Archiwum
Właściwie to powinno być: MOJA WALIZKA...
Kategorie: Wszystkie | Dzień po dniu | Listy od... | Obejrzałem | REKLAMA | Z lamusa
RSS
wtorek, 29 kwietnia 2008

   

Ten weekend miał być odpoczynkiem od podróży i był. Co prawda telefony dzwoniły jak wściekłe, ale pewną dozę lenistwa udało się przemycić. Zwłaszcza w niedzielę, kiedy wreszcie mogłem snem niezakłóconym doczekać dzwonka budzika około dziesiątej rano. I nieważne, że potem zasiadłem na trzy godziny do kolejnych słuzbowych e-maili i raportów, bo po nich wróciłem do łóżka i nawet zdrzemnąłem się troche podczas oglądania wyscigu o Grand Prix Hiszpanii.

Pogoda była jednak na tyle piękna, ze wyszedłem na spacer na bulwar. Był pełen ludzi. Niemal każdy przynajmniej na chilę zatrzymałe wzrok na Sea Towers , które w stanie surowym już dawno osiagnęły żądaną wysokość, a teraz otoczone rusztowaniami są poddawane pracom wykończeniowym.

W sobotę wybrałem się na popołudniową wycieczkę na Oksywie. To bardzo mało znana mi część Gdyni. Zanim jednak tam dotarłem zatrzymałem się jeszcze w centrum, na Placu Kaszubskim, by obejrzeć słynną już Ławeczkę Kaszubów.

Przedstawia ona dwoje staruszków. Mężczyzna pokazuje palcem kamienicę stojącą po drugiej stronie ulicy. A ściślej coś na górze. Być może rozmawiają o pokoiku na górze?  Moznaby tak wnioskować po przeczytaniu napisu na kartce tkwiącej w kieszeni marynarki staruszka

Jakub Scheibe, zbudował ową kamienicę, a na prośbę żony, Elżbiety nadbudował jeszcze  pokoik na górze, żeby mogła obserować z niego wody Zatoki i wypatrywać powracającego z połowów męża. Kamienica, nienaturalnie wysoka przez ten zabieg, zyskała sobie w owych czasach miano „drapacza chmur”.

Sympatyczna para staruszków zapewne wspomina tamte dawne czasy.

Stamtąd pojechałem już prosto na Oksywie.

Kępa Oksywska była ponoć bardzo dawno temu oddzielona od lądu stałego. I od dawna było gęsto zaludniona, a nazwa tego miejsca nie zmieniła się mocno przez wieki przywoływana juz od średniowiecza jako Oxive, Oxivia, a od XVIII wielku Oxiwie. Parafia oksywska została założona krótko po chrystianizacji tych terenów. W 1253 roku biskup wolimir ustalił jej granice, w skład których wchodziły oprócz samej Kępy Oksywskiej także Gdynia, Witomin i Radłowo. Dopiero w 1913 roku została okrojona po powstaniu parafii w Chylonii.

Tego wszystkiego dowiedziałem się z tablicy informacyjnej ustawionej przy kościele p.w. Św. Michała Archanioła.

Kościół ten powstał w 1124 roku, ufundowany przez księcia Świętopełka. Z tamtej budowli zachował się tylko fragment zachodniej ściany. Przed nią ustawiono kamienny ołtarz, za którym podziwiać można pamiatkowe tablice poświęcone polskim okrętom zatopionym podczas II Wojny Światowej.

   

Te tablice to prawdziwa lekcja historii. Przewijają się tam nazwy okrętów pamiętane z podręczników podane w artystycznej formie.

     

Po obejrzeniu kościoła (przy okazji załapałem się na fragment mszy i ślub jakiejś młodej pary) poszedłem na spacer po okolicznych wzgórzach. I to była bardzo miła część wycieczki, bo już dawno nie miałem okazji chodzić spokojnie po lesie. Słońce świeciło intensywnie, więc i świeże, zielone liście pięknie były podświetlone.

A na koniec doszedłem do skraju wzgórza, za którym w dole rozpościerała się szeroka płaszczyzna portu.

Popatrzyłem, a potem ruszyłem z powrotem przez las. Auto czekało na jego skraju i wkrótce byłem już pod domem, by jajecznicą na pachnącym, wędzonym boczku zakończyć to miłe popołudnie i rozpocząć wieczór z Parkiem Jurajskim. Troche już zgrane, ale co Spielberg, to Spielberg.

Gdynia, 30.04.2008; 01:50 LT

niedziela, 27 kwietnia 2008

    

W moim śnie przyszedł czas na piękną muzykę. Rzadko miewam tak bardzo wyraziste akustycznie marzenia senne. Wsłuchiwałem się coraz bardziej w jej niesamowite dźwięki i nagle zaczął się tradycyjny koszmarowy scenariusz. Muzyka zaczęła wydawać mi się coraz bardziej znajoma, coraz bardziej niepokojąca. Napięcie narastało i czułem, że za chwilę coś się wydarzy...

Telefon!

Obudziłe się w jednej chwili i wyskoczyłem z łóżka biegiem rzucając sie do biurka, na którym leżał dzwoniący jak oszalały telefon komórkowy.

- Słucham!

- Dzień dobry. Przepraszam, że dzwonię o trzeciej nad ranem, ale mamy problem...

Problemy zaczęły się wcześniej. Załoga jednego ze statków nie mogła zlokalizować przyczyny awarii więc postanowiliśmy wysłać tam specjalistę z innego statku, który własnie szykował się do opuszczenia kotwicowiska na rzece Mississippi. Sprawadzamy rozkład lotów, bilety... Zarezerwowane. Odlot za... cztery godziny. Jeszcze trzeba powiadomic samego zainteresowanego, który musi szybko sie spakowac i dotrzec na lotnisko.

Telefon na statek. Nic z tego. W pozycji, na której stoją satelita akurat skrył się w cieniu komina. Inne zaś w tym rejonie są pod linią horyzontu. Dzwonię więc na komórkę.

- Przepraszamy. Abonent czasowo nieosiągalny – informuje beznamiętnie odtwarzany automatycznie komunikat. Cholera! Statek stoi w USA, a nie można się z nimi skontaktować. Toż to nie dżungla! Dzwonie do agenta i proszę, żeby powiadomił kapitana i owego specjalistę. Żeby zdążyć na samolot, za godzinę powinien opuscić statek.

Kiedy wróciłem do domu, odebrałem telefon potwierdzający, że udało się. Zszedł ze statku o czasie.

Kiedy kładłem się spać, ten sam telefon zadzwonił powtórnie.

- Sorry, sprawy się nieco skomplikowały.

- Co się stało?

- On jest już na lotnisku, ale bez dokumentów. W pośpiechu zapomniał zabrać ze statku.

Tu wyrwało mi się na cały głos słowo uznane powszechnie za nieprzyzwoite.

- Paszportu tez nie ma? – zaptałem głupio po chwili.

- Nie ma. Żadnych dokumentów nie ma. Saszetkę z nimi zostawił w kabinie na stole.

- Statek już odpłynął – dodał po chwili mój rozmówca, chyba tylko po to, żeby mnie zdołować do końca.

Rzeką płynie się do ujścia około czternaście godzin.

- Ten lot juz przepadł, ale może załapie się na któryś z następnych? Pilot opuszczając statek może zabrać saszetkę na brzeg i odbierzemy ją ze stacji pilotów.

- Właśnie to załatwiamy.

Mogłem więc zasnąć spokojnie.

Wspomniany na początku telefon obudził mnie o trzeciej z informacją, że statek jednak nie odpłynął. Co za szczęście! Bez problemu odzyskaliśmy dokumenty.

- Nie odpłynął bo nie może wyciągnąć kotwicy. Zahaczyła o jakąś przeszkodę na dnie. Wymiana rozmaitych telefonów trwała prawie do szóstej. Zdrzemnąłem się potem półtorej godzinki i poszedłem do biura.

W trakcie dnia okazało się, że nasz pechowy podróżnik załapał się na jeden z następnych lotów, dotrał na tamten drugi statek i w pół godziny usunął awarię. Co znaczy wiedza poparta doświadczeniem!

Ale statek z uwięzioną kotwicą stał nadal i czekał na nurków oraz dźwig pływający. Róznica czasu między nami a Louisianą sprawiła, że akcja na dobre rozkręciła się dopiero późnym popołudniem. To już chyba taka piątkowa tradycja się zrobiła, że znów weekend zacząłem od siedzenia w biurze do północy. W końcu padła mi bateria od telefonu komórkowego. Jedną ładowarkę miałem w domu, a drugą w samochodzie. To przyspieszyło moje wyjście. Spakowałem się i opusciłem budynek.

A na zewnątrz zupełnie inny świat. Ciemność, cisza. Tylko ptaki spiewają wśród okalających teren drzew. No i koty łobuzują po nocy. I jeszcze coś. Szelest jakiś. Po chwili z krzaków wysuwa się jakieś niewielkie zwierzątko. Sunie w moim kierunku. Kolczaste zwierzątko. Jeż! Chwyciłem za telefon, żeby zrobic mu zdjęcie, lecz przypomniałem sobie, że bateria rozładowana. Szkoda. Jeż tymczasem tuptał wprost do moic nóg. Oswojony jakiś? Kiedy był już jakiś metr albo półtora ode mnie, zadarł łepek i przerażony z całą siłą swoich jeżowych łapek zaczął uciekać z powrotem w krzaki. Północ była, więc może nastąpiła we mnie jakaś przemiana, która wystraszyła zwierzątko? A może cos mu się poprzestawiało wcześniej w jeżowej główce, zanim zorientował się, że postępuje bardzo nieostrożnie. W każdym razie był to miły akcent kończący pracowity dzień. No, własciwie to nie kończący, bo w aucie podłączyłem telefon do ładowarki i po przyjeździe do domu dysponowałem już aktualnymi informacjami ze statku. Było po pierwszej kiedy rozesłałem je do zainteresowanych osób. Umówiłem sie na nastepny telefon około szóstej. Zadzwonili o piątej. Statek nadal stał uwięziony zablokowaną kotwicą, ale pojawiło się swiatełko w tunelu. Kilka pozytywnych wiadomości. Szybko rozesłałem je do zainteresowanych osób i wróciłem do łóżka z silnym postanowieniem, że pośpię co najmniej do dziesiątej.

Godzina 08:17. Telefon.

- Słucham.

Po drugiej stronie dyrekcja.

- Dzień dobry. Widzę, że dobre wieści. Ma nadzieję, że nie zakłóciłem panu snu.

- Skądże! Spodziewałem się, że pan zadzwoni.

Zełgałem tylko trochę, bo naprawdę spodziewałem się telefomu dyrekcji. Zastanawiałem się tylko kiedy. Miałe nadzieję, ze nastąpi to około dziesiątej. Miło sie jednak rozmawiało i po odłożeniu słuchawki szybciutko wskoczyłem pod kołdrę. Przyjemna błogość rozlała sie po ciele i po kilku minutach znów byłem w krainie Morfeusza.

Telefon!

Sięgam po niego, a kątem oka spoglądam na zegarek. Jest 08:50.

- Cześć! Mam nadzieję, że cię nie obudziłem... – przywitał mnie kolega z pracy.

- Trochę mnie obudziłeś, ale już nie odkładaj słuchawki.

- Eee, co tam będziesz spał tak długo w sobotę! Wyjrzyj przez okno jakie piekne słoneczko. A ja dzwonie z ciekawości dowiedzieć sie czegoś wiecej,  co z tym statkiem, bo widziałem twój e-mail, że idzie ku lepszemu...

Za oknem rzeczywiście świeciło piękne słońce.

Opowiedziałem o sytuacji na statku i znów wskoczyłem pod kołdrę. Morfeusz jednak chyba się obraził, bo po kilkunastominutowym przewracaniu się z boku na bok, zorientowałem się, że nic już ze spania nie wyjdzie.

Poleniuchowałem więc godzinke przed telewizorem, a potem wstałem.

Miałem w planie wybrać się na sobotni spacer na Oksywie i miałem zamiar tutaj go opisać, ale juz widzę, że system tak długiego tekstu nie przyjmie. Powrócę więc do owego tematu w nastepnym wpisie

Gdynia, 27.04.2008; 00:15 LT

czwartek, 24 kwietnia 2008

Wiosna w pełni. Kiedy w słoneczny poranek szedłem do biura zobaczyłem taką miłą parę:

Grzeczne kotki, przytulone łapią pierwsze prawdziwe ciepłe promienie, a tymczasem te bardziej niesforne łobuzują. Kilkadziesiąt metrów dalej kocur najwyraźniej miał ochotę sprawdzic zawartość zawieszonej na drzewie budki lęgowej. Dwie sroki fruwały nerwowo wokół niego, próbując odwrócić jego uwagę. Jedna nawet przysiadła całkiem blisko kota (wytrawny obserwator spostrzeże ją wśród gałazek po lewej stronie podwórkowego drapieżnika).

Z ptakami innego rodzaju miałem też do czynienia podczas ostatniego weekendu.

Ilekroć przejeżdżałem przez Koszalin, zawsze zwracało moja uwagę pokaźne metalowe stadko ustawione na pagórku nieopodal tamtejszej politechniki. Wiedziałem, ze to rzeźby Władysława Hasiora, bo podobne oglądałem w Szczecinie. Słyszałem, ze jakieś znajdują się także w Zielonej Górze, z ponoć jeden ze szczecińskich skrzydlatych obiektów niezbyt legalnie wylądował we Wrocławiu.

Postanowiłem wykorzystać cotygodniowy przejazd przez Koszalin na bliższe zaznajomienie sie z grupą tamtejszych ptaków, a jeśli już to przy okazji odwiedzic także te szczecińskie.

Ogniste (taka nazwę znalazłem w internecie, podczas gdy w mojej pamięci utkwiły jako „płonące”) ptaki tak naprawdę płonęły tylko raz – kiedy uroczyście zostały zaprezentowane na skarpie szczecińskiego zamku. Byłem wtedy w wieku gimnazjalnym i trudno było mi pokusić się o jakąś szczególną interpretację owej instalacji. Miałbym z tym zresztą kłopoty pewnie i dziś. W pamięci utkwiła mi jednak niesamowita atmosfera owego przedstawienia. Ogień wydobywał się ponad grzbiety tych dziwnych stworzeń na kołach, a ponad nimi unosiły się kłęby czarnego dymu niesione z wiatrem po okolicy. Wszystkiemu zaś przyglądali się licznie zgromadzeni u podnóża zamku mieszkańcy. Zamkowa skarpa była doskonałym miejscem dla takiej instalacji. Niestety, jednorazowy performance zdawał się przysparzać ówczesnym władzom miasta więcej problemów niż satysfakcji. Nie mieli pomysłu, co zrobić z ptakami, które niczym żywe stworzenia wyczuwając, że sprawiają kłopot ich właścicielowi, marniały w oczach. Szczęście, że złomiarze w owych czasach nie byli jeszcze tak aktywni, bo ani chybi nie doczekałyby dzisiejszych dni. W końcu jednak ktos się zlitował i przeniósł je na skwerek przy Placu Zgody. Wtedy po raz pierwszy wszystkie stanęły w pobliżu siebie na jednej platformie, podczas gdy na skarpie cieszyły się wolnością zajmując niemal całe zbocze. Wolność im ograniczono, ale za to dodano barw. Pierwotnie wszystkie były koloru srebrnego. Odnowione ptaki wyglądały zaś jakby dopiero co opusciły tropikalną dżunglę.

Kiedy zabudowywano narożnik Placu Zgody (będący zarazem jednym z końców Deptaku Bogusława) , ptaki ponownie zostały przeniesione. Od tej pory jakby wzorujac się na paralotniarzach, rozpedzają się po specjalnej platformie w Parku Kasprowicza by prawie wystartować do lotu nad położonym w dole Jeziorem Rusałka.

Nadal przyciągają wzrok swoją odważną kolorystyką.

    

No i te koła...

    

  

Ogniste, srebrne, lecące w czarnym dymie, pełne niepokoju ptaki, które zapomniane niemalże popadały, niczym feniks odrodziły się po latach  jako patki rajskie, przyjazne, kolorowe.  

Nic nie wiedząc o ich kuzynach z Koszalina, zatrzymałem się w niedzielę o zmierzchu na parkingu przed politechniką, by przyjrzeć im się z bliska.

Pierwsza, rzucajaca się w oczy różnica to ich barwa, Wszystkie były jednakowo niebieskie. Jeden podobny do drugiego chociaz przecież każdy inny. Koła były także lecz te w Koszalinie były niczym rydwany. Ptaki mknące w niebo na czerwonych rydwanach z kół zębatych.

Kiedy podszedłem zupełnie blisko, by obejrzec wszystkie detale, spostrzegłem, że kazdy, ale to każdy z nich dzierży... karabin

Szczególnie złowieszczo wygladał ich lot na tle nowych osiedli tego miasta

Ktoś kiedyś niepotrzebnie dorobił ideologię i uczynił z dzieła Pomnik Tym co Walczyli o Polskość i Wolność Ziem Pomorza. Nie ujmując nic bohaterom tamtych burzliwych czasów, wolałbym wybudowanie im prawdziwego pomnika niż upolitycznienie istniejacej już plenerowej rzeźby. Ileż więcej interpretacji, ileż skojarzeń dawała ich pierwotna nazwa „Płomienne ptaki”. I te pokrewne nazwy położonych niezbyt daleko od siebie miastach: koszalińskim, płomiennym odpowiadały szczecińskie, ogniste. Po latach są zupełnie odmienne. Sielankowa atmosfera utworzona przez kolorowe i spokjne ptaki szczecińskie kontrastuje wręcz z dynamiką i grozą koszalińskich. Zwłaszcza o zmierzchu.

Dokąd lecą spiesznie ponad miastem, co przyniosą? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam. No chyba, że wybierze urzedową interpretację pomnika walczących o wolność i polskość.

Gdynia, 24.04.2008; 01:15 LT

niedziela, 20 kwietnia 2008

Syndrom weekendu. Z biura wyszedłem grubo po północy. No cóż, awarie przytrafiają sie w najmniej sprzyjających okolicznościach, a jeśli dodać do tego róznicę czasu w stosunku do zachodniej półkuli, okazuje się, że takie wieczorne działanie staje się koniecznością.

O czwartej nad ranem miałem zamiar wyjechac do Szczecina, ale w tej sytuacji przesunąłem swój wyjazd na szóstą.

Zbyt mało było niespodzianek, więc także dom przywitał mnie jedną. Brak prądu. Cholera, wiosna roku 2008 dostanie chyba miano pory roku nazanczonej pietnem elektrycznych awarii. Pomimo wymiany jednego podejrzanego kabla i pomimo wyłączonych wszystkich urządzeń (łącznie z lodówką) bezpieczniki uporczywie wywalało po kilkunastu minutach zasilania. W końcu się poddałem i około drugiej poszedłem spać. Ani chybi czeka mnie kucie kolejnych ścian.

Wstałem kilka minut po piątej, przy świecach zjadłem śniadanie, przy swiecach się umyłem i około szóstej wyruszyłem w podróż.

Wiosna wybuchła juz cała swoją energią. Drzewa i krzewy zielone, a gniazda na rozmaitych słupach zasiedlone są już przez bocianie pary. Ptaków zresztą juz ałe mnóstwo. Tydzień temu, kiedy przyjechałem do Gdyni około czwartej nad ranem, byłem świadkiem niesamowitego ptasiego koncertu. Była zupełna cisza, miasto pogrążone w głębokim śnie, a ptaki ćwierkały, kwiliły, szczebiotały jak oszalałe. Szkoda, że moja wiedza w tym zakresie jest niemal zerowa (potrafię odróżnić ćwierkanie wróbla od krakania wrony lecz prawie nic poza tym) bo mógłbym nic nie widząc, wiedzieć czyim jestem sąsiadem.

W Szczecinie żółto (i nie tylko) od kwiatów pośród traw.

   

Po obiedzie zjedzonym z tatą i bratem, zrobiłem drugie podejście do wystawy Nikifora. Tym razem już z pewnością sprawdzonych  u źródeł terminów.

   

W zamkowej galerii wielkich tłumów nie było, ale też ruch był zauważalny. Co chwilę dodchodziły nowe osoby. Wśród nich spotkałem człowieka, z którym ładnych parę lat temu pływałem na jakimś statku, a w wielkanocną niedzielę spotkalismy się przypadkiem na lotnisku w Berlinie. On wracał ze swojej podróży, a ja ze swojej. A teraz znów spotkalismy się na Nikiforze. I okazało się, że ja spędzałem wiele z wakacyjnych wypadów w okolicach Piwnicznej, a on w Krynicy. Przywiódł więc nas tu po trosze sentyment do Beskidu Sądeckiego. Przy okazji on opwoedział mi o grobie Nikifora w Krynicy, który w odróżnieniu ode mnie miał okazję nawiedzić.

   

Ilekroć rozmyślam o twórczosci Nikifora, a owa tajemnicza postać towarzyszy mi niemal od początku (ściślej od czasu, gdy jako dzieciak usłyszałem piosenkę zespołu No To Co, o niezrozumiałym wtedy dla mnie tytule „Nikifor”, opowiadającą o jakichś nieznanych mi obrazach, po film Krauzego „Mój Nikifor”, który wywarł na mnie wielkie wrażenie), zawse zastanawiam się na czym polegała wielkość tego malarza. W czym jego obrazy, malowane na kawałkach tektury, pudełkach po papierosach, niezadrukowanych stronach plakatów i innych przypadkowych kawałkach papieru za pomoca najtańszych, szkolnych przyborów, były lepsze od prac uczniów na przykład liceów plastycznych albo wielu innych „prawdziwych” malarzy. Do dziś to pytanie pozostaje dla mnie bez odpowiedzi. Moja podstawowa wiedza z zakresu malarstwa okazuje się niewystarczająca. Czy była to tylko przejściowa moda na TAKIE obrazy, czy rzeczywiście geniusz krynickiego artysty samouka? Czy jego zasługa polegała na uwiecznianiu beskidzkich krajobrazów, czy też może najważniejsze w jego twórczości były owe wizje tworzone przez wybitny umysł ograniczony jednak umiejętnosciami ich wyrażenia? Odpowiedzi nie znalazłem również w folderze wydanym z okazji wystawy.

Dla mnie najważniejsze są owe beskidzkie krajobrazy, naznaczone kopułami cerkwi oraz kosciołami.

Na wystawie „odkryłem” budynek stcyjki w Piwnicznej.

Stacyjki zupełnie innej (piękniejszej!) od tej , którą znam z własnych wędrówek.

Jest tam tez kosciół w Grybowie, w którym nigdy nie byłem, lecz wielokrotnie oglądałem z okien pociągu wspinającego się charakterystyczną (i rzadką) serpentyną torów kolejowych na stok pobliskiej góry.

Uwielbiam obrazy Nikifora za te jego stacyjki oraz powtarzającą się temtyke torów kolejowych. Może dlatego, ze sam lubię dworce oraz kolejowe szlaki.

Koscioły, biskupi, święci przypominali mi zaś o tym moim pierwszym spotkaniu z Nikiforem, kiedy nie wiedziałem o nim jeszcze nic oprócz słów piosenki.

Z folderu (tekst pana Zbigniewa Wolanina) dowiedziałem się natomiast o tajemniczym epizodzie z jego zycia, kiedy razem z innymi Łemkami został wysiedlony z ukochanych gór w 1947 roku w ramach akcji „Wisła”. Wiadomo, że przebywał na Ziemiach Zachodnich. Nie zachowały się dokumenty mówiące gdzie przebywał na owej przymusowej tułaczce, a sam Nikifor nie potrafił tego powiedzieć. W jego obrazach z tego okresu ukazuja się jednak porty i oceaniczne statki, przemieszane z cerkwiami i Beskidami w tle. Ponoć na jednym z obrazów znajduje się wiernie odtworzona architektura Gorzowa, więc z duzym prawdopodobieństwem mozna stwierdzić, że ten port oraz statki inspirowane były tym, co widział w Szczecinie. Tym bardziej, że na jednym z obrazów widać i wielki statek, i mnóstwo domów (duże miasto) i jadacy jedną z ulic czerwony tramwaj.

Wystawa byłaby więc także symbolicznym powrotem artysty w miejsce gdzie kiedyś tworzył.

Mniej istotnym dla mnie choć, znaczącym w dorobku artysty są rozmaite obrazy przedstawiające dziwne budynki tajemniczych urzędów, fabryk, banków i.t.p. Świadczą o fascynacji tego człowieka obcymi i niezrozumiałymi zapewne dla niego elementami architektury zwiazanej z przemysłem i gospodarką. Ich geneza (o ile rzeczywiście taka była) przypomina mi trochę genezę przedszkolnych rysunków mojego syna, który na kartkach papieru przedsatwiał rozmaite dziwaczne i niezwykle skomplikowane i bezsensowne kształty, a na pytanie co to jest, odpowiadał niezmiennie: „maszyna jakaś”. Ciekawie byłoby utworzyć park miniaturowych budowli stworzonych na podstawie takiej niezrozumiałej lecz z respektem malowanej, surrealistycznej architektury; jak na przykład poniższa „Fabryka dolarów”

czy może bardziej nawet interesujący, także pokazany na wystawie „Posterunek powiatowy”.

Wystawa potrwa do 8 czerwca. Doskonała to propozycja na godzinne albo dłuższe oderwanie się od szarej rzeczywistości w tajemniczą krainę pełną torów kolejowych, kosciołów i cerkwi położonych na beskidzkich szlakach, gdzie święci spacerują pośród wspóloczesnych budynków.

Szczecin, 20.04.2008; 11:40 LT

piątek, 18 kwietnia 2008

  

Wczoraj minęły dwa lata od śmierci mojej mamy. Miałem w planie napisać o Niej wspomnienie, ale chyba jeszcze za wcześnie. Wciąż jest blisko. Jedno, co mogę potwierdzić z pewnoscią, to fakt, że mieli rację ci, którzy mówili, ze potem nic juz nie jest takie jak dawniej.

Moja mama miała duży wpływ na atmosferę panującą w domu. Raz lepszą, raz gorszą, zależnie od jej nastrojów. Nigdy jednak nie stała z boku. Nawet kiedy była już bardzo chora, jej zdanie było respektowane z całym szacunkiem. Była spoiwem scalającym rodzinę. Do końca pilnowała spotkań, dbała o oprawę rodzinnych uroczystości, zwracała uwagę, by nikt nie lekceważył t.zw. więzów krwi.

Kiedy odeszła, wraz z nią odeszły tamte obyczaje. Przestały nas krępować jej wymagania. Układy z tatą stały się swobodniejsze. Dom rodzinny stał się głównie męskim domem.. Ze wszystkimi jego zaletami i wadami.

Dopiero niedawno uświadomiłem sobie, że już od ponad dwóch lat nie było w tym mieszkaniu domowych wypieków. Że od ponad dwóch lat do niedzielnego obiadu nie było charakterystycznego kisielu z owocami. A na święta kupuje się gotowe produkty, bo nie ma czasu ani ochoty na żmudne, kuchenne przygotowania.

Dom niby ten sam, lecz jakiś pusty, jakby bez duszy. Zresztą... pamiętam te czasy, gdy jeszcze chodziłem do szkoły, kiedy czasem wręcz dokuczały niekończące się wizyty. Kiedy mama miła dość, narzekała, że „u nas to jak u Matysiaków, co chwilę dzwonek do drzwi” (chodziło jej oczywiście o tych radiowych Matysiaków). Myślę czasem o tym przy okazji świąt oraz przy innych okazjach, jak chociażby rodzinne spotkanie po mszy za mamę. Tak niewiele osób było. Przykre, ale większość z tych, którzy bywali w naszym domu juz poumierała. Czas płynie nieubłaganie.

No właśnie. Czas płynie. Rok minął od chwili gdy UEFA przyznała nam organizację EURO 2012.

Miało być tak pięknie, a po dwunastu miesiącach w niektórych miejscach budowy stadionów nie wbito nawet łopaty. Przyśpieszenia budowy autostrad też jakoś nie widać. Wysłuchałem za to dziś w radiu, że ponoć posłowie mają uchwalic jakiś nowy pakiet ustaw, upraszczający niektóre procedury inwestycyjne. Myslałem, że mylą mnie uszy. Jeżeli przez rok nie poradzono sobie nawet z ustawami to o czym tu mówić?

Nie sądzę, żeby ziścił się czarny scenariusz i odebranoby nam prawo do organizacji mistrzostw. Gdyby do tego doszło byłby wstyd na cały świat i sygnał do tego świata na długie lata, aby raczej nie powierzać Polsce zbyt ambitnych przedsięwzięć. Na pewno nastapi mobilizacja i wywiążemy się z nałożonych zadań. Organizacja EURO 2012 bardzo przypomina mi organizację przez Szczecin Tall Ship Races 2007. Były trzy lata na przygotowania i marzenia jak zmieni się miasto z tej okazji. Liczono na odsłonięcie pomnika Sediny, na remont nabrzeży, gruntowny remont dworca kolejowego, promenade spacerową wzdłuż Odry oraz inne mniejsze lub wieksze inwestycje. Tymczasem zanosiło się na kompromitację, gdy jeszcze na kilkadziesiąt dni przed imprezą w jej centralnym punkcie straszyły głębokie wykopy, bo jakaś firma nie radziła sobie z wymianą rurociągów. Udało się jednak. Brzydkie miejsca przysłonięto, sam scenariusz finału regat zaś był tak wielkim sukcesem, że padło stwierdzenie iż Szczecina wyznaczył nowe standardy w organizacji tego typu imprez. Tyle tylko, że poza dumą oraz impulsem do śmielszych zmian (to był jednak bodziec odmieniający mentalność mieszkańców, scalający te społeczność wokół wspólnego celu i dający wiarę, że gdy się bardzo chce, to można zrobić coś wyjatkowego), niewiele fizycznych pamiątek pozostało z marzeń. Podobnie będzie zapewne w przypadku Euro. Stadiony zbudujemy i sama impreza dostarczy wielu niezapomnianych wrażeń sportowych oraz estetycznych. Z pewnością zaskoczymy Europę samą oprawą meczów, sposobem transmisji i.t.d. Tyle tylko, że zmarnujemy szansę na cywilizacyjny skok. Zamiast tysięcy kilometrów autostrad, powstanie ich może kilkaset. Zamiast przebudowy portów lotniczych trochę się je odnowi i byc może dołoży kilk tymczasowych punktów odpraw. Zamiast budowy nowoczesnych kolei, wyremontuje się kilka najważniejszyc szlaków i w pospiechu dokupi trochę nowych wagonów by pociągi Intercity między miastami, gospodarzami meczów przycmiły nędzę pozostałego taboru. Z upływem lat dojdziemy do wymarzonych standardów. Tyle tylko, że będzie nas to kosztować wiecej wysiłku i pieniędzy niż gdyby zabrano się za to wszystko solidnie przy okazji organizacji Euro.

Skoro już o Euro mowa, to nie sposób nie wspomnieć o przyznaniu polskiego obywatelstwa Rogerowi, który ma wesprzeć naszą reprezentację podczas pojedynków na boiskach Austrii i (być może) Szwajcarii. Nie mam nic przeciwko przyznawaniu obywatelstwa, ale cała akcja jest wygrywaniem (oby!) meczów nie na boisku, lecz zakulisowym cwaniactwem. Co to za reprezentacja, do której najmuje się obcokrajowców, którym wyłącznie w celu umozliwienia gry przyznaje się obywatelstwo? To zreszta nie jest problem jedynie naszej druzyny narodowej. Wygląda na to, że narodowe reprezenatacje coraz smielej podążają ścieżką wyznaczoną przez kluby i z czasem nazwa „Niemcy”, „Polska”, „USA” stanie sie jedynie marką. Bedą w nich grywać Brazylijczycy, Nigeryjczycy oraz przedstawiciele innych narodów, którzy, co za zbieg okoliczności, krótko przed mistrzostwami wystąpią o przyznanie obywatelstwa zamożnego kraju. A wygra ta drużyna, która sprawniej logistycznie i finansowo rozwiąże przyciągnięcie znanych nazwisk.

Gdynia, 18.04.2008; 08:00

 
1 , 2