Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
czwartek, 31 maja 2007

            

Nad stocznią Zhoushan znów powiewa polska flaga.

Niewiele więcej mogę powiedzieć. Od kilku dni chodzę zmordowany jak pies. Wycieczki po zbiornikach, koferdamach, bieganina by dopilnować wykonywanych remontów. Apogeum wypadło chyba trzy dni temu. Inspektor postanowił zobaczyć tego samego dnia wszystkie osiemnaście koferdamów.

- Chyba nie wie na co się porywa – skomentowałem kiedy usłyszałem jego plan.

- Nie da rady – odpowiedział kapitan – albo nie zrobicie dziś wszystkiego, albo przejrzy tylko po łebkach.

Dał radę.

Dwa metry po drabince w dół, potem trzy metry w bok, trzy metry drabinką pod górę, osiem metrów na czworaka w korytarzu wysokim na jakieś sześćdziesiąt centymetrów, potem piętnaście metrów w dół studni, dwanaście metrów przeciskania się po dnie między konstrukcjami, czasem na czworaka w stojącej w niektórych miejscach obrzydliwej breji, a potem ta sama droga z powrotem. I tak osiemnaście razy. Najbardziej obrzydliwa było dla mnie brodzenie w tej zupie, w której mieszac sie mogły oprócz wody resztki jakiś ładunków, zwyczajnych śmieci, jak i co tu dużo gadać, uryny, bo dokerom pracującym w ładowniach w rozmaitych portach zamiast szukać toalety, prościej nasikać do takiej studni. Chwilami zastanawiałem się czy to co robię warte jest jescze mojej pensji, lat studiów i kapitaństwa. Z czasem myślałem jednak coraz mniej i kiedy przed dwudziestą drugą umorusany jak nieboskie stworzenie wylazłem z inspektorem z osiemnastego koferdamu, pot zalewał mi oczy, a wszystkie pozostałe zmysły też były już mocno przytępione. Powiedziałem tylko „zrobiliśmy to” i przyssałem się najpierw do zimnego piwa, a potem do coca coli. Potem zaś wziałęm prysznic i po przyłożeniu głowy do poduszki odleciałem natychmiast.

W następne dni było już lepiej ale nie na tyle, żebym kiedykolwiek, chociażby rano , poczuł się wypoczęty.

Nie mam nawet czasu usiąść i spokojnie napisać coś na bloga. Zanim więc dorzucę do mojej szuflady coś konkretnego, mały konkurs: co przedstawia poniższe zdjęcie? Dla ułatwienia podam, że zrobiłem je kilka dni temu tutaj, na wyspie Liuheng.

Temu, kto zgadnie wyślę po powrocie do Polski specjalnie zakupione tutaj chińskie słodycze albo płytę CD z chińską muzyką – do wyboru. Nie wiem jakie to będą słodycze albo jaka muzyka, bo jeszcze nie miałem okazji pochodzić po tutejszych sklepach.

Aha - na ewentualne odpowiedzi czekam do wtorku, 5 czerwca.

Wyspa Liuheng, 31.05.2007; 21:10 LT

sobota, 26 maja 2007

    

Po nocy spędzonej w hotelu w Zhoushan znajduję się na promie, który wiezie mnie teraz na właściwą wyspę.

 

Tym szybkim promem płynę do celu mej podróży. Jeszcze nie przestawiłem daty w telefonie komórkowym, więc na zdjęciu  widnieje o dzień wcześniejsza niż w rzeczywistości. Efekt lotu nad południkiem180° 

Bo tak na prawdę, to Zhoushan jest jedynie miastem – stolicą prowincji, na którą składa się tutejszy archipelag. Stocznia znajduje się na mniejszej wyspie przy osadzie tak maleńkiej, że nie jest (jak i sam zakład zresztą) zaznaczony na naszych mapach. Olbrzym otwarty dopiero dwa lata temu, przyjął zresztą nazwę nie od tej wyspy ani osady, lecz od miasta Zhoushan właśnie. To pewnie trochę tak jak z Hutą Katowice, która wcale w Katowicach się nie znajduje.

Mój organizm już zupełnie się pogubił, a moja świadomość razem z nim. Zaaklimatyzowałem się w Ameryce, a tu kolejna zmiana stref czasowych. Nie dość, że z wtorku zrobiła się środa pomimo, że  nie było między nimi nocy, to godziny zupełnie się mieszają. Zamiast dziewięć godzin do tyłu w stosunku do Polski, jesteśmy teraz o sześć do przodu. Kanada została piętnaście godzin z tyłu. Położyłem się spać w hotelu o wpół do drugiej w nocy, a obudziłem się za piętnaście piąta i już nie mogłem zmrużyć oka.

Rano, zaraz po śniadaniu, a przed opuszczeniem hotelu wyskoczyłem jeszcze do cukierni po ciasteczka. Potem już nie będzie tak łatwo je kupić. Przy okazji popatrzyłem sobie na ruch na ulicach. Zhoushan, mimo że główne miasto archipelagu, jest jednak prowincją i to widać po pojazdach. W Pekinie nie ma już chyba dziewięciu milionów rowerów, wbrew temu o czym śpiewała Katie Melua. Natomiast w takich miastach jak Zhoushan, trzymają się jeszce dzielnie pomimo wielkiej konkurencji skuterów i niemałej liczby samochodów. Oprócz normalnych taksówek, pełno jescze riksz i to zarówno osobowych jak i towarowych.

 

U góry:  Riksze osobowe ciągle mają się nieźle w Zhoushan. Jeździ ich tutaj tyle samo albo i więcej niż normalnych taksówek.

Na dole:  Riksze bagażowe też mają co robić, ale tutaj kurs nie trafia się co chwilę. Rikszarze czekają więc cierpliwie na klientów.

 

          

Kto zaś chce zaoszczędzić na transporcie, idzie pieszo używając tradycyjnych nosideł.

A ruch....tu panuja takie same reguły jak i w największych metropoliach czyli prawo silniejszego. Byłem dziś świadkiem jak kobieta na skuterze rozpaczliwie hamowała i próbowała utrzymać równowagę podczas manewru unikania czołowego zderzenia z limuzyną, która przy skręcie w lewo z bocznej ulicy nie dość, ze wymusiła pierwszeństwo, to jeszcze wjechała pod prąd na lewy pas ruchu, bo prawy był aktualnie zajęty, a na lewym chwilowo tylko skutery i rowery. Przypomniało mi się Jiangyin, w którym pomimo zielonego swiatła dla pieszych musieliśmy zmykać z pasów bo rozpędzone auta i trąbiące przeraźliwie klaksony nie pozostawiały wątpliwości, kto tu będzie miał pierwszeństwo. O niezawracaniu sobie głowy jazdą przez trzy czwarte obwodu ronda, kiedy można pojechać tylko jedną czwartą, chociaż z dawką adrenaliny bo pod prąd juz też kiedyś pisałem. No cóz, co kraj to obyczaj.

Przy śniadaniu w hotelowej restauracji przypomniało o sobie coś, co nazywam charkaniem. Nie wiem czy budowa anatomiczna przecietnego Chińczyka az tak odbiega od naszej, ale wygląda na to, że przynjmniej w kwestii gospodarki, za przeproszeniem, wydzielinami, różnimy sie znacznie. Dźwięk, który towarzyszy mi tu non-stop to charakterystyczne: „khhhrrrrr!”, po którym Chińczyk pozbywa się nadmiaru flegmy. Na ulicach po owym dźwieku następuje siarczyste splunięcie na chodnik. Dlatego staram się nie przyglądać zbytnio płytkom trotuarów. Wiadomo co na nich króluje. Na statku kilakrotnie przyłapałem stoczzniowców cichutko spluwających po takim charknięciu  na podłogę. Dobry obyczaj każe im wówczas wetrzeć ów produkt  butem w wykładzinę. W miejscach bardziej dystyngowanych, na przykład w restauracjach Chińczycy używają serwetek i zamiast na podłogę, spluwają do nich. Charknięcie jednak zawsze jest tak samo głośne i zmusza mnie do powstrzymywania napadów torsji. Właśnie dziś dobiegające w stereo charkanie od sąsiednich stolików do cna obrzydziło mi fajne skądinąd śniadanie.

Ale ja tu gadu gadu, a moja wyspa już niedaleko. Znów zaczyna się robota, znów nurkowanie w zbiornikach i wdrapywanie się na maszty. Znów wykłócanie o właściwą jakość napraw. I pewnie niewiele czasu na pisanie jak zwykle.

Zhitou Yang,  24.05.2007; 1000 LT

czwartek, 24 maja 2007

       

Kiedy jestem w Vancouver, odwiedzam zaprzyjaźnioną misję dla marynarzy. Dziś nie było na dyżurze Teusa ze swoją żoną. Było inne małżeństwo, ale obiecali, ze pozdrowią tamtych ode mnie. Świat jest mały. Jakiś czas temu dogadaliśmy się z Teusem, że mamy wspólnego znajomego w Liverpoolu.

Vancouver, Kanada i tutejsza misja przywołały znów wspomnienia najpiękniejszych wakacji, kiedy moje dzieciaki towarzyszyły mi podczas rejsu. Odwiedziliśmy tu tyle ciekawych miejsc... Kiedy dziś zadzwoniłem i powiedziałem słowo Vancouver, z ust Pauliny wyrwał się tak spontaniczny jęk zazdrości, że aż mi się przykro zrobiło. Zjechali ze mną wtedy kawał swiata, lecz ich serca pozostały tutaj.

- Wiesz tato, - powiedziała dzisiaj – ilekroć przechodzę koło jakiejś stolarni albo tartaku, gdzie czuje sie zapach drewna, natychmiast przypomina mi się Kanada.

Ech, wiele bym dał by móc powtórzyć tamtą podróż. Było nam wtedy tak fajnie razem. Ale cóż, nie wchodzi sie dwa razy do tej samej rzeki. Dziś, nawet gdybyśmy mieli taką możliwość, spędzalibyśmy czas inaczej. Moje dzieci to już nie dzieci, a ja już nie jestem ich jedynym autorytetem. Myślę jednak, że mimo zmian nadal byłoby świetnie. A z tamtej podróży... dobrze, że zostało nam przynajmniej tyle zdjęć.

Tutejsza misja to także reprodukcja pewnego obrazu, któremu zawsze długo się przyglądam ilekroć tu jestem. „Those, that go down to the sea in the ships, that do  business in great water”  głosi napis pod spodem. Nie jestem go pewien na sto procent bo cytuję z pamięci.

Niewiele widziałem marynistycznych obrazów oddziałowujących na moja wyobraźnię równie mocno. Dla mnie cała potęga sztormów jest zawrta w tej jednej scenie. Kruchość statku wobec żywiołu, który miota nim i zalewa, nadzieja jednych rozbitków i zwątpienie oraz strach innych, walka do końca tych, dla których burze to chleb powszedni.

Takim walczącym wbrew przesądzonemu już losowi jest widoczny na powyższym fragmencie oficer. Chief zapewne, dowodzący akcją opuszczania szalup, pełen energii i być może jedyny, który jescze nie zwątpił pomimo uciekającego spod nóg pokładu i lodowatych bryzgów wody.

Nad nim, na mostku, kapitan.

Spokojniejszy, ale to chyba spokój bezradnego czołwieka, który już wie, ze przegrał, lecz obowiązek każe mu nadzorować próby ratowania pasażerów i załogi do końca.

Ci, którzy znaleźli sie juz w szalupie, nie znajdą upragnionego ratunku. Jeszcze chwila i znajdą się w białej kipieli, gdzie ich łupinka jeszcze szybciej podzieli los statku. Jakaś fala przechyla go, więc szalupa niczym wahadło oddala się od burty. Marynarze próbują utrzymać ją. Ktoś chyba jeszcze ma zamiar do niej wskoczyć, lecz ci co już tam są nie czują się uratowani.

Najbardziej jednak moja uwagę przykuwa poniższy fragment.

Przelewające się przez pokład potoki wody i pasażerowie przytuleni do szotu nadbudówki, ich jedynego schronienia. Kobieta przerażona lecz jeszcze zdolna by walczyć o przetrwanie. Mężczyzna za nią już się poddał. Skulony, biernie czeka na rozwój wypadków.

A w środku, za drzwiami... inny świat. Pełne napiecia twarze, lecz światło i spokój. Nie ma wiatru, nie ma wody, nie ma akcji. To są aktorzy jakby z innego dramatu, chociaż też skazani na zagładę w ten sam sposób i wtym samym czasie. Byc może ten element robi na mnie takie wrażenie dlatego, że sam często ulegałem iluzji bezpiecznego miejsca, kiedy podczas silnych sztormów schodziłem na jakis czas do kabiny, gdzie przy kawie, lekkim filmie, albo głośnej muzyce próbowałem odseparować się psychicznie od wycia wichru, który działał na moja psychikę znacznie bardziej destrukcyjnie niż najwieksze nawet fale.

Oglądałem ten obraz w Vancouver tyle razy, a za każdym razem fascynuje mnie odkrywanie kolejnych detali. W końcu dziś zrobiłem zdjęcie i będę mógł w spokoju oglądać każdy fragment jeszcze nie raz.

Vancouver; 22.05.2007; 02:10 LT

 

*  *  *

A jednak Chiny. Wczoraj późnym popołudniem poznałem decyję dyrekcji, a teraz już siedzę w samolocie lecącym z Vancouver do Szanghaju.

Dwanaście godzin lotu, a potem jeszcze sześć godzin jazdy samochodem nie licząc promu i znajdę się na wyspie, w stoczni Zhoushan, gdzie czeka na mnie kolejny statek.

Przed chwilą zostawiliśmy za sobą wybrzeże Ameryki i czeka nas długa podróż nad pustkowiami północnego Pacyfiku.Dopóki wystarczy mi baterii, poczytam służbowe e-maile rzutem na taśmę odebrane na lotnisku, a potem książka i długi, mam nadzieję, sen.

W niebie nad wschodnim Pacyfikiem, 22.05.2007; 13:15 LT

P.S.

Dziwacznie dla nas to brzmi: wschodni Pacyfik jest u wybrzeży Ameryki, a zachodni na Dalekim Wschodzie.

poniedziałek, 21 maja 2007

    

Żyj chwilą... Czasem warto poświęcić dwa tygodnie dla takich paru minut. Dziś niedziela i na dodatek misja zakończona, więc skończyłem pracę nieco wcześniej. Zdrzemnąłem się wreszcie bez żadnych wyrzutów sumienia, a potem zrobiłem sobie kawę, posmarowałem pomarańczowym dżemem świeżutką bułeczkę i pusciłem na komputerze film o Janie Pawle II. Jeden z tych rocznicowych, które wożę z sobą od kwietnia i nie mam czasu aby obejrzeć.

W jego trakcie wyjrzałem przez bulaj, żeby sprawdzić czy już weszliśmy w Cieśninę Juan da Fuca i zobaczyłem przepiekny zachód słońca. Natychmiast wcisnąłem „pause” w komputerze i wyszedłem na pokład.

Widać było obydwa brzegi cieśniny, lecz ten należący do Wyspy Vancouver prezentował się ciekawiej. Mgły snuły się pasmami po sinych wzgórzach. Niebo gwałtownie czerniało gdzieś nade mną przynosząc lekki deszcz. Oczywiście towarzyszyła mu tęcza, bo słońce kończyło swą dzienną wędrówkę po nieboskłonie nie niepokojone przez żadną chmurę i oświetlało wszystko wyjątkowo intensywnie, złociście. Tęcza była za moimi plecami, więc nie mogła znaleźć się na fotografii, ale reszta została uwieczniona. Już chyba tu kiedyś pisałem, że wiem, że zachody słońca to kicz, ale ja mam jakiś taki niewybredny gust, że nie mogę im sie oprzeć.

 

    

 

         

 

Gapiłem sie więc do końca, dopóki górny skrawek tarczy nie skrył sie pod widnokręgiem. Potem wróciłem i dokończyłem oglądać film. Wkrótce po nim zaś pojawił się sygnał sieci w telefonie komórkowym i niemal natychmiast przyszedł sms od Anioła. Bardzo miły sms. Bardzo. Bardzo miły... Chwała wynalazcom komórek!

Tak sobie myslę, że kiedy jutro się obudzę, bedzie czekać tez na mnie wiadomość od dyrekcji. I chyba fajniej by było gdyby było to wezwanie do Polski. Bo jeśli do Chin, to z tego co mi podpowiada mój współpracownik mogę tam utknąć do połowy lata. Siedzieć w Chinach do połowy lata gdy w Polsce czeka mój Anioł, dzieciaki zaczynają wakacje, przydałoby sie skończyć wreszcie remont mieszkania.... Nie, to nie jest to, co tygrysy lubia najbardziej.

Juan da Fuca Strait, 20.05.2007; 22:50 LT

niedziela, 20 maja 2007

 

Nie wszystko udało mi sie całkowicie załatwić, ale większość i przede wszystkim najważniejsze rzeczy tak. W tej sytuacji cel mojej podróży na ten statek moge uznać za osiągnięty. Odpływamy Vancouver, Washington do Vancouver, British Columbia. Myślę, ze tam wysiądę ze statku i polecę dalej, tylko... dokąd? Opcje są dwie: albo Chiny albo Polska. Zadecyduje dyrekcja, więc nie zaprzątam sobie tym głowy. Po raz pierwszy od przyjazdu tutaj nie zaprzątam sobie głowy sprawami statkowymi. Jest tylko satysfakcja i luzik, bo póki co, problemy zostały za nami. Nowe pewnie sie wkrótce pojawią, bo czym byłoby zycie bez problemów, ale mam nadzieję nie wcześniej niz po weekendzie.

Oczy mi się kleją. Zeszło ze mnie powietrze, adrenalina i teraz, kiedy już jest spokój, pojaiwa sie senność. Znam doskonale to uczucie. Potrafię długo pociągnąć na wysokich obrotach, lecz brak bodźców to woda na młyn Morfeusza. Nie mam zamiaru z nim walczyć. Jeszcze więc tylko kilka zdjęć San Francisco robionych podczas wyjścia w morze, zanim całkiem sie zestarzeją.

Downtown San Francisco

 

Na pierwszym planie słynna wyspa i więzienie Alcatraz.

Golden Gate

 

Mapa podejścia do San Francisco.

 

Golden Gate za nami. Wychodzimy na ocean.

Vancouver, Wa. 20.05.2007; 00:15 LT

 
1 , 2 , 3