Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
środa, 29 czerwca 2005

Sezon ogórkowy na blogu jest większy niż się spodziewałem. Wracamy do domu późnym wieczorem i myslę jużtylko o tym, zeby położyć się spać. Ale jeszcze wcześniej muszę snuć opowieść o tajemnicach megalitów w Borkowie, bo młodzież sobie życzy bajki-horroru na dobranoc J Najgorsze jest to, że opowieść z założenia jest w odcinkach i coraz bardziej grzęznę rozpaczliwie szukając kolejnych wątków, które byłyby wystarczająco straszne.

Ze Szczecina wyjechaliśmy w niedzielę na tyle wcześnie, że mogliśmy zatrzymać się w kilku miejscach. W Karlinie przy okazji oglądania nafciarskich eksponatów opowiedziałem o pamiętnym wytrysku ropy i związanych z nim marzeniami o polskim Kuwejcie. Główym jednak punktem programu miała być okolica wioski Borkowo, gdzie znajdują się relikty cywilizacji sprzed 5000 lat.

W internecie można przeczytać:

Borkowo, to stara wieś w gminie Malechowo, położona o ok. 30 km na południowy wschód od Darłowa, przy drodze z Niemicy do Polanowa. (...) W obrębie wsi zlokalizowano 16 znalezisk z okresu neolitu. Na obrzeżach Borkowa znajduje się jeden z dwóch zachowanych w Europie megalitycznych grobowców komorowych sprzed ok. 5000 lat. Obiekty megalityczne były rozpowszechnione w Europie w okresie od V do III tysiąclecia p.n.e. Megality (dosłownie wielkie kamienie) to konstrukcje z bloków surowego lub z grubsza obrobionego kamienia różnej wielkości o przeznaczeniu kultowym, związanym z obserwacjami astronomicznymi lub o charakterze grobowym.

Megality w Borkowie pochodzą z III tysiąclecia p.n.e. i są śladem wierzeń religijnych tamtych kultur, co wskazuje położenie grobowców. Dłuższy bok budowli znajduje się na osi wschód zachód. Wspomniany dolmen znajduje się około 1 km na wschód od wsi w bukowym lesie porastającym południowy stok dolinki, stanowiącej koryto małego bezimiennego potoku, wpływającego do rzeki Grabowej. Borkowski dolmen badali archeologowie w roku 1934 i w 1939. Znaleziska z Borkowa były przechowywane w Heimatmuseum w Darłowie, ale po wojnie zabrano je do Koszalina. W czasie przedwojennych badań zrekonstruowano skrzynie potężnego grobowca. Komora grobowa składa się z 12 olbrzymich głazów narzutowych przykrytych 4 głazami stanowiącymi strop. Mógł tu być grobowiec dostojnika czy kapłana i także miejsce kultowe. W grobowcu tym składano wielokrotnie prochy zmarłych uprzątając poprzednie pochowki pod ściany komory.

Kamienie w Borkowie nie są oczywiście tak majestatyczne i doskonale zachowane jak ich krewniacy w Stonehenge, ale tajemnica przyprawia o gęsią skórkę na plecach. Pomyśleć, że głazy te ustawiano ponad trzy tysiące lat przed Mieszkiem I. Ba! Przed czasem Imperium Rzymskiego! Nasze ziemie porastały wtedy bezkresne puszcze, a wnich zyli... No właśnie, kto? Polanie pojawili się przecież znacznie później.

Z Borkowa pomknęliśmy już prosto do Gdyni. Było przyjemnie, ale mam nadzieję, że z rapu i innego hip-hopu z czasem się wyrasta. Z ulgą włączyłem „Trójkę” gdy o zmierzchu towarzystwo zmorzył sen.

OK, zaliczyłem „na kolanie” pierwszą relację z wakacji. Może z innymi pójdzie mi szybciej.

Gdynia, 29.06.2005

23:17, searover
Link Komentarze (10) »
niedziela, 26 czerwca 2005

Kończymy pakowanie i za chwilę wyjazd do Gdyni. Dla mnie m.in. jak zwykle do pracy, ale dla dzieciaków też na wakacje. Wierzę, że będą to niezwykłe dwa tygodnie, bo nawet po pracy czasu będzie jeszcze dość, by robić coś ciekawego. I tylko siłą rzeczy na bloga czasu będę mieć nieco mniej. Będzie on prawdopodobnie bardziej skondensowany :)

No to naprzód!

Szczecin, 26.06.2005

15:41, searover
Link Komentarze (9) »
sobota, 25 czerwca 2005

Gorąco. Ciepło było już o piatej, kiedy jechałem po dzieciaki, a o ósmej, gdy ruszyłem w miasto załatwić parę spraw, w samochodzie była już sauna.

Rzadko mam okazję słuchać „Trójki” w sobotę o ósmej rano. Zazwyczaj o tej porze śpię. Dziś radiosłuchacze dzwonili oraz pisali maile w sprawie „drogi do nieba” jaką odbywał jeden z panów, który dziś miał wstapić w związek małżeński. Pisali i dzwonili głównie faceci. Hm, nie były to bynajmniej słowa zachwytu.

- Uczcijmy to minutą ciszy – proponował jeden z bardziej przychylnych. A inny zdobył sie na refleksję:

- Małżeństwo to świetna rzecz. Kiedy byłem kawalerem , miałem problem z ciuchami, których nie miał mi kto wyprać ani wyprasować. Ożeniłem się i teraz sam sobie piorę i prasuję J

Większość mężczyzn wypowiadała się w podobnym tonie, panie jakoś zamilkły, więc redaktorzy próbowali ratować sytuację cytatami z „Wysokich Obcasów”, w których ciekawie zajęto się tematem „jak to jest być kobietą”. Szczególnie głosy gimnazjalistek (a może licealistek? – nie pamietam dokładnie) brzmiały pięknie, podkreślając jak bardzo ubogi byłby nasz świat pozbawiony „przedstawicielek płci”, jak zwykł nazywać niewiasty nieodżałowany Kolega Kierownik. Nawet chciałem sięgnąć po Wysokie Obcasy, które zazwyczaj wyjmuję od razu z sobotniej Wyborczej i odkładam na kupkę z promocjami Tesco albo Lidla.. Chciałem, ale zapomniałem, gdzie ją położyłem. Może została w aucie? A może pani od sprzątania gdzieś ją przełożyła? A takie miałem szczere chęci...

Trzeba przyznać, że w obydwu nurtach silnie zarysowuje sie coś, co można nazwać solidarnością płci. Faceci psy wieszają na kobietach, a te nie pozostawają dłużne. I tylko dziwnym trafem mimo licznych kłopotów z obcowaniem z płcią przeciwną „babskie wieczory” i „męskie party” cieszą się znacznie mniejszą popularnością niż imprezy koedukacyjne. Wiele pracy czeka jeszcze socjologów, filozofów i wszelkich innych specjalistów.

Szczecin, 25.06.2005

P.S.

Oj durny ja, durny. Papierowej gazety poszukuję, a w internecie siedząc wystarczyło kliknąć na „Wysokie Obcasy”. To na pewno z gorąca, bo cóżby innego? J

14:08, searover
Link Komentarze (8) »

Urwałem się z pracy, żeby zdążyć przed zamknięciem warsztatu w Starogardzie Gdańskim. Naprawa trwała kilkanaście minut i o osiemnastej mogłem ruszać w dalszą drogę. Nową, dziewiczą dla mnie na odcinku Starogard – Wałcz trasą. Droga to zdecydowanie gorszej jakości niż „szóstka”, lecz do Jastrowia niemal prosta jak struna więc można było utrzymać niezłą prędkość. Gdybym kiedyś jeszcze z niej korzystał, zaletą byłoby ominięcie wiecznie zakorkowanego odcinka od Gdyni do Wejherowa. To jest także spora oszczędność.

Ponieważ drogą jechałem po raz pierwszy, była ona dla mnie siłą rzeczy ciekawa. Za dziesiatym razem już tak fajnie nie będzie.

Zmieniając trasę, przełamałem wreszcie tradycję postojów w Koszalinie, dzięki czemu wysłuchałem wreszcie pierwszej piatki „Listy Przebojów Trójki”. Niewiele brakowało, bym wysłuchał jej na dojeździe do Szczecina, ale w Wałczu zrobiłem dłuższy popas poświęcony m.in. na wizytę w supermarkecie, żeby włożyc coś do lodówki na przyjazd dzieciaków. Przyjadą zanim otworzą pierwsze sklepy.

Od Wałcza moja trasa powiodla już znaną mi „dziesiątką”, która ma tę wadę, że jest dość popularnym szlakiem wiodącym ze Szczecina przez Bydgoszcz do Warszawy. W związku z tym trzeba się pogodzić z uciążliwym na stosunkowo wąskiej drodze towarzystwem TIR-ów. Tak dojechałem do Stargardu Szczecińskiego i pomyslałem sobie, ze pomijając kilkadziesiąt kilometrów dojazdów po obu końcach trasy, spiąłem moją podróżą klamrę Starogard Gdański – Stargard Szczeciński. Biedne Star(o)gardy – obydwu pozbawiono samodzielnej nazwy, chrzcząc dodatkowo przymiotnikiem większego sąsiada. A taki na przykład Nowogard, mimo że mniejszy i jak sama nazwa wskazuje – nowy, nie dał. się.

Zatrzymanie się w Wałczu spowodowało ponowne zaświecenie kontrolki systemu oczyszczania spalin. Nie będę cytować tutaj spontanicznej wypowiedzi jaka wyrwała się z moich ust gdy to spostrzegłem. Kurczę, nie mam nic przeciwko Starogardowi, ale już mi sie nie chce tam jeździć. Pomijając fakt, że z Gdyni tam i zpowrotem jest około150 km, to na dodatek zmusza mnie to do zwalniania się z pracy, czego nie lubię (t.zn. skoro muszę, to wolałbym się zwolnić na znacznie przyjemniejszą okoliczność niż wizyta w warsztacie).

Zapisane, kronikarski obowiązek spełniony, a teraz szybko do łózka bo za cztery godziny trzeba wstać.

Ach, jeszcze jedno, bo bym zapomniał. Szef Działu Kadr, tez kapitan zresztą, przyniósł mi dziś wiadomość od samego General Managera.

- Panie kapitanie, będziemy pisać artykuły. Naczelny sobie zażyczył.

Natychmiast wyostrzyłem wszystkie zmysły, bo pisanie sprawia mi przyjemność.

- Ja mam napisać o konfrontacji wrażeń kapitana podczas jego pracy na statku w stosunku do późniejszego zatrudnienia w biurze - informował mnie

Zabrzmiało ciekawie. Wyostrzyło mój apetyt i już chciałem zapytać „a ja?”

- A pan ma napisać artykuł o smarowaniu mechanizmów pokładowych – uprzedził moją cieakwość.

Fuj... Chyba będę rzygać...

Szczecin, 25.06.2005

00:46, searover
Link Komentarze (4) »
piątek, 24 czerwca 2005

Pisałem już chyba kiedyś, że mam problemy z dyscypliną podczas robienia porządków. Tak też było i tym razem. Ale jak tu wyrzucić starą gazetę gdy nagle spostrzegłem nieprzeczytany artykuł? Miałem go przeczytać wcześniej, ale w międzyczasie starą gazetę przykryłem nową i to już było jak wyrok. Mimo wszystko nie chciałem gazety odkładać na bok (bo skończyłoby sie tak samo) więc pozostała jedyna możliwość: przeczytać teraz, a potem zlikwidować.

Potem wzięło mnie na drobną reorganizację na półkach (musiałem wygospodarować miejsce na rzeczy dzieciaków) i podczas przenoszenia natknąłem się na niedokończony dziennik z ubiegłorocznych wakacji. Ech, łza się w oku kręci. Było pięknie. Przerzuciłem tylko strony, ale to był całkiem gruby dziennik.

I tak zamiast uwinąć się w dwie godziny, sprzątałem niemal dokładnie do północy. Muszę przyznać, że efekt bardzo mile mnie zskoczył. Tylko czy, cholerka, nie można było tak od razu? Nie można było od razu odkładać wszystkiego na miejsce, a szafki w kuchni przetrzeć dwa tygodnie temu? Pytanie retoryczne. Jasne że nie można. To byłby gwałt na mojej naturze. Cios w sam środek mojego jestestwa. Znów w niewolę bym popadł. Kto lepiej niż ja zrozumie Paulinę, kiedy bidulka nie może znaleźć swoich skarpet, albo kiedy odrabia lekcje na biurku, które stanowi azyl nie tylko dla zeszytów i poderęcznika lecz całej gamy maskotek, płyt, innych książek, czasopism, a bywa że i ciuchów. Moja eks wścieka się wtedy i ostrzega po raz siedemdziesiaty ósmy, że wyrzuci w końcu te wszystkie dupsy, jeżeli wreszcie nie zapanuje porządek, a ja wiem, że to jest absolutnie poza zasiegiem tej dziewczyny. Można ją przymusić, ale to tylko siłowe rozwiązanie. Mentalność pozostanie. Co innego Tomek. Jest po mamie doskonale zorganizowany. I tylko wkurza sie czasem gdy Paulina wejdzie z kubkiem herbaty do jego pokoju, a po kwadransie wychodzi już bez kubka, który odnajduje sie nazajutrz gdzieś na półce z książkami postawiony tam „na chwilę”.

Tak sie rozpisałem o dzieciach, bo przecież i one dołożyły swoja miłą cegiełkę do mojego nocnego (a właściwie pół-nocnego) sprzatania, dzwoniąc z życzeniami na Dzień Ojca. W samą porę, bo już zaczynały mnie ogarniać watpliwości , czy aby to wszystko co piszę o świetnych relacjach z nimi to na pewno prawda? Pogadaliśmy trochę przy okazji i kolejne pół godziny pękło.

Ale za to po pracy, po kapieli, o północy zaparzyłem kawę, otworzyłem paczuszkę herbatników, ściszyłem lekko „Trójkę” i zasiadłem przed komputerem. Posiedziałbym długo, ale jutro muszę wstać o kwadrans wcześniej, żeby sie spakować przed wyjazdem, a potem zachować dobrą kondycję na wieczorną drogę do Szczecina. Muszę jeszcze wpaść do Starogardu Gdańskiego aby w znajomym już warsztacie sprawdzili dlaczego wciąż świeci się nieszczęsna kontrolka, od której wszystko się zaczęło. Stamtąd nie pozostaje mi nic innego jak przetestować drogę na Chojnice i Wałcz. Jakaś odmiana, bo tę przez Słupsk i Koszalin znam niemal na pamięć.

Gdynia, 24.06.2005

00:50, searover
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8