdżają.

Euro Sopot 01

Co miało zostać przygotowane (a raczej co udało się zrealizować) już działa (ostatni odcinek autostrady A2 do Warszawy oddany do użytku wczoraj krótko przed północą, odnowiony dworzec kolejowy w Gdyni otwarty w czwartek, w Poznaniu i we Wrocławiu kilka dni temu, nowe terminale lotnisk wyglądają świetnie, a stadiony to bajka).  Żal niezrealizowanego, ambitnego planu budowy autostrad i, że  czeka nas jeszcze przez jakieś najbliższe dwa lata zapaść na kolei. Dziś, w przeddzień rozpoczynających się mitsrzostw Europy  to wszystko nie ma już jednak większego znaczenia. Impreza sie odbędzie w lepszej lub gorszej infrastrukturze, a jakie wrażenie wywiozą od nas goście, w dużej mierze zależy od nas samych. Rząd jakiś czas temu rozpoczął akcję „Polacy 2012 - wszyscy jesteśmy gospodarzami”  promującą polską gościnność, ze słynnm juz plakatem „Feel like at home” skierowanego do przybyszów i apelując do rodaków, by każdy od siebie dołozył swoją małą cegiełkę, by odwiedzający nasz kraj zapamiętali jego sympatyczne oblicze. Każdy chętny mógł otrzymać pakiet materiałów promocyjnych. Dostałem i ja, więc od dzisiaj noszę plakietkę „How can I hep you?” by wspomóc w miarę możliwości mających kłopoty naszych gości.


Rozpoczyna się piłkarski karnawał. Cały świat patrzy dziś na Polskę. Niektórzy twierdzą, że ogarnęło nas jakieś szaleństwo, przesada, egzaltacja nieadekwatne do wydarzenia. Byc może. Popatrzmy jednak na to z innej strony. Do tej pory świat na ogół patrzył na Polskę jak na doświadczany ciężko przez historię, biedny kraj. Otrzymywaliśmy dowody wsparcia i sympatii, ale na ogół w związku ze smutnymi wydarzeniami: krwawą ofiarą II wojny światowej, długą walką z narzuconym jarzmem komunizmu, śmiercią Jana Pawła II, katastrofą smoleńską. To głównie wtedy relacje z Polski zajmowały całe kolumny pierwszych stron gazet.

Dziś chyba nie ma znaczącego tytułu prasowego, poratlu intenetowego, telewizji czy rozgłośni radiowej, która nie wspominałaby o oragnizowanych przez nas wspólnie z Ukrainą mistrzostwach. To chyba pierwszy raz, kiedy cały świat patrzy na nas nie przez pryzmat cierpień i ubóstwa, lecz jak na nowoczesny, przyjazny kraj, do którego wszyscy zjeżdżają by wspólnie się bawić i świętować europejski festiwal piłkarski.

Euro Sopot 02

Jestem dumny, że jestem Polakiem, jestem szczęśliwy, że doczekałem tej chwili (bo nie wszyscy niestety mogli) i zamierzam dać się ponieść emocjom oraz zabawie, bo jesli nie teraz to kiedy? Z dużym prawdopodobieństwem mogę stwierdzić, że za mojego życia podobnej rangi impreza już się Polsce nie przytrafi. Musiałaby to bowiem być albo letnia olimpiada, albo mistrzostwa świata w piłce nożnej.

Euro Sopot 03

Ludzie, którym udało się ujść z życiem z poważnej choroby często opowiadają, że zmieniło się ich spojrzenie na życie. Smakują każdą jego chwilę, każdy przeżyty dzień i dziękują Bogu za mozliwość cieszenia się najmniejszymi drobiazgami: smakiem śniadania, kroplami deszczu na twarzy, zapachem kwiatów, merdaniem psiego ogona...

Nie chciałbym kiedyś u schyłku zycia żałować, że los dał mi niepowatrzalną szansę wzięcia udziału w tak niezwykłym wydarzeniu, a ja ją zignorowałem. Tak jak niekoniecznie musi się zachwycać smakiem krewetek czy avocado lecz na przyjęciu próbuje odrobinę po prostu z ciekawości, jak nie jest się fanem opery lecz przynajmniej na chwilę zajrzy do La Scali bo skoro jest się na wycieczce..., tak nawet nie będąc piłkarskim kibicem warto choć na krótko dać się porwać wspólnej zabawie, jeśli sama do nas zawitała – tylko po to by karty naszego życia zapisały się jeszcze barwniej.

No to zaczynamy. Już tylko godziny dzielą nas od otwarcia.

Sopot; 07.06.2012; 16:15 LT

niedziela, 03 czerwca 2012

Wypiłem już theraflu, possałem strepsils, a teraz zaliczam kolejną gorącą herbatę z cytryną. Dawno tak nie zmarzłem jak podczas dzisiejszego maratonu. Gorąca zupa na mecie była chyba najsmaczniejszą, jaką zdarzyło mi się jeść. Po nawrotce w Brzeźnie i gradobiciu ze szkwałami w Jelitkowie do Gdyni płynąłem niemal całkowicie przemoczony. Chińska kurtka z gore-texu chyba z prawdziym gore-texem miała chyba tylko wspólną nazwę. Dobrze, że są telefony komórkowe. Zadzwoniłem do Mojego Anioła i krótko po dodtarciu na metę dowiozła mi komplet suchych ciuchów. I pomyśleć, że niedawno w Pieninach maszerowałem jedynie w t-shircie pomimo podobnie niskiej temperatury. Woda i wiatr robią jednak swoje. Nie zazdroszczę jednemu z uczestników, który podczas owego sztormowego odcinka zaliczył wywrotkę. W takiej wodzie nawet kwadrans to sporo.

- Tempeartura w Gdańsku do dwunatsu stopni. Opady deszczu nawet do piętnastu litrów na metr kwadratowy. Wiatr w porywach do 60 km/h. Na Bałtyku sztorm do 8°B. – informowała rano prognoza pogody. Nie wyglądało to najlepiej jak na dzień, w którym miały się odbyć zawody kajakowe oraz festyn na plaży.

Na szczęście rano wiatr wiał z północnego zachodu, a to oznaczało, że od lądu, więc nie powinno byc większych problemów z falowaniem. I rzeczywiście. Pomijając zimno, na plaży w Gdyni woda w Bałtyku była wyjątkowo spokojna.

3 mola 2012  (02)

Tegoroczny maraton kajakowy odbył się w nieco innej formule niż rok temu. Przede wszystkim trasa została wydłużona do 28 kilometrów. Start i metę przeniesiono do Gdyni. Dalej było podobnie. Trzeba było zameldować się na punktach kontrolnych ustyuowanych na molach w Orłowie, Sopocie i Brzeźnie oraz wrócić tą samą trasą. 

W zeszłym roku najbardziej doskwierała mi niestabilność morskiego kajaka. Grzebiąc w plecaku aby wyjąć aparat fotograficzny, musiałem przez cały czas mieć napiętą uwagę, żeby nie wykonać jednego fałszywego ruchu, bo natychmiast nastepowało gwałtowne fiknięcie i tylko szybki balans ciałem zapobiegał wywrotce. Tym razem poprosiłem o coś bardziej stabilnego. Ścigać się o medale i tak nie miałem szans, więc niuanse co do osiąganych prędkosci nie miały większego znaczenia. Miałem natomiast komfort na wodzie. Mój „Traper” był szerszy i krótszy od morskich kajaków. Wygladał przy nich trochę jak balia.

3 mola 2012  (05)

Krótko przed jedenastą zajęlismy miejsca na starcie.

3 mola 2012  (03)

Punktualnie o 11:00 sędzia dał sygnał do startu.

I ruszylismy. Liczyłem na to, że numer startowy 17 przyniesie mi odrobinę szczęścia na trasie by dojechać i wrócić bez szczególnych przygód, być może nie na ostatnim miejscu.

3 mola 2012  (06)

Szybko okazało się jednak, że mój pękaty kajak w połaczeniu z umiejętnościami niedzielnego kajakarza swojego dowódcy będzie się po wodach zatoki bardziej poruszać dostojnie jak wieloryb niż śmigać niczym delfin. Ci najlepsi szybko odskoczyli daleko do przodu. 

3 mola 2012  (07)

Powtarzałem sobie: „ płyń swoim tempem, nie ścigaj się”, ale widok oddalającej się czołówki mimo wszystko działa demobilizująco. Kiedy więc po kilkunastominutowym mocniejszym wiosłowaniu już na końcu gdyńskiego bulwaru poczułem „krótki oddech”, przyszło zwątpienie. „Na co się porywasz człowieku? Kiedy wrócisz, meta będzie już dawno zamknięta”. I paradoksalnie, kiedy ci najlepsi już prawie zniknęli mi z oczu, zaczęło się płynąć zdecydowanie spokojniej. Gdzieś na wysokości redłowskiego klifu wreszcie złapałem swój rytm i zacząłem płynąć normalnie. Pięknie wyglądało od strony wody urwiste wybrzeże, z osuwiskami, które pociągnęły za sobą kolejne drzewa porastającego górną część brzegu lasu, oraz z głazami sterczącymi wprost z morza. Nie chciałem jednak odpinać holdera, i wyciągać aparatu bo znów wypadłbym z rytmu. Poza tym pojawiły się pierwsze fale, ale to chyba był bardziej przybój niż wiatr. Tym bardziej, że kiedy minęłiśmy cypel, znów zrobiło się spokojniej. Pierwsze molo, w Orłowie, było już całkiem blisko. Spojrzałem w dal. Oświetlone przedierającymi się przez chmury refleksami słońca molo  w Sopocie było dobrze widoczne, ale to był dobry kawałek drogi. Mola w Brzeźnie natomiast zupełnie nie mogłem odszukać. W końcu dostrzegłem białą plamkę. Pamiętałem, że na molo ustawiony był długi, biały namiot. To musiało być to. Cholera, daleko.

Kiedy zameldowałem się sędziom na molo w  Orłowie, spojrzałem na zegarek. Od startu minęło trzydzieści osiem minut. Z zeszłego roku pamietałem, że czeka mnie teraz okolo czterdziestu pięciu minut machania wiosłami do mola w Sopocie. Zanim tam jednak dotarłem rozpoczęły się silne podmuchy wiatru. Niebo nad Sopotem i Gdańskiem pociemniało. Od strony otwartej zatoki nadchodził coraz większy rozkołys, a od brzegu wiało silnie, woda szybko się pomarszczyła i pojawiły się pierwsze grzywacze. O 12:20 zameldowałem się sędziemu na falochronie sopockiej mariny i ruszyłem dalej. Fala wzrastała, od lądu tez wiało coraz silniej więc postanowiłem nie płynąć do Brzeźna „na krechę”, po cięciwie łuku wybrzeża zatoki, lecz trzymać się blisko plaży. Dłuższa droga, lecz spodziewałem się mniej komplikacji z falami. Te zaś rosły coraz bardziej. Szkwały też pojawiały się coraz częściej. To, że kajak był krótki pozwalało mi spokojnie spływać w dolinę fali i w miarę łagodnie wznosić się na kolejnej. Bywało, że większe fale niosły mnie jak surfera. Zastanawiałem się tylko co będzie w drodze powrotnej. Będzie wszak trzeba wiosłować pod wiatr i falę. A te ciągle rosły. Myślę, że istotne także było to, że Gdańsk był najbardziej odsłonięty na północno-zachodni kierunek wiatru. Stąd to systematyczne pogarszanie się warunków. 

Koło mola w Brzeźnie był zakotwiczony jacht. Tam należało się zameldować, opłynąć go i ruszyć w drogę powrotną. Pozycja jachtu znajdowała się niemal dokładnie na wysokości mola, oczywiście bardziej w kierunku otwartego morza. Stamtąd też nacierały spienione fale. Żałuję, że nie zrobiłem żadnego zdjęcia, ale w tych warunkach szukanie aparatu zamiast skupienia na wiosłowaniu to byłaby lekka przesada. Podobnego zdania byli chyba sędziowie na jachcie, którzy odpuścili konieczność jego opływania.

- Nie trzeba opływać! Warunki są jakie widać! Zawracajcie i powodzenia w drodze powrotnej!

Ruszyłem dziarsko. Kajak pokonywał kolejne grzbiety fal, zapadał się w doliny, a wiatr zacinał bryzgami wody niemal prosto w twarz. Po kilku minutach wiosłowania obejrzałem się za siebie i... ujrzałem niedaleko molo przy którym robiliśmy nawrotkę. Pokonałem dystans zupełnie nieadekwatny do włożonego wysiłku. Uznałem, że nie ma sensu kopać się z koniem i wziałem kurs w kierunku plaży. Zakładałem że płynąc przy samym brzegu szybciej zostanę osłonięty od wiatru i fal gdy ten zacznie powoli wyginać ku północy. Musiałem jedynie uważać by nie dostać się w strefę przyboju, gdzie fale załamywały się w białej kipieli.

Mozolnie posuwałem się naprzód. Z tej perspektywy mogłem oglądać tablice z numerami wejść na plażę i odhaczać w myślach kolejne z nich. Dawno straciłem z oczu pozostałe kajaki, a pamiętam, że na nawrotce przy jachcie oprócz mojego znalazły się co najmniej trzy inne. Takie samotne płynięcie, monotonne mahanie wiosłami  pozwala swobodnie płynąć myślom i powoli zatraca się poczucie czasu. Tego bardzo brakuje mi na codzień więc traktowałem ów stan jako rodzaj bonusa za podjęte wyzwanie. 

Gdzieś przed dziobem coś wynurzało się z wody regularnie. Mewa? Wytężyłem wzrok. Nie! Człowiek! Ktoś w samych tylko kąpielówkach i okularkach na oczach płynął crawlem w kierunku brzegu! Jezu! Ja już miałem zgrabiałe z zimna ręce, ktoś kto miał wywrotkę (o czym dowiedziałem się dopiero na mecie),  wyłowiony po kwadransie został odwieziony do szpitala, a tu jakiś mors delektuje się pływaniem w taką pogodę. Pewnie żałuje, że nie ma już wokół lodowej kry. Zatrzymałem się na chwilę by przepuścić przed dziobem pływaka. Ten również na chwilę przestał machać rękami, spojrzał na mnie jak na jakieś dziwadło i po sekundzie ruszył dalej w kierunku brzegu. Brzegu, znad którego nadciągała teraz jeszcze ciemniejsza chmura. Widzialność w tamtym kierunku gwałtownie się pogarszała, co mogło oznaczać tylko opady. Po chwili zerwał się kolejny szkwał. Ciekawy widok. Spienione fale atakowały brzeg, a tymczasem szkwał zrywał grzbiety grzywaczy i gnał pył dokładnie w przeciwnym kierunku, ku morzu. Jeszcze chwila i... sypnęło gradem. Darmowy peeling lodowymi bryłkami ciskanymi wiatrem w twarz. Jedyna pozytywna strona owego gradobicia, które z czasem zmieniło się w ulewę to ta, że opad momentalnie stłumił fale. Stały się łagodniejsze. Poczułem jednak, jak strużki wody zaczynają cieknąć mi po plecach. Kurtka okazała się nieprzemakalna tylko z nazwy.

Zacząłem jednak płynąć szybciej. Na trawersie znalazła się bryła wieżowca Novotelu na granicy Gdańska i Sopotu. To dodało mi otuchy. Sopockie molo wciąż wydawało się odległe lecz kiedy deszcz ustał, ukazało się w całej ostrości zupełnie blisko. Wraz z deszczem ustał i wiatr. Warunki polepszały się z każdą minutą. Katem oka zauważyłem, że ku molo płyną z otwartego morza trzy kajaki. Znajdowały się za mną. Nie byłą zła więc ta decyzja by trzymać się brzegu. Był kwadrans  po drugiej gdy zameldowałem się na punkcie kontrolnym w Sopocie i ruszyłem w kierunku Orłowa. Trasę Sopot – Gdańsk pokonałem w czerdzieści pięć minut. Powrotna, pod wiatr i falę zajęła mi godzinę i pietnaście minut.

Za Sopotem znów przyszła kolejna ulewa i szkwał, ale był to już chyba ostatni atak złej pogody. Woda wygładziła się zupełnie. Łagodny rozkołys był miłym urozmaiceniem żeglugi. Trzy kajaki, które płynęły za mną, zbliżały się coraz bardziej. Jeden minął mnie krótko przed dotraciem do mola w Orłowie. Zanim dopłynęliśmy do Cypla Redłowskiego wyprzedziły mnie pozostałe dwa. Przez parę minut próbowałem jeszcze zwiększyć tempo, utrzymac się razem i być może powalczyć o lepszą lokatę na mecie, ale nie było już jak wykrzesać tej dodatkowej energii. Trudno, będę ostatni, ale przepłynąłem.

Plaża w Gdyni była już w zasięgu wzroku. Jeszcze tylko minąć Polankę Redłowską, przepłynąć wzdłuż bulwaru. Front atmosferyczny odpłynął gdzieś na wschódi Gdynia witała nas słońcem. Tyle tylko, że nie dawało ono ciepła. A może ja go nie czułem w przemoczonych ciuchach. Już widać plażę i upragniony napis „meta”. Jeszcze tylko parę machnięć wiosłem i brzeg.

3 mola 2012  (04)

Sędziowie mierzą czas. Czetry godziny czterdzieści cztery minuty i ileś tam sekund. Zwycięzca pokonał tę trasę w trzy godziny i siedem minut. Lądował wGdyni kiedy ja dopiero mijałem molo w Sopocie. Najbardziej jednak zaskoczony byłem, kiedy okazało się, że sędziowie wypatrują przez lornetkę jeszcze dwóch kajaków. Nie byłem więc ostatni! Trzeci od końca, a jeśli liczyć tego nieszczęśnika, który zamiast na mecie wylądował w szpitalu, to nawet czwarty

Gdańsk; 02.06.2012; 23:45 LT