Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
niedziela, 31 maja 2009

Przebywanie w większej grupie ludzi ma tę niedogodność, że trzeba iść na rozmaite kompromisy. Kiedy wreszcie po wielu zabiegach logistycznych uda się wykroić trochę czasu z dnia zajętego pracą od rana do wieczora, na ogół ogranicza sie to do wyjścia na kolację. Nie mam nic przeciwko kolacjom, ale gdy stają sie celm samym w sobie i jedynym, szkoda mi straconych możliwości zobaczenia czegoś więcej.

Na szczęście udało się niedawno wyskoczyć do chińskiej świątyni, o czym byc może jeszcze napiszę.

Dziś wyłamałem się ponieważ swoją poprzeczkę ewentualnego kompromisu ustawiłem dość wysoko. Wyjście o zmierzchu do miejskiego parku, gdzie jak zdążyłem swego czasu z daleka zauważyć, odbywają się (prawdopodobnie w weekendy) jakieś świetlne pokazy (pirotechnika, lasery albo jeszcze coś innego – z daleka widać było jedynie zmieniające się kolory). Oczekiwania co do sobotniego wieczoru rozminęły się, więc o wpół do siódmej wieczorem wsiadłem do taksówki sam. Było jeszcze widno, więc postanowiłem obejrzeć jakąś zabytkową bramę, którą widziałem (i sfotografowałem) dwa dni wcześniej, kiedy wracałem z pamiętnej eskapady po rower.

Pokazałem taksówkarzowi zdjęcie w telefonie komórkowym. Myślał, myslał, coś tam marotał, aż w końcu kiwnął głową, że wie o co chodzi. I zawiózł mnie. Nie tam gdzie chciałem, ale warto było, bo też okzałło fajnie. Trafiłem do parku (innego niż zamierzałem odwiedzić potem) w samym centrum miasta.

Na otoczonych ruchliwymi ulicami pełnymi wytwornych sklepów, jak duchy dawnych epok zajęci własnymi sprawami dawni mieszkańcy tej ziemi tworzą równoległą rzeczywistość.

Ci współczesni czytają o nich z rozłożonych na trawie marmurowych ksiąg.

Przygląda się im policjant, ale niezbyt groźny. Ot zwyczajny stróż porządku zajęty rozmową z kimś znajomym. To nie jest ten od prześladowania przeciętnych obywateli.

Ci zresztą najwyraźniej ciemiężenia nie dają po sobie poznać. Jak na całym swiecie, spacerują, bawią się, śmieją, obejmują, ściskają za rece, siedzą samotnie zamyśleni... Mogę przypuszczać, że cieszą się ze swojego życia. A zwyczaje i zabawy czasem zaskakują. Na skraju parku, na jednym z placów tarfiłem na... tańce.

 

Wprost na chodniku. Setki ludzi wirowały w takt muzyki serwowanej z głośników.

Na innym placu, po drugiej stronie ulicy dwójka młodziutkich konferansjerów prowadziła chyba jakąś imprezę promocyjną. Handel juz dawno wcisnął się wszedzie i reklamy oraz promocje stały się nieodłączną częscią  chińskiego życia.

Tego dnia jeszcze w kilku innych miejscach widziałem podobne imprezy. Od reklam mieszkań po samochody.

Chińczycy uwielbiają zabawy światłem i wodą. Podświetlane, ciekawie zaprojektowane fontanny oglądałem w wielu miastach. Tu, w Jaingyin też ich nie mogło zabraknąć

Ta, na sródmiejskim deptaku jest bardzo dynamiczna. Jej oświetlenie, wysokość oraz kształt strumieni, a nawet kierunek lotu wody zmieniają się co chwilę, przyciągając uwagę dorosłych i wzbudzając spontaniczne okrzyki zachwytu dzieciaków.

 

 

Jiangyin, 31.05.2009; 22:15 LT

 

czwartek, 28 maja 2009

 

Dziś rozpoczął się chiński długi weekend związany z Dragon Boat Festival – jednym ze świąt ważnych kiedyś, potem lekko zapomnianych na fali fascynacji Ameryką, a obecnie usilnie promowanym przez władze, by pielęgnować własne, a nie obce tradycje. Ponoć właśnie w tym roku święto to ma po raz pierwszy wyjatkowo uroczystą oprawę.

W moim chińskim epizodzie zaznaczy się ono przede wszystkim faktem, że ukradziono mi rower. Ktoś już dobierał się do niego przedwczoraj, lecz prawdopodobnie spłoszony nie zdołał sforsować zamka. Kupiłem nowe, mocniejsze zapięcie, które wystarczyło na dwie doby. Pan złodziej widać upatrzył sobie ów rower na dobre i nie zamierzał rezygnować, a ja durny zamiast zmienić miejsce parkowania, zainwestowałem w mocniejszą kłódkę.

Rozczarowany marnością ludzkiej natury powłóczyłem noga za nogą blisko dwa kilometry ze statku do hotelu. I tak długo się utrzymał. Pierwszy (pisałem o tym na blogu) ukradli koledze po trzech tygodniach. Po następnych dwóch z jednośladem pożegnał się drugi kolega. Mogłem liczyc na szczęście, ale rokład prawdopodobieństwa nie pozostawiał wątpliwości. Ja byłem następny w kolejce. I dziś sie dokonało.

Nie chciałem rano iść do pracy na piechotę. Nie dlatego, żebym nie lubił chodzić, lecz po prostu szkoda mi czasu. Musiałbym wychodzić znacznie wcześniej, a rano każda minuta jest droga. Dlatego postanowiłem zostawić w hotelu rzeczy i natychmiast pojechać po nowy rower.

Pamiętałem nazwę jedynego centrum handlowego jakie znałem. Łatwa dla nas: „Metro”. Nie wiem jak dla Chińczyków.

Kierowca jednej z taksówek na postoju trąbił już z daleka, bym wsiadł właśnie do jego samochodu, a ja zamiast wybrać takiego, który wyglądał najrozsądniej, wybrałem tego, który najgłośniej sie zachowywał. Trabił zresztą potem przez cały czas, czy trzeba czy nie trzeba (u Chińczyków rzadko nie trzeba), chyba bardziej niż dziecko cieszące się z nowej zabawki.

Ale najpierw  były negocjacje cenowe. Krótkie.

- Do „Metro”

- Trzydzieści yuanów.

- Ok

Kiedy zamknąłem za sobą drzwi i ruszyliśmy, pan kierowca kazał jeszcze ze trzy razy powtórzyć dokad chcę jechać. Nie nastrajało mnie to optymistycznie. Tym bardziej, że po chwili zatrzymał się przed barem „Obiedy kak u babuszki” by zasięgnąc pomocy. Sam bowiem znał jedynie kilka słów w języku powszechnie uznawanym za międzynarodowy. Do „Babuszki” wpadam czasami na smażone kalmary gdy jedzenie na statku mi nie pasuje. Zawsze sam, ponieważ mój kolega, jak powiedział, brzydzi się tam nie tylko jeść, lecz nawet wypić piwo.

Właścicielka lokalu również talentem lingwistycznym nie była lecz potrafiła sklecić kilka zdań na tyle, by móc się porozumieć.

Spytała dokąd chcę jechać.

- Metro – powiedziałem najwyraźniej jak potrafiłem.

- Me-tlo! – powtórzyła po na mysle pani od Babuszki.

- Me-t-ro! – powtórzyłem wyraźniej ja

- Me-ta-lo? – powtórzyła wyraźniej, ale z odrobiną wątpliwości pani.

Przez zebrany kilkuosobowy tłumek popłynęło szemrane: „metalo”, „metalo”, „metalo”...

- Nie metalo! – krzyknąłem

- Metanol?! - podchwyciła pani – Metanol? Restaurant?!

- No! No restaurant! Shopping center! – protestowałem, bo czułem że jeszcze chwila, a przekonają mnie, ze chciałem jechać do restauracji.

- Aaa! Shopping! – rozpromieniał kierowca i ruszył z piskiem opon. Zaskoczona „Babuszka” została daleko w tyle.

Na pierwszych światłach kierowca wyciągnął telefon komórkowy i wystukał jakis numer. Zapaliło się zielone, ruszylismy dalej, a telefon nie odpowiadał. Pan jechał prosto przed siebie, ale jakby nieco mniej pewnie. Spróbował jeszcze raz zadzwonić, lecz i tym razem bezskutecznie.

- Me-ta-lo? – upewnił się na wszelki wypadek.

- Metro – powtórzyłem załamany. Co mnie podkusiło, żeby wziąć właśnie jego? Tyle innych taksówek stało wolnych.

Pojechaliśmy jeszcze z minutę, a potem zatrzymalismy się na poboczu. Pan kierowca sprawiał wrażenie zafrasowanego, zaczął wystukiwać nastepny numer w komórce, ale moja cierpliwość się wyczerpała. Wyszedłem, ostentacyjnie trzasnąłem drzwiami i ruszyłem przed siebie. Pan kierowca zaczął krzyczeć, prawdopodobnie obiecując, ze dowiezie mnie do tajemniczego Metalo. Ja jednak całkowicie zluzowalem zawór bezpieczeństwa dając upust ciśnieniu wściekłości. Ciskałem nieprzychylne komentarze w nadwiślańskim dialekcie, bo przecież innego niż chiński usługodawca i tak nie znał.

Gdy ochłonąłem, zorientowałem się, że moja decyzja o trzasnięciu drzwiami była nieco pochopna, ponieważ staliśmy na jakiejś wylotowej ulicy z tego czteroipółmilionowego miasta i taksówek jakoś tam widać nie było.

Ruszyłem w stronę centrum na piechotę. Pan kierowca jechał wolniutko obok mnie i przez otwarte drzwi przekonywał po chińsku, zeby pojechać jego taksówka do Metalo. Ja ostentacyjnie wykręcałem głowę by nie patrzeć w jego kierunku, a wtedy on trąbił klasonem, żebym się nie rozpraszał. W końcu jednak dał za wygraną, przyspieszył i tyle go widziałem.

Po dziesięciu minutach marszu  dotarłem do jakiegoś większego skrzyżowania i tam złapałem taksówkę. Kierowca zaskoczył o co mi chodzi i po kilku minutach jazdy byliśmy na miejscu.

Wizyta w takim centrum handlowym odsyła w niebyt wspomnienia o Chinach jako kraju bardzo tanich towarów. Sklepy, przynajmniej te lepsze, nie kuszą już ofertami za „pół darmo”. Owszem, jest taniej niż w Europie albo Ameryce, lecz różnica nie rzuca już na kolana.

Potrzebowałem jakiś tani rower, bo służyć miał mi tylko do dojazdów na statek, a i to tylko do czasu, gdy znów mi go nie ukradną. Znalazłem całkiem fajny, przeceniony na 190 yuanów (1 yuan = 0,50 zł). Poprosiłem o niego.

- Przepraszam – zmartwil się sprzedawca znający język angielski – ale ten rower jest zepsuty.

- A po ile są nie zepsute?

- Po 290 yuanów

Po kilku minutach wyjeżdżałem już ze sklepu nowym rowerem. Zastanawiałem się, jak nim dojechać teraz do hotelu by po pierwsze nie błądzić zbyt długo, a po drugie nie dać się rozjechać na ulicach gdzie nie decydują przepisy ruchu lecz prawo silniejszego.

Gdy przejeżdżałem przez parking zatrąbił na mnie taksówkarz, kierowca minibusa. Z nieba mi spadł. Zapakował rower do tyłu i za dwadzieścia pięć yuanów dowiózł pod sam hotel.

Jiangyin, 28.05.2009; 23:45 LT

piątek, 22 maja 2009

W licznych dowcipach na temat wędkarzy pojawia się motyw starego buta, albo kawałka zlomu wyciągniętego na wędce zamiast ryby. Śmieszne to mniej lub bardziej, ale są miejsca, gdzie taka zdobycz jest przedmiotem pożądania.

W naszym kraju proceder zbierania złomu pozwala się utrzymać wielu osobom. Ponieważ jego zasoby są mimo wszystko ograniczone, często prowadzi on do zwyczajnego wandalizmu i złodziejstwa, gdy dla kilku złotych niszczy się wspólne mienie. Czasem naraża się innych na niebezpieczeństwo demontując druty rozmaitych systemów.

W chińskiej stoczni obserwowalem uwijających się każdego dnia złomiarzy, którzy krzywdy nikomu nie robili, a wręcz wykonywali pożyteczną pracę oczyszczając stoczniowe baseny.

Charakterystyczne sylwetki ich łodzi uwijały się wśród zacumowanych dookoła statków.

Ich załogi wyrzucały co chwilę przyczepione do lin magnesy i za ich pomocą przeczesywały dno. Najczęściej nie wyciągali nic poza jakimiś drobnymi, metalowymi odpadkami. Raz na jakis czas trafala się „gruba ryba” w potaci n.p. dość ciężkigo kawałka blachy, albo jak na zdjęciu poniżej fundamentu jakigoś masztu, czyli kawałka rury z czterema trójkątnymi węzłówkami.

Zastanawiałem się, patrząc na te ich połowy, jak bardzo zanieczyszczone musi być dno tego akwenu, gdzie od lat reperuje się statki, skoro skrywając przed pożądliwym wzrokiem swój inwentarz jest w stanie zapewnic utrzymanie całej flotylli poszukiwaczy zardzewiałego żelastwa. Pomyślałem też, że ekonomia jest częścią natury. Życie, chęć przetrwania, tak jak przekonywał dziadek Darwin, pcha żywe organizmy do zagospodarowywania coraz to nowych nisz. Ci, którzy z rozmaitych powodów nie załapali się na tradycyjną pracę, podjęli walke o przetrwanie zdobywając środki do życia w tak niekonwencjonalny sposób jak złomołówstwo (skoro jest rybołówstwo, to taka sama czynność w celu zdobycia złomu powinna się chyba nazywać  złomołówstwem)

Jiangyin, 22.05.2009; 06:25 LT

sobota, 16 maja 2009

W końcu nadchodzi finał. Jeszcze doba albo dwie i nasz wyremontowany statek odpłynie w dół rzeki Jangcy, by potem zahaczając o Koreę, przez Pacyfik podążył w kierunku Mississippi. Z jednej wielkiej rzeki na drugą...

Można byłoby się cieszyc z rychłego powrotu do domu, gdyby nie fakt, że oczekujące okresowych przeglądów jednostki są niczym mityczna Hydra. Ledwie opanujemy sytuację i zblizymy się do końca z jednym, a już pojawiają sie dwa nastepne. Stoją teraz tutaj trzy. Dwa planowane i jeden nowy nabytek. A dyrekcja wpadła na chwilę przyjrzeć się jeszcze jednemu. Byłoby cztery, a my już chyba całkiem przeszlibyśmy na dietę ryżową.

Mój dociekliwy kolega wykorzystuje rozmaite okazje by wyłuskać kilka chińskich słówek. W czeluściach zbiornika uczył go jeden ze spawaczy.

Kiedy już mu się wydawało, że nauczył się pisać do dziesięciu, na swieżym powietrzu ktoś inny pokazał mu zupełnie inne znaki. Okazało się, że ta pierwsza wersja to były cyfry zapisane fonetycznie, a nie cyfry jako takie. A może na odwrót? Sam już nie wiem, ale wspomniany kolega drążył temat tak długo, aż w notesiku gdzie zazwyczaj pojawiają się notatki techniczne, tym razem zagościł wyciąg z chińskiego elementarza.

Tak nauczyliśmy się liczyć do dziesięciu. To znaczy nauczył się byc może on, bo ja gdy  tylko nie patrzę w notesik, od razu wszystko zapominam. Tak zupełnie płynnie to chyba potrafię liczyć do jednego. No, może do dwóch.

  

Kiedy dyrekcja wyjechała, a groźba wyrośnięcia czwartej głowy statkowej hydrze została zażegnana, postanowiliśmy odetchnąć nieco i pójśc na kolację gdzieś do miasta. Przekonałem kolegów, by skorzystac z oferty Hotel International, ponieważ tam płaci się ryczałtem za całą kolacje i korzysta się z bufetu bez ograniczeń, a w odróżnieniu od tradycyjnych chińskich restauracji mają tam przecudny wybór  deserów. Owocom zanurzonym w czekoladowej fontannie, lodom o przeróznych smakach, puddingom i sernikom nie potrafię sie oprzeć.

Z pełnymi brzuchami opuściliśmy restaurację jako ostatni goście. Zegar pokazywał godzinę dwudziestą pierwszą. O tej godzinie życie kulinarne w mieście zaczyna zamierać. Na południu jest to nie do pomyślenia, ale nad rzeką Jangcy panują zupełnie odmienne obyczaje. Doświadczyłem tego pytając o koty.

- Jecie czasem koty?

Czytałem gdzieś kiedyś, że kocina jest bardzo droga i uchodzi za przysmak.

- Koty? Jak ja mógłbym zjeść kota? – oburzył się mój rozmówca. – Koty to takie miłe zwierzątka, nosimy je na rękach, głaszczemy... Jak można zjeść takiego miłego kotka?

Speszyła mnie moja ignorancja, ale okazało się, że jednak jakieś ziarno prawdy w owej wiedzy było.

- My kotów nie jemy – podkreślał po raz kolejny mój sąsiad przy stole – ale co innego ci z Kantonu. Oni jedzą wszystko! – stwierdził z pewną odrazą. – Nawet moskity!

Jako dopełnienie sytej kolacji wybralismy masaż. Tym razem masaż stóp, bo te zamkniete w obuwiu BHP bcierpią szczególnie po całodziennym bieganiu w upale.

Póltoragodzinny relaks z masażem kosztował 98 yuanów (około 50 zł) od osoby. Za tą cenę otrzymalismy pokój z telewizorem, wyposażony w trzy leżanki. Kelner przyniósł zielona herbatę, pomidory koktajlowe oraz pestki słonecznika. To był zestaw z urzedu.

A potem wniesiono zestaw do masowania pełen... ryb.

Należało zanurzyć tam stopy na dwadzieścia minut. Ryby wcale się nie ociągały. Wystartowały do konsumpcji (?) niemal natychmiast.

  

Dziwaczne uczucie. Relaks to chyba jednak nie był. Zrobił się potem, gdy przyszły z miednicami z gorącą wodą (ukrop!) panie masażystki. Ryby zostały wyniesione, a panie umyły nam nogi, po czym zaczęły smarować stopy i łydki rozmaitymi wonnościami. My w tym czasie oglądalismy w telewizji mecz, a potem najzwyczajnie się zdrzemnęliśmy. Obudzilismy się dopiero na stawianie baniek. Pamiętam bańki z domowej apteczki moich rodziców. Budziły zaciekawienie, ale i grozę, gdy oglądałem operowanie nimi na bazie płonącego denaturatu. Wtedy stawiano bańki na przerózne dolegliwości, ze szczególnym uwzględnieniem wszelkich przeziębień. Czułem się szczęśliwy, ze nie musiałem przez to przechodzić. Aż dopadło mnie w Chinach. Okazało sie jednak, że strach był absolutniue nieuzasadniony. Siedziałem z bańkami na podeszwach i nie odczuwałem żadnego dyskomfortu.

Potem znów była gorąca kąpiel w miednicy, żeby zmyć mazidła, a na koniec panie wyjęły młotki i zaczęły walić nas nimi po łydkach. Czułem się jak pies chau chau okładany pałkami przed przyrzadzeniem, żeby  mięso było bardziej krwiste. Krążenie z pewnością nam się poprawiło, ale jakiejś wielkiej różnicy po tej sesji nie zaobserwowałem. Zakładając oczywiście, że zdrzemnąć mogłem się także w stoczniowym hotelu.

Interesująca była jednak sama sesja. Ryby, młotki, bańki – ciekawe samo w sobie bez wzgledu na efekty.

Jiangyin, 16.05.2009; 23:55 LT 

niedziela, 10 maja 2009

W końcu nadszedł najwazniejszy dzień remontu. W miejsce starych, pociętych suwnic miały pojawić się bardziej wydajne, przeniesione z innego statku. Czekaliśmy na ten moment z dreszczykiem emocji, zastanawiając się, czy wszystko będzie pasować tak, jak sobie założyliśmy. Przede wszystkim jednak należało wielkie konstrukcje precyzyjnie ustawić na żadanej pozycji. Każda z suwnic waży ponad dwieście sześćdziesiąt ton, ma około dwudziestu pięciu metrów szerokości, a dźwig pływający powinien ustawić ją na szynach o szerokości stu pięćdziesięciu milimetrów.

Dźwig pojawił się około siódmej rano, wraz z rozpoczęciem dniówki.

Nasze suwnice, czekające na lądzie wydawały się przy nim karzełkami. \

Prawie trzy godziny trwały prace przygotowawcze – spawanie specjalnych uchwytów, doczepianie potężnymi szaklami piekielnie grubych lin, aż w końcu pierwsza z suwnic powędrowała w górę.

Z ciężarem na linie dźwig ruszył w kierunku naszego statku. Wkrótce stalowa konstrukcja zawiała nad nami.

Rozpoczęło sie powolne opuszczanie. Centymetr po centymetrze, bardzo spokojnie, żeby nie rozhuśtać unosu.

Najpierw należało z uwagą nakierowac suwnice tak, by zrębnice ładowni znalazły się idealnie pomiędzy nogami portala. Z każdej strony było mniej niż pół metra luzu. Kiedy nogi minęły pokrywę ładowni nie zawadzając o nic, wszyscy skupili się na ustawieniu kół jezdnych idealnie na szynach.

Na poniższej fotografii widać ustawione poziomo rolki prowadzące, które mają za zadanie utrzymywać koło jezdne przez cały czas na szynie. Powinny one oplatać szynę, utrzymując w idealnym przypadku nie więcej niż dwa milimetry prześwitu po każdej ze stron szyny.

Suwnica wahała się powolutku i trzeba było uchwycić moment, w którym można było opuścic ją tak, by żadna z rolek nie zawadziła o krawędź szyny, co równałoby się jej wyłamaniu.

Pomimo, ze ciężar ogromny, to jednak zawieszony w jednym punkcie może być nieznacznie przesunięty siłą ludzkich mięśni.

Najpierw dwa przednie koła, potem dwa tylne i udało się. Suwnica pewnie stanęła na szynach.

  

Teraz cała operację należało powtórzyć z drugą suwnicą. Było o tyle łatwiej, że byliśmy już pewni iż wymiarowo wszystko dokładnie pasuje do siebie.

Słońce już zachodziło kiedy zaczynał się finał tej drugiej operacji.

Trzeba było przyświecać już sobie latarkami by nie uszkodzić poziomych rolek prowadzących.

Punktualnie o dziewiętnastej również i druga z suwnic stanęła na szynach. Akcja zakończyła się sukcesem. Teraz zacznie się trwające kilka dni mozolne podłączanie zasilania i sprawdzanie poszczególnych funkcji w działaniu.

Jiangyin, 10.05.2009; 20:25 LT

 
1 , 2