Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
środa, 31 maja 2006

              

Nic w tej transakcji sie nie układało. Najpierw wcięzko było spotkać się i dogadac u notariusza, aby podpisac umowę przedwstepną, a kiedy rzutem na taśmę w końcu się to udało, nagle przyszła najmniej spodziewana decyzja: odmowa udzielenia kredytu. Na dodatek zapadła ona po jakischs trzech tygodniach milczenia ze strony banku i w momencie kiedy niewiele czasu pozostało do zrealizowania umowy. Umowa przedwstepna mówiła, że ostateczną umowę należy podpisac najpóźniej 31 maja.

Widmo utraty zadatku stawało sie coraz realniejsze. Ale myliłby się ten, ktoby sądził, że zyska rodzina, która mi mieszkania miała odsprzedać. Oni tez juz zapłacili zadatek nastepnej rodzinie, która miała odsprzedać im swoje lokum. Na dodatek zapłacili znacznie wyższa kwote niż ja im, więc mimo zatrzymania mojej przedpłaty, sami i tak straciliby więcej niż ja. Nie było to przyjemna. A, tamci trzeci państwo tez już zdążyli wpłacić zadatek na nowe mieszkanie dla siebie. Prawdziwa reakcja łańcuchowa, albo raczej walące sie kostki domina.

Zaczęło się nerwowe szukanie innego banku. Mój pośrednik kredytowy robił co mógł, ale mimo optymistycznych perspektyw zaczynało brakowac czasu by zdążyć wszystko przeprowadzic od nowa w żądanym terminie.

Przestałem oglądać się na pośrednika i sam poszedłem do znanego z licznych reklam banku, który swój oddział miał jakieś sto pięcdziesiat metrów od mojego biura. Rozpatrzenie wniosku zajęło im trzy dni decyzja pozytywna. Dziś rano podpisanie umowy kredytowej, a wczesnym popołudniem wizyta u notariusza i umowa kupna-sprzedaży. Wyspecjalizowałem się w załatwianiu spraw rzutem na taśmę. Trochę nerwowo jak na transakcję, której skutki będę odczuwać do końca życia. Hm, mam cichutka nadzieję, że nie do końca życia i Pan Bóg da mi sie jeszcze nacieszyć czystą hipoteką. A stanie się to w połowie 2032 roku. Obejrzałbym oprócz obecnego, jeszcze sześć turniejów o mistrzostwo świata, sześć olimpiad letnich (i tyleż zimowych). Ludzie może będą już latać na Księżyc, a może i na Marsie zdążą postawić stopę? Ciekawe, jakie to będą czasy?

Spokojnie było potem. Dokończyłem pracę, a potem kupiłem gazetę i zamiast bagietki, zjadłem kolację na ciepło. Tak uczciłem dzisiejszą transakcję. Nie jest to lokum szczytem marzeń, ale ma jedną wielką zaletę - widok z okna na morze. Zawsze marzyłem o czymś takim. Szkoda jedynie, że moje okna nie wychodzą frontem na Bałtyk, ale nie ze wszystkim udaje sie trafić idealnie.

Gdynia, 31.05.2006, 23:55 LT

wtorek, 30 maja 2006

           

Zapomniałem o zelaznej zasadzie, ze nie wolno mi oglądać transmisji sportowych z udziałem naszych reprezentatntów. Zawsze zapominam. No i stało się. Chociaż z drugiej strony, mecz Polska – Kolumbia warto było oglądać choćby dla bramki strzelonej przez naszych rywali.Wiele rozmaitych goli juz widziałem, ale takiego, żeby bramkarz bramkarzowi kopnął przez całe boisko i strzelił bezpośrednio do siatki jeszcze nie miałem okazji zobaczyć. Trochę wstyd jak na drużynę, która jedzie z zamiarem powaznie powalczyć na mistrzostwach. Na czymś jednak optymizm trzeba budować. Jeżeli nie na formie to na znakach, podobieństwie sytuacji. Brazylijczycy z odwróconej piramidy wróżą sobie szóste mistrzostwo świata. A my? W 1974 roku na kilka dni przed mistrzostwami świata, w swoim bodajże ostatnim sparringu polska reprezentacja przegrała z klubową drużyną VfB Stuttgart 1:4. Tylko najwięksi optymiści wierzyli po tym meczu, że osłabiony brakiem Lubańskiego zespół będzie w stanie wyjść z grupy mając w niej za przeciwników Włochy i Argentynę.

Zobaczymy w przyszły piątek czy optymizm jest uzasadniony. O cholera! To znaczy, że nie będę mógł jechać od razu po pracy do Szczecina! Chociaż może dla dobra polskiej piłki powinienem. Chyba jednak nie wytrzymam. Obejrzę, a w trase ruszę dopiero po meczu.

A poza tym... zimny maj. Chodzą za mną słowa piosenki Kory. Gdyby nie samozaparcie wynikające z wiary w kalendarz, nie powinienem w ogóle bywac na Monciaku. A chodzę w przerwie obiadowej codziennie. Siadam w ogródku, jem tosta, pije kawę i próbuje czytać gazetę. Przychodzi mi to z trudem, bo gazetą targa porywisty wiatr i na dodatek zimnem wciska się pod marynarkę i koszulę. W takich warunkach powrót ze spaceru do ciepłego biura to prawdziwa przyjemność J

W pracy nie brakuje przede wszystkim pracy. Jak zwykle nie nadążam z ogarnięciem całości, ale od poniedziałku zaczynam działalność na wysuniętej placówce w... Szczecinie. Jeden dzień w tygodniu, tylko w poniedziałki, ale to oznacza, ze nie będę już musiał pakować się i wyjeżdżać w niedzielę wieczorem.

Jutro zaś... O tym napiszę jutro, żeby nie zapeszyć.

Gdynia, 30.05.2006, 23:35 LT

poniedziałek, 29 maja 2006

           

Papieska pielgrzymka przeszła mi jakoś obok. Interesowała mnie, ale nie miałem czasu, by móc obejrzeć spokojnie, w skupieniu. Łapałem fragmenty w radiu, w telewizji, ale były to tylko skrawki. Spokojniej mogłem obejrzeć coś dopiero wieczorem.

W czwartek praca. W piatek praca, ale przynajmniej potem transmisja radiowa słuchana podczas jazdy samochodem. Sobota to wyjatkowo napiety terminarz. Pobudka o szóstej rano. O siódmej msza za mamę. Potem zakupy, wizyta w szpitalu u taty, a po szpitalu cmentarz, bo przecież było tuż po Dniu Matki. Jak już tam byłem, to wypadało odwiedzić i pozostałe groby, a cmentarz jest rozległy. Parasola nie miałem, więc marynarka mi przemokła. Wysuszyłem się z grubsza, kiedy wróciłem do domu rodziców. Zjedliśmy z bratem obiad, a potem poszliśmy do innego szpitala odwiedzić kuzynkę. Ot, sobotnie rozrywki. Kiedy wróciłem do domu było już po siódmej. Włączyłem telewizor i zasnąłem na wiadomosciach. Obudziłem się po kilkudziesieciu minutach i zasiadłem do słuzbowej poczty, zeby zaległości od piatku nie narosły. Niedziela minęła w podobnym stylu. Może z tą różnicą, że spałem dłużej i, że zamiast o dwudziestej, wyjechałem ze Szczecina o dwudziestej drugiej, bo uparłem się, żeby przynajmniej ceremonię pozegnania papieża obejrzeć w całości.

Późny wyjazd odbił mi sie czkawką pod koniec jazdy, kiedy narastająca senność stawała się udręką, a dystans niecałych stu kilometrów do celu wydawał się zbyt krótki, by szukać hotelu. Zatrzymywałem się na stacjach benzynowych, robiłem głębokie wdechy na chłodnym powietrzu, otwierałem podczas jazdy okna w samochodzie, by było zimno, na postojach przymykałem oczy na kilka minut aby ulżyc powiekom, ale pomagało na krótko. Zmordowany o trzeciej nad ranem dojechałem do Gdyni. Niebo na wschodzie zaczynalo już jaśnieć. Pomyślałem, że to juz prawie wakacje. Przezornie pozostawiłem w piątek nie pościelone łóżko, więc pamiętam tylko, że się położyłem, a zaraz  potem był już sygnał budzika kwadrans po siódmej.

W mediach trwają podsumowania pielgrzymki, więc zrobię swoje własne, krótkie  podsumowanie i ja. Kiedy umierał Jan Paweł II wydawało mi się niemożliwe, byśmy jako naród przyjmowali w niedalekiej przyszłości innego z papieży równie serdecznie. Dzisiaj zaś wydaje mi sie to całkowicie naturalne. Myślę, ze w wielu sercach nastąpiła taka przemiana. Cieszę się, że tyle życzliwości spotkało z naszej strony Ojca Świętego. Jeszcze raz Polacy pokazali, że potrafią odnaleźć się jako wspólnota i budzić ogólny szacunek swoją wrażliwością, solidarnoscią, spontanicznością. Swoją dobrocią, umiłowaniem wyższych wartości, no i religijnościa oczywiście. W zwykłych czasach może nie najlepiej nam to wychodzi, ale przecież rok 1980, 1989, 2005, obecny oraz wiele innych pokazały, że potrafimy wykrzesać z siebie tę iskrę, która roznieca płomień tysięcy albo milionów serc. Teraz nikt nikogo na msze nie pędził, nie kazał stać pod oknem przy Franciszkańskiej albo moknąć na Błoniach. Duże wrażenie zrobiło na mnie papieskie oblicze, coraz bardziej rozluźnione i usmiechnięte, kiedy gość przekonywał się coraz bardziej, że nie ma do czynienia ze zwykłą kurtuazją gospodarzy.

Żałowałem jedynie, że Benedykt XVI nie próbował nawiązać sponatnicznego dialogu w innym, znanym dość powszechnie języku, na przykład angielskim. Widać było, że gorset odczytywanego z kartki krótkiego przemówienia po polsku staje się przyciasny, a przecież trudno wymagać aby nauczył sie naszego języka. Spotkania w oknie nie przerodziły się więc w prawdziwy dialog, a szkoda.

Znakomicie, że Polacy spontanicznie zaczęli skandować także po niemiecku. Niektórzy obawiali się, że ten język nie jest u nas w poważaniu, więc był to wymowny gest. Zastanawiałem się, dlaczego mimo wszystko paież nawet jednym słowem nie odezwał się w ojczystej mowie. Pomyślałem, że przyczyna może byc tylko jedna – budowanie kontrastu na Auschwitz, które to miejsce miało być jedynym gdzie zabrzmi budzący do dzisiaj dreszcze grozy w takiej scenerii teutoński akcent. Spodziewałem się, ze będzie to wygłoszone po niemiecku przemówienie, a tymczasem, była to... modlitwa. Czyż może być coś bardziej możliwego do zaakceptowania niż słowa modlitwy? Słów i oswiadczeń w Oświęcimiu padly już niezliczone ilości. Wciąż się ich oczekuje, ale czy można jeszcze dodać coś odkrywczego? Gdyby ode mnie to zależało, postawiłbym na mowę gestów. Cisza, skupienie, znicz od Ojca Świetego i jedne jedyne słowa modlitwy. O pokój, pojednanie i poszanowanie człowieka przez człowieka. Wypowiedziane po niemiecku. Tylko i wyłącznie. Odpowiednio wyreżyserowane mogłyby mieć ogromny wydźwięk.

Pozostaje otwratą kwestia, co zostanie w nas z nauli papieża. Na to odpowie czas. Czasu potrzeba, by na spokojnie przeanalizować to, co powiedział, a życie pewnie jak zwykle, ze od słów do czynów droga daleka. Dziś jednak przede wszystkim po raz kolejny w moim życiu rozpiera mnie duma, że pochodzę z tego właśnie kraju.

To nieporównywalne sprawy, ale chciałbym, żeby pożywki dla tej dumy dostarczył również czerwiec i lipiec. I też z akcentem niemieckim, też z podekscytowanymi tłumami, bo przecież po chlebie (duchowym) czas na igrzyska.

Gdynia, 29.05.2006, 23:10 LT

czwartek, 25 maja 2006

              

Pewności jeszcze nie ma, ale wszystko wskazuje na to, że żadne resztki komety spokoju nam nie zakłócą, więc można wrócić do bloga.

Dzisiejszy dzień to przede wszystkim początek wizyty papieża Benedykta XVI w naszym kraju.

Bardzo odświętnie, ale ja jakoś tego nie odczułem. Papież właśnie wylatywał z Rzymu, kiedy ja ruszałem do pracy, a potem juz tylko statki i statki. Spóźniłem się do domu na „Wiadomości”, więc czekam na „Panoramę” i dopiero po dwudziestej drugiej zobaczę pierwsze migawki i zarazem podsumowanie dnia.

*  *  *

I już po „Panoramie”. Niby cały program poswięcony temu wydarzeniu, lecz tak naprawdę pokazano niewiele. Być może dlatego, że wczesniej wszystko relacjonowano na żywo. W każdym razie trudno mi wyrobić sobie konkretną opinie na temat obecnej pielgrzymki.

Z ciekawostek zaintrygowała mnie papieska róża, którą podarować ma jutro Matce Boskiej Częstochowskiej Benedykt XVI. Róża ta ponoć miała być ofiarowana przez papieża Pawła VI w 1966 roku na millenium chrztu Polski, lecz ówczesne władze nie zgodziły się na wizytę zwierzchnika kościoła katolickiego. Najciekawsze, że Jan Paweł II przekazał ją do Muzeum Watykańskiego, a sam ofiarował inną. I teraz owa róża przybywa w darze od ich następcy tamtych papieży. Ciekawe czy Jan Paweł II świadomie kazał czekać pierwszej róży, by przywiózł ją kolejny biskup Rzymu?

Jutro znów dzień w pracy, lecz wysłucham popołudniowo-wieczornych relacji w radiu, w drodze do Szczecina.

Gdynia, 25.05.2006, 23:25 LT

środa, 24 maja 2006

Pojechałem rano do pracy, zjadłem kawałek sernika popijając kawą, pospacerowałem podczas przerwy obiadowej po Monciaku, wieczorem poszperałem w internecie, aż natknąłem się na pewien artykuł. Fragmenty poniżej.

W zaistniałej sytuacji nie ma sensu marnowac czasu na dalsze pisanie. Chciałbym podziękować wszystkim za odwiedziny na moim blogu i życzyć Wam przetrwania. Jutro, jeżeli nadejdzie, może być juz zupełnie inne. Bez internetu, telewizji, radia i nawet bez telefonów komórkowych. Będzie trzeba znów walczyć o odrobinę strawy i ciepłe ubranie.

Żegnajcie.

Albo do spotkania na blogu jeżeli będziemyu mieć szczęscie i nic się nie wydarzy.

Na wszelki wypadek dojem sernik i poczytam „Autostopem przez Galaktykę”.  

Co zdarzy się 25 maja 2006 roku? Być może planetarna katastrofa mająca swój początek w Oceanie Atlantyckim na skutek uderzenia średniego rozmiaru meteorytu. Przy takim założeniu seria gigantycznych fal, włącznie z mega-tsunami, wysokości prawie 200 metrów zrodzi się z serii podwodnych erupcji. Te wodne giganty zmniejszające się w miarę pokonywanej odległości dotkną większość wybrzeży atlantyckich leżących pomiędzy równikiem a zwrotnikiem raka. Ofiary 25 maja 2006 roku będą rzędu dziesiątków milionów. Liczba zrujnowanych ocalonych będzie stale rosła. Straty ekonomiczne będą ogromne, wykraczające poza dotychczasową skalę zniszczeń, jakie dotychczas dotknęły ludzka cywilizację. Północna Ameryka i Europa nie będą bezpieczne, lecz będą w mniejszym stopniu dotknięte rozmiarami dramatu. Zasięg obejmie inne odległe kraje.
Obiekt niebieski (kosmiczny) ledwie większy niż ciężarówka, lecz napędzany przez ogromną energię kinetyczną (jego prędkość będzie bliska 40 km/sek) uderzy w Ziemię po przejściu przez atmosferę grubości 80 kilometrów, a następnie głębię oceanu na 1500 metrach w miejscu, aby osiągnąć i wstrząsnąć strefą grzbietu środkowo-atlantyckiego rowu przecinającego z północy na południe powierzchnię Atlantyku. (...)

Przez stulecia kometa Schwassmann-Wachmann pokonywała setki okrążeń wokół Słońca, kiedy to pozostawała w całości. Odkąd nastąpiła jej fragmentacja w 1995 roku, stworzyła dwie elipsy okrążające Słońce. Oto, dlaczego fragmenty owe miały czas na odchylenie od siebie. W czasie mijania w 2001 roku, w tym samym miejscu na płaszczyźnie elipsy, Ziemia była w przeciwnym położeniu do obecnej pozycji. W tym roku Ziemia i kometa zachodzą na siebie orbitami niemal idealnie. [...] Widzimy dziś kometę 11 lat po tej niezrozumiałej fragmentacji, w niezweryfikowanym stanie rozproszenia. Nie znamy dokładnej liczby fragmentów. Ponadto mogą one być różnych rozmiarów. (...)

11 dni po zbliżeniu 14 maja 2006 kometa, a raczej jej fragment B, przetnie elipsę dokładnie 25 maja 2006 roku! Ale kometa przemieszcza sie szybciej niż Ziemia, i ponieważ porusza się po równoległej trajektorii, więc jakiekolwiek zagrożenie wydaje się bezpodstawne. Kometa powinna być jakieś 17 milionów kilometrów od Ziemi, kiedy przetnie jej orbitę przebiegającą dookoła Słońca. To jest mniej więcej tak jak pędzący pociąg, który mija nas, kiedy podążamy równolegle do niego. Nasze drogi się skrzyżują, ale nie przy tej samej prędkości, pociąg będzie daleko przed nami w czasie, gdy my dotrzemy do punktu skrzyżowania. Ale jest jedno "ale" - nie wszystkie wagony tego pociągu mogą przejechać do 25 maja 2006 roku. Poza tym cechą charakterystyczną tej komety jest niska moc świetlna tzw. luminescencyjność jej fragmentów, niemal jak gasnącej gwiazdy. Ujrzeć ją możemy prawdopodobnie od 3 dni do nawet tylko kilku godzin przed uderzeniem

Gdynia; 24.05.2006, 21:55 LT

 
1 , 2 , 3 , 4