Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
sobota, 31 maja 2008

- Drodzy goście! Życzę Wam błogosławieństwa Bożego i zapraszam zawsze do Bork, wierząc, że z tym miejscem  wiążą się Wasze najpiekniejsze przeżycia lat młodości – kończył nabożeństwo miejscowy ksiądz. Słowa jakby wprost dla mojego taty na zakończenie naszej długoweekendowej wycieczki. Cieszyłem się, że nasz przyjazd zbiegł się z odpustem w Borkach, a ten ze specjalną mszą odprawioną pod gołym niebem na parafialnym cmentarzu w intencji zmarłych. Było mnóstwo ludzi i niemal na każdym nagrobku paliły się znicze oraz stały kwiaty. Ludzie stali przy grobach swoich bliskich, a przy cmentarnym murze na polowym ołtarzu ksiądz odprawiał nabożeństwo. Tato, ja oraz mój kuzyn z żoną staliśmy przy grobie rodziców, brata i bratowej mojego taty.

Nasze wizyty tutaj zbiegały się ostatnio niemal wyłącznie z pogrzebami. Nie to, co przed trzydziestu laty, kiedy latem rodzina bliżśza i dalsza spotykała się tłumnie. Stare fotografie pełne są zbiorowych ujęć.

Posiedzenia pod rosnącymi na podwórzu kaszatnowcami przeszły do historii rodzinnych spotkań. Nikt wtedy nie liczył wypitych butelek wódki i pewnie nie liczył nawet biesiadników. Dziś z czterech kasztanowców pozostał jeden. Dwa spłonęły przed laty podczas wielkiego pożaru, a w trzeci uderzył piorun. Z ludźmi jeszcze gorzej. Z licznej rzeszy ówczesnych biesiadników pozostał już tylko mój tato, jego siostra i kuzynka. No i mój kuzyn, a taty bratanek – tyle tylko, że my wtedy oczywiście nie biesiadowaliśmy, aczkolwiek przeważnie bawiliśmy się gdzieś blisko. Ja ostatni raz byłem tu przed dziewiętnastu laty – na pogrzebie babci. Tato przyjeżdzał jeszcze dwukrotnie – na pogrzeb swojej bratowej, a potem brata. Ostatni raz pięć i pół roku temu. W końcu, jak za dawnych lat przyjechaliśmy tu tak po prostu, korzystając z wolnych dni. Szkoda tylko, że obecna podróż tak często wiąże się z określeniem „ostatnia”. Niemal przy każdym spotkaniu przewija się ten wątek. Bo nawet jeśli mój tato będzie na tyle zdrowy, żeby jeszcze kiedyś przyjechać tu po raz kolejny, to nie wiadomo, czy w równie dobrej kondycji pozostaną ci bardzo nieliczni z jeszcze żyjących. Próbowałem przerywać zwłaszcza te pożegnania przed daleką drogą prawdopodobnie bez powrotu, ale wydawało mi się, że moje słowa brzmią fałszywie. Może lepiej powiedzieć sobie kilka ciepłych słów o przeżytych wspólnie chwilach, a jeśli dobry Bóg pozwoli, powtórzyć je za czas jakiś, niż wbrew przekonaniu zapewniać się zdawkowo o rychłym ponownym spotkaniu bo tego wymaga rytuał? Straszym, żyjącym w zgodzie z naturą ludziom łatwiej jest oswoić śmierć niż nam, zabieganym wśród tylu spraw codziennie do załatwienia, bombardowanych non-stop medialnymi przekazami, nie akceptującym straty kwadransa, a cóż dopiero wieczności.

Wieś położona jest prawdziwie daleko od szosy – jak w pamietnym serialu. Pamiętam, że podczas najwcześniejszych moich tam pobytów wieczorami towarzyszyła nam lampa naftowa. Asfaltowy, główny trakt znajdował się dobrych kilka kilometrów dalej, Tu zaś królowały polne drogi, po których miejscowi chodzili boso. Maszerowanie boso do Kocka i mycie nóg oraz zakładanie butów dopiero na rogatkach miasta nie było niczym niezwykłym. To wszystko jeszcze w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku.

W ostatnich latach asfalt dotarł i do tej wsi. Od dawna nikt nie praktykuje juz chodzenia boso, a samochód w zagrodzie jest widokiem normalnym.

A jednak gdy przyjrzeć się bliżej... Jeszcze można zobaczyć relikty dawnych czasów.

Na łąkach wciąż, jak przed laty kopie się torf.

  

Stare chałupy jeszcze trzymające się tu i ówdzie między nowymi budynkami są wciąż malowane tak jak przed laty. Te same barwy, te same okiennice, drzwi. I tylko eternit na dachach zamiast słomianych strzech jakie pamiętam.

W chałupach zamieszkanych przez staruszków wciąż piętrzą się poduchy i koronkowe serwetki.

Na stołach stoją figury świętych, krzyże, a na ścianach wiszą obrazy o treści religijnej. Kiczowate, kupowane zapewne gdzieś na odpustach.

  

Pamiętam, ze w chałupie mojej babci (już jej nie ma niestety) również stały na stole w centralnym miejscu, na białym obrusie, krzyż oraz porcelanowe figury Pana Jezusa i Matki Boskiej.

Większość tego rodzaju zdjęć wykonałem podczas wizyt, przy których towarzyszyłem mojemu tacie.

Najmilej wspominam tę, którą złożyliśmy jego kuzynce Antosi. Antosia ma 83 lata. Tato 78. Są jednymi z ostatnich, którzy jeszcze żyją pośród nas.

- Poznajesz mnie? – Spytał tato w drzwiach.

- No cobym miała nie poznać! Władek!

Chwila na przywitanie, uściski pełne radości a potem nagle jej twarz skryta w dłoniach i łzy.

- Władek, kiedy przypomnę sobie te wszystkie czasy... To było jak wczoraj!

Lecz po chwili jej twarz rozpromienia się i widać jak cieszy się obecną chwilą. Jestem pod wrażeniem jej prostolinijności, pogodzenia ze światem i akceptowania zmian, lecz z zastrzeżeniem, że sama żyć będzie dalej tak, jak nauczono ją kiedyś.

- Ja to już tak po starodawnemu dociągnę. Mi wystarczy to co mam, A moje wnuki jak przyjadą i zaczną opowiadac o tych wszystkich rzeczach, to ja bym już nawet nazwać ich nie umiała. Ale ja tam wolę nasze dawne zycie. Kiedyś inaczej się żyło...

- Więcej czasu było i ludzie bardziej otwarci na siebie? – pytam

- Taaak – odpowiada zamyślona Antosia – A dzisiaj to wszyscy zapatrzeni w tę nagość w telewizji. Kiedy ja byłam młoda, to nosiłam sukienki o, tyle za kolana! A dziś? Dziewczyny pół nago chodzą. Ale dobrze, niech se chodzą. Niech robią tak, żeby było dobrze. Te ubrania, telefony, komputery, wielki świat. Wszystko się zmienia i trzeba żyć jak jest. I niech się wola Boska dzieje przede wszystkim.

Ta deklaracja zgody na wolę Boską i akcpetacja zmian pojawiały się jeszcze kilkarotnie przy innych tematach. Jakże pogodna i spokojna była ta staruszka, emanująca t.zw. życiową mądrością będącą domeną ludzi, którzy wiele przeżyli. Jakże odmienna od wojujących z całym światem moherowych beretów.

- Zimować to już chyba tu nie będę – mówi na odchodnem - Ta zima była lekka, ale nastepna nie wiadomo. Pojadę do córki, do Lublina. Zresztą zbieram się juz na drogę na tamtą stronę. Miejsce też już mam na cemntarzu w Lublinie. Nawet blisko będę miała stamtąd do córki i zięcia, zeby ich odwiedzać – śmieje się.

Ach, byłbym zapomniał... Oczywiście nie mogło się obyć bez oglądania zdjęć. Tyle, ze nie tyc starych (szkoda), lecz nowszych, bo przecież każdy chciał opowiedzieć o dzieciach, wnukach...

  

Gdynia, 25.05.2008; 23:50 LT

 

środa, 28 maja 2008

  

Cos tam skrypialo i piszczalo, ale dolecielismy... Przyjechalem na statek z malym opoznieniem. Trwala juz odprawa przed wyjsciem z portu. A teraz wlasnie odplywamy. Za niecale trzy dni bedziemy w Veracruz, w Meksyku.

Tampa, 28.05.2008, 01:00 LT

  

Mam cos ostatnio szczescie do awarii. Tym razem juz piec kwadransow czekamy na naprawe komputera w naszym samolocie majacym leciec z Waszyngtonu do Tampy.Pozwolili na opuscic samolot. O 1900 mamy wrocic i albo polecimy albo nie. Wolalbym zeby nie robili tej naprawy zbyt pospiesznie :)

Korzystając z przestoju pospacerowałem trochę ogladając rozmaite gadżety związane z kampanią prezydenką. Najbardziej podobała mi się koszulka z wizerunkiem osoby przerażonej możliwością wyboru Hillary Clinton na prezydenta.

Waszyngton, 27.05.2008; 1850 LT

sobota, 24 maja 2008

Jakoś nie zdążyłem zamknąć opisu majówki, więc pomimo, że jestem na majówce następnej, wracam do tej z początku miesiąca.

Poranek w Gnieźnie przeznaczylismy na wizytę w katedralnym skarbcu. Znajduje się tam całkiem pokaźny zbiór sztuki sakralnej. Między innymi mostrancje:

i relikiwiarze

Wśród nich relikwiarz głowy i relikwiarz ręki Św. Wojciecha ufundowane przez Kardynała Wyszyńskiego.

  

Następnie poszliśmy do samej katedry.

Uroczystości związane z 3 maja już prawie się zaczynały, więc nie moglismy podejść zupełnie blisko srebrnej trumienki zawierającej relikwie Świętego Wojciecha. Trzeba było przyjrzeć się z dystansu.

O Drzwiach Gnieźnieńskich w ogóle nie było mowy. Podobnie jak o wejściu na wieżę, która miała byc dostepna dopiero o trzynastej. Aż tyle nie chcieliśmy czekać. Wyszliśmy. Poranek był słoneczny, a katedra pięknie prezentowała się na tle bezchmurnego nieba.

Z Gniezna do Szczecina postanowiliśmy jechać częściowo drogami trzeciorzędnymi, żeby na „chybił-trafił” znaleźć coś interesującego. Wkrótce za drogowskazem kierujacym na wiejską szosę pojechaliśmy obejrzeć inny drewniany kościół, leżący troche na uboczu, w Łagiewnikach Kościelnych.

Tam dowiedzielismy się, że ów kościół w Łagiewnikach jest jednym z tuzina punktów wyznaczających Szlak Kościołów Drewnianych Wokół Puszczy Zielonka. Sławno, które leżało na tym szlaku przegapiliśmy, ale postanowilismy zobczyć kilka innych. Następne było Kiszkowo.

Tamtejszy, drewniany kościół nie miał może zbyt pięknej sylwetki, ale za to trafilismy na miłą panią opiekującą się świątynią. Pozwoliła nam wejść na chór, obejrzeć zabytkowe organy i przy okazji zrobić zdjęcie wnetrza kościoła z tamtej perspektywy.

Znacznie ciekawszy był kościółek w Rejowcu – trzeci, który dane było nam zobaczyć.

Mieliśmy szczęście, ponieważ trzeci maja to także święto kościelne, więc kosciół był otwarty pomimo braku mszy w tym czasie. Mogliśmy wiec zupełnie sami wejść na górę podobnie jak w Kiszkowie, i stamtąd przyglądać się temu pokrytemu już patyną czterech wieków wnętrzu.

Wieś tę bowiem, jak i kosciół załozył bowiem i ufundował w 1626 roku Andrzej Rey, wnuk słynnego poety Mikołaja Reja. Nie było, jak się potem miało okazać, ostatnie spotkanie ze śladami rodów wielkich, polskich poetów.

Nasza droga od dłuższego czasu daleka była od linii wyznaczającej przybliżony kierunek Gniezno – Szczecin. Wiła się teraz zygzakiem. Postanowilismy bowiem obejrzeć kolejny kościół. Tym razem w miejscowości Skoki. Ten z kolei odróżniał sie od innych wielkością oraz odmienną konstrukcją.

Szkoda tylko, że nie można było zajrzeć do srodka, ponieważ akurat trwał remont.

Nasza trasa była wciąż improwizacją, wiec kolejny drewniany kościół, jaki dane nam było zaliczyć nie należał juz do owego tuzina, tworzącego otwarty w bieżącym roku szlak. Być może znajdował się już zbyt daleko od Puszczy Zielonka, by być do niego włączonym, ale droga do niega była równie malownicza, ponieważ wiodła w znacznej części polnymi i leśnymi drogami

Tak dotarliśmy do Budziszewka.

Drewniana konstrukcja sprawiała interesujące wrażenie, a stojąca w pobliżu figura Matki Boskiej była z pewnością wyróżniającym tę świątynię elementem. Niestety, z powodu odbywającemu się właśnie przygotowaniu do I Komuni Św. Musieliśmy zrezygnować z dokładniejszego oglądania wnętrza.

Na zewnątrz zaś znaleźliśmy grób z inskrypcją pochodzącą prawdopodobnie z 1846 roku. Ta licząca ponad 160 lat płyta zafascynowała mnie przede wszystkim językiem. Takiego już od dawna sie nie używa. Ciekawe świadectwo historii naszej mowy, a także kultury.

Oststnim naszym przystankiem w tej okolicy miało być Rogoźno. Tam kościół okazał się byc murowany, lecz za to zupełnie nieoczekiwanie natknęliśmy się na grób najstarszego brata naszego wieszcza, Adama Mickiewicza. Czytałem niedawno niezbyt przychylny naszemu największemu poecie artykuł, sugerujący, że mistrz Adam nie miał wielkiego serca do wojaczki i świadomie nie przejawiał wielkiego zaangażowania w Powstaniu Listopadowym. Zupełnie inaczej niż jego brat Franciszek, odznaczony srebrnym Krzyżem Virtuti Militari, pochowany w Rogoźnie.

Z Rogoźna szerszymi drogami dotarliśmy do szosy wiodącej z Poznania do Szczecina i od Skwierzyny trzymalismy się już wyłącznie krajowej „trójki”. Kolację w postaci pizzy zamówilismy już po przyjeździe do domu.

Tchórzew, 23.05.2008; 23:50 LT

 

   

wtorek, 20 maja 2008

Najpierw była oczywiście „Noc Muzeów”. Chociaż czy mogłaby się równać z poarnkiem z Aniołem, leniwą kawą w łóżku, a potem, już przy stole, z takim śniadaniem, że aż dech zapiera? Różnica jedynie jest taka, ze teoretycznie taki poranek moglibyśmy zafundować sobie każdego weekendu, gdybyśmy tylko przestali liczyć się ze wszystkim i ze wszystkimi. A, ze tak nie jest, wciąż jest to dla nas duża rzadkość. Noc Muzeów jest jednak rzadkością jeszcze większą, ponieważ zdarza się tylko raz do roku.

Wszystkiego nie da się zobaczyć. Skoncentrowaliśmy się więc na dwóch obiektach. Najpierw odwiedziliśmy Muzeum Miasta Gdyni.

Dla mnie zawsze niezwykle interesujące było móc śledzić na kolejnych fotografiach jak rodziło się to miasto. Jak na pustym niemal brzegu, gdzie na skrzyzowaniu lokalnych, byle jakich dróg  dróg stało w szczerym polu kilka rybackich chałup, nagle zaczynają wyrastać ogromne domy, a w morze wrzynają się coraz głębiej konstrukcje pirsów. Znajomi opowiadali mi o dawnych protestach wsi Chylonia, która nie godziła się z administracyjną decyzją przyłączenia jed do Gdyni, ponieważ Chylonia od wieków była wsią większą.

Budowę nowego miasta śledzili także dziennikarze National Geographic, którzy napisali o polskich marzeniach budowy swojego Nowego Jorku.

Na mnie jednak w muzeum największe wrażenie podczas wizyty w muzeum wywarła projekcja fragmentu niemieckiej kroniki filmowej pokaującej walki o miasto, a nstępnie wkroczenie hitlerowskich wojsk do miasta. Ludzie stojący w bramach i w milczneiu przyglądający się kolumnom najeźdźców, swastyki na tych samych domach, które widzieliśmy w drodze na wystawę oraz ten jazgotliwy, propagandowy ton spikera. Dopełnieniem projekcji była ekspozycja. Dreszcz mnie przechodził kiedy czytałem ogłoszenia skierowane do mieszkańców Gotenhaven, jak przechrzczono Gdynię.

Skupiliśmy się wyłącznie na historii miasta, odpuszczając wystawy towarzyszące. A to dlatego, że w planach mieliśmy doatrcie na prelekcję o diabłach, aniołach, piekle, Raju, cnotach oraz grzechach, która planowana była w Oddziale Sztuki Dawnej Muzeum Narodowego w Gdańsku. Niestety, wizyta w Gdyni przeciągnęła się, a wbrew pozorom podróż pomiędzy obydwoma miastami nie zajmuje kilku minut. Kiedy dojechaliśmy na miejsce pogadanka właśnie się kończyła.

Ale i tak warto było tu znów się pojawić, by obejrzeć w pełnej krasie tryptyk Memlinga „Sąd Ostateczny”. Uwielbiam patrzeć na to dzieło. Najlepiej po obejrzeniu go z pewnej odległości, podejść zupełnie blisko i oglądać fragment po fragmencie. Zawsze odkryje się coś nowego, chociaż nie są to tak intrygujące odkrycia jak u Boscha.

Dwadzieścia minut po północy opuściliśmy gościnne mury i pojechaliśmy do domu. Podobało mi się. Jak wartościowa jest idea tej imprezy, świadczyły tłumy zwiedzających, w znacznej części mieszkańców a nie przyjezdnych. Optymizmem napawał też ogromny odsetek młodzieży w tym tłumie. Nie jest więc chyba tak, jak alarmują niektórzy, że dzisiejsza młodzież to niemal wyłącznie alkohol, seks, narkotyki, przemoc oraz brak zainteresowań. Jak świat światem każde odchodzące pokolenie mówiło w podobny sposób o następnym, a mimo to nasza cywilizacja jakoś się  rozwija.

Po muzealnej nocy miło było pospać prawie do jedenastej. Od dawna brakowało mi takich leniwych poranków, więc nie miałem żadnych wyrzutów sumienia. Korzystając z pięknej pogody, wybraliśmy się z Aniołem zwiedzanie Gdańska z perspektywy kajaka. W tym celu udaliśmy się do klubu wodnego „Żabi Kruk”, aby wypożyczyć odpowiedni sprzęt. Co prawda zanim tam dojechaliśmy zrobiło się pochmurno i wietrznie, ale my nie przejmowaliśmy się takimi drobiazgami. I już niedługo mogliśmy delektowac się nieco panoramą miasta dobrze znaną, lecz tym razem oglądaną z zupełnie innej perspektywy.

Mój Anioł dzielnie wiosłował i mogliśmy co chwile oglądać inne, przykuwające uwagę cele. Od zabytkowego  żurawia i słynnego parowca, Sołdka po gniazda kaczek i łabędzi oraz profesjonalny taniec jakiejś tajemniczej pary zaserwowany nam na moście, pod którym właśnie milismy przepłynąć

 

Troszeczkę, ale tylko troszeczkę wychłodzeni wsiedliśmy do samochodu, by wrócić do Gdyni. A tam w okolicach domu kolejna, choć nie planowana atrakcja: z zarośli wyłonil się najprawdziwszy... dzik

Dzik zdawał się zupełnie nie przejmować obecnością ludzi ani naszego auta. Spokojnie przespacerował się ulicą.

Nawet zechciał nam pozować do zdjęcia, kiedy znaleźlismy się zupełnio blisko.

Następnie zaś zawrócił i ruszył w zarośla pomiędzy budynkami.

Przyznam, ze nie codzień miewam okazję znaleźć się oko w oko z dzikiem, więc dla mnie to niedzielne spotkanie było bardzo inetresujące. Nie wiem jak dla dzika. Kiedy on pomknął w zarośla, my ruszyliśmy do domu, by tam dokończyć niedzielne lenistwo. I muszę przyznać, że bardzo się udało. Jak wszystko w czym towarzyszy mi Anioł. – do tego akurat już zdążyłem się przyzwyczaić

Gdynia, 20.05.2008; 01:10 LT

 

    

 
1 , 2 , 3