Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 28 czerwca 2009

W Jiangyin prawie nie widuję psów. Raz minąłem jakiegos pana z ratlerkiem na smyczy, a raz jakaś pani niosła pekińczyka na rękach. I to chyba wszystko. Natomiast koty towarzysza nam codziennie. Nie te domowe, rasowe, wypieszczone, lecz najprawdziwsze dachowce z krwi i kości.

Parkuję swój rower na zapleczu naszego hotelu i tam je spotykam. Dachowce to nie jest żadne wydumane określenie lecz stwierdzenie faktu. Jedno bowiem z naszych pierwszych okołohotelowych doświadczeń to był przelatujący kot tuż koło pleców jadącego przede mną kolegi.

Przelatujący kot (spadający? skaczący?) wylądował tuż obok koła jego roweru i zanim zdążyliśmy się zorientować co się dzieje, czmychnął za najbliższy narożnik domu. Odprowadzany wiązanką przekleństw kolegi, który jest psiarzem i kotów serdecznie nienawidzi. Zresztą do tej pory jest przekonany, że ów lądujący kot miał niecny zamiar skoczenia mu na plecy, ale źle obliczył trajektorię lotu. Ja go z błędu nie wyprowadzałem, a wręcz przeciwnie â?? utwierdzałem w przekonaniu, ze koty z daleka wyczuwają, kto ich nie lubi, czego najlepszym dowodem jest fakt, ze parkuję tu rower od ponad dwóch miesięcy i jeszcze jakoś żaden dachowiec nie wybrał mnie na lądowisko.

Rano, kiedy wyjeżdżam do pracy, podwórko jest puste. Futrzaki pewnie odsypiają nocne harce. Za to kiedy wracam, kręca się po okolicy wszystkie.

Rudy jest chyba przywódcą grupy. Jest najbardziej aktywny, sprawia wrażenie najsilniejszego i nigdy nie pozwoli podejść zbyt blisko do siebie. 

Inne nie są tak płochliwe, chociaż też niechętne zbyt bliskiemu kontaktowi z obcymi. Wylegują się, zachowując czujność. W tutejszej kociej mikro-populacji dominuje biały kolor futra.

Oczywiście biały jest on głównie z nazwy, ponieważ zwierzaki te są niesamowicie brudne. Od razu widać, że ich przeznaczeniem nie jest kanapa w pokoju. Najgorzej z nich wygląda pod tym względem właściciel (albo właścicielka) futra we wszystkich chyba dostępnych â??kocichâ?? kolorach. Drzewo genealogiczne tego osobnika musiało być wyjatkowo ciekawe.

Niestety, chyba jest on chory. Porusza się ospale, zawsze samotnie, gdzieś obok żyjącej tu grupy. Przypomina mi Grizabellę ze słynnego musicalu "Cats".

Grupa zaś, podobnie jak i koty, które obserwuję w okolicach biura w Sopocie, najbardziej uwielbia samochody i między samochodami na parkingu spotkać je najłatwiej.

Nieufne, pewniej czują się schowane pod autami i wtedy nawet pozwalają podejść bliżej.

Bez nich hotelowe podwórko byłoby szare i nudne.

Jiangyin, 27.06.2009, 05:30 LT

czwartek, 25 czerwca 2009

Przygotowania trwały kilka dni, a potem przypłynął potężny dźwig o nośności 1600 ton i przeniósł ponaddwustutonowe suwnice jak zabawki.

Kilka godzin później pożegnaliśmy „Warszawę”. Odpłynęła w górę rzeki Jangcy, w swoją ostanią podróż do odległej o zaledwie kilka mil stoczni złomowej. Przepracowała u nas jedną czwartą swojego trzydziestotrzyletniego żywota.

Wśród nawału prac nie rozróżnia się dni tygodnia, ani nawet świąt. Codziennie, czy to niedziela, czy Boże Ciało, czy przecietny wtorek, wstaję o tej samej porze, i już wkrótce pochałaniają mnie dziesiątki stoczniowych spraw, z łażeniem w nieskończoność po zbiornikach przede wszystkim.

Gdzieś w tym rozgardiaszu przemknął Dzień Ojca.  Oczywiście zadzwoniłem do swojego taty. Porozmawialiśmy długo i miło. Pod wieczór zaś zadzwoniły do mnie moje dzieciaki.

Kiedyś w „Karuzeli” (czy ktos pamięta jeszcze to pismo satyryczne?) czytywałem odcinki opowiadań Jacka Sawaszkiewicza p.t. „Mój Tatko”. Był tam jeden o tym, jak zaskoczony, tytułowy tatko dostaje nagle kwiaty od syna z życzeniami na Dzień Ojca. Nie może zrozumieć o co chodzi. Jakie kwiaty, jaki Dzień Ojca!? Syn tak sam z siebie? Wietrzy podstęp. Sprawdza wszystko po kolei, aż nagle doznaje olśnienia: świadectwo!  Pokaż, synu świadectwo!. Dziecko przynosi pokornie dopiero co przyniesioną ze szkoły cenzurkę, hm, bardzo daleką od ideału i oczywiście cała sprawa kończy się ogromną, domową awanturą. A opowiadanie, pełnym wyrzutu pytaniem dzieciaka, co za idiota umieścił w kalendarzu Dzień Ojca akurat w okolicy zakończenia roku szkolnego?

Kiedy to czytałem, nie przypuszczałem, że dane mi bedzie uczestniczyć w podobnej scence w roli tytułowego tatka.

Moja latorośl płci pięknej zadzwoniła do mnie z życzeniami, dodając mimochodem, że ma komis z WF w sierpniu. Zdziwiony, dlaczegoż to tak, skoro miała piątki, reprezentowała szkołę w biegach, moje osiemnastoletnie dziewczę powiedziało, że to z powodu nieobecności na lekcjach i, że bardzo się starała aby złą notę poprawić, lecz powiedzieli jej, że nie była na tylu lekcjach, że o poprawianiu trudno mówić. Oczywiście złośliwi nauczyciele tak powiedzieli. I na dodatek ukarali ją samą, podczas gdy „wszyscy nie chodzili” (skąd ja to znam?), i w ogóle jaki ten świat jest niesprawiedliwy, że uwzięli się, żeby za wszystkie grzechy całej klasy ukarać dla przykładu jedną osobę i akurat na nią padło!

Słuchałem, słuchałem, słuchałem i nawet nie byłem zły. Było mi najzwyczajniej przykro. Przykro, ze gdzieś tam zawalił się świat wartości, które wydawało mi się, że udało mi się wpoić swojej córce. Wydawało mi się, że świetnie się rozumiemy, ale chyba odległość i widywanie jedynie od czasu do czasu, w końcu dały znać o sobie. Żyliśmy w dwóch odrębnych światach. Ja – wyobraźni, a ona realnym tworzonym na swó sposób. Byłem zszokowany. Chyba łatwiej przełknąłbym brak promocji do nastepnej klasy z powodu kłopotów z jakimś cięzkim przedmiotem, bo każdemu może się noga podwinąć, ale komis tak po prostu na własne życzenie, z wagarów...? Gdzie się podziała tamta mądra, rozsądna, zdyscyplinowana, choć trochę roztrzepana dziewczynka sprzed lat?

Żeby było po równo, to nazajutrz zaniepokojony brakiem wieści od syna o egzaminach do klasy z międzynarodową maturą, zadzwoniłem do niego. Nie przyszła góra do Mahometa, to poszedł Mahomet do góry... No i niestety, jak przypuszczałem, sukcesu tutaj tez nie było. Zabrakło jednego punktu...

Rzeczywiście, mogliby ten Dzień Ojca przesunąć przynajmniej na wrzesień.

 

Jiangyin, 25.06.2009; 07:30 LT

sobota, 20 czerwca 2009

 

Rzeczywiście, burze przyszły. I to nawet aż trzy. Zmian wielkich jednak nie było. Trochę ulgi podczas deszczu, a potem nadal tak samo goraco.

Za to na blogu to już chyba ostatni dzwonek,  żeby odnotować wizytę w buddyjskiej swiątyni. Żeby to zrobić, musze cofnąć się pamięcią o cztery tygodnie.  Jeżdżąc do miasta mijaliśmy nieaz wzgórze z zabudowaniami świątyń albo klasztoru Junshansi (jak informował stosowny drogowskaz. Wielokrotnie obiecywaliśmy sobie, ze skonczymy pracę troche wcześniej, żeby móc go zwiedzić. Az w końcu nadszedł taki moment, że „teraz albo nigdy”. Odpłynął właśnie pierwszy ze statków, niektórzy szykowali się równiez do wyjazdu, więc nie było na co czekać.

W naszym wydaniu „wczesniej” okazało się wyjściem ze staku nie wieczorem, jak zazwyczaj, lecz krótko przed siedemnastą. Kiedy juz rozlokowalismy się w taksówce i dojechalismy na miejsce, okazało się, że klasztor otwarty jest dla zwedzających tylko do siedemnastej. Moglismy popatrzeć zza murów, jak zwykle.

Wtedy pani taksówkarka (tak się odmienia ten zawód?) zaproponowała nam przejazd w okolice rogatek miasta, gdzie miesciły się inne świątynie, może nie tak okazałe, ale na bezrybiu... Pojechaliśmy.

Nie wiem, czy tak wyszło „przy okazji”, czy tez ma to związek z relacjami między władzami świeckimi i religijnymi, ale ów przybytek przecinała na pół ruchliwa arteria. Ciekawe, czy nie można było jej poprowadzić odrobinę inaczej? Po lewej stronie znajdowała się część „gospodarcza”, gdzie mnisi mieszkali, jadali, pracowali, a po prawej zabudowania samych świątyń. My oczywiście poszliśmy na prawo.

Ledwie przekroczyliśmy wrota, znaleźliśmy się w innym świecie. Hałas ulicy został za murem. Wokół panowała niczym nie zmącona cisza i.... pustka.

Swiatynia 3

Słaby wiaterek z trudem poruszał frędzle niewielkich dzwonków. Nie na tyle by móc wydobyć z nich dźwięk.

Swiatynia 1

Zaczęliśmy zwiedzać kolejne budynki. Trochę chaotycznie, bo nasza wiedza na temat buddyzmu jest raczej symboliczna. Wśród licznych figur „świętych” nie wiedzielismy na przykład kim jest starzec niezwykle długimi brwiami.

Swiatynia 2

Na ołtarzach widać było złożone niedawno ofiary. Jabłko, banan, garść orzeszków, arbuz. Porusza ich skromność.

Swiatynia 4

Kiedy przekroczylismy kolejne drzwi, zaciekawił mnie ich dośc skoplikowany ornament. Dopiero po chwilizorientowałem się, że jest on wariacją na temat... swastyki, symbolu często pojawiającego w świątyniach, zawłaszczonego w XX wieku przez hitlerowców, ktorzy juz chyba na zawsze odmienili związane z nim skojarzenia.

Swiatynia 5

Krążąc po dziedzińcu pomiedzy poszczególnymi budynkami, w końcu natknęlismy sie na mnicha – chyba jedyną osobę, która oprócz nas znajdowała się wewnatrz tego kompleksu.. Spacerował spokojnie, skupiony w kierunku bramy.

 Swiatynia 7

Podeszliśmy potem zamienić z nim kilka słów, co oczywiście skończyło się raczej dość ubogą w treść konwersacją na migi, bo nasza znajomośc chińskiego jeszcze nie pozwala na rozmowy, a inny nie wchodził w rachubę. Zrobilismy też sobie wspólne zdjęcie.

Potem wróciliśmy jeszcze w ostani nie odwiedzony narożnik, gdzie znajdował się dzwon.Nie mogłem sobie odmówić przyjemności sfotografowania go. Zawsze fascynuje mnie sposób wydobywania z nich dźwięku, odmienny niz w naszej, chrzescijańskiej tradycji. Zamiast tradycyjnego „serca” uderzającego od wewnątrz, tutaj zawsze jest podwieszona obok, na sznurach belka.

Swiatynia 6

Kiedy wychodziliśmy, spotkany wcześniej mnich zaskoczył nas zupełnie wręczając wydaną na kredowym papierze, kolorową, pełną zdjęć publikację o obejrzanych właśnie świątyniach. Były tam te wszystkie figury, które wcześniej oglądalismy (starzec z brwiami też), lecz znów doświadczylismy niemocy z jaką borykają się analfabeci. Moglismy jedynie pooglądać obrazki, ponieważ wszytko było opisane po chińsku. Tym niemniej była to fajna pamiątka z owego niedzielnego popołudnia.

Jiangyin, 21.06.2009, 05:35 LT

Rano jak zwykle opuszczałem hotel w ostatniej chwili. Doszedłem już do tego, że nastawiam budzik na czwartą rano, a mimo to wciąz nie mogę nadążyć z biurokracją. Kiedy koło siódmej wieczorem wracam ze statku, jestem juz tak zmęczony, że nie chce mi się dosłownie nic.

Napuszczam wody do wanny i leżę (czasem przysypiam) słuchając piosenek Osieckiej, Kofty, albo Hey. Tak kąpiel trwa co najmniej godzinę. Czasem trzeba dopuszczać ciepłej wody... Potem jeszcze trochę internetu, ale tylko dla przyjemnośći i spać, bo znów trzeba wstawac o czwartej do pisania raportów. Czego nie zrobię wtedy, to na statku się nie uda z pewnością. Na statku nie wiadomo za co sie zabrac najpierw. Każdy ma jakąś sprawę, a jeszcze tyle prac do sprawdzenia.

Wybiegałem więc z tego hotelu za dziesięć ósma, a w drzwiach jakbym dostał potęzny cios w klatę. Poczułem sie jak w piecu. Tutejsze lato doskwiera nam tu od jakichś dwóch tygodni, lecz takiego dnia jak dziś jeszcze nie było. Przeciez dopiero zbliżała się ósma, a temperatura dochodzila już do trzydziestu czterech stopni w cieniu.

W takich warunkach wejście kilkanaście metrów po drabince na suwnicę było wyzwaniem. Ciało zanurzone w gęstej, powietrznej zupie, każdy ruch spowolniony i każdy okupiony znacznym wysiłkiem. Kask ściśle przylega mi do czoła. Kiedy potrzebuję na chwile go zdjąć,  uwolniony spod niego pot zalewa mi oczy, jakby ktoś chlusnął szklanką wody. Suwnica jest jednak niczym w porownaniu ze zbiornikami, gdzie jednoczesnie pracuje wielu spawaczy, palniki tną stal, od dymu nie ma czym oddychać. Kombinezon, zupełnie mokry można wyrzymac po takiej wizycie, a twarz czarna od ciągłego wycierania. I tylko oczy bieleją w tej czerni. Podobni jesteśmy górnikom na przodku, kiedy wychodzimy ze stalowych labiryntów.

Dzisiejszy dzień nie może tak ciągnąć się w nieskończoność. Musi nastąpic jakieś przesilenie. Czekamy na burzę, ulewę, ktore muszą nadejśc przynosząc ulgę.

 

Jiangyin, 20.06.2009; 13:00 LT

niedziela, 14 czerwca 2009

 

W piątkowy wieczór znow wybrałem się na widowisko z udziałem laserów, reflektorów, fontann oraz muzyki.

Fontanny, lasery i muzyka (4)

Kolorowe, wodne strumienie tańczyły do przeróżnych utworow. Od popowych hitów, przez piosenki chińskie, az po evergreeny klasyki jak „Nad pięknym i modrym Dunajem” czy „Marsz toreadorów”.

Fontanny, lasery i muzyka (3)

  

Fontanny, lasery i muzyka (2)

Wczorajszy koncert był specjalnie dedykowany uczestnikom warsztatów dla dyplomatów z Europy, którzy właśnie zjechali do Jiangyin. Stosowna informacja wraz z powitaniem pojawiała się kilkakrotnie na wodnym ekranie utworzonym z rozproszonego odpowiednio i spłaszczonego strumienia.

Powitanie

Szkoda tylko, ze dyplomaci, jak to często z politykami bywa, w nosie mieli przecietnych oglądaczy, wśród nich rodziny z małymi dzieciakami, ktozy zmuszeni byli oczekiwać na nich kilkadziesiąt minut. Ludzie się niecierpliwili. Część opuściła amfiteatr. Gdy spóźnialscy wreszcie dojechali, wcale nie wyglądali na przejętych niezręczną sytuacją. Po kilku pierwszych taktach nikt już jednak o oczekiwaniu nie pamiętał, porwany dynamicznym pokazem.

Fontanny, lasery i muzyka (1)

Widowisko odbywa się w parku Huang Shan, ulokowanym nieopodal słynnego wiszącego mostu nad Jangcy, ostatnią taką przeprawą przed ujsciem wielkiej rzeki do Morza Wschodniochińskiego.

Huang Shan Lake Park 01

To jedno z moich ulubionych miejsc w Jiangyin i z przyjemnoscią tam spacerowałem zanim się ściemniło.

Po koncercie ruszyłem do wyjscia tą samą jak inni drogą, biegnacą groblą na jeziorze

Huang Shan Lake Park 02

Należała mi się ta chwila oddechu po codziennym, porannym wstawaniu, permanentnym niewyspaniu i wizycie dyrekcji. Na żadną z tych dolegliwości bezposrednio nie pomogła, ale pozwoliła przynajmniej myślom skupic się na przyjemnościach.

Kiedy piszę te słowa, Tomek jest już w samolocie. Wraca do Polski. Dziesięć miesięcy temu żegnaliśmy go na Okęciu. Tyle stressów związanych z jego wyjazdem, długą rozłąką i smutek pomimo świadomości, że on był szczęśliwy. Teraz nadchodzi radosny moment powitania, ale jeszcze nie dla mnie. Szkoda, że nie mogę w tym uczestniczyć.

Dla mnie przewidziano inne przywitanie. Do stoczni dopłynął właśnie czwarty już statek, ktorym w mniejszym lub większym stopniu trzeba będzie się zająć.

Mieliśmy już pierwszy meeting na jego pokładzie. Na niedzielny poranek planowany jest następny.

Tym razem zakres prac nie jest zbyt wielki. To bowiem ostatni przystanek owego statku, przed jego ostatnią podróżą do pobliskiej stoczni złomowej. Wkrótce, być może nawet przy tej samej kei, „Warszawa” podzieli los opisanego niedawno „Pipit Arrow”.

Jiangyin, 14.06.2009; 06:00 LT

 
1 , 2