Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
poniedziałek, 30 czerwca 2008

  

Jurata czekała, Camp Blogerów kusił. Popatrzyłem tęsknie o świcie w odcinajacą się od szarogranatowego morza i zaróżowionego nieba nitkę Półwyspu Helskiego, po czym wrzuciłem rzeczy do bagażnika, wypiłem puszkę red bulla i ruszyłem w drogę do Szczecina.

Tato liczył na moją obecność. Stan jego serca znów sie pogorszył. Dwa zabiegi pomogły na krótko. Na szczęście nie brak mu optymizmu, chociaż we mnie jest jakiś wewnętrzny niepokój. Mam nadzieję, że ten optymizm i głowa pełna planów pomogą mu trzymać się dzielnie.

W niedzielę tym raze wyruszyłem ze Szczecina nieco wcześniej, zeby zdążyć na wiadomy mecz. Liczyłem, ze dojadę do Gdyni w trakcie pierwszej połowy. Po drodze chciałem jeszcze uwiecznić wykonaną z piasku Sedinę – symbol Szczecina. Piaskowa rzeźba to element akcji majacej na celu powrót przedwojennej, ogromnej rzeźby na czekający wciąż na nią pusty (jesli nie liczyć kotwicy) cokół na Placu Tobruckim. Będzie to kopia, bo na odnalezienie zdemontowanych przez Niemców figur nikt juz chyba nie liczy.

Rzeźba z piasku okazała się fajną ciekawostką, ale była to tylko dość swobodna wariacja inspirowana przedwojennym pomnikiem.

  

Pogoda była idealna do jazdy, TIR-y nie tarasowały dróg, więc jechało się całkiem szybko. Wkrótce stweirdziłem, ze jeśli zrezygnuję z postoju na kawę, to mam szansę zdążyć nawet na cały mecz. Tak też uczyniłem i w ten sposób dotarłem do Gdyni akurat gdy drużyny wychodziły na boisko.

W zakładach, które zrobilismy w pracy obstawiałem 3:1 dla Hiszpanii. Hiszpanie wygrali, ale skromnie, 1:0. Myślę, ze to sprawiedliwy wynik.

Zawsze oprócz samego meczu lubię oglądać reakcje zawodników oraz kibiców zwycięskich i pokonanych drużyn. Zazwyczaj są podobne, ale też i każdy mecz, każdy wynik ma swój indywidualny smaczek, dodający widowisku dramaturgii.

Tym razem jak to często bywa, trener zwycięzców został wielokrotnie podrucany w góre przez swoich podopiecznych.

Zdziwiło mnie, że się prawie nie uśmiechał. Tak jakby mecz się jeszcze nie skończył i emocje z niego nie zeszły. Tak jakby jeszcze się obawiał, że to tylko piękny sen.

Pewnie każde pieniądze, żeby zamienić ów wynik w senny koszmar daliby kibice niemieccy, w milczeniu obserwujący hiszpańską radość.

Na szczęście fajną tradycją tych mistrzostw się stało, że kibice obydwu zespołów bawią się po meczu wspólnie. Tak było na przykład po meczu Turków z Niemcami i tak było po dziesiejszym pojedynku. Byc może koszmary bójek i demolek kiboli powoli odchodzą do przeszłości. Może i u nas na lokalnym podwórku też tak kiedyś będzie.

Najbradziej żal mi było grającego z numerem 13 (i jak tu nie mówić o pechowej trzynastce) Michaela Ballacka. Słuchając w samochodzie radia dowiedziałem się, że ten znakomity piłkarz wielokrotnie ocierał się o szczyty, lecz nigdy nie udało mu się postawić kropki nad i. Zdobył z reprezentacją Niemiec wicemistrzostwo świata przegrywając w finale z Brazylią. Zdobył z klubem wicemistrzostwo Niemiec, z innym klubem wicemistrzostwo Anglii, dotarł do finału Ligi Mistrzów, gdzie też przegrał. Zawsze musi się zadowalać tytułem „wice”. Dzisiejszy dzień miał przynieść odmianę, ale nie przyniósł i Ballack dopisał kolejny tylko wice-tytuł do swojej kolekcji. Mógł tylko popatrzec na stojący tuz obok puchar, kiedy Michel Platini wręczał mu srebrny medal.

Ja tu o piłce i o piłce, a przecież miało byc o Tunezji. Znów nie zacznę, bo juz mi się nie pomieści w tym wpisie. A przecież dzieje się tyle ciekawych rzeczy wokół. Od bardzo poważnych po zupełnie błahe, jak chociażby przedłużenie na kolejny rok ubezpieczenia mieszkania. Polisa wyjątkowo prosta – wystarczyło wpisać imie i nazwisko, pesel, kwotę ubezpieczenia oraz adres uzbezpieczanego mieszkania. Pomyslałem sobie, ze załatwię to szybciutko przed pracą. Pracę zaczynam o dziewiątej, a punkt owej firmy ubezpieczeniowej otwierają o ósmej. Byłem tam pięć po ósmej. Pani była bardzo miła, nawet poczęstowała mnie kawą, chociaż uważałem, że szkoda kawy, której pewnie nawet nie zdążę dopić. A tu niespodzianka, bo to był pierwszy dzień w pracy owej pani. Nic nie chciało się jej wczytać, komputer się zawieszał, a czas płynął. Coraz bardziej nerwowo spoglądałem na zegarek, ale znosiłem owe operacje z pełnym godności spokojem.

- Dobrze, ze pan taki cierpliwy – mówiła speszona pani – że pan się nie denerwuje...

- Co się mam denerwować – skłamałem – przecież każdy kiedyś miał swój pierwszy raz...

- No znów mi nie wychodzi. Wrzuciłam wszystkie dane i pokazuje mi tysiąc osiemset.

- Tysiąc osiemset złotych składki? – tu akurat lekko się zdenerwowałem.

- Nie! Nie składki. – uspokoiła mnie pani – Komputer mi pokazuje, że ma pan tysiąc osiemset lat – kontynuowała zakłopotana.

- Nie sądziłem, że będzie oceniał mnie po wyglądzie.  Bo pesel przecież zlicza tylko do stu lat.

- No to ja już sama nie wiem...

Pani poszłą na zaplecze i po kilku chwilach przyprowadziła kolegę. Kolega, wyglądał jakby zobaczywszy ekran komputera chciał złapać się za głowę, ale spokojnie coś tam pozmieniał, wklepał dane na nowo i po trzech minutach polisa była gotowa. Pożegnałem się i popędziłem na parking. Zresztą zupełnie niepotrzebnie bo i tak już dochodziła dziewiąta i nie miałem szans dotrzeć do biura na czas. Zabrałem ze soba za to przyrzeczenie owej pani, że kiedy za rok zechcę u niej ponownie przedłużyć polisę, z pewnością pójdzie jej to sprawniej.

Następny wpis juz niemal na pewno będzie o Tunezji. Któraś z naszych znajomych (bynajmniej nie blondynka) zapytała jak bylo na tym naszym urlopie.

- Ta Tuznezja to hiszpańska wyspa? – dodała na koniec.

- Nie. – odparłem najspokojniej jak potrafiłem – To takie państwo w Afryce. Między Algierią i Libią.

- Ach racja! Pomyliło mi się z Tanzanią – poprawiła się koleżanka.

Dobrze, że akurat nie popijałem drinka, bo bym się zakrztusił. Utkwiłem tylko pytający wzrok w jej twarzy. Nie zdążyłem wyartykułować pytania, bo nie bardzo sam już kojarzyłem co się jej z Tanzanią pomyliło i dlaczego.

- To znaczy, nie z Tanzanią ale  z Teneryfą – poprawiła się koleżanka raz jeszcze.

Wyjaśnilismy sobie, że Tunezja to nie hiszpańska Teneryfa i teraz będe mógł spokjnie zacząć. A przy okazji ten wpis ująłem w hiszpańską klamrę: od złotego medalu po wyspę na spędzenie urlopu.

Gdynia, 30.06.2008; 01:45 LT

piątek, 27 czerwca 2008

  

Grecja – mistrz Europy, Francja – wicemistrz świata, Czechy – przed turniejem jeden z głównych kandydatów na mistrza. Do tego elitarnego grona dołączyła reprezentacja Polski. Wszystkie te zespoły zakończyły bowiem swój udział w Mistrzostwach Europy na ostatnich miejscach w swoich grupach.

Nasi zaczęli tak, jak zaczyanja ostatnio każdy z tych wielkich turniejów, czyli od porażki 0:2. Potem juz nie było żadnego pola manewru i trzeba było strzelać bramki. Duzo bramek.

Nie widziałem pierwszego meczu. Liczyłem, ze kiedy drugi obejrzę razem z Aniołem, dobry los zacznie nam sprzyjać. Pierwsze minuty pojedynku z Austrią to był jednak horror. Cud prawdziwy, że gospodarze nie zaaplikowali nam z trzech goli w pierwszych dwudziestu minutach. Może nasze dobre fluidy sprzyjały tym razem Borucowi, a nie napastnikom? Drugi cud to bramka naszej reprezentacji w okresie tak przygniatającej przewagi przeciwników. Tyle tylko, że bramek potrzeba było dużo, a na więcej się nie zanosiło. Na dodatek w końcówce zobaczylismy to, do czego piłkarze przyzwyczaili nas przez ostatnie ćwierć wieku: tradycyjną obronę Częstochowy. Heroiczna obrona skromnego prowadzenia. I jak juz wielokrotnie się zdarzało, tym razem także Częstochowa padła. Skończyło się remisem 1:1 i ostatecznym (bo przecież nikt nie brał na powaznie teoretycznych juz tylko szans) pożegnaniem, z turniejem. Anioł pocieszał mnie po ostatnim gwizdku.

- Nie martw się, remis to całkiem dobry wynik. Poza tym grali lepiej niz z Niemcami.

Niby miała rację, ale ja jednak liczyłem na coś więcej. Na urlopie w Tunezji meczu Polski z Chorwacją nie obejrzałem. Wszędzie nadawano transmisję z drugiego pojedynku w naszej grupie. Niemcy pokonali Austrię 1:0 i to wystarczyło, by ostatecznie wyeliminować nasza druzynę. Nie bolała już więc nawet porażka z Chorwatami w identycznym stosunku,

Od tej pory mogłem juz kibicować innym zespołom. Szczególnie zaimponowali mi Turcy. Zwłaszcza po niesamowitym zwycięstwie nad Czechami 3:2 gdy na kwadrans przed końcem przegrywali 0:2, na trzy minuty przed końcem wyrównali, a w doliczonym czasie gry zdobyli zwycięską bramkę. Do białości rozpalił emocje ich mecz z Chorwatami. Kiedy na minute przed końcem dogrywki Chorwaci strzelili bramke dającą im prowadzenie 1:0, zrobiło mi się smutno, ze Turcy przegrali. Ci zaś w chwilę potem, znów w doliczonym czasie gry wyrównali, a w rzutach karnych nie dali przeciwnikowi zadnychg szans. Wczoraj oglądaliśmy z Aniołem ich półfinałowy pojedynek z Niemcami. Turcy grali pięknie, mieli mnóstwo okazji do strzelenia bramek i nawet prowadzili 1:0, ale Niemcy jak zwykle grali solidnie i to oni strzelali kolejne bramki. I wtedy nadeszła 87 minuta. Akcja Turków znów przynosi im bramkę! Jest 2:2 a w knajpkach na Monciaku szał radości. Wiekszość jak widac kibicowała właśnie tureckiej reprezentacji.

- Zobaczysz! Wygrają! – krzyknął ktoś w naszej kawiarni i wszyscy czekali na zadanie ostatecznego ciosu Niemcom. Bestia jednak mimo, że krwawiła z ran, była wciąż bardzo silna. Machnięciem ogona i kłapnięciem paszczy powaliła śmiałka który zatracił na chwilę czujność i zbyt pewnie się zbliżył. W 90 minucie to Niemcy strzelili bramkę na wagę awansu do finału.

Wcześniej urzeczony byłem tez pełną finezji grą Holendrów. Z przekory jednak w cwiećfinale kibicowałem słabszemu czyli Rosji. A słabszy grał prześlicznie i z wielką Holandią robił co chciał. Współczułem trochę Marco van Bastenowi, który szalał przy lini bocznej boiska, lecz po utracie pod koniec dogrywki trzeciej bramki, wrócił na ławkę rezerwowych, usiadł i do końca meczu apatycznie sączył z butelki wodę mineralną. Oczyma wyobraźni widziałem więc wielką Rosję w wielkim finale przeciwko Niemcom. Mecz z Hiszpanią miał być tyko okazją do rewanżu za falstart 1:4 w na rozpoczecie meczów w ich grupie. Tak dziwnego meczu jak ten dzisiejszy dawno nie widziałem. Rzadko zdarza się, by w meczu o taką stawkę druzyna nie podjęła walki. A tak stało się dzisiaj z Rosją. Sprawiali wrażenie jakby poprzedni mecz zakończyli przed chwilą, a nie pięć dni temu. Kompletnie nie mieli siły biegać, ustepowali szybkością, więc nie byli w stanie przeprowadzic niemal zadnej groźniejszej akcji. Ich podania najczęściej bywały niecelne. Ich gra wyglądała tak żałośnie i bezradnie, ze zacząłem podejrzewać iż poprzednie dwa mecze grali na dopalaczach, a teraz jakby się przestraszyli i wspomagaczy nie użyli. Porazka 0:3 to i tak skromny wynik, bo mogło być duzo gorzej.

W ten sposób odpadli już wszyscy moi faworyci i podczas finału Niemcy –Hiszpania nie bedę mieć „swojej” drużyny. Po prostu bedę kibicować słabszym. W niedzielę o tej porze będzie wiadomo juz wszystko i zycie wróci do normy. Schowam biało-czerwone flagi i narodową koszulkę, które dostałem od Anioła. Do następnej okazji. Może przydadzą się już niedługo, podczas Olimpiady?

Gdynia, 27.06.2008; 00:25 LT

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Obejrzałem tylko zachód słońca, napiszę parę słów i położę się spać.

Oczy same się zamykają. Wylądowaliśmy w Warszawie wczoraj o 22:00. Zanim odebraliśmy bagaż, doszlismy na parking i zapakowaliśmy się do auta, zdążyła wybić dwudziesta trzecia. A potem noc wśród tirów i przy wzmagającym się deszczu, który w okolicach Ostródy przerodził się w regularną burzę z piorunami na pół nieba. Do Gdańska dotarliśmy o wpół do piątej. W domu byłem pół godziny później. Zdrzemnąłem się godzinkę, ale praca w biurze po takim snie to prawdziwe wyzwanie. Nawet nie zostałem specjalnie dłużej bo i tak nie miałoby to sensu. Wydajność i tak malała z każdą chwilą.

Dlatego także i na konkretniejszy wpis na blogu też będę musiał poczekać.

Może dodam tylko, że po nieco ponad rok trwających rozkopach i paraliżu śródmiescia, tunel pod Monciakiem został niedawno oddany do użytku, więc moge korzystac z niego w drodze do i z pracy.

W Sopocie nikt nie kwestionował koniecznosci istnienia  miejskiej arterii w okolicy plaży, lecz postanowiono umozliwić pieszym spokojne dotarcie deptakiem na molo, bez koniecznosci wyczekiwania na swiatłach.. Na bezkolizyjnym skrzyzowaniu zyskały obie strony.

Kiedy przymykam oczy i popuszczam wodze fantazji, wciąż widzę podobne rozwiązanie wzdłuż kei u podnóża szczecińskich Wałów Chrobrego. Pewnie nigdy ten pomysł przeforsowany nie zostanie, więc najprawdopodobniej nie będzie miał Szczecin jednego z największych i najpiękniej położonych placów w Polsce. Ale to juz temat na dłuższą dyskusję. Kończę zanim zasnę z nosem na klawiaturze.

Gdynia, 23.06.2008; 23:15 LT

 

sobota, 21 czerwca 2008

  

Nie było czasu na zastanawianie się. Wróciłem do Polski w środę późnym wiczorem, a w weekend zaczynał się tygodniowy urlop. Studiowanie ofert last minute (gdziekolwiek byle za rozsądną cenę i zmieścić się w nadchodzącym tygodniu), załatwianie wszystkiego w biegu  i... wylot z Aniołem do Tunezji. Szaleństwo ale za to w dobrym hotelu za mniej niż 50% ceny.

Jak urlop to urlop – nie ma mowy o przesadnym czytaniu e-maili, a i czasu na pisanie bloga nie staje, bo byłby to grzech siedzieć przed kompem, gdy dookoła tyle atrakcji. Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy. W niedzielę rano ostatni raz pójdziemy na plażę (jesli w ogóle zdążymy) a po lunchu wyjazd na lotnisko i powrót do Warszawy, skąd dalej samochodem do Trójmiasta, by po krótkim śnie pojawić się w poniedziałek rano w biurze.

Szkoda, ale przynajmniej tyle dobrego, że blog na tym skorzysta.

 

Sousse, 21.06.2008; 01:45 LT

czwartek, 12 czerwca 2008

A teraz przyszła kolej na mnie. To co na mało uproszczonej mapce wydawało się spokojna dzielnicą Houston w istocie okazało kompletnym pustkowiem. To, co na mapce nazywało się parkiem, to był las. Mój hotel był jedynym  budynkiem w najbliższej okolicy. Oprócz tego były jakieś lasy, pola i daleko, bardzo daleko jakieś bliżej nie zidentyfikowane zabudowania, No i autostrada oczywiście była w pobliżu. Nie mając samochodu zostałem trochę przyblokowanny. W recepcji rozwiały się moje kolejne złudzenia. Regularny transport z lotniskiem (shuttle bus) okazał się transportem wyłącznie na zamówienie (kiedy ktoś odlatuje).

- Jest tu jakaś restauracja? – zapytałem, bo pustkowie coraz mniej mi sie podobało.

- Sorry, ale nie ma. Ale możesz zawołac taksówkę i podwiezie Cię. Dwie mile stąd jest centrum handlowe i są tam restauracje.

W tej sytuacji już przestałem obiecywać sobie cokolwiek po „continental breakfast” anonsowanym w internetowej ofercie. I slusznie. Na sniadanie oferowano bowiem płatki kukurydziane, tosty, dżem, jogurty, donuty i kawę. Wszystko oczywiście  w jednorazowych opakowaniach, na styropianowych tackach i z plastikowymi sztućcami.

Na kolację zamówiłem pizzę z dowozem do hotelu.

Jeszcze wyjrzałem na basen, który widziałem na zdjęciu. Na fotografii wydawł się nieco większy, ale co mnie najbardziej zniechęciło to jego maksymalna głębokość: trzy stopy. „Business center”, o którym wspominano w ofercie to był komputer podłączony do internetu stojący na stoliku obok recepcji.

A jakby tego wszystkiego było mało w dzień mojego odjazdu nastąpiła rano awaria wody. Nie było jej w całym hotelu. Szczęśliwie zdążyłem się ogolić tuż przed tym zdarzeniem. Kiedy o ósmej razno opuszczałem ten trzygwiazdkowy przybytek za noclegi w którym zapłaciłem ponad 200 dolarów, ekipa wodociągowa nadal pracowała nad usuwaniem usterki.

A później było juz składanie zeznań przed sędzią i prawnikami. Trwało to krócej niż planowano, więc zostało mi sporo czasu, ponieważ lot powrotny miałem zabukowany dopiero na wieczór. Zeznania składałem w centrum, więc mogłem zrobić sobie potem spacer po mieści.

Upał był niemiłosierny więc na ulicach byli chyba jedynie ci, co musieli. Reszta poruszała się klimatyzowanymi zamochodami. Zrobiłem małą rundkę po historycznym centrum miatsa oraz po t.zw.Sky District, gdzie zgrupowały się drapacze chmur. Kilka impresji na ponizszych zdjeciach.

  

Na początku zaliczyłem stare miasto. Tam zaś miłym zaskoczeniem było bogato urządzone wnętrze niepozornego z wyglądu Annunciation Church.    

 

W innym miejscu trafiłem na reprodukcje dziewiętnastowiecznych map. Pomyśleć, ze zaledwie sto pięćdziesiąt lat temu Stany Zjednoczone to było przede wszsystkim wschodnie wybrzeże, a w centralnej części kontynentu istniało Indian Territory.

Sky District  imponuje bogactwem form nowoczesnej architektury, aczkolwiek od takich nowoczesnych dzielnic przeważnie wieje chłodem.

I to pomimorozmaitych prób oswajania niezamieszkanych przestrzeni położonych na dnie wąwozów między biurowcami.

  

 

  

Potem zaś już prosto na lotnisko. Nocny lot do Paryza, następnie do Warszawy, a jeszcze dzisiejszego wieczora położę się spać już we wlasnym łóżku.

 Warszawa, 11.06.2008; 19:45 LT

 
1 , 2 , 3