Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
sobota, 23 kwietnia 2011
VIDEO 

Wszystkim odwiedzającym „Moją Szufladę” życzę spokojnych, radosnych i pełnych nadziei świąt. Dla Chrześcijan to powinno być przede wszystkim przeżycie duchowe, lecz chyba nie bedzie świętokradztwem, jeżeli złożę Wam także życzenia dobrego odpoczynku, zwłaszcza przy pięknej pogodzie jaka nam się szykuje. Sobie właśnie odpoczynku życzę przede wszystkim. Może wreszcie się wyśpię...

Sopot, 23.04.2011; 19:25 LT

czwartek, 21 kwietnia 2011

Jak niewielki dystans dzieli wielkość od śmieszności. Jak niewielka różnica między geniuszem a obłędem. Może właśnie dlatego największe dzieła tworzyli artyści na granicy a może wręcz pogrązeni w chorobach psychicznych, uzależnieni od srodków psychotropowych, niewolni od rozmaitych fobii, natręctw i wszelkich innych dziwactw.

W jakim stanie naprawdę tworzył Witkacy? Czy słynne „Słoneczniki” van Gogha powstałyby gdyby umysł artysty pracował na tyle jasno, że ów człowiek nie obciąłby sobie ucha? Czy chociaż połowa słynnych obrazów impresjonistów miałaby szansę powstać gdyby nie „zabwienne” działanie absyntu? Mozart przehulał swoje życie kończąc jako bankrut w zbiorowej, bezimiennej mogile, a jednak (dzięki temu?) pozostawil po sobie cały muzyczny skarbiec, nawet na łóżu śmierci tworząc poruszające do dziś „Requiem”.

Projektanci mody to także artysci (bo przeciez nie rzemieślnicy) i jak każdy wrażliwy umysł stąpają po owej ciekiej linie. Do takich należy niewątpliwie rodzina Versace.

Gianni, dziś miałby 65 lat gdyby nie dosięgła go przed domem kula mordercy.


Prawie jak Johna Lennona. Versace zresztą był dla świata mody tym, kim Lennon dla muzyki. Tyle tylko, że Lennona zabił szaleniec, a słynnego projektanta prawdopodbnie zawodowy gangster regulujący porachunki mafijne.

Geniusz Gianniego pozwolił mu w wieku poniżej trzydziestu lat wdrapać się na szczyty świata designerów, co na początku lat siedemdziesiątych nie było jeszcze takie powszechne. Yuppies zawładnęli światem dopiero jakąś dekadę później. Oczywiście początkowo, jak to zazwyczaj bywa, projektował dla innych, lecz wkrótce zaczął tworzyć własne kolekcje, a ośmielony ich sukcesem w 1978 roku otworzył w Mediolanie pierwszy butik pod marką swojego nazwiska. Po jego kreacje szybko zaczęły sięgać największe gwiazdy show businessu jak chociażby Elton John, czy Jennifer Lopez.


Strzał gangstera nie powalił firmy. Logo z głową Meduzy zostało  przejęte przez siostrę Gianniego, Donatellę. Jeżeli to nie są geny to co? Co kazało siostrze realizować się w projektowaniu ciuchów? A były to niebylejakie kolekcje, jeżeli marka tylko się umocniła. Taka na przykład kolekcja Versus to wyłączne dzieło siostry założyciela firmy.


Oczywiście Versus to nie tylko ciuchy, lecz także i gadżety jak n.p. okulary albo perfumy. Dziś żadna szanująca się marka nie zamyka się w branży wyłącznie odziezowej. Nazwiska znanych projektantów, tak samo jak na wybiegach i w butikach, pojawiają się także na półkach najlepszych perfumerii.

Czy tak oszałamiająca kariera może przynieść szczęście? Wydaje się, że tak, lecz to mogą być jedynie złudzenia. Szczęście to przede wszystkim akceptacja siebie samego. Można być powszechnie uznawanym za beznadziejną personę, ale pozostać szczęśliwym będąc przekonanym o własnej doskonałości. Może dlatego żenujące zachowania kiboli o łysych głowach i szerokich karkach, niezrozumiałych dla przeciętnego człowieka, im samym dają powód do dumy oraz samozadowolenia? I odwrotnie – ktoś, którego trescią życia stało się upiększanie (szata chyba mimo wszystko, wbrew przysłowiu, trochę człowieka zdobi) ludzi, paradoksalnie sam nie akceptuje swojego wyglądu. To, co w normalnych dawkach dodawało smaku urodzie, Donatella Versace z całą powagą sprowadziła do absurdu. Uzależniona od opalania, dawkując je bez umiaru zniszczyła swoją skórę. Spustoszenie spotęgowała anoreksja, a ponieważ do ideału w rozumieniu projektantki wciąż było daleko, sytuację miały poprawić kolejne operacje plastyczne. Efekt był koszmarny.


Pisałem o genach. Czyżby i w tym przypadku? Allegra, jej córka i ulubienica wielkiego Gianniego, podobnie jak matka zmaga się z anoreksją...


Gdzie przebiega wspomniana wcześniej granica między obłędem a geniuszem? Jak to możliwe, by katując niemiłosiernie własne ciało, jednocześnie tworzyć piękne stroje, zmysłowe perfumy, niezwykłej urody gadżety, by cieszyć zmysły swoich klientów? Widać mozliwe. Nie takie paradoksy świat widywał, ale jednak trochę szokuje.

Sopot, 21.04.2011; 23:45 LT

P.S.

Wszystkich czytelników zniesmaczonych bądź zniechęconych nagłą zmianą tematyki mojego bloga uprzejmie informuję iż było to podyktowane wyłącznie względami koniunkturalnymi (cóż, "business is business"), a ściślej konkursem z pięknym czerwonym notebookiem do wygrania w połaczeniu ze sponsorowaną wizytą w miescie Łodzi, gdzie nigdy nie byłem (pomijając przejazd samochodem), więc mógłbym dorzucić jakieś wrażenia z podróży. Ponieważ konkurs właśnie się zakończył, uprzejmie proszę o zaprzestanie ostentacyjnego klikania na inne strony - już więcej nie będę i obiecuję, że wszystko wróci do normy.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

W Trójmieście przyroda budzi się po zimowym letargu. Pąki na drzewach zwiastują rychłą, świeżą zieleń. Tymczasem w Szczecinie już zupełnie inny świat. Tam wiosna już dawno wybuchła tysiącami kwiatów. Oczywiście nie mogło zabraknąć magnolii – symbolu tego miasta.

Wiosna w Szczecinie 01

Wiosna w Szczecinie 03

Oprócz magnolii jednak większość parków i skwerów pełna jest kwitnących na biało, różowo albo żólto krzewów oraz drzew. Wygląda to bajecznie... Nie mogłem więc odmówić sobie przyjemności ustrzelenia kilku fotek. Już wyjeżdżałem w podróż powrotną do Gdyni, ale zatrzymałem się na chwilę w kilku miejscach. Przywilej obecnej pory roku. Potem nawet latem nie będzie już tak pięknie. 

Wiosna w Szczecinie 04

Wiosna w Szczecinie 02

Wiosna w Szczecinie 06

Wiosna w Szczecinie 05

Gdynia, 18.04.2011;  00:15 LT

piątek, 15 kwietnia 2011

Ilekroć jechałem samochodem ze Szczecina do Gdyni, z przyjemnością ogladałem ogromne banery reklamowe „Big Stara” na jednym z wieżowców Koszalina. Lokalizacja była wyśmienita. Gierkowski punktowiec stał naprzeciwko skrzyżowania z sygnalizacją świetlną i był to jeden z tych rodzajów świateł, które nie irytowały. Bywało, że odczuwałem nawet pewien niedosyt, bowiem zdjęcia były dobrane perfekcyjnie do wolnej przestrzeni na budynku, a ich tematyka z lekkim, bardzo subtelnym echem erotyki dostraczała paru chwil przyjemności w oczekiwaniu na zielone światło.

Jakież było moje rozczarowanie, gdy przejeżdżając tam niedawno ujrzałem ów blok już bez „Big Stara”. Świat od razu poszarzał, a ja na dodatek nie wiedziałem co ta, jedna z najlepiej rozpoznawalnych polskich marek obecnie proponuje. A proponuje, jak się okazuje, kolekcję opisaną dwoma słowami: CITY oraz ACTIVE.


Czyli wszystko jasne. Jeansowe ubrania dla aktywnych ludzi spędzających lato w mieście.


Aktywności sprzyja przede wszystkim wygoda i tak też jest z ową kolekcją. Ma byc przede wszytkim swobodna i wygodna. Inspirowana przede wszystkim latami 70-tymi, a nawet okresem nieco wcześniejszym dopuszcza zarazem łączenie ze sobą rozmaitych fragmentów garderoby, które firma zresztą  produkuje w szerokim wyborze.



Miasto nie ogranicza się jednak tylko do ulic i budynków. Młodzi ludzie są aktywni także i na plaży, chociaż najwyraźniej wpadli tam jedynie na chwilę.

No właśnie. Młodzi. Marka wciąż lansuje produkty dla ludzi w wieku studenckim jakby zapominając o tych, którzy będąc w podobnym wieku gdy firma rozpoczynała swą ekspansję w Polsce kupowali na potęgę produkty opatrzone symbolem białej gwiazdy. Dziś wciąż robią to z przyzwyczajenia. A w katalogu nic dla nich nie znalazłem. Na szczęście jeans jest uniwersalny. Dla młodych duchem także.

Gdynia; 15.04.2011; 00:35 LT

wtorek, 12 kwietnia 2011

Tylu „kurew” co dziś na koniec dnia pracy, dawno już nie usłyszałem, o ile w ogóle kiedyś...

Wczoraj skończyłem „obrabiać” służbowe sprawy o północy. Poszedłem spać o wpół do drugiej, nastawiając wcześniej budzik na piątą, bo planowałem być w pracy krótko po szóstej. Miałem do zrealizowania parę pilnych spraw księgowo-administracyjnych, na które w natłoku e-maili podczas codziennej bieganiny zazwyczaj nie ma czasu.

Zdążyłem zrealizować większość, ale od dziewiątej (czyli od teoretycznego początku dnia pracy) telefony rozdzwoniły się na potęgę. Zakazałem łączenia rozmów do mnie o tej porze, ale są takie, którym się nie odmawia. Dzwonią też pracownicy, którym akurat świat wali się na głowę i nie mogą akurat teraz myśleć o rozkładzie dnia. Każdego trzeba wysłuchać, zkażdym zamienieć przynajmniej parę słów, a czas płynie.

Potem zaczynają się umówione meetingi. Najpierw poranny, codzienna odprawa po przeczytaniu e-maili z nocy. Teoretycznie powinno się zakończyc go w trzy kwadranse, ale dziś rozrósł się do półtorej godziny, bo spraw podczas weekendu pojawiło się mnóstwo. Kiedy wychodzę, czekają juz dwaj kapitanowie. Jeden na interview aby przyjąć się do pracy, drugi zaś na odświeżenie firmowych procedur przed wyjazdem. W chwilę później pojawia się trzeci. Właśnie przyleciał z Rumunii. On także szykuje się do wyjazdu, Żonglujemy „treningami”. Ten tu, ten tam, ustalamy rozkład dnia na jutro, a w międzyczasie telefony wciąż dzwonią. Kiedy pojawia się chwila, idę coś zjeść, ale podczas spóźnionego lunchu odpowiadam na pytania i wątpliwości podwładnych, bo im też dzisiaj sypnęło sprawami nie cierpiącymi zwłoki. Z kolejnego telefonu dowiaduję się o kolejnej wizycie. Jeden z naszych statków stoi w Gdańsku, więc to dobra okazja aby kapitan i chiefowie odwiedzili biuro. Tym bardziej, ze to nie są Polacy. Dwóch Norwegów i jeden Filipińczyk. Na koniec mamy zaprosić ich na kolację. Nie mam czasu, ale nie mam też większego wyboru. Idziemy. Co za dzień! Nie dość, że nie ma czasu usiąść na dłużej za biurkiem (pomniejszone przez weekend zaległości znów gwałtownie narastają), to jeszcze ta restauracja zupełnie po godzinach pracy. A w restauracji telefon od mojego szefa, dyrektora dyrektorów – wyjechał na jeden ze statków więc pępek świata przeniósł się tam.

- Gdzie pan jest? Widział pan mój e-mail? Ile mam czekać na odpowiedź?

Próbuję rozmawiać normalnie, lecz na próżno. Szef się najwyraźniej rozkręca i łapie drugi oddech.

- Panie! Ile pan maili dostajesz na swoją skrzynkę? Pięć? Sześć? Tak trudno odpowiedzieć na moje?

To dowodzi jak bardzo szef oderwał sie od rzeczywistości. Ze zwykłej ciekawości policzyłem po powrocie do biura. Od rana do dziewiętnastej nadeszło ich siedemdziesiąt jeden. Na każdy trzeba jakoś zareagować. Ale przede wszystkim, trzeba wiedzieć co się dzieje u podwładnych, więc według wyższej dyrekcji należy na bieżąco czytać jeszcze ich maile, dostępne w tak zwanej skrzynce globalnej. Na wszystkie sprawy trzeba odpowiadać tego samego dnia, a odpowiedź powinna zapaść albo od razu, albo najpóźniej podczas codziennego meetingu. Oczywiście nie zwalnia to dyrektora załogowego od znajomości opinii na temat każdego z marynarzy. Niezależnie od nadchodzących formularzy należy spotkać się i porozmawiać z kapitanami oraz chiefami i zanotowac uwagi w skoroszycie. Oczywiście dziś także przypadał dzień takiego meetingu. Ale okazuje się, ze teraz właśnie to ważne nie jest.

- Panie, k..., ja pytam kiedy będzie odpowiedź! Ja k... nie chcę słyszeć, ze pan nie ma czasu! Mnie to g..., k... obchodzi! Ma być zrobione i koniec!

Po takim uzasadnieniu wiadomo, że merytoryczna część dyskusji została zakończona. I rzeczywiście, dalej leciały już tylko t.zw. joby. Zazwyczaj nie daję się wyprowadzać z równowagi, lecz nie znoszę, gdy ktoś na mnie krzyczy. Wtedy coś we mnie wzbiera i jeśli krzykliwy rozmówca w porę nie zakończy, to w końcu eksploduję. Tak było i tym razem gdy liczba kurew i gówien, jakimi mnie obsypano przekroczyła masę krytyczną.

- Panie! K.... co pan sobie myśli? Że ja nie znam takich słów? Ja tez potrafię! Co pan myśli, że ja tu k..., dla p...lonej przyjemności siedzę?!!! – i dalej poszło rynsztokiem i głośno, żeby mój interlokutor nie pomyślał iż ja nie potrafię krzyczeć. Ot taka wymiana zdań inteligentnych zdawałoby się ludzi na stanowiskach. Właściciel naszej firmy tłumaczył mi kiedyś, że powinniśmy się kłócić, ponieważ tylko podczas kłótni rodzą się nowe rozwiązania. Kłótnia według niego jest motorem postępu. Ciekawe czy byłby z nas dziś zadowolony?

Kiedy przekroczy się pewną granicę, zatraca się poczucie godnośći i szacunek dla, było nie było szefa, a nawet strach przed konsekwencjami braku takiegoż. Jest tylko amok prześcigania się w chamskich odpowiedziach. Nie przeszkadzało mi, że byc może oznacza to konieczność zmiany miejsca pracy. Kiedy już wykrzyczeliśmy, co mieliśmy do wykrzyczenia i wyłączyliśmy telefony komórkowe, przeprosiłem zdumionych zebranych, fuknąłem dla uspokojenia, po czym poinformowałem, że niestety muszę ich zostawić, aby wrócić do biura i odpowiedzieć na ważne e-maile.

Odpowiedziałem.

Teoretycznie moglibyśmy jeszcze z Moim Aniołem dojechać na trening tańca ze spóźnieniem w granicach rozsądku, ale kiedy po wyjściu z biura wsiadłem do samochodu, stwierdziłem, że nie ma sensu. Zbyt jeszcze byłem roztrzęsiony całą tą sytuacją. Jak tu ćwiczyć walca albo tango, gdy wszystkie mięśnie zaciśnięte w wyniku stresu.

- Odwiozę cię do domu, a potem wrócę do biura po rzeczy. Zresztą jeszcze muszę dokończyć i wysłać raport o stanie naszych finansów.

- Dobrze. Chciałabym jednak, żebyś trochę się uspokoił. Może zatrzymamy się na chwilę w „Burito”?

„Santa Fe Burito” to meksykańska restauracja w Jelitkowie. Kiedyś zachodzilismy tam często, ale odkąd zaczęło się dyrektorowanie, nie było czasu. Poznali nas jednak gdy tylko weszlismy.

- Dawno państwa u nas nie było....

- Niestety, rzadko ostatnio była okazja...

- A może zechcecie pójść z nami puszczać lampiony z życzeniami?

Chcieliśmy. Po chwili otrzymalismy flamastry i dwa lampiony. Rozpoczęło się wypisywanie...

lampiony 10

Potem zaś wszyscy poszliśmy na plażę.

lampiony 01

lampiony 02

Wieczór był dość cichy, a Bałtyk niemal zupełnie gładki. Niezbyt silny witra wiał w kierunku otwartego morza.  Lampiony stopniowo wypełnialy się gorącym powietrzem i nabierały gotowości do lotu.

lampiony 03

Co za niezwykły wieczór! – pomyślałem. Dopiero co byłem ekstremalnie wburzony, wściekły na swojego szefa, z trudem doochodzący od siebie, aż tu nagle stoimy sobie z Aniołem na plaży z grupą nieznanych nam osób i puszczamy wspólnie ku niebu światełka z najlepszymi życzeniemi.

lampiony 04

Jeszcze chwila i uniosły się w powietrze. Pomknęły gdzieś nad redę Gdańska.

lampiony 05

lampiony 06

Wszyscy zadzierali głowy obserwując jak wysoko się wznoszą.

lampiony 07

Już nie rozpamiętywałem zdarzeń sprzed półtorej godziny. Obserwowalismy razem jak przygotowuje się do lotu ostatni z lampionów...

lampiony 08

Potem zaś zostały już tylko ciemności, w których zrobilismy sobie zdjęcie na tle migocącego światełkami Sopotu.

lampiony 09

Lampionowe towarzystwo zaczęło się rozchodzić. Być może wracali jeszcze do baru, ale my postanowiliśmy już jechać dlaej. Byłem spokojny. Patrzyłem na gładź wody oraz światła gdańskiego portu w oddali.

- Patrz, jaki dziwny wieczór – powiedziałem od Anioła. – Taki odmienny...

- Tak, – odpowiedziała – dobre rzeczy czasem wracają do człowieka.

Gdynia, 12.04.2010; 02;15 LT

 
1 , 2