Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
czwartek, 28 czerwca 2007

  

Taki scenariusz groził mi od początku i prawie się zrealizował. Kiedy na ósmego maja wylatywałem do USA mój obecny statek właśnie dopływał do stoczni w Chianch. Remont miał się zakończyć pod koniec maja. Potem większą część czerwca miałem spędzić w domu, by pod jego koniec przyjechać do Chin na kolejny statek. Kiedy jednak postęp prac był minimalny, zacząłem obawiać się, żeby nagle to się nie zazębuło, jak to juz miało miejsce w lutym i marcu, kiedy wyjechałem na trzy tygodnie, a wróciłem po dwóch miesiącach.

Dzień po dniu walczylismy ze stocznią o przyspieszenie prac, ale wyjazd ciagle sie opóźniał. W końcu uało się zakończyć 21 czerwca wieczorem. To był niemalże ostatni dzwonek na ewentualny powrót do kraju, bo drugi statek anonsował swój przyjazd na 27 czerwca, co oznaczało konieczność wylotu z Polski 26 czerwca. Ale trzeba było jeszcze rozliczyc się ze stocznią, czyli sprawdzić i zaakceptować rachunki, a z tym zawsze jest siedem światów.

22 czerwca rozpoczęliśmy rozmowy lecz przepaść pomiedzy wystawionym rachunkiem, a naszymi obliczeniami była, eufemistycznie mówiąc, znacząca. Mieliśmy w planach opuscic wyspe o dwudziestej, żeby zdążyć na poranny samolot do Pekinu, lecz do zbiżenia stanowisk droga była daleka. Odnosiłem wrażenie, że przedstawiciele stoczni grali na czas, licząc, ze  złamiemy się przed planowanym terminem odjazdu. Z braku porozumienia odwołaliśmy jednak wieczorny wyjazd. Siedzieliśmy do wpół do drugiej w nocy wskzując „błędy” przy wyliczeniach, które stocznia miała rozpatrzyc do dnia nastepnego.

Rano mój kolega poleciał słuzbowo do innego portu w Chinach, a ja zostałem sam. Ponieważ przepadł mi poranny lot do Pekinu, próbowałem połączenia przez Szanhghaj. Stamtąd tuz przed północą odlatywał samolot do Monachium. Żeby na niego zdążyć musiałem wieczorem wylecieć do Szanghaju z Ningbo, a żeby dostać się do Ningbo należało zdążyć na prom o 15:00 czyli opuścić stocznię o 14:30. To mi garantowało przyjazd do Szczecina w niedzielę około południa. Ostatni dzwonek, bo we wtorek powinienem ruszać z powrotem do Chin.

Niestety od rana nadal pat. Ja mówiłem swoje, a negocjator  po drugiej stronie stołu swoje. Ja twierdziłem, że pewne rzeczy są oczywiste, a on zaś, że nie. Wkurzało mnie to, bo znając ich politykę wpisywania na rachunek wartości z sufitu, skrupulatnie kontrolowałem i zapisywałem w swoim notesiku zuzyte materiały, wymiary rusztowań i.t.p. Wywoływało to śmiech stoczniwoców. I dlatego teraz nie mogłem odpuścić.

- To stocznia wystawia rachunki, a nie klient. A tymczasem Ty wydrukowałeś wszystko nam do akceptacji zamiast odwrotnie. – grzmiał ich negocjator.

- Wszystko sprawdzałem w obecnosci waszych przedstawicieli. A wydrukowałem Wam do akceptacji jak widać słusznie, bo nasze wyliczenia róznią się zasadniczo.

Dyskusja w tym stylu toczyła się do momentu kiedy przyjechał Agent, aby zabrać mnie na prom.

- Sorry, nie mogę jechać. Odwołuję podróż do Polski.

- Ale jak to? Już wszystko załatwione. Teraz odwoływać?

- Niestety tak. Nie doszliśmy do porozumienia i muszę tu zostać aż takie porpzumienie osiągniemy i podpiszemy.

Byłem wściekły. To była ostatnia możliwość powrotu do Polski choć na krótko. Wylatywac następnego dnia nie było już sensu, bo wracałbym na zaledwie 24 godziny.

- Proponuję zrobic teraz przerwę. Napiszę e-mail do mojej i Twojej dyrekcji z listą rozbieznośći i naszymi punktami widzenia. Terza niech oni włączą sie do gry.

- Ale nie polecisz do Polski!

- Trudno, nie polecę.

Byłem cały rozdygotany. Zależało mi na tym powrocie. Nie dość, że miałem pozałatwiac rozmaite sprawy urzędowe, to jeszcze kilka osób czekało na mój przyjazd. Wszystkim sprawiłbym przykrość. Wyjechałem na 2-3 tygodnie, a w czarnym scenariuszu mój pobyt za granicą mógłby sie rozciagnąć nawet do trzech miesięcy.

Pożegnałem stoczniowego negocjatora i zacząłem pisać e-mail. Po chwili jednak drzwi znów sie uchyliły.

- Słuchaj, ile możesz dołożyć? Jaki jest Twój margines?

- Nic. Jeśli bym zaakceptował wyższy pułap to znaczyłoby iz nie szanuję swojej pracy. Niepotrzebne byłyby te wszystkie kontrole i pomiary.

Wróciłem do pisania.

Kiedy byłem już prawie gotowy, negocjator pojawił się po raz kolejny.

- Słuchaj, po co pisać o tym wszystkim? Odpuść mi te dwie pozycje (tu pokazał na drobniejsze kwoty), a wtedy ja zgodzę się na całą resztę.

Myślałem, że nie wierzę własnym uszom. Godził się na oddanie nam prawie 90% spornej kwoty, jeżeli zgodzę się pokryć resztę.

- Na takie coś mogę sie zgodzić – starałem się odpowiedzieć najspokojniej jak tylko potrafiłem.

- W takim razie zdążysz jeszcze polecieć do Polski!

- Już nie. Prom właśnie odpływa.

Stoczniowy negocjator wyglądał na zafrasowanego.

- Dużo masz bagażu? Tylko te dwie walizki? Poczekaj...

Zadzwonił gdzieś.

- Słuchaj, załatwiłem motorówkę. Przewiezie cie na drugą stronę. Tam będzie czekac samochód. Musisz wyjechac za pol godziny, zeby zdazyc na samolot z Ningbo do Szanghaju.

- Swietnie. To drukuj szybko, żebyśmy mogli złożyc podpisy.

Koniec negocjacji. Uściski dłoni. Chińczyk i jego boss częstuja mnie papierosem. Nie palę, ale jestem tak roztrzęsiony zmieniającą sie sytuacją, że tym razem nie odmawiam. Wypalam, a w trakcie dzwonie do swojej dyrekcji. Potem zbieram ostatnie rzeczy do walizki, przebieram sie na podróż, podpisuję kwity i w drogę. Czuję jak uchodzi ze mnie powietrze. Niedospane ostatnie noce i stress w końcu dają znać o sobie. Ogarnia mnie senność. W drodze z przystani promowej do Ningbo przysypiam trochę.

A w Ningbo niespodzianka. O 19:20, kiedy mielismy juz startować, ale boarding wciąż się nie rozpoczynał, wywieszono informację, że lot zostaje zawieszony z powodu złej pogody, a informacje o rozpoczęciu boardingu pojawią się później.

Kurczę! Tyle nerwów i kiedy wydawało się, że już  jest ok, nagle wszystko rozbije się o złą pogodę! Do odlotu samolotu z Szanghaju pozostały trzy godziny. Godzine trzeba odliczyc na lot. Pogoda musiała się więc wyklarować w ciągu najbliższych dwóch godzin.

Wyklarowała się po trzydziestu minutach. Doleciałem do Szanghaju na czas. Dotarłem do Szczecina w niedzielę o jedenastej rano. W Polsce oczywiście na nic czasu nie miałem, bo oprócz swoich spraw, w poniedziałek i wtorek pracowałem w biurze w Sopocie. O tym zapewen napiszę następnym razem. A ten wpis wrzucam do bloga już z Chin, ponownie ze stoczni. Bo właśnie tu wrócilem i rozpoczynam kolejny remont.

Te ostatnie pięc dni to niemal jak sen, albo jak egzotyczna wycieczka w rodzinne strony. Na full speedzie, jak powiedział Mój Anioł.

Wyspa Liuheng, 28.06.2007

środa, 20 czerwca 2007

 

Teraz albo wcale, pomyślałem kiedy w niedzielę szykowała się kolejna zmiana kei. Manewry zbiegły się z następującą po nich dwugodzinną przerwą obiadową w stoczni. Postanowiłem wykorzystać ten moment na wypad do Huang Jingsi – świątyni wziesionej na jednym ze szczytów okolicznych gór i przez to widocznej z daleka.

Pierwszy problem, to jak wytłumaczyć taksówkarzowi dokąd chcę pojechać. Pismo obrazkowe ma się dobrze. Narysowałem portierce w stoczniowym biurze górę z pagodą, a ona napisała chińską nazwę.

Taksówkarz zażądał pięciu dolarów za kurs, co wydało mi się kwotą do zaakceptowania.

Najpierw przez tunel wydostaliśmy się z doliny ograniczonej linią brzegową (i naszą stocznia z jednej strony, a górami (w których zbudowano pagodę) z drugiej. Tunel wyprowadził nas na kolejną nadmorską równinę, z której wąska i krętra droga prowadziła w stronę światyni. Kiedy zatrzymalismy się, stwierdziłem, że znajdujemy się chyba w kalsztorze. Teren był ogrodzony, wewnątrz był cały kompleks rozmaitch świątyń buddyjskich, a het do góry prowadziły wprost do pagody schody, wstępu na które strzegła jednak zamknieta na kłódkę furtka.

Najpierw skupiłem się na tym co dostepne. Obejrzałem świątynie jedną o drugiej. Najbardziej niesamowite było iż znajdowałem sie tam sam jeden. Taksówkarz odjechał od razu (kazałem mu wrócić za godzinę) i oprocz mnie zostało na górze tylko trochę miejscowych.  Gdzieniegdzie krzątali sie nieliczni mnichowie, a w niektórych światyniach można było natknąć się na staruszki utrzymujące porządek. Oczywiście wszyscy natychmiast zwracali na mnie uwagę, chociaż starałem się jak najbardziej nie zakłócać panującej ciszy i powagi miejsca. Jedna ze starowinek podała mi jednak od razu kadzidełka oraz zapałki. Przypaliłem je i ustawiłem w specjalnej misie. Zaskoczenie przyszło jednak w innej świątyni. Staruszka podeszła bowiem do ołtarza, wzieła ze stojącej tacy z ofiarami owoc i... wręczyła go mi. Trochę byłem skonfudowany. Czy to wypada jeść coś z ołtarza? Czy nie rozgniewam sił nadprzyrodzonych?  Na wszelki wypadek położyłem go na ołtarz w następnej świątyni.

Pora jednak była udać sie do głównego celu mojej wycieczki, ale kłodka na furtce nie pozostawiała wątpliwości. Zacząłem dopytywać się mnichów, którzy cos tam tłumaczyli po chińsku lecz ja niewielez tego rozumiałem. W końcu jedna ze starowinek poszła do jakiegos pomieszczenia i wróciła stamtąd z banknotem 100-yuanowym. Wszystko jasne! Skinąłem głową na znak, że się zgadzam i zostałem poprowadzony do jakiegoś biura, w który jeden z braci zakonnych wyciągnął z szuflady dwa bloczki z biletami i oderwał cztery, o łącznym nominale 100 yuanów. Zapłaciłem, bo równowartość 13 dolarów, kiedy raz od wielkiego święta wyjeżdżałem poza stocznię była jak najbardziej do zaakcptowania. Cały czas jednak intrygowały mnie trzy jednakowe bilety po 30 yuanów w tym pakiecie.

Wydawało mi się, że chyba braciszkowie mnie naciągnęli. Potem jednak pomyslałem, że pagodę otwiera się, gdy zbierze sie kilku chetnych, a ponieważ byłem sam jeden, musiałem zapłacić za tych kilku.

W każdym razie po chwili pojawił się mężczyzna w stroju bynajmniej nie mnicha i otworzył furtkęm, po czym schodami w górę poszedł ze mną na szczyt, gdzie otworzył drzwi do pagody. Byłem troszkę zawiedziony. Dla mnie, nieobeznanego w detalach buddyzmu, jednakowe na pierwszy rzut oka ołtarze na każdym z pięter budowli były zbyt monotonne.

Nie zmieniły tego faktu nawet setki figurek na chmurkach otaczających ołtarze. Figurki prawdopodobnie były cenne, bo każda miała na sobie karteczkę z numerem, a na każdym piętrze na ścianie znajdowała sie informacja o przedziale numerów, z jakimi figuki znajdowały się na danym poziomie.

Piętra, aż do ostatniego praktycznie nie różniły się od siebie. Przynajmniej dla mnie. Z tą tylko różnicą, że z najwyższych rozposcierał się piekny widok na całą okolicę, w tym naszą stocznie.

Popatrzyłem, pokontemplowałem widoki na wszystkie strony, a potem zszedłem na dół.

Tam obejrzałem pozostałe świątynie, ze szczególnym uwzględnieniem modlitewnych akcesoriów.

 

Wszędzie nadal było pusto więc oglądanie w ciszy i w oderwaniu od cywilizacji gdzieś w dolinach było jak odkrywanie zaginionego świata. 

Godzina minęła szybko. Taksówkarz przyjechał punktualnie więc na czas wróciłem do stoczni. Wkrótce znów dostałem się w szpony remontów, spawania, korozji w zbiornikach...

Zhoushan; 20.06.2007; 09:30 LT

środa, 13 czerwca 2007

      

Jednemu z naszych kolegów o bardziej wrażliwym zołądku zaszkodziła zupa. Twierdził, ze musiała być gotowana na nieswieżym tłuszczu. Sytuacja pogarszała się z minuty na minutę i jasne się stało, że bez pilnej wizyty tam, gdzie król piechotą chodził sie nie obędzie. Nasze biuro, nowe jak wszystko w tej stoczni, wyposażone jest w stosowny przybytek, wyłożony kafelkami. Tyle tylko, że jest on urządzony na modłę chińską i nasz kolega stwierdził, ze za nic na swiecie nie zrobi tego „tam”. Za oknem rozpętała się letnia ulewa, a on biedak, pognał na statek. Mam nadzieję, że zdążył J

Toaleta tutejsza to rzeczywiście prawdziwe wyzwanie. Stoją sobie rzędem niewielkie boksy, przedzielone niskimi przepierzeniami. W boksach dziury prowadzące wprost do szamba, z którego unosi się przeraźliwy fetor. Nieduże ścianki nie zapewniają ani krzty intymności, do której my, Europejczycy jesteśmy przyzwyczajeni. Wprost przeciwnie. Kiedy ostatnio tam zaszedłem, dwóch czyniących swoje w sąsiednich boksach Chińczyków zajetych było rozmową. Od razu przypomniało mi się „Widmo wolności” Bunuela i pamietna scena przy stole wokół którego zamiast krzeseł ustawione były muszle klozetowe, a jadalnia znajdowała się w maleńkiej, jednoosobowej klitce, zapewniającej intymność owej wstydliwej czynności. Wszystko jest jak widać kwestią umowy.

Mój kolega opowiadał o pewnym Greku, który z zadziwiającą regularnością korzystał z tutejszej toalety, a ponieważ był słusznej postury, nie był w stanie domknąć drzwi od boksu. Kolega ilekroć tam zachodził, zastawał go w pozycji w kucki, rozmawiającego przez telefon komórkowy z drzwiczkami otwartymi na oścież. Toaletowa niema znajomość rozwinęła sie na tyle, że z czasem nawet pozdrawiali się nawzajem przechodząc obok swoich boksów.

Oczywiście nie wszystkie ubikacje sa takie jak w naszym biurze. Przypominam sobie restauracyjną toaletę w jednym z hoteli w Szanghaju. Dyskretna muzyczka kwiaty na stoliku, miły zapach i pan w nieskazitelnie czystym uniformie witajacy klientów i podający ręczniki po umyciu rąk. Serwis najwyższej klasy. Aż zbyt wysokiej...

Stanąłem sobie przy pisuarze i kiedy już zaawansowany byłem w załatwianiu wiadomej potrzeby, nagle... poczułem na karku męskie dłonie, które zaczęły masować mój kręgosłup i barki. Kto tego nie przeżył, nie wie jak bardzo niekomfortowa jest to sytuacja. Ręce ma się w zasadzie zajęte, możliwości obrony żadnej, a jeszcze nie wiadomo kto zacz! Zacząłem wierzgać aby strącić intruza, przez cały czas jednak uważając, żeby utrzymać parabolę moczu w świetle pisuaru. 

Okazało się, że intruzem był ów pan w uniformie, który po prostu wykonywał swoje obowiązki. Odtrącony z kamienna twarzą powrócił na swoje miejsce koło umywalki by podać mi ręcznik. Tradycyjnie ukłonił mi się kiedy wychodziłem. Ja jemu też się ukłoniłem, bo to, że nie znam wyszukanych światowych manier nie zwalnia mnie ze stosowania podstawowych.

Wyspa Liuheng; 13.06.2007; 21:35 LT

sobota, 09 czerwca 2007

   

Padam z nóg. No cóż, wiedziałem, że tak będzie, kiedy tu jechałem i tak na prawdę to stocznia niczym mnie nie zaskoczyła. Marzy juz mi sie jednak odpoczynek od zbiorników, które prześladują mnie od poczatku roku. Czeka mnie jednak jeszcze jeden statek w tej samej stoczni z końcem czerwca. Druga połowa roku powinna juz być o niebo spokojniejsza.

Ale ja tu gadu-gadu, a konkurs czeka na rozstrzygnięcie. Gdybym to ja miał obstawiać, postawiłbym na przełyk jakiejś gadziny. Tyle tylko,że taki przełyk w warunkach amatorskich dośc trudno sfotografować. Wygrywa Mjones, za to, że w kręgu jej przypuszczeń znalazła się m.in. rura. Co prawda nie dosłownie, bo chodziło jej o "otwór wlotowy" ale jednak :)  Była to rura, tyle, że widziana od środka. Z zewnątrz wyglądała tak:

Zamontowano nam już nowe. Czyste i drożne. Bój sie Boga! Skąd Ci przyszedł do głowy pomysł z zarosniętą muszla klozetową? Ale dzięki za inspirację. Wykorzystam w nastepnym wpisie.

Mjones, gratuluję. Napisz, co wolisz: chińskie słodycze czy chińska muzykę. Jedno i drugie pozostawia niesamowite wrażenia J Odpowiedz, proszę, w ciągu najbliższych 5 dni, żebym mógł dokonać stosownego zakupu. A paczuszkę wyślę po powrocie do Polski, około 18-20 czerwca.

Równie porośnięty jak rury był kadłub naszego statku, który po wypompowaniu wody z doku odsłonił gęstą brodę pokrywającą jego dno.

Obserwowalismy jej usuwanie podczas inspekcji dna, dokonywanej z, to rzadkość, inspektorem płci żeńskiej. Pani inspektor była co prawda tylko w ramach praktyki, ale już wkrótce zapewne bedzie prowadzić przeglądy samodzielnie. Ciekawe, czy bedzie gnębić nas bardziej niz faceci?

Stoczniowcy zaczęli wyplanie otorów w dnie zanim woda z balastów zdążyła spłynąć. Dzięki temu mozna było obejrzeć zawsze fascynujace godzenie dwóch przeciwstawnych żywiołów.

Prace spawalnicze w okolicy dna trwały do ostatniej nocy przed wyjściem z doku. Oczywiście dla mnie była to noc nieprzespana. Przez cały czas trzeba było odbierac jakieś prace.

Momentami odnosiłem wrażenie, że uczestniczę w starannie wyreżyserowanej grze. Miałaby ona na celu osłabić przeciwnika, który wyrwany w środku nocy z koi, przyjmie każdą fuszerkę, byle tylko znów móc kontynuować sen. Zapowiedziałem na początku, że nie życzę sobie nocnych odbiorów prac, lecz nie na wiele to się zdało. Stoczniowcy wytrwale żądali zaliczenia prac w nocy, bo czas goni, grafiki dokowań i.t.d.

- Po jakiemu ja mówię? Po chińsku? – chciałem krzyknąć aby uświadomic im, że nie sluchają moich informacji. To chyba jednak nie byłby dobry przykład wiec ugryzłem sie w język. Nie odpuściłem. Kosztowało mnie to nieprzespaną noc, ale ich też. Graliśmy na zmęczenie. Ganialiśmy przez cała noc od dziobu do rufy, na zewnatrz i wewnątrz kadłuba. Pot zalewał nam oczy, nogi bolały ze zmęczenia, ale w końcu postawiłem na swoim. Cały nastepny dzień jednak odsypiałem ten maraton.

 

Wczoraj stocznia celebrowała trzecia rocznice powstania zakładu. Niesamowite jest tempo budowy oraz zakres prac. Równają góry (dosłownie), by w ich miejscu w litej skale wydrążyć dziury, które stana sie suchymi dokami. Jeden z takich doków ma mieć ponad sto metrów szerokości i ponad czterysta długości. Zmieszczą sie w nim cztery wielkie statki jednoczesnie. Podobnych doków docelowo ma być bodajże sześć. Na razie gotowe są dwa a budowa trzeciego jest mocno zaawansowana:

 

Nie wszystko jednak Chińczykom się udaje bezproblemowo. Po wejsiu na dok zafascyniwany rozmachem inwestycji obserwowałem budowe nowej kei, na której stał juz gotowy jeden dźwig, a drugi był w fazie konstrukcji.

Nie wiem co sie wydarzyło, ale trzy dni później ten gotowy był już niezdatny do użytku. Ponoć ktoś zapomniał zamocować jakiś sworzeń i ramię się załamało.

Zagrożenia czyhają wszędzie. Trzeba przez cały czas być ostrożnym. W miejscach szczególnie niebezpiecznych, znaki ostrzegawcze wymuszają wzmożenie uwagi.

Szkoda tylko, że nie wiemy o czym konkretnie informują.

Wyspa Liuheng, 09.06.2007; 13:20 LT