Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
czwartek, 29 kwietnia 2010

Pył wulkaniczny I związane z nim oczekiwanie na samolot miało tę jedną dobrą stronę, że podarowało nam czas, który mogłem wykorzystać m.in. na zwiedzanie Szanghaju. Tak naprawdę to powinienem spędzić przynajmniej osiem godzin przed komputerem w hotelu, tworząc raporty i zestawienia oraz odpowiadając na e-maile. Po to firma wyposażyła mnie w rozmaite gadżety, by w takich sytuacjach jak owa mogły się amortyzować. Ja jednak miałem za sobą półtora miesiąca stoczniowej harówki, podczas której, jeśli nie liczyć służbowych kolacji, tylko raz wybrałem się na spokojnie do miasta. Uznałem, że nadszedł właśnie czas by skorzystać również prywatnie z tego wyjazdu.

Juz sam widok z okna hotelu, do którego dotarliśmy wieczorem, zachęcał do spaceru.

Shanghai 21

Rano po śniadaniu wybrałem się na Plac Ludowy, gdzie mieści się m.in. siedziba władz miasta. Dzień rozpoczynał się mgliście i liczne drapacze chmur zgodnie z ich nazwą wbijały się głęboko w ponure, szare kłęby zasnuwające całe niebo.

Shanghai 01

Shanghai 02

Przed siedzibą władz oczywiście warta i oczekujące na dygnitarzy czarne limiuzyny.

Shanghai 06

Nieco dalej na specjalnej tablicy trwalo odliczanie do otwarcia wystawy Expo 2010 (rozpocznie się 1 maja). Przed tablicą maskotka imprezy. Wydawała mi się bardzo dziwaczna. Dopiero później dowiedziałem się, ze jej kształt nawiązuje do chińskiego znaku określającego człowieka. Podobnie jak jeszcze bardziej dziwne logo Expo pochodzi od chińskiego znaku „świat”.

Shanghai 05

Gdzieś na placu bawiły sie dzieciaki z jakiejś elitarnej, sądząc po mundurkach, szkoły. Prawdziwa mieszanka ras: europejska, afrykańska i azjatycka.

Shanghai 04

W bocznych uliczkach zachowały się jeszcze resztki atmosfery starego Szanghaju. Chutongi, burzone kwartał po kwartale, ustepują miejsca nowoczesnej architekturze.

Shanghai 07

Ja zresztą też byłem tego dnia zainteresowany przede wszystkim nowoczesną architekturą i wybrałem się na drugą stronę rzeki Huangpu do Pudong, dzielnicy biurowców i swoistej rewii architektonicznej mody.

Shanghai 09

Wygląda to pięknie, lecz takie nowoczesne miasto jest zupełnie nieprzyjazne piechurowi. Wielkie odległości między budynkami i szerokie ulice sprawiają, że tak naprawdę spacer nie przynosi żadnych wrażeń poza dreptaniem. Jeżeli chce się coś zobaczyć, powinno sie przemieszcząc jakimś środkiem transportu od budynku do budynku. Ja dojechałem metrem w okolice stojącej na trzech nogach wieży Oriental Pearl, a stamtąd na piechotę ruszyłem w kierunku budynku przypominającego otwieracz do butelek.

Shanghai 08

Jest to gmach Shanghai World Financial Center.(SWFC) i rzeczywiście jest nazywany „otwieraczem”. Wybudowany w 2008 roku szczyci się certyfikatami posiadania najwyżej położonych na świecie punktach widokowych (mowa oczywiście o punktach widokowcyh na sztucznych budowlach, a nie w naturze).

Shanghai 10

Shanghai 20

Wjazd na setne piętro, znajdujace się na wyskości 474 metrów nad poziomem ulicy nie jest tani. 150 yuanów czyli około 65 złotych. Chiny jednak juz dawno przestały byc tanie. Przekonuję się o tym za każdym razem gdy chodzę po tamtejszych sklepach. Może to się wydać nieprawdopodobne, ale niektóre rzeczy można taniej kupić u nas niż w tamtejszych domach towarowych.

W windzie specjalny licznik wyświetlał wysokość w metrach, na której się znajdowalismy.

Shanghai 11

Dojechaliśmy na 93 piętro, gdzie przesiedliśmy sie do następnej windy, mającej nas zawieźć na piętro setne, będące kładką przerzuconą nad owym otworem w konstrukcji budynku..

Shanghai 12

Żeby było ciekawiej, kładka ta ma przeszkloną podłogę. O tym, że jest bezpieczna informował specjalny wyświetlacz. Ponoć dwunastomilimetrowe, wzmocnione szyby mogą bez najmniejszego problemu wytrzymac skoki trzech osób jednocześnie z wysokości jednego metra.

Shanghai 13

Może to i prawda, lecz gdy tylko wysiadłem z windy poczułem się jakby ktoś zamiast krwi alał mi w żyły ołowiu. Chodzenie po szybie, nawet wzmocnionej, blisko pół kilometra nad ziemią to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Taki widok miałem pod stopami:

Shanghai 15

Musiałem odczekać dłuższą chwilę, by przyzwyczaic się i ruszyć wzdłuż galerii do przeciwległej podpory. Przez całą drogę, która wydawała mi się wiecznością, myslałem tylko o tym, że zdarzają się naprężenia, wskutek których nawet wiszące przez lata na ścianie lustro nagle pęka samo z siebie, czego doświadczyli chociażby na początku filmu bohaterowie „Seksmisji”.

Shanghai 18

Na wszelki wypadek szedłem więc po stalowej belce stanowiącej podporę szklanej podłogi. Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Kiedy doszedłem do końca, otarłem krople potu z czoła ale odważniejszy o nowe doświadczenie ruszyłem już śmielej w drogę powrotną. Po trzeciej nawrotce zdecydowałem się w końcu podejść do wielkich bocznych szyb. Starałem się oczywiście znaleźć miejsce na belce i koło pionowej kolumny. Kiedy uznałem, że już jestem bezpeiczny i w razie czego, gdyby szyby popękały będe siedzieć na tej belce jak kura na grzędzie, mogłem skupic się na widokach. A te były przepyszne. Biurowiec Mercedesa w bezpośrednim sąsiedztwie i mnóstwo drapaczy chmur, mizernych z tej perspektywy, nieco dalej. Oriental Pearl nad brzegiem rzeki Huangpu oraz stary Szanghaj po drugiej stronie, ginący we mgle.

Shanghai 17

Shanghai 16

Patrzyłem jak urzeczony i pstrykałem zdjęcia zapominając nawet trochę o szybach, ale tylko trochę.

Potem zjechałem na dół gdzie na poziomie ulicy wypiłem kawę w  Starbucks Coffee. W Szanghaju widziałem tyle starbucksów, że chyba żadne amerykańskie miasto nie może się z nim równać. Przynajmniej jeśli chodzi o centrum.

Po wyjściu spojrzałem raz jeszcze na wieże i biurowce z tradycyjnej, żabiej perspektywy, po czym złapałem taksówkę i tunelem pod rzeką wróciłem do hotelu.

Shanghai 19

Sopot, 28.04.2010; 12:15 LT

wtorek, 27 kwietnia 2010

Po przylocie do Trójmiasta spędziłem bardzo przyjemny weekend z muzami. Pierwszą i najważniejszą była oczywiście moja osobista Muza, mój Anioł. Piątek dał nam nieco w kość ponieważ utknęliśmy w pracy do dziewiętnastej (ja na polecenie szefów pojechałem do biura prosto z lotniska), ale za to potem... Było wszystko tak, jak lubimy najbardziej. Nie przeszkodził nawet jet lag, który sprawił, że obudziłem się już o piątej nad ranem. Z łóżka i tak wstaliśmy dopiero wczesnym popołudniem. Wielka jest moc pożądania, a jeszcze większe jest kojące działanie cielesnej bliskości kochanej osoby. Moglibyśmy trwać w przytuleniu godzinami, co sprawia (Panie ukryj ten tekst przed oczami naszego dyrektora) że czasami z tego powodu spóźniamy się do pracy. Jakoś tak ciężko po prostu oderwać się od siebie i spod cieplutkiej kołdry wyjść prosto na chłód i spotkanie demonów kieratu dnia powszedniego.

Teraz jednak była sobota i mogliśmy z szelmowskim zadowoleniem ignorować nawoływania budzików.

Sobotni wieczór po długiej nieobecności spedziliśmy w kinie. Dziesiąta Muza, uraczyła nas tego dnia czyms wyjątkowym. Był to najanowszy film Woody’ego Allena p.t. „Co was kęci, co was podnieca”


Allen jest takim typem artysty, na którego filmy można chodzić w ciemno. Oczywiście ma swoje lepsze i gorsze dzieła, ale nazwisko to stanowi gwarancję, że nie zejdzie się poniżej pewnego poziomu. Oczywiście trzeba jeszcze lubić ten typ narracji i język, jakim on operuje, bo przeciez nie każdy musi. Ja w każdym razie uwielbiam to widzenie świata oczami sfrustrowanego inteligenta i typ humoru będący po trosze skrzyżowaniem Monthy Pytona z dziełami najwybitniejszych filozofów. Przemyślenia Allena to swoiste perełki. Mnie przed laty urzekło na przykład stwierdzenie: „Uczeni niedawno odkryli, że wszechświat jest ograniczony. To doskonała wiadomość. Szczególnie dla tych, którzy nigdy nie pamiętają gdzie co położyli”  (cytowane z pamięci).

Najnowszy film reżysera „Manhattanu” lokuje się wyraźnie na wznoszącej częsci jego twórczej sinusoidy. Jest tam to, co u Allena lubię najbardziej, czyli błyskotliwe teksty.


Główny bohater, fizyk, który „otarł się o Nobla”, zgorzkniały starzec nienawidzący całego świata, nagle spotyka na swoje drodze młodą dziewczynę. Spotyka to mocno powiedziane. Ona wprowadza się do jego mieszkania na kilka nocy, ponieważ uciekła z domu i nie ma gdzie się podziać. Zdesperowana postanowiła prosić o pomoc kogokolwiek, a ten ktokolwiek okazał się właśnie apodyktycznym fizykiem, który uczył dzieci grać w szachy waląc je po głowach szachownicami. Ze złości na ich (dzieci) tępotę. Pech chciał, że młoda dziewczyna oprócz urody (też zresztą kwestionowanej przez malkontenta), delikatnie mówiąc zbyt rozgarnięta nie była. Jeżeli główny bohater chełpił się IQ na poziomie 200 (uwierzmy na słowo) to owej dzierlatce nie należałoby dać więcej niż 30. Taka mieszanka w połączeniu z charakterem owego fizyka jest mieszaniną bardziej wybuchową od piorunianu rtęci.


Nie będę opisywać co się wydarzyło, żeby nie psuc zabawy czytelnikom, którzy zdecydują się obejrzec ten film. Można sobie wyobrazić, jeżeli dziewczynie mylą się protony z kretynami.

A później pojawiają się niespodziewanie rodzice, od których ucciekła i szybko dochodzimy do wniosku, że to była jedna z najlepszych decyzji w jej życiu..

Nie jest to jednak wyłącznie pusta, pełna gagów komedia. Niesie ze sobą przesłanie, że nie należy tłumic swoich marzeń, talentów, skłonności. Przywdziewanie masek i życie na siłę naginane do powszechnie przyjętych schematów prowadzi jedynie do frustracji i poczucia zmarnowania życia (akurat podobnie lecz w poważniejszym tonie pisał o tym Paulo Coelho w „Na brzegu rzeki Piedry siedziałam i płakałam”, którą to książkę przeczytałem w samolocie w drodze powrotnej z Chin). Jak to uzasadnia, warto przekonać się kupując bilet na seans. Gwarantuję, że nie będą to zmarnowane pieniądze.

Niedzielne popołudnie oddaliśmy we władanie Melpomenie. Ta zaś zserwowała nam spektakl „Tango Piazzola” w wykonaniu artystów Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.


Rzecz dzieje się w Buenos Aires, w jakiejś podrzędnej knajpce, gdzie grupa przegranych życiowo bywalców rozpaczliwie poszukuje odmiany losu. Jeśli nie szczęścia materialnego, to pryznajmniej odrobiny miłości. Z tą jednak już taki odwieczny ambaras, żeby dwoje chciało naraz, a w tej knajpce nijak nie udaje się owych kostek domina ludzkich losów poukładać. I jeśli nawet na chwilę zapachnie happy endem, to właśnie tylko na chwilę.


Całość okraszona jest nastrojowymi piosenkami napisanymi do muzyki Astora Piazzoli. Tango to początkowo był żywioł biednych, samotnych imigrantów. Ta muzyka odzwierciedlała ich tęsknoty i niespełnione marzenia. Ten taniec... No właśnie, taniec! Byłem przekonany, że spektaklem tym Melpomena podzieli się z Terpsychorą. Szliśmy tam by obejrzeć trochę prawdziwego tanga, jakim delektowaliśmy się w sierpniu w Buenos Aires.

Tymczasem spotkał nas srogi zawód. Reżyser postawił zdecydowanie na śpiew. Aktorzy nawet jeśli zaczynali tańczyć to jedynie przez chwilę, po czym z niewiadomych przyczyn przerywali i przez resztę numeru albo stali w kącie, albo siedzieli na krześle, albo po prostu byli nieobecni wybiegając w pośpiechu ze sceny.


W efekcie powstał spektakl bardzo statyczny. Trudno grać, gdy nie bardzo ma się co opowiedzieć. Aż się prosiło, by songi były ilustrowane odpowiednią  choreografią. Nie chodziło przy tym w cale o jakieś show w stylu Tańca z Gwiazdami (odnosiłem wrażenie, że twórcy spektaklu bardzo się obawiali by ich tak nie zaszufladkować i na siłę przed tańcem się bronili. A przecież wielkie musicale jak chociażby „Cats” albo „Hair”bez odpowiedniej choreografii stanowiłyby jedynie namiastkę tego, czym są. Żal, bo „Tango Piazzola” było wręcz skazane na sukces. Wystarczyło jedynie dać się ponieśc emocjom i pozwolić rozwinąć się tancerzom.

Tymczasem za 90 złotych (!) otrzymuje się nudną w gruncie rzeczy opowieść zagraną niemalże pod przymusem. Aż żal aktorów, że tak musieli się męczyć. I żal widzów, którzy tyle zapłacili zwabieni tytułem sugerujacym taniec, a nie songi.

Nic dziwnego, że najwięcej braw na koniec otrzymała... orkiestra.

Gdynia, 27.04.2010; 22:15 LT
niedziela, 25 kwietnia 2010

Już w Europie. Świt przywitał mnie w Monachium.

Munich Airport

Znów mam kilka zaległych wpisów, w tym opowieści o wypadzie do Wu Xi, by zobaczyć osiemdziesięcioośmiometrową statuę Buddy oraz o wjeździe na  setne piętro Shanghai World Financial Center.

Żeby jednak nie mieszać za bardzo w chronologii, rozliczę się szybko z okresem stoczniowym, zamieszcając trochę zdjęć.

Njaciekawszy, a zarazem najbardziej pracowity okres na stoczni to dokowanie. O ile na moim stanowisku generalnie pracuje się od świtu do zmierzchu, to na doku od świtu do późnego wieczora. Jest to droga impreza i dla nas, i zapewniająca profity stoczni (im wiecej statków obsłuży, tym większy zysk), dlatego liczy się każda godzina, z odbiorem prac nie da się czekać do wygodnych terminów, bo trzeba mieć zarezerwowany czas na ewnetualne poprawki. Jeszcze więc woda całkowicie nie spłynęła, a już do akcji wkroczyły rozmaite pojazdy i ludzie w gumowcach.

Dok 0

My także, bo to jedyna okazja, żeby zobaczyć w jakiej kondycji znajdowało się dno statku. Gdybyśmy zeszli godzinę później, wiekszośc byłaby już potraktowana myjkami wysokociśnieniowymi. A tak, moglismy zorientować się, że pomimo farb antyporostowych i generalnie dobrej kondycji kadłuba, pod dnem znalazły schronienie całe kolonie skorupiaków.

Dok 01

Jezeli tak wygląda kadłub metalowy, pomalowany specjalnymi farbami, to można sobie wyobrazić drewniane kadłuby starych żaglowców. Dopero wtedy można sobie uswiadomić jak okrutną karą było przeciąganie pod stępką. Nieszczęsnik był rozdzierany przez ostre muszle, a wydobycie krzyku bólu pod wodą oznaczało utratę powietrza lub zalanie płuc. Dlatego taka kara bywała na ogół jednoznaczna z wyrokiem śmierci. Tylko najwięksi twardziele przetrzymywali.

Jak wspomniałem, mycie kadłuba rozpoczęło się jeszcze przed zakończeniem dokowania statku. Około dziesięciu (a może i więcej) wysięgników plus ludzie pod dnem uporali się z ogromną powierzchnią w około trzy godziny.

Dok 02

W międzyczasie pełną parą trwało opróżnianie zbiorników balastowych, by jak najszybciej można było rozpocząc prace w dnie podwójnym.

Dok 03

Dok 05

Inna ekipa w tym czasie przygotowywała do demontażu ster, a z inną przeprowadzaliśmy inspekcję kadłuba, by uzgodnić wielkości rejonów które powinny zostać wypiaskowane. Ekipa piaskarzy przygotowywała się już do nocnej zmiany, by o szóstej rano następnego dnia, po sprawdzeniu jakości pracy, wpuścić na ten teren malarzy.

Gdy zapadł wieczór, kadłub był już umyty i czekał na rozpoczęcie tej operacji.

Dok 06

Rano zdemontowano ster, który na ogromnym haku opuszczono w pozycji horyzontalnej na dok.

Dok 07

Poniżej linii wodnej trwała wymiana blach poszycia kadłuba, tam gdzie korozja poczyniła zbyt duże wżery. Za graniczny limit przyjmuje się trzydzieści procent ubytku grubości blachy, która w tym rejonie ma zazwyczaj około piętnastu milimetrów grubości.

Dok 08

W siłowni tymaczasem prowadzono intensywny przegląd wszystkich zaworów zaburtowych. Wymieniano też skorodowane fragmenty przyległych rurociągów. Powinny wytrzymać w dobrym stanie do następnego dokowania, przewidzianego za dwa i pół roku. Siłą Chińczyków jest ilość ludzi. Dzięki temu, że niemalże wchodzili sobie na głowy, równiez i te prace wykonano bardzo szybko w porównaniu n.p. z Europą

Dok 09

Ster montowano ponownie na łożyska ze specjalnego materiału zwanego thordonem. Przypomina zwykły plastik ale ma oczywiście odpowiednią wytrzymałość, odporność na działanie wody morskiej i przede wszystkim niewielkie charaketryzuje się niewielkim tarciem. Szczególnie przydatna w montażu jest zmienność jego objętności w zależności od temperatury. Przed tą operacją dokonuje się odpowiednich obliczeń, aby tak dopasować wymiary materiału, by osiągnąć zamierzony efekt. Odpowiednio obrobiona tuleja thordonowa jest potem zamykana w pojemniku do którego doprowadza się sprężony dwutlenek węgla. Podczas rozprężania ten ochładza się do temperatury około -80 ˚C powodując skurczenie tulei. Wtedy należy ją wydostać i szybko zamontować w gnieździe.

Dok 10

Powrót do temperatury otoczenia spowoduje rozkurczenie się i trwałe zaciśnięcie tulei w gnieździe. Łożysko na przyjęcie trzona steru gotowe. Wkrótce rozpoczyna się operacja ponownego montażu płetwy steru.

Dok 11

Na powyższym zdjęciu widać wyraźnie profil płetwy. Jest on niemal identyczny ze skrzydłem samolotu. Tak jak strumień powietrza opływajacy asymetrycznie płat skrzydła powoduje „wypychanie” samolotu do góry (lub analogicznie ladowanie), tak strugi wody opływające asymetrycznie ster powodują powstanie bocznej siły odpychającej rufę w lewo albo w prawo i zmianę kierunku przemieszczania się statku. Nawigatorzy muszą pamiętać, że w związku z tym oś obrotu statku znajduje się w pobliżu rufy (w około jednej trzeciej długości statku). To ważne podczas manewrowania w wąskich przejściach, jak rzeki lub kanały, aby manewr zwrotu rozpocząć wykonywać w ściśle określonym momencie. Wszak taki statek ma blisko dwieście metrów długości.

Montażowi przez cały czas przyglądają się nadzorujący tę pracę pracownicy stoczni oraz ludzie odpowiedzialni za statek. Wszystko musi być w porządku teraz, bo ponowne dokowanie to byłaby kompletna porazka dla obu stron.

Dok 12

W końcu kadłub wygląda jak nowy. Blachy wymienione, kilka powłok farby położone, ster i śruba zamontowane, zawory zaburtowe przeglądnięte, korki denne zbiorników ponownie zakręcone i dla pewności zacementowane. Można zaczynać zatapianie doku.

Dok 13

 

Monachium, 23.04.2010; 11:15 LT


czwartek, 22 kwietnia 2010

Po raz kolejny natura nas upokorzyła. Zdawałoby się, że wybuch wulkanu stanowi zagrożenie przede wszystkim dla ludzi mieszkających w jego sąsiedztwie, a tymczasem sparaliżował wiekszą częśc Europy. Niebezpieczeństwo uszkodzenia silników (realne, nie wydumane, o czym świadczą przypadki niemal cudem ocalałych samolotów, które w chmury wulkanicznego pyłu wlatywały w przeszłości) spodowało zamknięcie stref powietrznych praktycznie wszystkich krajów leżących na północ od Alp. Nad nie bowiem wiatr gnał wulkaniczne wyziewy.

pyl wulkaniczny

Z dnia na dzień na lotniskach utknęły tysiące pasażerów, a ich liczba rosła z każdym dniem przedłużającego się zastoju. Swój przyjazd na pogrzeb prezydenta Kaczyńskiego odwołała większość delegacji państwowych. Tylko prezydent Saakaszwili wykazał się ogromną determinacją i przemieszczając się po całej południowej Europie od lotniska do lotniska w końcu zdołał wylecieć i dotrzeć do Krakowa. W Szanghaju dla odmiany utknęli uczestnicy wyscigów Formuły 1, nie mogąc wylecieć do Hiszpanii.

Wszyscy czekali na osłabienie aktywności wulkanu Eyjafjoell i otwarcie lotnisk. Nastąpiło to po blisko pięciu dniach, ale problemy na tym się nie skończyły. Kolejka oczekujących zrobiła się tak duża, że kompanie lotnicze zmuszone zostały do zaprzestania nowych rezerwacji miejsc, aby skupic się przede wszystkim na rozładowaniu korków i transporcie tych, którzy utknęli.

Lotniczy kryzys dopadł i nas. Członkowie załogi, którzy opuścili mój statek 15 kwietnia, dopiero dziś odlecieli do Tokio. Stamtąd jutro polecą do Niemiec i Polski. Mogą mówić o cudzie bo jeszcze kilka godzin wcześniej najbliższy termin, jaki im oferowano brzmiał: 5 maja. Rozpocząłem swoje czekanie po zakończonym remoncie i ja. I byłbym pewnie czekał jeszcze długo gdyby nie detrminacja Mojego Anioła. Stawała na głowie by wydrzeć liniom parę miejsc i załatwiła dla nas wszystkich. W ten sposób jedni przez Japonię, a drudzy bezpośrednio z Chin wracamy do Europy. Dziś wieczorem Lufthansa zabierze mnie z Szanghaju do Monachium.

Wspomniałem o upokorzeniu, ponieważ po raz kolejny ludzka pycha sprawiła, że zupełnie zaprzestano myślenia o jakichkolwiek wariantach alternatywnych. Okazuje się, że niemal zupełnie uzależniliśmy się od transportu lotniczego. Jej naturalnym uzupełnieniem powinny być koleje, zwłaszcza te szybkie, ale nie są. W całej Europie istnieje tylko namiastka prawdziwej sieci łaczącej pogranicze Francji, Niemiec, Anglii oraz Belgię. Oprócz tego jest parę lokalnych sieci krajowych, niczym wyspy na oceanie. Komunikacja autobusowa w cywilizowanej formie, jaką oferuje się chociażby w krajach Ameryki Południowej też jest słabo rozwinięta. Daleko jej do komfortu porównywalnego z lotniczym. W efekcie najbardziej zdeterminowani, a zasobni w gotówkę pokonywali trasy międzynarodowe... taksówkami.

Być może ta lekcja czegoś nas (Europejczyków) nauczy. Może pojawi się przyzwoita siatka szybkich połaczeń międzynarodowych? Może pojawią się komfortowe autobusy, w których kilkanaście godzin jazdy przestanie być gehenną?

Jeżeli odrobimy tę lekcję, warto odrobic i pozostałe. Strach pomysleć co się stanie gdy pewnego dnia padną wielkie serwery obsługujące sieci komputerowe, albo szlag trafi łączność satelitarną. Jak sobie wyobrazić dzisiejsze życie bez telefonów komórkowych (możliwe jeszcze piętnaście lat temu)?  A brak elektryczności? Kilka miast już miał wątpliwe wyróżnienie przez to przechodzić, na szczęście w ograniczonym wymiarze czasowym. A gdyby przytrafiła się katastrofa na skalę krajową albo kontynentalną? Ujarzmiamy naturę, chełpimy się hasłami typu „siły przyrody w służbie człowieka”, ale tylko do czasu gdy przyrodzie nie zbierze się na drobne kichnięcie.

Szanghaj, 22.04.2010; 17:35 LT

Narodową żałobę celebrowaliśmy na odległość.

Chinska gazeta

flaga

Opuszczona do połowy flaga była zewnętrznym znakiem tego, co każdy z nas nosił w sercu. Ludzie byli poruszeni tym, co się wydarzyło. Nasze doświadczenie minionego tygodnia było jednak zupełnie inne niż w kraju. Cokolwiek byśmy nie przeczytali, jakie zdjęcia nie obejrzeli, odległość pozostanie odległością. Poza tym ostatnie dni należały do najbardziej zapracowanych podczas tych remontów. Wracałem do hotelu wieczorem i zmeczony miałem ochotę już tylko na sen. Oczywiście, śledziłem wydarzenia, zwłaszcza niedzielny pogrzeb (tym razem albo serwery się korkowały, albo tu w hotelu prędkość była marna, bo transmisja na żywo co chwilę się zawieszała)

pogrzeb

Wcześniej ziściły się moje przewidywania co do trwałości narodowego pojednania. Jeszcze ciało prezydenta całkiem nie wystygło, a juz zaczęły się spory, czy godzien jest spoczywać na Wawelu. Moim zdaniem była to niefortunna decyzja, która pośmiertnie wyrządzi Lechowi Kaczyńskiemu więcej szkody niż pożytku. Mógł stać się i pozostać w pamięci jako polityk, który zginął walcząc o pamięć sowieckich ofiar. Jego grób mógł stać się niekwestionowanym miejscem owej pamięci, naznaczonym piętnem Katynia.

z7786195X,Prezydencki-sarkofag-z-trumnami-Lecha-i-Marii-Kaczynskich

Sarkofag na Wawelu od razu przerwał żałobną zadumę i sprowokował niestosowne polityczne spory, ważenie zasług i win zamrłego. Obawiam się, że nieodłącznym elementem przyszłych konfliktów będą demonstracje najbardziej zajadłych przeciwników takiej pośmiertnej nobilitacji polityka, który prawdopodobnie miałby wielkie trudności w wygraniu kolejnych wyborów. Taka po prostu była ocena Jego prezydentury zanim doszło do tragedii. Czy wobec tego będzie tam spoczywać w pokoju? Życzę Mu tego, ale pewności nie mam. Może kiedyś, gdy bieżące spory ucichną...

W „Gazecie.pl” znalazłem skopiowaną ze strony prezydenta Gruzji fotografię państwa Kaczyńskich.

W Tbilisi

Specjalne stosunki łączące pana Saakaszwili z prezydencką parą mozna było zauważyć podczas uroczystości żałobnych. Być może ta fotografia była wykonana gdzieś w Tbilisi. Jest to niezwykłe ujęcie, na którym Lech Kaczyński jest wyraźnie rozluźniony. Łatwo zauważyć rzeczywistą, a nie pozowaną prywatność tej chwili. Szkoda, że jego spece od wizerunku nie potrafili społeczeństwu pokazać takiego oblicza prezydenta za Jego życia. Tak często widujemy napuszone fotografie „ojców narodu”, a tak rzadko ich ludzki wymiar.

Wracając do Wawelu, to chyba warto zastanowić się, póki jeszcze jest czas nad miejscem wiecznego spoczynku przeydentów. Wszyscy się zgodzą, że powinni być uhonorowani. Myslę też, że powinno to byc miejsce należne z urzędu, bez względu na przebieg politycznej kariery. Niech sądzi historia, potomni i przede wszystkim Bóg. Owym miejscem spoczynku mógłby być jeden z kościołów, ale lepiej by się stało gdyby był to jakiś nowy budynek. Tam powinno być miejsce dla prezydentów II RP, prezydenta Kaczorowskiego, oraz prezydentów III RP. Taki panteon mógłby zarazem pełnić funkcje muzealne, edukacyjne. Uniknięto by w ten sposób żenujących dyskusji nad trumnami w przyszłości.

Uroczystości pogrzebowe zbiegły się z czwartą już rocznicą śmierci mojej mamy.

Zdawało się, że tak niedawno była tamta wielkanoc, podczas której na zawsze nas opuściła. Nigdy więcej nie było już takiej babki, sernika, niedzielnego kisielu z truskawkami... Wraz z Nią odeszła też atmosfera rodzinnych spotkań.

Cała Polska wstrzymała oddech gdy zginęła państwowa elita. Cała Polska opłakiwała ich pogrzeby. Każdego dnia w ciszy odchodzą ludzie, których śmierć pozostaje zauważona jedynie przez najbliższych. A pustka po nich nie mniejsza niz po prezydencie.

Jiangyin, 20.04.2010; 23:50 LT

 
1 , 2