Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
wtorek, 31 maja 2011

Budzik nastawiony na okrutną godzinę zadzwonił o trzeciej nad ranem. Położyłem się spac po północy, więc nawet nie liczyłem, że wstanę rześki i wypoczęty. Czekał mnie lot na dwudniowy, służbowy meeting w Holandii.

Na gdańskim lotnisku nie byłem od czasu mojego powrotu z Manili. To już blisko pół roku. Po takiej przerwie wyraźnie widac postęp prac przy rozbudowie samego dworca lotniczego jak i pasów startowych oraz dróg dojazdowych dla samochodów. To w tej chwili jeden wielki plac budowy. Ciekawe jak to wszystko będzie prezentować się wiosną przyszłego roku, tuż przed Euro 2012?

Gdansk Airport w budowie 1

Gdansk Airport w budowie 2

Lot do Kopenahagi trwał trzy kwadranse. Z Kopenhagi do Amsterdamu raptem godzinę. Trudno się wyspać podczas takiej podróży, chociaż łapałem cenne minuty wiedząc, że dzień będzie długi. I rzeczywiście był. Sam nie wiem jak zachowałem jasność umysłu, szczególnie podczas popołudniowego kryzysu, który zawsze dopada mnie około piętnastej. Jakże wtedy zazdroszczę przedszkolakom, którym na siłę aplikuje się godzine leżakowania po obiedzie. Tak juz jakoś dziwacznie skonstruowany jest ten świat, że człowiek nigdy nie może normalnie dostać tego, na co ma ochotę. Dzieciaki, które rozpiera energia, zmusza się do spania, a dorosłym, którzy takiej godzinnej sjesty łakną jak kania dżdżu (kania dżdżu – tak chyba się mówiło) owego podstawowego prawa się odmawia uznając je za fanaberię. Nic to, nie tylko przetrwałem, ale nawet zadawałem pytania i robiłem notatki, aż w końcu nadszedł upragniony koniec.

Na wieczór zaplanowana była kolacja. Pisałem już kiedyś, że nie jestem fanem służbowych kolacji, ponieważ jeżeli juz gdzieś jadę, to czas wolny wolałbym wykorzystać na spacer i zwiedzanie. Tym razem nasi gospodarze jakby wyczytali w moich myślach. Zabrali nas taksówką wodną do Rotterdamu. Przypłynęła pod hotel i około dziewiętnastej cała nasza blisko dziesięcioosobowa grupa zapakowała się na pokład.

Rotterdam 01

Po chwili hotel został za rufą i niemalże w ciemnościach kontrastujących z intensywnie srebrzystą taflą wody.

Rotterdam 02

Po drodze mijaliśmy barki, których mnóstwo uwija się w ciągnącym się przez kilkadziesiąt kilometrów największym porcie świata. Chociaż jeżeli chodzi o natężenie ruchu, to nawet temu akwenowi bardzo daleko jeszcze do rzeki Jangcy.

Niektóre z barek zanurzone niemal równo z powierchnią wody, która swobodnie hula po pokładzie. Wiem, ze to wszystko policzone i bezpieczne, ale i tak za każdym razem jestem zafascynowany tym widokiem. Wygląda tak, jakby owa jednostka z przeładowania za chwilę miała pójść na dno.

Rotterdam 03

W dali pojawił się t.zw. skyline Rotterdamu, m.in. z charakterystyczną sylwetką Euromastu, wieży która w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku była z daleka widocznym jednym z symboli miasta, a dziś została nieco przytłoczona przez bardziej okazałe budowle.

Rotterdam 04

Nie najwyższa ale ciekawa jest konstrukcja budynku miejscowej szkoły morskiej. Aż dziwne, że pobudowano tak okazały gmach by kształcić oficerów, na których w tym morskim kraju brakuje kandydatów. O ile nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, wygląda na to, że światowa flota skazana jest w najbliższej przyszłości na załogi z Azji. W zamożnej Europie coraz mniej jest młodych ludzi, którzy chcą wiązać swoje życie z morzem. Postoje w portach coraz krótsze, porty oddalone od miast o dziesiątki kilometrów, restrykcje coraz większe... Powoli kończy się przygoda podróżowania i związanych z nim przygód w obcych portach. Na zwiedzanie młodzi wolą zarobić na lądzie, a potem pojechać spokojnie na wakacje.

Rotterdam 07

Rotterdam 09

Nie mogłem, będąc w Holandii, nie uwiecznić na fotografii przynajmniej jednego wiatraka. Powinny jeszcze byc tulipany, ale jakoś się nie natknąłem. Może przez tę wodę dookoła.

Rotterdam 05

W wodzie pływają nawet autobusy J

Rotterdam 10

No i wreszcie dotarliśmy na miejsce. Wciśnięty między drapacze chmur budynek Holland-Amerika Lijn (jeden z nielicznych w tym rejonie, który przetrwał zmasowane bombardowania miasta podczas II Wojny  Światowej). Stąd odpływały staki z emigrantami do Ameryki.

Rotterdam 06

Rotterdam 11

Co za zbieg okoliczności! Dopiero co oglądałem zalążek Muzeum Emigracji w Gdyni, a teraz trafiam na wspomnienia tamtej niezwykłej epoki w Rotterdamie. Epoki niezwykłej, bo to była kolejna wędrówka ludów, która zmieniła zarówno strukture narodowościową Ameryki, jak i historię (tę, przez małe „h” jako sumę biografii poszczególnych rodzin) większości ubogich wtedy społeczeństw Europy.

Rotterdam 12

Rotterdam 15

Znów jak w Gdyni wraca wspomnienie transatlantyków.

Rotterdam 13

Rotterdam 14

Jeden z nich, ostatni z tej floty, „Rotterdam”, cumuje nieopodal służąc jako zabytkowy hotel ze stylowymi restauracjami. Może szkoda, że nie udało się zachować w takiej roli naszego „Stefana Batorego”?

Rotterdam 08

Po obejrzeniu wnętrz budynku „Holland-Amerika Lijn”, przeszliśmy to nowoczesnego drapacza chmur obok, gdzie w restauracji „Gauchos” zajadaliśmy wyborne, argentyńskie steki. Ach, jakże miłe wspomnienie wycieczki do Buenos Aires sprzed dwóch lat.

Kiedy wychodziliśmy, zapadał już zmierzch. Światła zaczęły wydobywać co piękniejsze elementy nowoczesnej architektury Rotterdamu.

Rotterdam 16

W oczekiwaniu na taksówkę wodną, która miała nas odwieźć do hotelu towarzyszyła nam czapla, która miała pewnie swoje plany względem tutejszych ryb.

Rotterdam 17

Około dwudziestej trzeciej dotarliśmy do hotelu. Pamietam tylko, że przyłożyłem głowę do poduszki. I dźwięk budzika siedem godzin później.

Vlaardingen, 31.05.2011; 08:45 LT

niedziela, 29 maja 2011

Miałem jeszcze świeżo w pamięci  noc muzeów i ogladane pamiątki po słynnych, polskich transatlantykach, gdy następnego weekendu ponownie zetknąłem się z dumną nazwą „Sobieski”. Tym razem jednak była to tylko barka zarejestrowana w Stepnicy.

MIR 02

Prawdziwwym powodem mojej wizyty nad Odrą podczas spędzanego w Szczecinie weekendu był jednak żaglowiec „Mir”, cumujący u podnóża Wałów Chrobrego.

MIR 01

W pamiętnych Tall Ship Races 2007 z metą w Szczecinie z Rosji przypłynęły „Kruzenstern” oraz „Sedov”. Być może „Mir” weźmie udział w regatach 2013 roku, ktorych organizację powierzono temu miastu ponownie w uznaniu za bardzo wysoko ustawioną poprzeczkę cztery lata temu. Z zaskoczeniem (pamietając marazm inwestycyjny przed 2007 rokiem) ogladałem obecnie zaawansowane prace przy remontach bulwarów wzdłuż Odry. Jest duża szansa, że za dwa lata żaglowce i jachty będą cumować przy odnowionych kejach. A wielki banner na Wyspie Grodzkiej już zaprasza na sierpień 2013 roku. Każdy kto odwiedza Wały Chrobrego musi go zauważyć.

MIR 15

Pod Trasą Zamkową filary wciąż przypominają o poprzednich regatach. To był doskonały pomysł, by wielkie, szare, betonowe powierzchnie pokryć graffitti. Oczywiście graffitti z prawdziwego zdarzenia, a nie gryzmołami będącymi aktami wandalizmu.

MIR 03

 „Mir” uchodzi za najszybszy szkolny żaglowiec świata. Powód do dumy dla polskich projektantów i stoczniowców. Został on bowiem zbudowany w Stoczni Gadańskiej, w oym czasie  im. Lenina. Jest siostrzanym statkiem „Daru Młodzieży”, który z kolei był pierwszym z serii sześciu żaglowców (pięć pozostałych kupił wtedy Związek Radziecki)

MIR 13

MIR 08

„Mir” na swój tytuł zapracował biorąc udział i zwyciężając w wielu prestiżowych regatach, w tym „Columbus 1992” zorganizowanych z wielką pompą z okazji 500-lecia odkrycia Ameryki. Wspominają je namalowane na nadbudówce żaglowca emblematy.

MIR 07

Na wielkich żaglowcach mój respekt zawsze budzi ogromna ilość lin i fakt, że nie poplączą się juz przy pierwszej  próbie stawiania bądź zwijania żagli.

MIR 05

MIR 06

Ja wystarczy, że przed podróżą wrzucę do jedengo woreczka kilka kabli do ładowarek telefonów oraz aparatów fortograficznych i do tego jeszcze parę do gniazd USB, by w hotelu mieć zerowe szanse na wyciągnięcie ich bez żmudnego rozplątywania. Ktoś, kto kiedyś sformułuje i udowodni teorię rządzącą samoistnym splątywaniem się kabelków i sznureczków, z pewnością zasłuży na Nobla. Póki co, z głębokim szacunkiem chylę czoła przed żeglarzami.

MIR 09

A żeglarze, tutaj w osobach kadetów, podobnie jak większość marynarzy wszystkich rodzajów statków w portach oddają się internetowemu szaleństwu. Świat bardzo zmalał odkąd niemal wszystko satało się dostępne „on-line”, a sam proces bezprzewodowego łączenia się  z siecią przyspieszył i uprościł. Pamiętam jak jeszcze w 1994 roku hitem na statkch były niewielkie odbiorniki radiowe z szerokim zakresem odbieranych fal. Każdy, kto miał wolne sto dolarów inwestował w takie cacko by próbowac potem słuchać na nim na falach krótkich wiadomości. Tak dowiedziałem się na Dalekim Wschodzie o wyborze Jerzego Buzka na premiera. Z trudem wysłuchałem wtedy serwisu radiowego wśród pisków i trzasków. Najlepiej w owym czasie dawało się odbierać Radio Maryja. Kiedy o czwartej nad ranem rozpoczynałem wachtę, ta rozgłośnia brzmiała jak dzwon. A było to gdzieś w okolicach Tajwanu.

Dziś wystarczy laptom, modem, kilka kliknięć i ma się kontakt, z kim się zechce.

MIR 04

A komu zbywa kilkaset euro, może zamiast na banalną wycieczkę z biura podróży wybrać się w rejs „Mirem”. Rozkład rejsów oraz cennik wywieszony był przy trapie.  Na przykład tygodniowa wycieczka ze Szczecina do Larvik (23-30 maja) kosztowała 480 euro.

MIR 16

„Mir” żegluje więc obecnie już u wybrzezy Norwegii, a mieszkańcom Grodu Gryfa i zgromadzonym w ów słoneczny weekend turystom pozostały wyostrzone apetyty na zbliżające się „Tall Ship Races 2013” oraz liczne pojedyńcze odwiedziny „statków z duszą” do tego czasu.

MIR 12

MIR 11

Sopot, 29.05.2011;  11:20 LT

niedziela, 22 maja 2011

Pogoda nie nastrajała wycieczkowo, więc  samochód wydawał się jak najbardziej na miescu. Tym bardziej, że do przenikliwego, zimnego wiatru dołączył też deszcz. Płynąłem kiedyś Śniardwami kajakiem, ale pogoda była podobna do dziesiejszej. Umykaliśmy więc czym prędzej przed falami, które i tak od czasu do czasu wlewały się do środka. Chodziło więc tylko o to, by jak najszybciej dostać się do przesmyka prowadzącego na Jezioro Bełdany, a nie podziwiać widoki. Teraz chciałem wreszcie móc spokojnie spojrzec przez całą długość największego naszego jeziora.

I co ciekawe, deszcz ustał, a wraz z nim zdechł wiatr. Kiedy gdzieś za Orzyszem zjechaliśmy na jakieś pole biwakowe położone nad brzegiem, tafla akwenu w niczym nie przypominała sztormowego pejzażu sprzed dwóch godzin.

Mazury 13

Hen daleko majaczył przeciwległy brzeg (zastanawiałem się czy będzie go widać), a my delektowaliśmy się ciszą oraz wędzoną rybą, którą przywieźliśmy na Mazury z Trójmiasta. Trudno było o lepsze miejsce na krótki piknik.

A jaka czysta woda! Bez najmniejszego problemu ogladaliśmy pomarszczone, piaszczyste dno...

Mazury 14

Wśród strzelistych sosen przy brzegu trafiła się jedna zupełnie odmienna. Jej liczne konary odgałęziały się już niemal przy samej ziemi.

Mazury 15

Pstryknęlismy przy niej kilka fotek i pojechalismy dalej, w kierunku Mikołajek. Mijaliśmy spacerujące tuz przy drodze bociany oraz inną gadzinę, aż w końcu ciepło auta i sielska atmosfera zaczęła nastrajać nas sennie. Przed samym celem tego etapu Anioł zasnął na dobre, a ja starałem się dotrwać jakoś do miejsca odpowiedniego na parking. Kiedy takie w Mikołajkach zanalazłem, natychmiast odchyliłem oparcie fotela i zapdliśmy w popołudniową drzemkę oboje.

Kiedy wreszcie nasycilismy się snem, poszlismy na spacer bulwarem i przy okazji zjedliśmy kolację (smażona ryba )

Mazury 16

Mazury 17

Słońce opadało coraz niżej do widnokręgu, gdy posileni poszliśmy na spacer wzdłuż brzegu raz jeszcze...

Mazury 18

Potem zaś wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w stronę Pisza. Po drodze widzieliśmy sarny i jelenie, ale pomimo, że zawróciliśmy by obserwować je z okna samochodu, było zbyt ciemno, by uwiecznic je na fortografii. Zwierzęta zresztą szybko się spłoszyły, gdy tylko zatrzymaliśmy się w pobliżu. Za to bez problemu mogłem rozstawić statyw na rynku i naświetlać matrycę wystarczająco długo, by uchwycić miasteczko w wieczornej scenerii

Mazury 19

Mazury 20

Nazajutrz rano należało się zbierać. Tradycyjnie pobiegliśmy na śniadanie kilka minut przed zamknięciem bufetu i z opóźnieniem zwolnilismy pokój.

Zaraz po wyjeździe z Pisza skręciliśmy w boczną drogę, by zobaczyć osadę o wdzięcznej nazwie Wąglik

Mazury 21

A potem udaliśmy się na poszukiwanie leśniczówki Pranie. W tym celu dojechalismy do Rucianego, skąd skręcilismy w boczną drogę.  Gruntowymi leśnymi szlakami, wiodącymi czasem skrajem wysokiej skarpy brzegu Jeziora Nidzkiego zagłebialismy się coraz bardziej w puszczę. W końcu zostawiliśmy samochód na parkingu i końcówkę trasy pokonaliśmy pieszo. Po drodze szukalismy czterolistnej koniczyny, ale bezskutecznie.

Mazury 22

I oto Leśniczówka Pranie. Tutaj przyjeżdżał i tworzył Konstanty Ildefons Gałczyński. Tutaj mieści się teraz jego muzeum.

Mazury 23

Jakież to musiało byc odludzie czterdzieści, pięćdziesiąt lat temu, kiedy samochody nie były jeszcze tak powszechne... Trudno o lepsze miejsce do pracy niż taka samotnia wśród bezkresnych lasów. Dziś oprócz oryginalnie zachowanego pokoju, w którym pracował, odtworzono też jego pokój warszawski, sprowadzając do lesniczówki używane przez niego rzeczy.

Mazury 25

Na mnie zawsze szczególne wrażenie robią rękopisy dzieł mistrzów. Zatrzymana na papierze chwila, w której powstawały, zamkniete w skreśleniach i poprawkach wątpliwości twórców...

Mazury 24

Oprócz twórczości również świadectwa prywatnego życia, w tym dramatyczne eksponaty – listy z obozu jenieckiego. I niezwykłe, że nawet w tak okrutnych okolicznościach udało się zachować wrażliwość i wysyłac wiersze. Poezja na okupacyjnej, więziennej kartce pocztowej – co za dwa nieprzystające światy! I dramtyczne zakończenie: „Miejscie nadzieję! Miejscie nadzieję!” z dopiskiem „Matka Boska z Wami”.

Mazury 26

Mazury 28

Mazury 27

Jakże niezwykle plota się ludzkie losy! Można niewinnie cierpieć, można nawet za drutami dopieszczać dany od Boga dar tworzenia, by na życiowym zakręcie robić rzeczy podłe. Bo czymże jest, jeśli nie podłością „Poemat dla zdrajcy” napisany „do Miłosza”, gdy późniejszy Noblista odmówił powrotu do coraz bardziej dręczonej przez komunistów Polski. Wiadomo, że ów poemat to swoisty okup zapłacony partii za możliwość publikacji swoich tekstów. Ale... czy trzeba było pisać aż tak dosadnie?

Poemat dla zdrajcy

Tu gdzie szarą wiklinę iskrami

stroi słońce, zaś wiatr ptakami;

tu gdzie Wisła jak synogarlica

grucha falą płynąc do księżyca;

tu gdzie z dębu jemioła migotliwa

silnie złoci się, gdy dnia przybywa,

tu mój dom, w nim kos mój gwiżdże, drze się,

jakby nadal był w wesołym lesie;

tu mój czas jak syren włos schwytany,

tu te lampy razem z instrumentami,

tu łzy moje i architektura,

cień od łez i promień z mrocznej szpary;

tutaj wszystkie moje gałęzie i konary,

pośród których odpoczywam jak chmura.

 

A ty jesteś dezerter.

A ty jesteś zdrajca.

 

Okiem zdrajcy patrzysz na Rawennę,

na mozaik kamyczki promienne,

potem piórem, ręką dezertera

chciałbyś myślom swym kształt nadać trwały -

ale oto litery powstały

i splunęły ci w pysk. Wierszyk umiera.

(...)

Czy trzeba było też pisać o trzęsących się portkach pętaków? Dziś taki tekst można traktować uniwersalnie, lecz w tamtych, mrocznych czasach wykładnię miał jednoznaczną.

Mazury 29

Gdzie są granice haraczu, który może bez zbrukania honoru płacić władzy artysta? A może po Teatrzyku Zielona Gęś i po „Zaczarowanej dorożce” nie wypadało już sprzedawać się za możliwość publikacji? Łatwo sądzić dziś, po latach. Cóż jednak mieli począć ci wszyscy nieszczęśnicy, którzy nie wiedząc co niesie beznadziejna przyszlość, nie potrafili wykrzesać z siebie bohaterstwa by podjąć nierówną walkę?

A może zamknąć liościwe ów temat być może nieco wyrwaną z kontekstu frazą, lecz niech posłuży za akt skruchy

Mazury 30

W muzelnym sklepiku kupiliśmy płytę z utworami poety i słuchając ich w wykonaniu Grzegorza Turnaua oraz Wojciecha Malajkata jechalismy dalej przez puszczę. Na niektórych skrzyżowaniach dróg zaskakiwały nas ciekawe, kamienne drogowskazy

Mazury 31

Prowadziły nas w kierunku Spychowa, bo jak nie zajrzeć choc na chwilę do rodzinnej miejscowości sienkiewiczowskiego Juranda? Zatrzymalismy się tam na parę minut.

Mazury 32

A potem zaczęły się coraz bardziej szerokie drogi. Jeszce ostatni, ale za to długi postój w Szczytnie połączony z kolacją w restauracji nad jeziorem, po czym już bez zbędnych przystanków ruszyliśmy do Gdańska. Był już bardzo późny wieczór, kiedy zakończyliśmy tę majówkę.

Szczecin, 21.05.2011; 23:50 LT

środa, 18 maja 2011


Była jedną z tych osób, które tworzyły legendę Programu III Polskiego Radia. Każdego niedzielnego poranka włączałem radio by słuchac „Sześćdziesiąt minut na godzinę”. Jednym ze stałych punktów tego programu były skecze Ewy Szumańskiej p.t. „Z pamiętnika młodej lekarki”. Nagrywałem je na swoim pierwszym kaseciaku. Szkoda, że te kasety marki „Stilon Gorzów” nie zachowały się. Chociaż z drugiej strony, jeszcze parę lat i pewnie nie byłoby ich już na czym odtwarzać.

Byłem w liceum gdy pojawiły się pierwsze odcinki, a  jeszcze długo potem, w dojrzałym mocno wieku słuchałem kolejnych. Swoją drogą ciekawe ile ich powstało przez te wszystkie lata? Dziś już oboje z niezapomnianym Janem Kaczmarkiem rozśmieszają do łez publiczność po tamtej stronie, a nam zostały nagrania.

MŁODA LEKARKA - audio

Podobnie jak i nagrania “Rycerzy”, w której Ewa Szumańska wcielała się w role najpierw Oleńki, a potem Basieńki.  Może kiedyś ktoś wyda na płytach pełny zbiór tych opowieści inspirowanych Trylogią, przy których blednie nawet Monthy Pyton?

RYCERZE - audio

Świat znów stał się smutniejszy. Tak jak Majster Bieda Wolnej Grupy Bukowina z czasów Wojciecha Bellona (dziś w Studiu im. Agnieszki Osieckiej koncert na czterdziestolecie dzialalności tej grupy)  „wiaterm niesiony odpłynął w przeszłość”, tak odpłynęła w przeszłość Młoda Lekarka. Ogromny żal.

Ewa Szumanska zmarła 17 maja 2011 roku w wieku 90 lat.

Sopot, 18.05.2011; 07:30 LT

poniedziałek, 16 maja 2011

Plakat

Plakat Gdynia

Plan był ułożony misternie i po głębokim zastanowieniu się co chcemy obejrzeć, a z czego w tę noc (a właściwie wieczór) zrezygnujemy. Nawet trasa była zaplanowana, żeby nie marnować czasu na dojazdy, a Hewelianum oraz Muzeum Bursztynu zostawić na koniec. To pierwsze, aby w ciemnościach móc popatrzeć w niebo przez najprawdziwszy teleskop, a to drugie w nadziei, że po północy mniejsza będzie kolejka i nie stracimy czasu na długie oczekiwanie.

Zaczęliśmy od wystawy „Drogi do wolności”.  Chociaż temat raczej poważny, w ten jeden dzień potraktowano go jako zabawę w powrót do czasu PRL. I zwiedzający jakby wyczuli intencje organizatorów, bo przybyli tak licznie, że na wejście trzeba było czekać w długim ogonku grubo ponad godzinę.

Noc Muzeow 01

Porządku pilnowała milicja.

Noc Muzeow 02

Na szczęście w owym oczekiwaniu na wejście można było przyłączyć się do zabawy. Skosztować waty cukrowej albo na przykład wziąć udział w konkursie na najzabawniejszy strój z epoki. Moim numerem 1 została Pani Marysia z pamiętnego filmu „Poszukiwany – Poszukiwana”

Noc Muzeow 03

Kiedy w końcu nadeszła nasza kolej i poganiani przez milicjanta z megafonem („szybciej, nie ociągać się obywatele”) zeszliśmy w podziemia, gdzie urządzono wystawę, podróży w przeszłość nastąpił ciąg dalszy. Obejrzeliśmy budkę telefoniczną (po wykręceniu numeru wydobywał się głos „rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana”) i weszliśmy do sklepu „Społem”.

Noc Muzeow 04

Noc Muzeow 05

Noc Muzeow 07

Noc Muzeow 11

Noc Muzeow 12

By jednak nie wypaczyc obrazu przeszłości, który niewtajemniczonym mógłby wydać się sielankowy, w sklepie grupę przejął przewodnik i oprowadził po dalszej części wystawy, w której do smiechu już raczej nie było. Zastanawiałem się jaki będzie jego komentarz – czy będzie gloryfikować „Solidarność” i ujmować zasług obecnym politykom, czy może właśnie politykom będzie sprayjać, a jeśli tak, to której opcji? Jak oceni rolę kościoła kiedyś i teraz i jak w tym wszystkim przedstawiony zostanie Jan Paweł II? Muszę przyznać, że byłem bardzo mile zaskoczony. Komentarz przewodnika był bardzo obiektywny. Nie słodził nikomu, ale i nie pomniejszał niczyjej roli w przeszłości.

Obejrzeliśmy kopię tablicy ze słynnymi 21 postulatami, która wisiała na płocie stoczni,  pamiętny, ogromny długopis, którym Lech Wałęsa podpisywał porozumienie, a wcześniej przestrzeloną na plecach kurtkę jednej z ofiar Grudnia 1970.

Noc Muzeow 08

Kiedy doszliśmy do Stanu Wojennego, mogliśmy zobaczyć jak drukowano „podziemną” prasę i ulotki. Każdy dostał do ręki kartkę ze świeżo wydrykowanym napisem „Gdańsk – miasto wolności”.

Noc Muzeow 09

Gdzieś wśród nich wisiały kopie oficjalnych gazet. Jak bardzo polityczna propaganda wdzierała się w każdą dziedzinę życia, niech świadczy chociażby zwykła krzyżówka, w której centrum ulokował się orzeł i napis PKWN.

Noc Muzeow 10

Przed muzeum zaś można było zatrzymac się na chwilę przed fragmentem Muru Berlińskiego. Dla wielu ludzi na świecie jego upadek stał się symbolem upadku komunizmu, chociaż tak naprawdę to był on jednym z ostatnich akordów niezwykłej „jesieni ludów” roku 1989 zapoczątkowanej jeszcze latem w Polsce. Po upadku muru była już tylko krwawa jatka przed Bożym Narodzeniem w Rumunii, a potem zaczął trząść się w posadach matecznik ustroju, Związek Radziecki.

Noc Muzeow 13

Kiedy wyszliśmy z wystawy grubo po dwudziestej pierwszej, wiadomym się stało, że nie mamy najmniejszych szans na zrealizowanie założonego programu. Chcieliśmy jeszcze pojechać do Gdyni m.in. na pokaz tanga argentyńskiego, który miał zacząć się o dwudzestej drugiej.

Mimo wszystko najpierw pojechaliśmy do Muzeum Poczty Polskiej. Zanim jednak tam weszliśmy, zboczyliśmy nad brzeg Raduni, gdzie wciąż tkwiła niewielka kamienica, w której po wojnie zamieszkał dziadek Mojego Anioła.

- Tyle razy tędy biegałam. Koło poczty codziłam skrótem w kierunku Motławy do lodziarni „Miś” serwującej najpyszniejsze lody w Gdańsku – opowiadał mi Anioł.

Weszliśmy na klatkę schodową. W mieszkaniu na parterze, gdzie mieszkał jej dziadek, ciemno. Na parapecie stały jednak jakieś kwiaty, więc chyba ktoś mieszka.

- Wszystko jest po staremu, tak jak pamiętam. Nawet ta obtłuczona posadzka... Ach, tak bym chciała nacisnąć klamkę tych drzwi i móc tam wejść jeszcze raz – mówiła z żalem stojąc przed drzwiami, które kiedyś tyle razy otwierała, a teraz należały do kogoś zupełnie obcego. Od razu przypomniało mi się podobne uczucie, które towarzyszyło mi gdy zbliżałem się do miejsc pamiętanych z dzieciństwa. Jaki mechanizm każe nam właśnie z takimi miejscami wiązać się szczególnie głębokimi emocjami?

- To tylko świadczy o tym, jak głeboki wpływ na naszą osobowość i nasze życie mają włąśnie te pierwsze lata życia – mówił Mój Anioł kiedy wchodziliśmy po skrzypiącach schodach na górę by zobaczyć wejście na strych, gdzie po latach ze swoim mężem zamieszkała jej mama, zanim nie znaleźli czegoś lepszego.

- Patrz! Wizytówka na drzwiach sąsiadów. Wciąż tu jest! Taka jak ją pamietam!

Niezwykłe, że akurat w Noc Muzeów tu trafiliśmy. Tak jakby był to jeden z punktów programu. Podróż w przeszłość do lat dzieciństwa Anioła i wizyt u kochanego dziadka.

- Komórki! Ta była mojego dziadka! Jak ja lubiłam tam przychodzić! Dziadek trzymał w niej tyle niesamowitych rzeczy! – Próbujemy zajrzeć do srodka przez maleńkie zakratowane okienko, lufcik właściwie. Okienko zakurzone, a na dodatek jest ciemno więc nic nie da się zobaczyć.

W jednym okne kamienicy paliło się światło. Ktoś tam jeszcze mieszka, pomimo zabitych dyktą potłuczonych okien w innym mieszkaniu. Historia tego domu wciąż więc jeszcze się pisze. Może jakieś inne dzieci za dwadzieścia – trzydzieści lat też będą tam przychodzić i przywoływać swoje najpiękniejsze wspomnienia?  

Weszliśmy na pocztę.

Noc Muzeow 23

Ja też z tym budynkiem ma wspomnienia z dzieciństwa. Byłem zupełnie mały, gdy przyjechaliśmy z mamą i bratem odwiedzić tatę, który właśnie przypłynął statkiem do Gdańska z kolejnego rejsu. Podczas jakiegoś spaceru poszliśmy obejrzeć właśnie budynek poczty.

Kiedy my z bratem, jak to dzieciaki pobiliśmy się o coś (wśród rodzinnych anegdot do dziś wspomina się jak kiedys przy kolacji wbiłem bratu widelec w nogę, za co zreztą jak pamiętam otrzymałem straszną burę) rodzice zawsze stawiali sakremantalne pytanie „kto zaczął?”. Kto zaczął, ten był winien zajścia i otrzymywał karę, więc oczywiście zawsze wskazywaliśmy jeden na drugiego.

I pamiętam, jak obejrzawszy budynek poczty szliśmy dalej, rodzice nieco w tyle, a my kilkulatkowie z przodu, brat tłumaczył mi o co chodziło z tą wojną.

- Niemcy zaczęli bic się z Polakami. Pytano ich potem: kto zaczął? Niemcy mówili, że to Polacy zaczęli, a Polacy, że Niemcy...

Nie pamiętam już jaka była konkluzja tego wywodu.

Po wielu latach przyprowadziłem tam swoje dzieci i to była moja druga wizyta w tym miejscu, lecz wtedy także nie weszliśmy do środka. Chyba było nieczynne. Dopiero teraz, z Aniołem...

O ile Westerplatte mogło liczyć na dotrzymanie zobowiązań sojuszników i mieć nadzieję na odsiecz, o ile wytrzymają, to sytuacja obrońców gmachu poczty od początku była beznadziejna. Zajmowali zresztą zaledwie połowę budynku w kształcie litery L. W drugim skrzydle mieścił się niemiecki urząd pracy, więc wystarczyło jedynie wybić dziury w ścianach, by się przedostać. Otoczeni zewsząd przez wrogów mieli bronić tego skrawka Polski ograniczonego do połowy budynku. Historia tej obrony zapisana jest oczywiście zaraz przy wejściu do muzeum:

Noc Muzeow 14

A opis uzupełniają fotografie

Noc Muzeow 19

Noc Muzeow 15

Noc Muzeow 17

i eksponaty

Noc Muzeow 20

W ówczesnym Gdańsku Polacy stanowili zaledwie 10% ludności. Gauleiter Wolnego Miasta Gdańska niemal natychmiast po wybuchu wojny ogłosił przyłączenie go do III Rzeszy. Trudno było liczyć na jakiś większy opór wobec hitlerowców, więc niemiecka ludność mogła wkrótce pozdrawiać defilujące ulicą Długą wojska.

Noc Muzeow 18

Na mnie największe wrażenie z wystawionych eksponatów zrobił wpis do księgi przedstawionej na poniższej fotografii. Przetrwała wojenną zawieruchę i życzenie się spełniło.

Noc Muzeow 16

Trzeba było w tamtych burzliwych czasach mieć ogromny zasób optymizmu albo być niepoprawnym marzycielem, by napisać coś takiego. A jednak..., nawet w historii pisanej przez duże H los potrafi zaskakiwać.

Obrońcy poczty mają swój pomnik przed budynkiem, w miejscu skąd kiedyś do nich strzelano i w mieście gdzie istnieje tylko polska poczta, a jeśli kiedyś pojawi się inna, to nie za sprawą karabinów.

Noc Muzeow 22

Kiedy dojechaliśmy do Gdyni, była już dwudziesta trzecia. Pokazy tanga argentyńskiego się skończyły i trwała milonga. Liczyłem, ze ta milonga to będzie masówka, w którą i my, bez specjalnych butów i strojów wpasujemy się i potańczymy. Tymczasem tańczyło zaledwie kilka par, a sporo widzów ich obserwowało. Trzeba przyznać, ze prezentowali się znakomicie. Wśród nich była też para uczestnicząca w naszych treningach. Nie przypuszczaliśmy, że są aż tak zaawansowani. W przerwie podeszli do nas i namawiali, abyśmy się przyłączyli, ale po tym, co prezentowali uczestnicy owej milongi, my woleliśmy ćwiczyć swoje zdala od swiateł jupiterów, nawet jeśli to milonga dla wszystkich chętnych.

Nie czekaliśmy do końca, tylko pojechaliśmy do najdziwniejszego z muzeów na zaplanowanej trasie. „Mini Muzeum” urządzone zostało przez samych mieszkańców jednej z najbardziej charakterystycznych, reprezentacyjnych kamienic Gdyni.

Noc Muzeow 30

Zgromadzili pamiątki związane z tym jednym budynkiem, a impulsem było, jak mówią odkrycie butelek po wódce zamurowanych pod wanną przez przedwojennych robotników.

Noc Muzeow 27

Potem stopniowo dochodziły kolejne.

Noc Muzeow 28

Wśród nich była oryginalna przedwojenna armatura łazienkowa, a także... zaciemniona żarówka z czasów wojny. Jesta cała czarna, a światło wydobywało się punktowo przez niezamalowany otwór na jej czubku. Z napisu wynika, że wyprodukowała ją firma Osram, więc to niemiecka myśl techniczna.

Noc Muzeow 29

W sąssiedniej klatce można było zwiedzić urządzony w piwnicy... schron. Liczne drzwi dawały możliwość szczelnego odgrodzenia się od świata zewnętrzengo. Korytarze prowadzą ponoć nawet na drugą stronę ulicy.

Noc Muzeow 25

Wciąż są sprawne ręczne pompy wentylacyjne.

Noc Muzeow 24

Ale największe wrażenie robią... kanapy, na których ludzie mieli oczekiwać na ponowne wyjście na powierzchnię. Czerwona, pikowana tapicerka i niemalże designerski kształt sprawiają, że są jakby zupełnie z innej bajki, nie pasujące do tego surowego wnętrza.

Noc Muzeow 26

Mieszkańcy i kustosze owego muzeum zarazem, zasugerowali nam, by koniecznie pojechać jeszcze na Dworzec Morski, by zobaczyć tymczasową ekspozycję powstającego właśnie Muzeum Emigracji. Dochodziła północ. Postanowiliśmy zrezygnować z Hewelianum i tym bardziej z Muzeum Bursztynu, a pojechac właśnie do portu.

Na Dworcu Morskim dowiedzieliśmy się, że Muzeum Emigracji zajmie właśnie ten budynek, który obecnie jest wyraźnie asymetryczny poniewaz nigdy nie został odbudowany po zniszczeniach wojennych. Teraz ma wrócić do dawnego kształtu, a jego smętna rola podłego biurowca pełnego klitek za tymczasowymi ściankami działowymi ma ustąpić reprezentacyjnej roli muzeum dokumentujacego wyjazdy za ocean wielu tysięcy Polaków oraz historię naszych transatlantyków przemierzających przez dziesięciolecia ocean z Gdyni do obu Ameryk. Ma tam też znaleźć się i restauracja z pięknym widokiem na gdyński port oraz z pewnością jeszcze wiele innych atrakcji. Otwarcie, o ile wszystko pójdzie dobrze, przewidziane jest na rok 2014. Wpisaliśmy się do specjalnej księgi i jako uczestnicy Nocy Muzeów mamy ponoc dostać zaproszenie do muzeum gdy już rozpocznie działalność na stałe.

A zaprezentowanych pamiątek było już sporo:

Oryginalne walizki i kufry emigrantów (z nimi i w strojach z tamtych czasów aktorzy odgrywali scenki rodzajowe z mustrowania pasażerów.

Noc Muzeow 36

Noc MuzeĂłw 34

Ogromne fotografie z ludźmi naturalnej wielkości przykuwały uwagę. Odnosiło się wrażenie, że jest się wśród nich.

Noc MuzeĂłw 35

Były też reklamy z okresu wielkiej emigracji lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, bilety wstępu, tablice informacyjne, zdjęcia naszej floty i wspomnienia kapitanów...

Noc Muzeow 37

Noc Muzeow 38

Noc MuzeĂłw 37

Noc Muzeow 31

Noc Muzeow 32

Noc MuzeĂłw 39

Noc Muzeow 34

Menu z Batorego, z roku 1968 to już bardziej ciekawostka jak nasz jedyny w owym czasie transatlantk radził sobie na międzynarodowych trasach w warunkach gospodarki komunistycznej.

Noc MuzeĂłw 36

Myślę, że to będzie bardzo ciekawe miejsce i atrakcyjne muzeum mogące stać się wizytówką portowego miasta.

Było już po wpół do pierwszej gdy opuszczaliśmy budynek Dworca Morskiego. Koniec! Wsiadamy do samochodu i jedziemy do domu spać.

Gdynia, 16.05.2011; 02:30 LT

 
1 , 2