Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
wtorek, 25 maja 2010

Zanim na weekend pojechałem do Szczecina, wybraliśmy się z Aniolem na spacer po sopockim molo. Pracujemy nie dlaje niż pięćset metrów od tego miejsca, a nie byliśmy tam chyba od zimy. Zawsze ten brak czasu.

Sopot zmienia się bardzo na lepsze już od lat. Inwestycja goni inwestycję. Oś mola od ubiegłego roku zamyka odbudowany, a właściwie zbudowany na nowo dom zdrojowy.

Sopot 2010 05 20  03

Na drugim krańcu najdłuższego drewnianego pomostu w Europie rozpoczęła się zaś niedawno budowa mariny.

Sopot 2010 05 20  05

Oprócz zwiększenia potencjału turystycznego miasta, jachtowy port ma swoją konstrukcją pełnić rolę falochronu – zabezpieczenia konstrukcji mola, która nie raz ucierpiała z powodu gwałtownych sztormów.

Narazie trwa palowanie i oprócz kafaru oraz ustawionej w sąsiedztwie platformy widać niewiele. Za rok jednak ten pan na motolotni będzie już latać nad zacumowanymi do pomostów łódkami.

Sopot 2010 05 20  02

Była piękna, słoneczna pogoda, ciepły niemalże wakacyjny wieczór... Kurort jeszcze pustawy, ale już za miesiąc będą tu tłumy. Może to więc jeden z ostatnich takich spokojnych zachodów słońca w tym miejscu przed latem.

Sopot 2010 05 20  06

Sopot 2010 05 20  01

Gdynia, 25.05.2010; 07:55 LT

niedziela, 23 maja 2010

Po pokananiu rury, natychmiast trafilismy na następną, krótszą. Za drugą rurą rozpoczynało się bagno. Pewni, że szlak skręca w lewo, w kierunku tamy, wysłaliśmy dziewczyny w tamtym kierunku na piechotę, a sami ruszyliśmy kajakami. Pech jednak chciał, że nasze przwidywania okazały się niesłuszne. Szlak skręcił w prawo, a na dodatek z lasu dobiegały wołania dziewczyn, z których zorientowaliśmy się, ze prawdopodobnie grzęzną w błocie. Krzyknęlismy, aby wracały i sami też wrócilismy w miejsce rozstania. Kiedy wróciły, wygladąły na zdenerwowane i złe na nas, stwierdzając, ze więcej w taki kanał (chyba bagno?) nie dadzą się wpuścić.

Wpłynęłiśmy na bagno. Wody było tam trzydzieści centymetrów, a w dno jak i w smoliście czarne brzegi całe wiosło wchodziło jak w masło. Brrrr! I w takiej scenerii nagle szlak nam zagradza kolejne zwalone drzewo. Z jednej strony jego gałęzie leżą równo z lustrem wody, ale bez przepchnięcia przepłynąć się nie da. Tyle tylko, że z kajaków nie da się wysiąść! Wejście na drzewo w kilka osób to ryzyko, że zanurzymy się w bagnie razme z nim. Belmondo wskakuje na nie sam, wykonując tytaniczną robote przepchnięcia czetrech kajaków z załogami. Płyniemy dlaej, ale jestem pełen rozterek, czy na pewno znajdujemy się na własciwym szlaku.

Po jakims czasie docieramy do sciany trzcin. Udaję się z Belmondem na rekonensans, z którego wynika, że czeka nas przenoska około trzysta metrów, aż za most we wsi Ołobok. Jedyny plus tego całego rekonesansu, to to, ze wreszcie wiemy, gdzie jesteśmy i jak daleko jeszcze stąd do jeziora. Wiemy, że dziś tam nie dopłyniemy. Problem jednak jak wyciągnąć kajaki na ląd, gdy brzegi wciąż bagniste. Służy nam pomocą jakiś chłopak ze wsi, który wskazuje miejsce, gdzie jest pełno gałęzi. Przenosimy je z lasu i rzucamy na kupę uzyskając w maire stabilną powierzchnię do stawania. Wyciągamy kajaki na brzeg, skraj jakiejś łąki. Ponieważ nic nie jedliśmy od rana, a jest już szarówka, Basia przyrządza naprędce kanapki. Po częsciowym przeniesienu kajaków konsumujemy je (kanapki, nie kajaki), popijając wodą. Następnie znów wracamy do przenoszenia. Wobec zapadających ciemności decydujemy się rozbić jedne namiot na skraju szosy i nie szukac juz miejsca na biwak. Kromka chleba z serkiem topionym, popita wodą starczyła nam za cała kolację. Po prostu byliśmy juz tak zmęczeni, że nie chciało się nam przygotowywać posiłku i poprzestaliśmy na tym, co zjedlismy w trakcie przenoski.

 

17 lipca (dzień 9)

Jestesmy tak blisko Jeziora Niesłysz, że dziś już na pewno tam dopłyniemy. Ta swiadomość, jak i możliwość istnienia zupełnie nieoczekiwanych przeszkód, których los nam nie szczędził, sprawiają, że lenistwo tego dnia osiąga swoje apogeum. Grzegorz z Belmondem wrócili z zakupami i od tego czasu jemy, lezymy, czytamy gazetę. Ponieważ z barku miejsca biwakowaliśmy na polnej drodze, sporo zamieszania narobił nadjeżdżający traktor. Na szczęscie skręcił gdzies w bok i moglismy relaksować się dalej.

W końcu podniesliśmy swoje cielska i rozpoczęliśmy pakowanie. Wielkiego entuzjazmu nie było, ponieważ kilakset metrów dalej widać już było następną przeszkodę. Tym razem nie tyle przenoska, co przepychanka. Czystość rzeki w tym miejscu budziła grozę, więc kontakt z wodą staraliśmy się ograniczac do minimum.

Wkrótce potem kolejna, prawdopodobnie ostatnia tama i ogromny bunkier. Po rozpoznaniu terenu i „śniadaniu na trawie” przenosimy kajaki. Dalej już wiedzie wodna autostrada. Pojawiają się pierwsze ośrodki wczasowe. I wreszcie dopływamy do końca kanału. Wąski pas lądu i symboliczna przenoska oddzielały nas od wymarzonego jeziora.

Wokół zgiełk, hałas, tysiące ludzi na plaży. Wszystko robi niesamowite wrażenie. Czterodniowa izoalacja od  świata, trudy przbijania się przez wtórnie zdziczałe tereny – to wszystko za nami. Cieszymy się, robimy zdjęcia, rozglądamy po okolicy. Z ogromna energią przenosimy kajaki.

Jakiś pan pokazuje nas swojemu dziecku:

- Patrz synku, tak wygląda spływ kajakowy.

Robi się jednak późno. Pora znaleźć miejsce na biwak. Wszak czeka nas jeszcze wyprawa po Saszę, który jest umówiony z nami na 20:00 we wsi Skoki odległej o dobre czterdzieści kilometrów. Ten dystans obrazuje nasze opóźnienie. Nie ma więc czasu na przyglądanie się wczasowiczom. Płyniemy dalej.

Penetracja brzegów budiz jednak coraz większe rozczarowanie, Gdzie nie spojrzeć trzciny i gęsty, liściasty las. Juz prawie okrążyliśmy całe jezioro. W końcu jest jakaś przystań, ale brak miejsca na biwak. Dowiadujemy się jednak, że dalej, w końcu zatoczki jest niezłe miejsce, ale ryzyko zapłacenia mandatu. Kręcimy się jeszcze po okolicy, ale nie znajdując nic innego, decydujemy się na desperacki desant. Miejsce okazało się wyjątkowo sympatyczne. Nie zważąmy na nieliczne namioty w pobliżu. (...) Njawyższy czas by Belmodo i Grzesiek wyruszyli po Saszę. Po przekąszeniu małego co nieco opuszczają nas, a my zajmujemy się rozbijaniem obozu. Jest kolacja, jest drewno, tuz przed ulewą powstają namioty. Jest ok. Nieco podchodów było z czerwonym fiatem, którego załoga upodobała sobie miejsce obok nas. Juz po chwili z głośników ich radia popłynęła na pełny regulator „La isla bonita”. Musimy się pogodzić z ich obecnością.

Po burzy oddajemy się kąpieli. Podczas tej czynności ginie w mule 50% obuwia Eli. Poszukiwania prowadzone z użyciem specjalistycznego sprzętu (maska) nie przynoszą efektu.

Po kapieli kolacja (kanapki + glut). Potem znajdujemy zespół sanitariatów skąd można wziąć wodę i porządnie się wykąpać. Dlasza część wieczoru upłynęła na oczekiwaniu na chłopaków. Noc była bardzo ładna i dlatego cały ten czas spędziliśmy na brzegu jeziora. Około 02:00 zobaczyliśmy światło latarki. Idą! Cała trójka była bardoz zmęczona, a Sasza jeszcze pod wrażeniem swojej podróży (w ostatniej chwili dotarł na dworzec w Szczecinie, potem autostop w deszczu, wizyta w komisariacie MO, kara w pociągu – cud ze dotarł na czas do Skoków). Dowiaduję się, że o 13:40 do Międzyrzecza przyjedize Wojtek i dla odmiany ja pojadę po niego. A teraz już spać.

* * *

To tyle „Pamiętnika Tatusia Muminka z czasów młodości” Wracamy do roku 2010. 

Szczecin, 23.05.2010; 13:10 LT

W końcu dopływamy do jakiejs szosy, pod którą oczywiście też jest tama. Brzegi jednak tak zarośnięte, że nie można się wydostać. Wypatrujemy jakąś lukę miedzy krzakami. Woda pokryta zielonymi glonami, dno zarośnięte. Nie wygląda to sympatycznie, ale trzeba wysiadać, tym bardziej, że na szosie stoją ludzie gotowi nam pomóc. Dzięki temu akcja przebiega dość szybko. To ważne, bo zaczyna robić się późno. Czujemy też kilometry i kilogramy w rękach. Kiedy przeszkoda zostaje pokonana, żołądek przypomina, że śniadanie było ładnych parę godzin temu, a słońce niedługo skryje się za lasem. Ciekawe, czy tylko mnie ssie?

- Basiu, głodna jesteś? – pytam.

- Hm, zjadło by się coś – odpowiada dyplomatycznie.

Pytanie nie miało sensu, bo i tak pod ręką nic do jedzenia nie było. Musileiśmy czekać, aż rozbijemy obóz. Decydujemy się uczynic to na njbliższej tamie. Kiedy wreszcie widać ją w oddali, drogę zagradza nam zwałowisko drzew. Grzegorz i Belmondo wysiadają z kajaków i ruszają w las rozeznać się w sytuacji. Po chili Beata i ja czynimy to samo. Opędzając się od komarów dochodzimy do nasypu. Zauważamy dwie dorodne kanie, ale z naszym szczęściem mogłyby okazać się sromotnikami, więc przezornie nie zrywamy. Kiedy dozsliśmy do tamy, Grzegorz z Belmondem byli juz po drugiej stronie i pochyleni nad czyms gorąco dyskutowali. Później zaś nic nie mówiąc poszli do lasu i wrócili z długim kijem. Belmondo wrócił na naszą stronę i powiedział co widzieli. Było to kłębowisko węży.

Przeszliśmy tamą na drugą stronę rzeki i ostrożnie po kamieniach na nasyp. W szczelinie między ścianą tamy a kamieniami ujrzeliśmy poteżny węzeł chyba z dwudziestu gadów. Nieco dalej, w trawie między kamieniami było widać następne. W czasie gdy się im przyglądaliśmy, Grzegorz przyprowadził Elę i Beatę. Stalismy nad tymi stworami przypominając sobie podobne sceny z „Poszukiwaczy Zaginionej Arki” Spielberga. Ktoś zauważył, ze spełnia się każde „krakanie” (wczoraj po wypadku z osami powiedzieliśmy, że „tylko żmij brakuje”). Co prawda stwierdziliśmy, ze większość gadów to zaskrońce, ale kto mógł miec pewność, że żmij też tam nie ma?

Co robić? Słońce już zaszło za las, a jedyne wyjście na brzeg wiodło obok tego wężowiska. Gdyby podczas przenoszenia kajaka ktoś nadepnął na żmiję, mogłoby byc nieciekawie. Jak w przypadku ukąszenia uzyskać wieczorem pomoc na takim odludziu? Ale nie ma wyboru. Trzeba się spieszyć. Kajaki jeszcze stoją za zwalonymi drzewami. Trzeba przedostać się nimi pod tamę, wyciągnąć, zebrać drewno na ognisko, rozbic obóz, a zaraz będzie ciemno.

Dziewczyny zostały na tamie, a my wróciliśmy po kajaki. Pokonaliśmy zwałowisko drzew i teraz pozostała najbardziej emocjonująca część akcji. Ela miała na tyle nieprzyjemne doświadczenia z tymi stworzonkami, że postanowiła zaczekać na górze do końca akcji. Nieco niżej miała swoje stanowisko Basia, która miała obserwować, czy węże nie wykonują żadnych podejrzanych ruchów. Szczególna rola przypadła Beacie, która z długim kijem otwierała pochód sprawdzając, czy na trasie nie ma jakichś zabłąkanych zwierzątek. Za nią my we trójkę niosący kajak. Obóz postanowilismy rozbić okolo 40 metrów od tamy, co nas powinno odseparowac nieco od węży, a nie oddalać zbytnio od wody.

splyw 07

Kiedy dziewczyny przygotowywały kolację, my zbieraliśmy drewno i przed nastaniem absolutnych ciemności mieliśmy pbóz prawie gotowy. Mimo wszystkich zajść dzisiejszego dnia (i nie tylko), przed posiłkiem tradycyjnie zaśpiewaliśmy „ach jak przyjemnie, kołysać się wśród fal...” Tak, humor na pewno nas nie opuszczał.  Ze śmiechem przeklinaliśmy mapę i przewodnik, z których trudno było dowoedzieć się czegos więcej poza faktem, że znajdujemy się gdzieś na Ołoboku. Przypominamy tez sobie założenia tegorocznego spływu, który miał być relaksowy. Ponieważ w lesie zauważyliśmy bunkier, możemy przypuszczać, że właśnie do tego miejsca odnosi się opis:

13.0 km – Tuż za śluzą po lewej stronie kanału znajduje się wzgórze potężnego bunkra oraz niewielka grobla oddzielająca staw od Jeziora Cibórz.Na północnych brzegach jeziora znajduja się zabudowania szpitala dla nerwowo i psychicznie chorych.

Trzynaście kilometrów w dwa dni! Tempo niesamowite.Od ujścia Ołoboku do Odry, do początku rzeczki w Jeziorze Niesłysz  szlak ma osiemnaście kilometrów.  Jutro więc powinniśmy mieć to za sobą. Tam, nad jeziorem, zrobimy dłuższy odpoczynek, podczas którego spokojnie odbierzemy Saszę ze wsi Skoki koło Międzyrzecza, bo wiemy już, że kajakami tam na czas nie zdążymy. Lokujemy się wszyscy w jednym namiocie, bo drugiego pociemku nie chciało nam się rozbijać.

 

16 lipca (dzień 8)  

Po obudzeniu się i wyjsciu z namiotu pobieglismy się umyć, ale uzbrojeni w... aqparaty fotograficzne. Niestety, węże ropełzły się, pochowały w szczelinach i nie wyglądało to już tak efektownie jak wczoraj.

Zostawiając dziewczyny przygotowywujące śniadanie udalismy się po drewno. Przy okazji obejrzelismy sobie pozostałości po olbrzymim bunkrze. Zauważyliśmy, że przyroda bardzo szybko radzi sobie z żelazobetonem. Byc może za nastepne czterdzieści lat, całkiem porośnie go las, bunkier skryje się pod ziemią, a większość ludzi będize mysleć, że chodzi po wzgórzu morenowym.

Po śniadaniu spusczamy kajaki na wodę. Natychmiast jesteśmy zmuszeni do długotrwałych poszukiwań wypływu ze stawu. Kręcimy się wśród labiryntu wąskich przejść w trzcinach przez co najmniej czterdzieści pięć minut. (...)

Zaraz za wypływem znajdował się mostek i tama, ale na tyle niewielkie, ze nie mogły już zrobic na nas żadnego wrażenia. Przenosimy, lecz za chwilę drogę zagradza nam zwalone drzewo, a potem następne. Przenoski były mało przyjemne ze względu na pdmokłe, bagniste brzegi obficie porośnięte pokrzywami. Później drzew było jakby mniej, ale za to wody po kostki. Struga zwężyła się znacznie. Musieliśmy wysiąść z kajaków i juz nawet nie wsiadaliśmy z powrotem gdy na moment robiło się głębiej. Zresztą po co, skoro i tak za kolejnym zakrętem czekało na pewno zwalone drzewo.

Taki charakter rzeki wskazywał, że zbliżamy się do jej początków, czyli do Jeziora Niesłysz. Jeszcze tylko jeden wysiłek... Wypatrywaliśmy wsi o nazwie Ołobok, ale na próżno. Ile kilometrów już burłaczymy? Jak długo jeszcze? Wreszcie przed nami tama, ale przed nią zagradza nam droge cos w rodzaju drewnianego przeplywu. Po obu jego stronach zalegają kamienie. Ponieważ przenosek mieliśmy już dość, postanowiliśmy przekopać kanał. Przerzucamy kamienie z jednej strony na drugą, poszerzamy koryto strumienia i wkrótce płynęliśmy dlaej w kierunku tamy. Pogoda była śliczna, woda czysta, więc przed przenoską postanowiliśmy zażyc kąpieli. Przy okazji zasięgamy języka u napotkanych tubylców. Ponoć stąd aż do Jeziora Niesłysz wiedzie piękny, szeroki kanał.  I rzeczywiście, po przeniesieniu kajaków wypływamy ze stawu na prawdziwą wodną autostradę. Wiosłujemy sobie jak paniska, gdy po kilkunastu minutach nagle  drogę zagradza nam potężna, niedostępna tama.  Z prawej strony dopływa jednakj jakiś ciek i sądzimy, że właśnie tędy powinniśmy płynąć dalej.

splyw 08

Wpływamy tam i natycmiast zaczynają się jedna po drugiej przenoski na progach wodnych, a potem niesienie kajaków nad kamieniami. W końcu drogę zastepuje nam nasyp, pod którym istnieje przepływ, przez długą na około dziesięć metrów, betonową rurę. Idzie więc Grzegorz na druga stronę nasypu, do wylotu rury odbierac kajaki, a ja przepycham je. Tu nalezy dodać, że w tym miejscu cały ów ciek z progami, kamieniami i rurą miał charakter górski.

splyw 01

Szczecin, 23.05.2010; 12:10 LT

Czas płynął, my bylismy bezradni, o dopłynięciu dziś do Jeziora Niesłysz mowy nie było, a rozmów na temat spotkania z Wojtkiem w Przełazach woleliśmy unikać, bo chyba nikt nie potrafił sobie wyobrazić jak z tego bezludzia wydostac się i powrócić w rozsądnym czasie.

Złapalismy się sposobu najprostszego ale i najbardziej czaso- i pracochłonnego. Karczowanie. Najpierw jednak trzeba usunąć te dwa zwalone drzewa. O ile z pierwszym poszło jako tako, to drugie przy jednorazowym wysiłku trzech facetów pozwalało się przesunąć o kilka lub kilkanaście centymetrów. I tak kawałek po kawałeczku w końcu zepchnęłiśmy je do wody. Wtedy wsiadłem do kajaka, by odepchnąć pień na dalszą odległość, a pozostali rozpoczęli walkę z pokrzywami i krzakami. Kiedy już wydawało się, że sczęscie jest blisko, w zaroślach mniej więcej w połowie długości kei odkryliśmy terczący korzeń po ściętym pniu. To przsądzało o niedostępności kei. Była ona bowiem krótsza od długości kajaka i mogliśmy z brzegu chwycić tylko jeden jego koniec. I nagle stał się cud! Ponowne sondowanie dna wiosłem wykazuje istnienie betonowego progu o szerokości kilkudziesięciu centymetrów. Próg tez jest głęboko, ale dopóki woda sięga tylko po szyję, można jeszcze działać. Plan jest prosty: wchodzę do wody i staję na progu. Belmondo wkłada pod dziób długą żerdź, która ja chwytam z drugiej strony. Na sygnał rufa podnoszona jest tradycyjnie, a dziób na żerdzi, która jednoczesnie chroni kadłub przed zetknięciem z narożnikiem betonowej kei i uszkodzeniem. Udało się! Po wyniesieniu kajaka, przenosimy go od razu na drugą strone nasypu i wodujemy, bo miejsca jest mało. Wodowanie też jest zresztą problemem ze wzgledu na pionowe ściany betonowej konstrukcji i trzcicny tam gdzie ściana jest niska. Wszystko jednak idzie sprawnie i nawet wydarcie ostatniego kajaka osom odbywa się bez ofiar. Możemy ruszać w dalszą drogę.

Wpływamy w las. Drzewa pochylają się nisko nad wodą. Manewrujemy unikając smagania gałęziami po twarzy. Wreszcie droge zagradza nam jaz znajdujący się pod mostem na drodze Świebodzin – Krosno Odrzańskie. Znajdujemy sie w okolicy Przetocznicy. Mapa sugeruje, ze w samej wsi, ale domostw poza lesniczówką  nie widać. Wychodzimy na most. Zastanawiamy się, co dalej, aż przerywa nam starszy mężczyzna, tubylec:

- Ciężką wybraliście trasę. Zawróćcie póki jeszcze można. Przed wami mnóstwo przeszkód (...) Pływali tu czasami, ale zawracali. Nie ma sensu pchac się dalej.

Hm, nie były to słowa otuchy. A my i tak nie mieliśmy wyboru, pamiętając, że Odrą wrócić się nie da. Na dłuższe rozważania jednak czasu nie było, gdyż podbiegł Grzesiek z wiadomośćią, że jest jedno miejsce w samochodzie do Świebodzina. Szybko wyciągam z kajaka suche buty i skarpetki, zakładam cieplejsz erzeczy i zaopatrzony w mapę, nóż oraz latarkę zbieram się do drogi.

- Gdzie was szukać? – pytam

- Rozbijemy obóz tu – wskazanie na polankę niepodal mostu.

- Gdybyście mieli problem z dostaniem się tu w nocy – mówi Grzesiek – rozbijcie namiot Wojtka, przespijcie się i przyjdźcie w dzień..

Wsiadam do samochodu i jedziemy. Jest 19:45. Z Wojtkiem jesteśmy umówieni w Przełazach na 20:00.

O 20:10 docieram do Swiebodzina.Fart niesamowity, bo o 20:15 odjeżdża autobus do Przełazów, w których jestem o 20:45. Wojtka nie ma na przystanku. Pytam kogoś w ogródku obok, czy nie widział nikogo z plecakiem. Nie. Rzut oka na rozkład jazdy. Za kilka minut, o 20:56 odjedzie autobus do Mostków. Ostatni. A jeśli Sasza nie skontaktował się z Wojtkiem i ten czeka tam nad rzeką niedalekjo przystanku PKP? Jadę więc do Mostków.Klucze po okolicy, obserwuję brzegi, nawołuję, ale bez efektu. Czas nagli bo o 21:40 mam pociąg do Świebodzina. Już daleko widać światła lokomotywy. Biegnę więc na peron i o 21:51 pociąg przywozi mnie do tego miasta. Tu fart się skończył. Nie byłem na tyle naiwny, by sądzić, że złapię o tej porze autobus do Przetocznicy, ale może gdzieś w pobliże? Niestety. Ruszam więc według drogowskazów na Krosno Odrzańskie, by wydostać się z miasta. Rogatki mijam o 22:30. Stąd czeka mnie jeszcze 18 kilometrów marszu. Północ zastaje mnie we wsi Radoszyn, mniej więcej w połowie drogi.

splyw 06

15 lipca

Druga połowa drogi minęła bez większych przygód jeśli nie liczyć pełnego napięcia (z obu stron) spotkania z psem we wsi Skąpe oraz odgłośów stąpania jakiegoś zwierzęcia w lesie, które najwyraźniej towarzyszyło mi przez kilka minut i odskakiwało co jakiś czas przepłoszone, ale którego nie byłem w stanie dostrzec.

Wreszcie o 01:30 dotarłem do mostu, przy którym rozbity był obóz. Grzesiek natychmiast się obudził. Zamieniamy kilka zdań, po czym zjadam jakąś kanpkę popijając herbatą i w chwilę potem daję nura w śpiwór.

Wcześnie rano Grzesiek z Belmondem wyruszją do sklepu w sąsiedniej wsi. Mypodobno w tym czasie mieliśmy zwinąć obóz.. Powiedizałem o tym dziewczynom, ale ponieważ nie wyskoczyły ze śpiworów z entuzjazmem, nie widziałem problemu jeśli i ja nieco się jeszcze zdrzemnę.(...)

Nawiązana wczoraj znajomość z rodziną lesniczego owocuje możliwością korzystania z kuchni. Wykorzystujemy to przygotowując m.in. gar budyniu.

Obfite śniadanie, piękna, słoneczna pogoda i świadomość wielu przeszkód na trasie rozleniwiają nas zupełnie. Długo trwa zwijanie obozu i przenoszenie rzeczy za przeszkodę pod mostem. W międzyczasie częstujemy dzieci lesniczego resztkami cukirków i herbatników jakie nam zostały. Kiedy juz kajaki stały zwodowane i spakowane gotowe do wypłynięcia, jedno z dzieci przyniosło poczęstunek od ich mamy. Pięć słoików jakiegoś żarcia „dla dizewczyn, bo tak mizernie wyglądają”. Przed wyjazdem idziemy jeszcze z Beatą pożegnać się i podziękować gospodyni, wręczjąc jej przy tym bukiecik uzbieranych polnych kwiatków.

Po przepłynięciu 300-400 metrów napotykamy kolejną przeszkodę: zrujnowany most dla pieszych. Nadgniłe belki, z któryc sterczą gwoździe, dziury po brakujących deskach... Nadgniła konstrukcja została przez Grzegorza i Belmonda zdemontowana, a po przepłynięciu kajaków ponownie ustawiona.

Przenoski powoli zaczynają sie nam mieszać w pamięci, tyle ich jest. Na kolejnej tamie znów problem z przenoszeniem. Zanim weźmiemy się za to nudne zajęcie, idziemy rozejrzeć się po okolicy. M.in.znajdujemy stary, poniemiecki silnik. Przy nim nawiązujemy znajomość z młynarzem, którego młyn (wodny) znajduje się sto metrów przed tamą. Oczywiście idziemy zwiedzić jego „fabryczkę”. Stara, drewniana, lecz w idealnie stanie utrzymana konstrukcja robi na nas wrażenie. Miło gawędzimy do czasu gdy nadjechał strażnik stawów rybnych.

- Dalej nie połyniecie – oznajmił.

Konsternacja. Zacząłem sobie wyobrażać kolejne przeszkody nie do pokonania.

- Tu są stawy rybne i jest zakaz pływania po nich – kontynuował.

Uff! Chyba nikt z nas nie wierzył, że ta biurokratyczna bariera może nas powstrzymać. Przedstawiliśmy kontrargumenty w postaci map i przewodnika, było nie było przez PTTK, z marnym, ale jednak opisem trasy, gdzie o zakazach nie było mowy. Podjrzewam, że nwet gdyby strażnik się uparł, przemknęłibyśmy tędy nocą. Jakie mieliśmy wyjście? Na szczęście jednak człowiek dał się udobruchać i mogliśmy kontynuować podróż.

Mieliśmy zamiar rozbić obóz niedaleko na wyspie, więc nie spieszyliśmy się zbytnio. Kiedy jednak znaleźlismy się w pobliżu, nasze nastroje nieco przygasły. Wszędzie jak okiem sięgnąć lasy, brzegi zarośnięte i podmokłe. Oto i nasza wyspa. Gesto porośnięta brzozami i olchami. Nie ma rady, płyniemy dalej. Może to i lepiej, prędzej opuscimy ten uciążliwy szlak.

Kolejne przenoski. Które to już? Na jednej z tam pomagają nam przypadkowo spotkani ludzie. Z innej przeszkody zmykamy czym prędzej, bo niedaleko znajdują się zabudowania Państwowego Gospodarstwa Rybnego i moglibyśmy miec nieprzyjemności.

Szczecin, 23.05.2010; 10:30 LT

KAJAKIEM PRZEZ OŁOBOK (1)

Po zamieszczeniu wpisu o wizycie w bunkrach Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego przeczytałem komentarz Przema, który wspomina o swoim pierwszym spotkaniu z MRU w połowie lat osiemdziesiątych. Zainspirowało mnie to do pogrzebania w starych dziennikach, żeby przypomnieć sobie przeprawę przez rzeczkę Ołobok podczas spływu kajakowego, na jakie w owym czasie wybieralismy się z przyjaciółmi w każde wakacje. Ciekawe to były czasy. Aż trudno sobie wyobrazić, że nie było jeszcze telefonów komórkowych, więc umówiwszy się raz z kimś w jakimś miejscu, musieliśmy robić wszystko by dotrzeć tam na czas, bo po pierwsze w puszczy nie było budek telefonicznych, a po drugie, nawet gdyby były, to nasi koledzy osiągalni pod telefonem nie byli. Rok 1987 to był poza tym schyłek komuny w Polsce i rynek wszelkich usług był raczej slabo rozwinięty. Wypożyczenie kajaków to było jedno wyzwanie, a ich transport z miejsca na miejsce to niemal mission impossible. Był to tez rok, kiedy tekturowe bądź ręcznie wypisywane bilety kolejowe odeszły do lamusa. Pierwszy kupiony porzez nas bilet wydrukowany z komputera wkleiliśmy do dziennika. No i wreszcie same bunkry. Wtedy (pryznajmniej nad Ołobokiem) niemal całkowicie zarośnięte w powtórnie zdziczałym terenie. Na koniec dodam, że mapa i przewodnik, którymi dysponowaliśmy były chyba pisane bardziej po to, aby zdezorientować uzytkowników niż im pomóc.

Postanowiłem wrzucić fragmenty na blog. Od momentu gdy z ujścia Obrzycy wpłynęliśmy na Odrę po biwak nad Jeziorem Niesłysz.

Cofamy się więc o dwadzieścia trzy lata. Będzie to cos w rodzaju „Pamiętnika Tatusia Muminka z czasów młodości”. Bo jak mówił Tatuś Muminka w powieści Tove Jansson, „nie ma przyjemniejszej rzeczy, jak czytać na głos to co się samemu napisało” J

*   *   *

splyw 02


splyw 03

13 lipca (dzień 5)

Dzień był taki że różne rzeczy chciało nam się robić ale najmniej nosić kajaki. Przeniesienie każdego celebrujemy całymi minutami. Dziewczyny znalazły sobie świetne zajęcie oddając się bez reszty robieniu manicure. Podziałało to nan nas niezwykle mobilizująco i zajęlismy pozycje horyzontalne pod drzewem po drugiej stronie nasypu. Rozmawiało się niezwykle przyjemnie i tylko od czasu od czasu ktoś zdenerwowanym głosem rzucał hasło: „no wyciągnijmy wreszcie ten kajak”. Przypływ energii u wszystkich jednocześnie pojawił się jednak dopiero po kwadransie.

(...)

Znaleźlismy się na wielkiej rzece. Silny prąd, fale, ostrogi. Mija nas barka. (...)

(...) odnajdujemy ujscie interesującej nas rzeki. Woda prawie stojąca. Liczne zwalone drzewa, wysokie brzegi nie sprawiają najlepszego wrażenia. Wobec tego postanawiamy wrócić na Odrę, gdzie przed ujściem Ołoboku widzieliśmy dogodne miejsce na biwak. (...)

Miejsce lądowania nie zachwyciło nas zbytnio. Grząski muł przy brzegu i oczywiście komary! Nogi mamy już całe w bąblach. Płyn „Moskito” pomaga na bardzo krótko. Beata, która jest sczególnie uczulona na te owady próbuje różnych srodków. Kilka warstw ubrania i maseczka z gazy na twarz. Nie wygląda jednak na szczęśliwą.

Zaczerpnieta do garnka woda z Odry ma kolor brunatny. Chyba nie da się w tym płynie ugotować ziemniaków, by były zdatne do jedzenia. Grzegorz i Belmondo ruszają z ekspedycją po wodę, a osiedla raczej dość daleko (4 kilometry).

Tymczasem Ela zmożona chorobą dogorywa w namiocie. Z resztek wody jaka nam została próbuję przyrządzić herbatę. Kiedy woda w menażce już się gotuje, niefortunnie dokładam drewno do ognia i zawrtość menażki ląduje w ognisku, prawie je przy okazji gasząc. (...)

Kiedy dziewczyny są juz zaawansowane w robieniu kolacji, czytam na głos przewodnik. Wiemy, że czeka nas jutro okolo 10 przenosek, a poniewaz jesteśmy umówieni z Wojtkiem na wieczór nad Jeziorem Niesłysz, musimy rano wstać by zdążyć. Z tym mocnym postanowieniem zaraz po posiłku kładziemy się spać. Kiedy już jesteśmy w śpiworach, dobiega nas dramatyczne wołanie Belmonda, że nad jego namiotem znajduje się uschnięta gałąź. Belmondo proponuje, by namiot przenieść nieco dalej. Długo tłumaczymy mu, że małe jest prawdopodobieństwo iż gałąź złamie się tej nocy. Niezbyt przekonany kieruje się do namiotu niczym na szafot. Dobranoc.

 

14 lipca (dzień 6)

Tradycyjnie silne postanowienie o wczesnym wstawaniu usuwa się nad ranem w najdalsze zakamarki pamięci. Samo zwijanie obozu jest jednak na tyle sprawne, że juz o 11:20 jesteśmy na szlaku.

splyw 04

Ołobok ze swymi niedostepnymi brzegami i zwalonymi drzewami nie sprawia najlepszego wrażenia. Jakże inny od Odry, która mimo brudnej wody kusiła całkiem ciekawymi miejscami na biwak. Zwalone drzewa zostawiamy w końcu w tyle, a przed nami miejscowość Bródki, jaz i most. Pierwsza przenoska. Wyjście na brzeg jest niezłe, zejście zupełnie przyjemne. Z entuzjazmem zabieramy się za przenoszenie sprzętu. Dziewczyny solidarnie noszą z nami. Patrzymy na zegarek. 20 minut. Nie jest źle. Plyniemy dalej. Krótko, bowiem już wyrasta przed nami próg wodny. Wyjście mniej ciekawe, ale co tam, niesiemy. I tym razem nie przekraczamy dwudziestu minut. Kilometr dalej nastepny próg wodny. Wyjście na brzeg i wodowanie jeszcze mniej ciekawe. Na lądzie pokrzywy, ale niesiemy twardo. Belmondo jest pełen entuzjazmu:

- Przenosimy w krótkim czasie. Powinniśmy więc zdążyc na Jezioro Niesłysz bez problemu.

- Tak, o ile nie stracimy na innych przeszkodach – odpowiedziałem. Niestety były to słowa prorocze.

Niepokoił mnie fakt, że przewodnik wspominał o stawach za zaporami, a tymczasem nie było żadnego. Możliwości są dwie: albo stawy istniejątylko w przewodniku, albo w przewodniku nie ma tych zapór, które mijaliśmy do tej pory. Okazało się to drugie. Ponieważ nad Ołobokiem wsi jest niewiele, a mapa fatalna, wkrótce zaczęliśmy tracić orientację jak daleko już jesteśmy. Aż wreszcie dopływamy do zapory-bunkra. Brzegi są tak zarośnięte, że o wyjsciu nie ma mowy. Jest skrawek wolnego miejsca, na tyle, żeby zacumował jeden kajak, a reszta burta do burty i tak wychodzimy. Woda głęboka – wchodzi całe wiosło.

Grzegorz z Belmondem próbują oczyścić keję. Obok pokrzyw i licznych zarośli leżą tam także dwa drzewa. Pierwsze udaje im się nieco przesunąć, ale drugiego nie są w stanie ruszyć w ogóle. Ten odcinek betonowej kei, który jest dostępny, nie pozwala na wyciągnięcie kajaka. Jest za krótki. Sam garb zapory zbyt wysoki i stromy. Lewy brzeg zaś to pionowa, wysoka ściana.

Pierwsze próby nie prowadzą do niczego. Siadamy w końcu na tamie i jemy blok – ostatnią słodycz jaka pozozstała z zakupów w Cigacicach. Gdyby nie to, że musieliśmy koniecznie pokonać tę przeszkodę, byłoby całkiem przyjemnie. Słońce, cisza, daleko do ludzkich osiedli.... Teraz jednak myslimy tylko o jednym. I zdaje się, ze chyba już jest sposób! Po zachodniej stronie (tej gdzie stoi bunkier), nieco przed betonową ścianą widać w zaroślach maleńki prześwit. Gdyby się uprzeć, udałoby się tamtędy wyciągnąć kajak na brzeg. Próbujemy tego sposobu. Grzegorz przeprawia się ze swoim kajakiem na drugą stronę, potem chwyta dziób, pcha się w gąszcz, a my dochodząc z boku łapiemy za burty. I wtedy... Grzegorz z wrzaskiem puscił kajak i przeskakując go poędził przed siebie. Nie zastanawiając się zbytnio uczyniliśmy to samo. Wszystko to trwało ułamki sekundy. Ktoś zdążył krzyknąć „osy!”.  Wyglądało na to, że tam w chaszczach miały swoje gniazdo, a Grzegorz idąc tyłem strącił je lub rozdeptał co spowodowało oczywiście atak owadów. Njbardziej, rzecz jasna, ucierpiał Grzesiek (kilka użądleń), ale na jedno żądło załapali się i niektórzy z pozostałej piątki. Wycofaliśmy sie na tamę. Teraz mieliśmy trzy kajaki uwięzione przez zaporę, a jeden przez osy.

splyw 05

Szczecin, 23.05.2010; 10:30 LT

 
1 , 2 , 3