Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
wtorek, 31 maja 2005

Najpierw miało być deszczowo juz od niedzielnego popołudnia, ale prognozy się zmieniły i deszcz przesunieto na poniedziałkowy wieczór, o czym jeszcze dziś rano informowała radosnie Trójka.

-W całym kraju będzie upalnie, około  trzydziestu stopni. Tylko na Pomorzu Zachodnim i w Wielkopolsce około dwudziestu pięciu – dwudziestu siedmiu, a nad samym morzem w Świnoujściu około osiemnastu...

Jeżeli tak, to nie ma sensu brać marynarki, pomyślałem. Zostawiłem ją w szafie, a wraz z nią klucze od biura, o czym przypomniałem sobie w połowie drogi. Na szczęście otworzyła mi pani sprzątaczka. Inaczej siedziałbym pod drzwiami pół godziny, bo ja jestem pracowity pracownik – przychodzę wcześniej i wychodzę później J

A potem zaczęło się chmurzyć, grzmieć, lunęło deszczem, a słupek rtęci niemal walnął o glebę, zatrzymując się na czternastu stopniach. Prawdę mówiąc, nie widziałem tego słupka rtęci, ale kiedy zziębnięty i przemoczony próbowałem dostać się do samochodu, ta sama Trójka podawała, że w Gdańsku właśnie jest czternaście stopni, więc w Gdyni pewnie też. Już przeprosiłem marynarkę i wisi gotowa do jutrzejszego wyjścia. Przynajmniej kluczy nie zapomnę.

Dzieciaki pożegnałem wczoraj wieczorem na dworcu autobusowym. Eskortowałem je jeszcze kilkanaście minut, aż do rozjazdu na rogatkach Szczecina. Ich autobus skręcił na południe, a ja na północny wschód. Jechało mi się wyjatkowo dobrze, głównie za sprawą radiowych audycji. Najpierw do północy słuchałem radia Bis i dyskusji o granicach posłuszeństwa wobec rodziców, a od północy w Trójce rozmów o poświęceniu się przy wychowywaniu dzieci. Nawet dodzwoniłem sie do studia, ale mój zestaw słuchawkowy był zbyt marnej jakości i dostałem propozycję: słuchawka do ucha zamisat zestawu albo rozłączenie. Wybrałem to drugie. Kiedy audycja się kończyła, dojeżdżałem do Gdyni i uświadomiłem sobie, że ani razu nie zatrzymałem się na kawę. Gdyby nie radio, narstająca senność nie pozwoliłaby mi na jazdę bez odpoczynku.

Przerwałem na chwilę pisanie, bo mistrz Leonard Cohen zaczął śpiewać jedną z moich ulubionych piosenek i musiałęm jej wysłuchać w skupieniu oparty w fotelu, z zamkniętymi oczami i z rękami skrzyżowanymi za głową.

Cała moja wczorajsza podróż kręciła się więc wokół relacji rodziców z dziećmi, co korespondowało znakomicie z moim nastrojem po świetnym weekendzie.

Pierwsza audycja dotyczyła zakazów i nakazów kojarzonych głównie z rolą ojca w rodzinie. Co ciekawe, wiele stosunkowo młodych osób (między dwudziestką a trzydziestką) dzwoniło bądź pisało o swoim buncie w wieku dojrzewania i o problemach ze zbyt surowym ojcem, któremu teraz, z perspektywy kilku-kilkunastu lat wyrażały swoje podziękowanie. Gotów byłbym popaść w kompleksy, bo ja nigdy takim surowym ojcem nie byłem i wskazywałoby to, że moje dzieci wyprowadzę na manowce. Na szczęście w życiu nie ma uniwersalnych recept. Ja wybrałem drogę dialogu i mam cichą nadzieję, ze okaże się skuteczna. Na filmach się udawało. Pocieszyła mnie jedna z wypowiedzi: „nie zbuduje się autorytetu zakzami i nakazami, których adresat nie rozumie”. Odetchnąłem z ulgą.

Trójkowa audycja traktowała o poświęceniu. Prowokowała. Moim zdaniem rozpamiętywać swoje poświęcenie dla wychowywania dzieci, to tak jakby opowiadać ileż to wyrzeczeń kosztował nas bal sylwestrowy – i wydatek na kreację i nieprzespana noc i rzeczywistość trochę inna od wymarzonej. Mieć i wychowywać dzieci to najwspanialsza przygoda. Ci, którzy to czują w ogóle nie zastanawiają się co „poświęcili”. Ci zaś, dla których dzieci z rozmaitych powodów stały się złem koniecznym, nigdy na prawdziwe poświęcenie się nie zdobędą. Świadczą o tym osamotnione, zapomniane dzieci, posiadające fizyczne rodziny, w których rodzice myślą przede wszystkim o sobie. Jak można w ogóle mysleć o jakimkolwiek poświęceniu gdy tyle dostaje się w zamian? Gdyby nie dzieciaki, nigdy nie poznałbym Muminków, których w swoim dzieciństwie nie przeczytałem, a dla naszych były żelazną pozycją i znaliśmy je wszyscy prawie na pamięć. Ile spacerów, zbierania liści, kasztanów, muszelek, kamyków... Ile wyklejanek, kolaży, rysunków... ile wyjść do kina i do teatru... Ile konkursów rozmaitych... I ile prześmiesznych głupotek tak charakterystycznych dla kilkulatków. Jedną z najzabawniejszych zafundowała mi w pewna niedzielę Paulina. Miała wtedy niecałe trzy lata. Zabrałem ją na mszę do szczecińskiej katedry. Chodzi, przygląda się ścianom, na której wiszą obrazy stacji Drogi Krzyżowej. Wpatruje się dłużej na jeden: „Jezus z krzyża zdjęty”. I nagle odwraca się do mnie, pokazuje go palcem i woła na cały kościół:

- Tata! Bozia się urwała!

Długo, długo by pisać co zawdzięczam dzieciom, a w ogóle nie sposób sobie wyobrazić jaki sens miałoby moje życie, gdyby ich nie było. Są moim sylwestrowym balem, wielką przygodą, podróżą w nieznane. Oby tylko nie przewróciło im się w głowach podczas buntu, przez który każdy nastolatek musi przejść i oby mogły cieszyć się zdrowiem. Reszta będzie ok.

 

Gdynia, 30.05.2005

00:13, searover
Link Komentarze (4) »
niedziela, 29 maja 2005

Ponieważ upał nie miał zelżeć, postanowiliśmy już rano uciec z miasta gdzieś nad wodę. Teoretycznie mogliśmy wybrać sie w to samo miejsce co wczoraj, czyli do Trzebieży, ale jak tu nie sprawdzić, czy gdzie indziej nie jest przypadkiem troche lepiej?

Wybór padł na Jezioro Miedwie. Nie było mnie tam wieki. Zostałem przyjemnie zaskoczony nadjeziorną promenadą, ale troche mniej czystością wody, która była aż mętna od glonów. Za to plaża, chociaż niewielka, to zadbana, bronowana. Wbieglismy do wody i... brrr, co za lodówa. Jaka różnica w porównaniu z wodą z Zalewu Szczecińskiego. Próbowaliśmy wmówić sobie, że wcale zimna nie jest i że tylko nam się tak wydaje, ale sugestia nie działała.

Poleżelismy na piasku, gdzie z każdą chwilą robiło się coraz bardziej gorąco, a woda nie zchęcała do odwiedzin. Dzieciaki poszły gdzieś się przejść, a ja zastanawiałem się, dlaczego rój muszek uparcie krążył nad moim plecakiem. Może trzebaby go wyprać?

- Rada Jedi ustaliła, że powinniśmy szukać cieplejszej wody gdzieś nad Zalewem. – wyrwał mnie z zamyslenia głos Tomka.

- Przychylam się do propozycji rady. Ruszamy natychmiast! Stepnica! Terra incognita! Moja stopa jeszcze tam nie stanęła!

Był to ostatni moment na opuszczenie piekła nad jeziorem. Piasek był już tak gorący, że prawie nie dało się iść boso. Po kilku minutach już mknęliśmy w strone Zalewu Szczecińskiego.

Pomysł był doskonały, bo po pierwsze Stepnica okazała się urokliwym, lekko zapomnianym zakątkiem, po drugie miała fajną plażę chociaż pozbawioną modnych „bajerów”, a po trzecie woda była o niebo cieplejsza niż w Miedwiu. Taplaliśmy się bez opamiętania. Gonitwy, łowienie małż, obserwacja pływającego zaskrońca, pływanie własne, oglądanie wodorostów.... A czas płynął. Wymoczeni do cna, wyszlismy by zjeść kanapkę i wkrótce odjechać, bo zrobiło się już dość późne popołudnie. Kiedy wracaliśmy, wskaźnik temperatury nad szosą koło Goleniowa pokazywał: temperatura powietrza +31°C, temperatura nawierzchni szosy: +48°C. Nic dziwnego, że nie dało się normalnie chodzić po plaży.

Wieczór Paulina, Tomek i Agnieszka (koleżanka Pauliny) spędzili w kinie. Ja w tym czasie siedziałem u rodziców. Kolejna wizyta pogotowia u mamy znów zmąciła nam kruchy spokój. Pozostaje mieć nadzieję, że bóle nie miały związku z właściwą chorobą. No cóż, „bilans musi wyjść na zero”, jak śpiewał Jan Kaczmarek z kabaretu „Elita”. Cieszyłem się z weekendu, to musiałem otrzymać jakąś kontrę.

A teraz, mimo nocnej pory, nadal dokucza nam ciepło i duchota na dworze. I... pieczenie pleców oraz rąk, co oznacza, ze chyba jednak przesadziliśmy z dawką słońca na początek.

Szczecin, 28.05.2005

01:45, searover
Link Komentarze (6) »
sobota, 28 maja 2005

Weekend jest wyjątkowo intensywny. Tak bardzo, że nie mam czasu na normalne pisanie. Nadrabiamy z dzieciakami straty po długim niewidzeniu się.

Gdzieś między wszystkimi subtelnościami trafiają sie zupełnie realne efekty wymiany myśli. Dowiedziałem się co nieco o rozmaitych możliwościach internetu, z których do tej pory nie korzystałem (nadeszły czasy, że to dzieci uczą ojców), przeszedłem krótki, intensywny kurs muzycznych preferencji aktualnych gimnazjalistów.

- Podoba ci się? – zapytały?

- Szczerze mówiąc, nie bardzo – odpowiedziałem

- Tomek, puść tacie ten numer jeden na płycie – zasugerwała z tylnego siedzenia (bo rzecz działa sie w samochodzie) Paulina.

- Dobrze. Tato, coś dla ciebie – usmiechnął się Tomek.

Z głośników popłynęły łagodne, ciche, kojace rytmy.

- Trochę to mi pościelówą trąci – zacząłem komentować – ale sami przyznacie, że słucha sie tego zupełnie inaczej niż...

I wtedy jak łupnęło! Całą mocą z głosników „łubudu” po wielokroć. Dobrze, ze szyby w aucie były opuszczone, bo pewnie by wypadły. Mną rzuciło o fotel, ale szczęśliwie kierownicę utrzymałem. Dzieciaki natomiast pokładały sie ze śmiechu.

- He, he. Ale śmieszne – fuknąłem po ściszeniu łomotu – Śmiejcie sie dalej to puszczę Wam coś z repertuaru Steni Kozłowskiej albo Waldemara Koconia.

I tak nie wiedzieli o kim mówię J

Przed wieczorem zaliczyliśmy pierwszą kapiel sezonu. W Zalewie Szczecińskim. Woda tylko początkowo wydawała się chłodna. Fajnie było, bo szliśmy długo, długo, mijając kolejne głębinki i mielizny, ale wciąż mając grunt pod stopami. A potem ścigalismy się do brzegu – raz płynąc, to znów biegnąc, by po chwili znowu płynąć gdy dno gwałtownie się obniżało. No i efekt jest. Nawet nocleg koleżanki z dawnej klasy Pauliny nie przedłuzył zywotności młodych organizmów. Odleciały w objęcia Morfeusza zaraz po pierwszych scenach „Drobnych cwaniaczków” Woody Aleena. Chyba ich nie przestarszyłem? W expose nawiązałem co prawda do wczorajszego nocnego seansu „Dziecka Rosemary”, który zapowiedziałem jako klasykę horroru i biedactwa ziewały, ale dzielnie czekały do końca w nadziei, że przez chwilę zobaczą na ekranie dziecię szatana.

- Wczoraj zafundowałem wam klasykę horroru, a dziś klasykę komedii z czym wiąże się nazwisko Woody Allena.

- Uuuu! – rozległo się z kanapy.

- Co?

- Jeśli na twojej klasyce horroru się nie baliśmy, to strach mysleć o komedii.

- Wasze myslenie jest poważnie obciążone pierwiastkiem kontestacji. A gdzie magia wielkich nazwisk? Roman Polański, Mia Farrow, Woody Allen. Proszę mi nie przerywać. Gasimy swiatło.

Głęboka cisza jaka zapadła kilka minut po rozpoczęciu seansu zaczęła mnie napawać odrobiną niepokoju. No co jest? Kompletnie nic nie łapią? Tylko ja się smieję? Spokój przywrociło mi jednak delikatne chrapanie dobiegające z kącika. Być może zasnęły z nudów, ale zawsze pozostaje odrobina nadziei, że to jednak wczesniejsze pływanie je zmogło.

                  

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Cichutko wyłączyłem film i dzięki temu mogę coś nowego dopisać do bloga, a nawet poszperać po sieci.

 

Szczecin, 27.05.2005

00:58, searover
Link Komentarze (4) »
czwartek, 26 maja 2005

Uwielbiam transmisje sportowe. Nie wszystkie oczywiście, bo na krykiecie na przykład się nie znam. Piłka nożna natomiast jest ponad wszystko. Do tego stopnia, że podczas finału mistrzostw świata w 1998 roku byłem z premedytacją seksem kuszony. Kobieca złośliwość w czystej postaci :) Ponieważ odmowa mogłaby być poczytana za nietakt oddałem się tym przyjemnym skądinąd zajęciom i tylko kątem oka zauważyłem w telewizorze jak Brazylia traciła bramkę. Oczywiście nie wykrzyknąłem wtedy "goooool!"

Oderwałem się jednak od właściwego wątku... Otóż z tymi transmisjami tak jakoś jest, że w jakichś 66% przypadków moi ulubieńcy zazwyczaj przegrywają kiedy ich oglądam (cud, że siatkarki zdobyły mistrzostwo Europy, ale chyba tylko dlatego, że kiedy w finale już wszystko wydawało się stracone, akurat telefon zadzwonił). Gdy oglądanie sobie odpuszczę, nasi od razu biją rekordy. A już Małysz to szczególnie jest podatny na moją obecność. W jedną sobotę nie oglądałem - wygrał! W Harrachovie to było. No to ja w niedzielę pół godziny przed rozpoczęciem transmisji fotel szykuję, piwo, orzeszki, kawę, ciastko, obrus wygładzam, sprawdzam czy drzwi zamknięte, czy woda zakręcona, przymierzam się do fotela z nogami na pufie, a Małyszowi akurat wiatr źle powiał.

Dziś miałem dylemat. Prosto z pracy, o 18:00 planowałem wyjazd do Szczecina. Oglądanie meczu nawet gdzieś po drodze, oznaczało przyjazd po północy. E, chyba sobie odpuszczę, pomyślałem. Usłyszałem w radiu, że od drugiej minuty Liverpool przegrywa 0:1, więc zająłem się słuchaniem muzyki. Nie wytrzymałem jednak i za Kozią Górą (to niedaleko Koszalina jest) zatrzymałem się "tylko na kawę". Wchodzę do baru, a tam skrót pierwszej połowy. 3:0 dla Milanu. Nie ma tego złego coby na dobre nie wyszło. Nie straciłem niepotrzebnie czasu - pomyślałem - bo emocji to tu już nie będzie.

Dopijałem kawę gdy zaczęła sie druga połowa. Kiks Dudka -przypadkowo odbił piłkę kolanem zamiast ją złapać. Zaraz będzie 4:0, pomyślałem, a jak się pospieszę, to spokojnie przed północą dojadę na miejsce. Wyszedłem. Jadę. Radio gra. WIadomości o dwudziestej drugiej...

- W finale Ligi Mistrzów AC Milan prowadzi z Liverpoolem 3:2 - informował spiker.

Coooo? Dobrze  że nic nie jechało z przeciwka. Cholera, może się zatrzymać? - myślę sobie. Nie skończyłem jeszcze myśleć, kiedy spiker podał, że juz jest 3:3. Hm, skoro tak, to nie będę się zatrzymywać. I dojechałem do domu o 23:53. Specjalnie czekałem w aucie do północy, żeby dowiedzieć się wyniku, bo obawiałem się, że przez te siedem minut nie zdążę wypakować rzeczy z bagażnika, dobiec do domu, otworzyć drzwi i włączyć radio w pokoju.

I takie miałem oglądanie oraz słuchanie. Trochę żal niesamowicie dramatycznego widowiska, ale pomyślałem sobie, że gdybym został tam pod Kozią Górą, to końcowy wynik brzmiałby 5:0 dla Milanu. A w ten sposób przechytrzyłem złośliwy los i wspomogłem Dudka. Bo sukces, jak wiadomo, zawsze ma wielu ojców :)

Szczecin, 26.05.2005

02:03, searover
Link Komentarze (5) »
środa, 25 maja 2005

Nie sądziłem, że aż tyle się tego nazbierało. Rozmaite rachunki za ostatnie dwa miesiące, plus korespondencja wymagająca uważnego przeczytania. Cały wieczór siedzenia nad papierami. Niemal jak dodatkowa praca w biurze. Jedyną przerwę zrobiłem na „Wiadomości” i „Prosto w oczy”. W ten sposób dowiedziałem się o planowanej za niedługo paradzie homoseksualistów w Warszawie. Wszystko wskazuje na to, że nielegalnej. Ktoś nazwał ją manifestacją na rzecz tolerancji, a to słowo mi bardzo bliskie.

Istnienie homoseksualistów nic a nic mnie nie obchodzi. Nie ma dla mnie znaczenia czy jest ich dziesięć tysięcy, czy dwa miliony. Liczy się człowiek, a co robi pod kołdrą to już jego prywatna sprawa. Mądra Wisłocka napisała kiedyś, że w łóżku normą jest to, co danej parze sprawia przyjemność. Nie ukrywam jednak, że o ile pocałunki lesbijek nie robią na mnie wrażenia, to faceci całujący się w usta wzbudzają u mnie odruch wymiotny. Podobny jednak odruch wzbudziła onegdaj we mnie pewna potrawa, zaserwowana w Meksyku jako jedyna przez żonę agenta, który zaprosił mnie do siebie do domu. Nie wypadało odmówić, więc przemogłem bunt własnych trzewi i kilka kęsów przełknąłem. Podobnie z całującymi się facetami. Ten ułamek sekundy wytrzymam, a potem zawsze mogę odwrócić wzrok od telewizora albo scenki ulicznej. Ponieważ jak sama nazwa wskazuje są oni mniejszością seksualną, w oczy jakoś mi się nie rzucają poza zdjęciami w gazetach i migawkami w telewizji, w odróżnieniu od obmacujących się na ławkach młodziutkich par heteroseksualnych, które także oburzają strażników moralności, a we mnie wzbudzają zazwyczaj uczucie zazdrości, że tyle jeszcze spontanicznych ławeczek i skwerków przed nimi.

Nie o tym jednak chciałem pisać. Jeden lubi się kochać siedem razy dziennie, a innego do orgazmu doprowadza naprawianie zmywarki do naczyń. Wolny wybór o ile nie szkodzi nikomu. Jeżeli już jednak z jakichś powodów, z inicjatywy zwolenników jak i przeciwników wywiązuje się dyskusja, to jaki ma ona sens, jeżeli nie nazywa się rzeczy po imieniu? Tymczasem w programie „Prosto w oczy” zastępca prezydenta Kaczyńskiego tak gorliwie zaklinał się, że brak zezwolenia na paradę nie wynika z niecheci do homoseksualistów, że tylko czekałem, kiedy się zagalopuje i powie, że ich kocha. Dla odmiany druga strona w osobie pani profesor (nazwiska nie pomnę, a późna pora nie sprzyja poszukiwaniom) zaklinała się, że w paradzie wcale nie chodzi o homoseksualistów, lecz o szeroko pojętą tolerancję. Doszło więc do przedziwnej sytuacji, w której pół Polski dyskutuje o prawie lub nie do przemarszu gejów i lesbijek, a okazuje się, że to jakieś zbiorowe urojenia, bo i organizatorzy i władze zupełnie co innego mają na myśli. Idźże się leczyć świrnięte społeczeństwo!

Cieszę się, że w przemarszu homoseksualistów wezmą udział i heteroseksualiści i niepełnosprawni i mniejszości narodowe. Podkreśla to naszą różnorodność i akceptację dla różnorodności. Chwała odważnym, którzy nie boją się iść z podniesioną głową mimo jawnej niechęci albo nawet wrogości licznych prawych obywateli. Myślę jednak, ze rozmieniają swoją odwagę na drobne, gdy pokojowy przecież marsz sami usiłują przedstawić jako manifestację na rzecz trochę inną, niż ta o której myslą. Niepotrzebny eufemizm.

Kompletnie niezrozumiała jest dla mnie postawa prezydenta Warszawy. Z jednej strony surowy zakaz i straszenie konsekwencjami jego złamania, a z drugiej brak cywilnej odwagi by powiedzieć: „Tak, osobiście uważam, ze homoseksulizm jest godny napiętnowania i dopóki będę prezydentem, nie pozwolę na publiczne ich manifestacje w tym mieście”. Być może następnego dnia nie byłby już prezydentem, a być może... ludzie nabraliby szacunku dla jego bezkompromisowości i notowania by polepszył. Tylko jak porwać sie na taki test przed samymi wyborami? Na dwoje babka wróżyła. I posadki prezydenta żal i ewentualnego zwycięstwa w jeszcze ważniejszych wyborach. Lepiej więc kluczyć, plątać się w uzasadnieniach, wysyłać na pożarcie przed kamery swojego zastępcę. Wszystko po to, by w razie czego powiedzieć potem „dziennikarze mnie źle zrozumieli”. Najbardziej żałosne jest to, że obrana metoda jest żywcem przejęta z komuny, z którą dzisiejszy prezydent stolicy tak zażarcie walczył. Pan Kaczyński uzasadnia swą odmowę troską o uniknięcie ewentualnych rozruchów w mieście. Wygląda więc na to, że jest (przy zachowaniu wszelkich proporcji) gorliwym uczniem generała Jaruzelskiego, który stan wojenny i zdelegalizowanie Solidarności tłumaczył również troską o uniknięcie rozruchów, tyle że w całym kraju. Jeżeli tak wielka jest obawa przed rozruchami, to dlaczego pozwolono na zorganizowanie w Warszawie pamiętnego szczytu, przed którym zabijano sklepowe wystawy sklejką, ludzie wyjeżdżali z miasta bo atmosfera była niemal jak na froncie, a atak antyglobalistów prawie pewny?

Nic mi do poglądów pana Kaczyńskiego. Szanuję je, bo to jego święte prawo - mieć swoje zdanie. Tylko dlaczego on mnie nie szanuje? Traktuje jak półgłówka, z którym nawet nie ma sensu rozmawiać i można mu wcisnąć byle jaki kit.

I żal, że takie reguły gry zaakceptowali i zastosowali również organizatorzy kłopotliwego marszu.

Gdynia, 24.05.2005

01:20, searover
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6