Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
środa, 28 czerwca 2006

Dziwnie jakoś się zrobiło. Dzień mija i ani trochę piłki nożnej. Po niemal trzech tygodniach jej codziennej dawki.

W taki dzień można nadrobić kinowe zaległości (i blogowe też). Dziś wybór padł na „Posejdona”. Troche z nostalgii bo pierwowzoru czyli „Tragedii Posejdona” dotyczyło jedno z pierwszych moich wypracowań w ramach klasówek z języka polskiego w pierwszej klasie liceum. Ślizgałem się po filmach, audycjach radiowych (”60 minut na godzinę”) i rozmaitych innych furtkach łapiąc całkiem przyzwoite oceny, aż w końcu trafiła się taka klasówka, na której profesorka stanowczo zabroniła mi wybrać kolejny wolny temat. „Ja muszę sprawdzić także twoją wiedzę” powiedziała, a kilka dni później oddała arkusz papieru z nędzną trójczyną.

Pewnie nostalgia za licealnymi czasami, a troche też zawodowa ciekawość sprawiły, że na wizytę w kinie wybrałem właśnie ten seans. A przecież wszyscy wiedzą, że remake’i na ogół sie nie udają.

Niestety, Wolfgang Petersen, twórca m.in. „Okrętu”, stara prawdę potwierdził. Nie wiem, czy można zrobić film katastroficzny w sposób odbiegający od schematu. Pewnie tak, ale ktoś odkryje to zapewne za jakieś dwadzieścia lat. Mam na mysli kino amerykańskie, bo reżyserzy i producenci z innych krajów, o ile nie są zbyt mocno w Hollywood zapatrzeni, potrafia czasem zrobic coś oryginalnego. To jednak tylko niewielka nisza. Nie ma więc znaczenia czy rzecz dzieje się pod wodą, w samolocie, w tunelu czy w płonącym wieżowcu. Od lat schemat jest ten sam: kilka scen z życia głównych bohaterów, naświetlenie ich życiowych kłopotów, potem katastrofa i odkrycie dobrych cech owych ludzi, nawet heroizmu niektórych, przeciwstawione podłym uczynkom kanalii, które najczęściej zasilają szeregi nieboszczyków, bo przecież porządny film katastroficzny bez trupów obejść się nie może. W takich filmach grupa na ogół zgodnie współpracuje ze sobą, a los tak kieruje wypadkami, że każdy, nawet najgorszy fajtłapa w pewnych okolicznościach okazuje się niezastąpiony i ratuje pozostałych. Musi byc przeciez sprawiedliwie. Potem ci dobrzy na ogół zostają uratowani i żyją długo i szczęśliwie.

„Posejdon” nawet nie próbuje odejść od tego schematu. Jest więc niedoszły samobójca, który nagle odkrywa wartość życia, jest dziecko, którego wątłe rączki są w stanie dosięgnąć przez kratę niewielkich śrubek  i odkręcając je, w ostatniej (a jakże) chwili uratować resztę, jest podły, zadufany w sobie pijaczyna, który oczywiście zginie, ojciec poświęcający życie dla narzeczonego swej córki i.t.d. Spokojnie można wyjść w trakcie seansu do toalety (co raczący sie do bólu coca colą widzowie robili nader często) bo można spokojnie przewidzieć najbliższe kilka minut akcji. Na domiar złego twórcy filmu oczywiście nie powstrzymali się przed pokusą użycia komputerowo generowanych efektów specjalnych. I dobrze bo nie skorzystać z takich efektów w filmie tego typu to byłby grzech zaniechania. Tyle tylko, że albo oszczędzano na tym polu, albo specjaliści byli marni (a może jedno wynikało z drugiego?). Dawno bowiem nie widziałem tak marnie wykonanych zdjęć katastrofy. Moment uderzenia fali o statek wyglądał zupełnie nierealistycznie, a samo jej przejście i wywrócenie kadłuba ciagnęło się w nieskończoność.

Gwoździem do trumny były tłumaczenia, przy których nasi najwyraźniej posiłkowali się jakimś słowniczkiem terminologii jachtowej. Oczywiście są to już szczegóły, ale troszkę irytujące gdy komendę nakazującą wykonanie zwrotu statku „to starboard” tłumaczy się jako zwrot „na sterburtę” (co zapewne dziewięćdziesięciu procentom widzów nic nie mówi), podczas gdy oznacza to prozaiczny zwrot w prawo i tak się takie określenia tłumaczy w fachowym języku. Tak samo słowo „galley” może być kambuzem na jachcie albo kutrze, podczas gdy na wszelkich „normalnych” statkach oznacza najzwyczajniejszą kuchnię. Kambuz brzmiał jeszcze śmieszniej na tym ogromnym statku, gdzie kuchnia była prawdziwą fabryką, kombinatem.

Reasumując, „Posejdon” to typowy film na lato, coś lekkiego dla szukających rozrywki po plaży turystów. Nawet nie otrze się o chwałę „Titanica” i za rok z pewnościa nikt nie będzie pamiętać. No może poza świezo upieczonymi licealistami, którzy opiszą swoje wrażenia z kina na wrześniowej klasówce z języka polskiego.

Gdynia, 28.06.2006; 23:45 LT

czwartek, 22 czerwca 2006

 

Mundial nie sprzyja pisaniu bloga. No ale jak tu pisać kiedy mecze wieczorem. Przed nimi praca, a po nich, koło północy, juz tylko chce się spać. W takich imprezach jak ta mam swoje ulubione drużyny. To te pozornie skazane na porażkę, a potrafiące namieszać w planach najlepszym. Tak grał kiedys Kamerun, a potem Nigeria, które bez kompleksów prawie ocierały sie o strefę medalową. Na obecnych mistrzostwach wielkie wrażenie zrobili na mnie Amerykanie w meczu z Włochami, ale dzisiejszy mecz Australia – Chorwacja emocjonował mnie chyba najbardziej z dotychczasowych. Nawet bardziej niż mecze Polaków, które były bezbarwne i najzwyczajniej nudne. Pojedynek Austarlijczyków z Chorwatami to była w końcówce ogromna nerwówka i to nie tylko za sprawa piłkarzy. Najpierw nieodgwizdane zagranie ręką w polu karnym Chorwatów i pozbawienie tym samym Autralijczyków szansy na wyrównanie z rzutu karnego. Sędzia jakby się przestaraszył, bo w pierwszej połowie podyktował rzut karny właśnie za niemal identyczne zagranie ręką tego samego zawodnika! Byłby to więc drugi rzut karny, a przy okazji czerwona kartka. Z tego Chorwaci mogliby sie już nie podnieść. Bramka wyrównująca padła jednak kilka minut później z... ewidentnego spalonego. Tak jakby sędzia starał się teraz wynagrodzić krzywdę „Kangurów”. A potem czrewona kartka dla Chorwata i wkrótce potem czerwona dla Australijczyka. Potem druga żółta dla Chorwata. Pamietam jak dostawał pierwszą. Pamiętał też realizator, który pokazał planszę, że zawodnik opuści boisko. Ale nie opuścił. Nie wiadomo dlaczego. Podobnie jak nie wiadomo co sie działo w ostatnich sekundach meczu, kiedy padła nieuznana bramka dla Australii, kolejny Chorwat otrzymał czerwoną kartkę, sędzia coś gestykulował, ale na boisko wbiegli juz rezerwowi więc wyglądało na to, że to juz koniec spotkania.

Niedawno dyskutowaliśmy na blogu Drex o sedziowaniu i o tym, czy warto zmieniać przepisy albo sięgać po nowinki techniczne dla precyzyjniejszego sędziowania. Dzisiejszy mecz był chyba wyraźnym przykładem na „tak”, czyli za tym by takie nowinki wprowadzać. Nie można bowiem w imie dramaturgii zawodów krzywdzić jednej z drużyn i byc może wyaczyc wynik meczu (brak rzutu karnego nie przy wątpliwym faulu lecz w sytuacji gdzie obronca podniesioną do góry ręką niczym siatkarz odbija piłkę). Tak samo gdyby czas mierzono podobnie jak w koszykówce albo hokeju, nie byłoby zamieszania i wątpliwości czy mecz się juz skończył czy może niezdyscyplinowani rezerwowi wbiegli na boisko.

Ale przecież mundial to nie wszystko. We wtorek odebrałem klucze od swojego gdyńskiego mieszkania. Trzeba je teraz odświeżyć, a pod koniec lipca mam szansę już w nim zamieszkać. Fajnie tam będzie sie mieszkać. Już nie mogę się doczekać pierwszej porannej kawy wypitej przy oknie z widokiem na zatokę.

Nie jadę do Chin. Trochę szkoda, ale teraz wyjatkowo nie żałuję. Bo i meczów bym nie obejrzał i remontu mieszkania nie mógłbym dopilnować.

Gdynia, 22.06.2006, 23:55 LT

poniedziałek, 19 czerwca 2006

Długi weekend był długi na raty, ponieważ w piątek musiałem stawić się do pracy. Na domiar złego akurat w ten dzień wypadło mi kilka spotkań w trybie awaryjnym, więc zamiast skończyć nieco wcześniej, by móc o rozsądnej porze dojechac do Szczecina, skończyłem później, wobec czego dojechałem na miejsce dopiero około północy, wśród ulewnego deszczu, błysków piorunów i grzmotów błyskawic. Burzowe apogeum rozpętało się jednak dopiero nocą i musiałem spać przy zamknietych oknach, żeby potoki deszczu nie zalały mi mieszkania.

Czwartek postanowiłem uczynić sobie dniem całkowicie wolnym, nawe od podróży. Nie było sensu jechać w srodę wieczorem do Szczecina i we czwartek wracać, zważywszy, że opuściłem Szczecin we wtorek i miałem zamiar wrócić tam w piątek. Miałem przede wszystkim odespać zaległości, pooglądać mecze i ewentualnie dokończyć jakieś biurowe raporty gdybym znalazł czas. Plany były kuszące, bo juz dawno nie miałem w rozkładzie dnia, w którym nie musiałbym robic nic.

Wieczorem jednak zadzwonił do mnie kolega i tak długo przekonywał do wizyty w jego domku letniskowym, że w końcu zabrakło mi racjonalnych argumentów na „nie”. Spakowałem się i pojechałem. Musiałem sie spakować ponieważ prosto z owego domku na Pojezierzu Kaszubskim miałem jechać w piatek rano do pracy, a prosto z pracy do Szczecina.

Wizyta w domku letniskowym okazała się udana szczególnie z powodu kamiennych kręgów, na które natknąłem się po drodze. Znajduja się nieopodal wsi Węsiory. Nie mogłem sobie odmówić wycieczki, ponieważ zawsze moja wyobraźnia zaczyna pracować gorączkowo kiedy myslę o bezkresnych puszczach porastających nasze ziemie i tajemnicach jakich były świadkami na tysiąc i więcej lat przed pojawieniem się Mieszka I, od którego zaczyna się nasza państwowość. Jak wyglądały te ziemie i ludzie je zamieszkujący, gdy o Polsce jeszcze nikomu sie nie śniło, a prawdziwa cywilizacja zaczynała się gdzieś po drugiej stronie Alp?

                                               

Gdyby kiedyś były mozliwe wakacyjne wędrówki w czasie, jedną z wycieczek odbyłbym do przepastnych borów w krainie Światowida i Trygława. Chciałbym móc ujrzec starszyznę plemienną w otoczeniu dopiero co ułożonych kamiennych kręgów, poznać rytuały z nimi związane.

 

O tym myślałem w ubiegłym roku podczas wizyt w Borkowie i w Odrach, a kilka dni temu w Węsiorach. W Węsiorach przeczytałem o tajemniczej energii emanującej z kręgów, ale to juz uważam za zbyt daleko idącą teorię. Ot, niewierny Tomasz ze mnie.

  Między kamieniami doskonale zachowane kurhany.

A w Szczecinie dość ważne dla nas wydarzenie. Prawie miesiąc po wypadku, tato o własnych siłach, chociaż z askekuracją, zszedł o kulach po schodach i zrobiliśmy krótki spacer po ulicy. Wyglądało to tak dobrze, że dziś rzecz powtórzyliśmy. Spacer był dłuższy, a po drodze usiedliśmy w jednym z ogródków by napić się kawy i obejrzec na swieżym powietrzu kawałek mundialowego meczu. Wyzwoliło to w nas mnóstwo optymizmu. Do pełnej sprawności droga jeszcze bardzo daleka, ale ważna bariera została pokonana.

Szczecin, 18.06.2006, 00:30 LT

sobota, 17 czerwca 2006

„Już po bólu panno Zulu” – zaczął ironicznie swoją relację z drugiego meczu Polaków na mundialu przed czterema laty serwis sportowy zamykanej właśnie stacji Szczecin Radio. Tak informowano nas, pływających gdzieś na Pacyfiku o porażce z Portugalią 0:4 i definitywnym pogrzebaniu szans na awans. Minęły cztery lata i nic się nie zmieniło, poza tym, że Szczecin Radio jak i inne rozsiane po swiecie stacje radiowe od dawna już nie słuzy marynarzom, przegrywając z komunikacją satelitarną.

Tak mi się jakos wczoraj skojarzyło. Wczoraj, bo do końca miałem nadzieję, że Ekwador mimo wszystko potknie się na Kostaryce. Nie potknął i okazał się całkiem dobra druzyną, która jeszcze niejednemu może namieszać. Może nie warto było zamieszczać ironicznych komentarzy do prognoz Pele?

Zaledwie tydzień temu rozpoczęła sie impreza na którą czekaliśmy cztery lata, a od niemal dwóch lat emocjonowalismy sie eliminacjami. Tydzień, a dla nas już po wszystkim. Błyskawicznie roztrwoniony dorobek i zawiedzione nadzieje. No ale cóż... W 1974 roku nasza reprezentacja wylosowała wicemistrzów świata Włochów oraz silną Argentynę. I w każdym meczu to ona była strona atakującą strzelając obydwu tym zespołom w sumie pięć bramek i dorzucając jeszcze siedem słabiutkiemu Haiti. Obecna reprezantacja gotowa zadowolic się remisem 0:0 z Niemcami pomimo, że nie dawał on praktycznie nic poza „honorowym” rozstrzygnięciem. W pierwszym meczu brakowało woli walki. W drugim wola była, ale chyba brakowało wiary. Piłkarzom, a może trenerowi? Pamiętam pełne dramaturgii pojedynki Wisły Kraków z Barceloną (przegrana na własnym boisku 3:4), z Lazio (3:3 i 1:2), w których nie było kunktatorstwa i murowania bramki, bo przeciwnik już z samej nazwy straszny. Były to porażki ale po meczach, w których przeciwnik do końca nie był pewny swego. A jeśli nie był dość dobry to mógł na swoim własnym stadionie (tym samym, na którym dał nam łupnia Ekwador) przegrać z tą Wisłą aż 1:4 i mimo, że z Niemiec, w niesławie odpaść z rozgrywek.

Na mentalnoć oraz deklaracje „będziemy robić wszystko zeby nie przegrać” zamiast „będziemy robić wszystko żeby wygrać” zwracała uwagę pewna pani psycholog cytowana przez Gazetę Wyborczą. Kto wie, może właśnie psychologa potrzeba było naszym piłkarzom bardziej niz treningów? Wszyscy pamietamy jak wielką rolę odegrała praca psychologa w sukcesach Małysza. Mamy nastepne cztery lata na przemyślenia. Oczywiście pod warunkiem, że drużyna pozbiera się do następnych eliminacji.

A teraz juz będę mógł znów wrócić do pisania o codzienności niepiłkarskiej.

Szczecin, 17.06.2006, 01:20 LT

czwartek, 15 czerwca 2006

Walczyli. Tego nie można naszym piłkarzom odmówić. I dlatego pierwsze pomeczowe komentarze były bardzo pochlebne. To tylko pokazuje jak bardzo brakowało nam takiego wizerunku naszej reprezentacji. Kiedy jednak wyłaczy się emocje, trudno nie zauważyc oczywistych mankamentów w grze tej drużyny. Pierwszy to zupełna niemoc formacji ofensywnej. Nie jest problemem, że w obydwu meczach nie strzeliliśmy bramki. Problemem jest, że przez pełne dwa mecze nasza reprezentacja nie była w stanie stworzyć ani jednej t.zw. stuprocentowej okazji do jej zdobycia. Mecz z Niemcami mozna było zremisować, ale tylko 0:0. Bardzo dobrze bowiem grała obrona, rewelacyjnie bramkarz, ale już zaraz po przerwie było widać, że na zdobycie gola raczej  nie ma co liczyć. Aż nie chce sie wierzyć, że Polacy niemal regularnie strzelali po trzy bramki w meczach eliminacjnych. Dziś zupełnie zawiódł n.p. Żurawski. Ciekawy jestem dokładnych statystyk. Odnoszę bowiem wrażenie, ze ten napastnik tracił praktycznie każdą piłkę, którą wywalczyli dla niego koledzy. Nasza druzyna już wtedy grała jakby w dziesiątkę. Kiedy przez swoją głupotę czerwona kartkę zobaczył Sobowlewski, z dziesiatki zrobiła się dziewiątka. Od tego momentu zespół grał już wyłącznie na 0:0. Nie bardzo wiem dlaczego. Chyba dla poprawienia statystyk, bo do kolejności w grupie ów wynik nie wnosił prawie nic nowego. W tej chwili ratuje nas tylko zwycięstwo Kostaryki oraz Niemców nad Ekwadorem przy naszym zwucięstwie nad Kostaryką (wtedy Niemcy mieliby kompet punktów, a z pozostałych drużyn każda po trzy i o kolejności decydowałyby bramki. Gdyby udało się zremisować z Niemcami, awans i tak zapewniłaby nam dopiero wygrana z Kostaryką przy wygranej Niemców z Ekwadorem, czyli nic nowego. Może więc warto było zaryzykować i wymienić Żurawskiego zamiast obrońcy Żewłakowa? Byłby jeszcze przynjmniej cień szansy na bramkę. Krótko mówiąc – zespół włozył mnóstwo wysiłku w zrealizowanie celu, który i tak nic nam nie dawał.

Intryguje mnie tez jeszcze jedna sprawa. Polski zespół od mniej więcej pięćdziesiątej minuty praktycznie przestał grać z powodu braku sił. Dziwne, bo do tej pory zarzucano trenerowi, że zdecydowanie zbyt wiele treningów poświęca elementom wydolnościowym organizmu zamiast doskonalic technikę. Tymczasem zaniedbanie techniki pogłębiło przepaść między nami a większościa pozostałych zespołów, a zmęczenie i tak pojawiło sie znacznie szybciej niż u Niemców. Zrozumiałbym gdyby zawodnicy opadli z sił pod koniec meczu, ale nie na poczatku drugiej połowy! To jest w końcu drużyna, która zakwalifikowała się do turnieju finałowego mistrzostw świata, a nie jakiś drugoligowy klub. Powinna więc reprezentować przynjmniej zbliżony poziom do przeciwników, przynajmniej jeśli chodzi o przygotrowanie kondycyjne.

Cóż, zaczynamy mieć we krwi zamiast walki o zwycięstwo, zadowolenie z t.zw. honorowych porażek po rzekomo dobrej grze. Jeszcze kilka uwag nasunęło mi sie podczas oglądania meczu, ale oczy same mi się po wypitych dwóch piwach zamykają.. Może wróę do tematu później . Teraz juz tylko spać

Gdynia, 15.06.2006, 00:20 LT  

 
1 , 2 , 3